LA VIDA CHRYSALIS

wstęp

phil-goodwin-589-unsplash (1)

Ścieżka w parku usłana czerwonymi liśćmi rozchodziła się we wszystkie strony świata. Stał przy jednym z drzew po południowej stronie. Pień był szeroki i wysoki, ale wraz z gałęziami sprawiał wrażenie kruchego. Może było ono nietypowe przez znajdujące na nim wyżłobienia, a może przez mech biegnący koliście przez całą roślinę niby wijący się wąż.
On – patrząc na drzewo ciemnymi oczyma – czuł dziwny niepokój.
Serce biło szybciej, niespokojniej, niż zwykle.
Zamknął na chwilę powieki.
To miejsce okraszone było wieloma znakomitymi wspomnieniami.
Zwykle stawała po południowej stronie parku, tak jak on teraz i wspaniale się uśmiechała. Wpadali w swe ramiona.
Rozczuleni nie zauważali świata wokół siebie.
Czy kiedykolwiek się jeszcze spotkają?
Spojrzał w otaczającą go przestrzeń.
Czy czegoś nie pokręciłem?
Ona – jak zwykle piękna w swych jasnobrązowych włosach, piękna w fioletowo-czarnej sukience, stała jak skamieniała i patrzyła na niego.
Jego serce tłukło jak młotek.
Nie był w stanie wykonać jakiegokolwiek ruchu.
Przełknął głośno ślinę.
Już szła ku niemu.

* * *

Któregoś maja o godzinie dziewiętnastej mieli się spotkać.
Stanęłaby naprzeciw niego, wyjęła z jasnej, szarej torebki pistolet, odbezpieczyła go i wystrzeliła wprost w jego cholerną twarz. Huk i rozbryzg krwi wzbudziłby okrzyki przechodniów.
I teraz – o godzinie dziewiętnastej tego samego dnia – patrzyła na niego i podziwiała jego krótkie włosy lśniące w słońcu jak złoto.

* * *

Przyciągali się jak magnesy. Ich kroki jednak były ostrożne – był w nich jakiś opór, nieufność.
Tak wobec siebie postępują obcy ludzie, śledzący przyszłą ofiarę. Mogła być tylko jedna.
Ich obcości przeczyła jakaś pasja zawarta w ruchach. I bicie serca, głośne, potężne, namiętne.
Tak namiętne jak namiętnie potrafią bić serca kochanków.

* * *

Wreszcie podeszli do siebie, nie będąc w stanie powiedzieć czegokolwiek.
Ona była po prostu piękna.
On elegancki, ubrany w uroczysty, żołnierski mundur.
Chcieli, by ta chwila miała w sobie coś wyjątkowego, odświętnego, by oni sami od niej nie odstawali.

* * *

Odwrócił wzrok.
Przepraszam – wykrztusił. – Spodziewałem się kogoś innego.
Zacisnął pięści.
Błagam, zaprzecz jakoś, zrób cokolwiek.
Nie usłyszała jego rozpaczliwej myśli, ale po niej samej przemknął ból.
Ja również – odparła sucho.
Spojrzał na nią.
Patrzyła szklistymi oczami.
Popłacze się?, zdziwił się.
Chrysalis nie płacze – podjął i starł łzę z jej policzka. – Nie może płakać, bo nie jest kobietą, człowiekiem.
Teraz już jest – szepnęła. – Inaczej potrafiłaby cię roz-pieprzyć.
Nie, kochanie – odparł czule i przejechał palcem po jej policzku, zabierając łzy. – Jeśli tylko chcesz, możesz zrobić wszystko ze mną. Moje życie należy do ciebie.
Dlaczego? – zapytała łamiącym się głosem i nim cokolwiek odpowiedział, krzyknęła:
DLACZEGO?!

* * *

Dwa lata temu w Głównej Telewizji (GT) zobaczyła egzekucję.
Choć to był tylko wystrzał z głośników ona jak na komendę zemdlała.
Osunęła się na podłogę widząc, jak jej brat osuwa się w ręce śmierci.
Rozbryzgany mózg mieszał się z kawałkami ciał innych skazańców, których ubrano w czarne szaty i przewiązano oczy.

* * *

Widok umierającego brata powrócił przed jej oczy. Zadrżała, może i by osunęła się w trawę, ale on chwycił ją za ramiona.
Już nie mogła uciekać przed katem.
Odwracając wzrok nie zmieni tego, że ją dotyka. W ten sam, ukochany sposób, co zwykle.
Dlatego spojrzała mu w oczy.

* * *

Ucieknijmy – poprosił cicho. – Błagam.
Wyrwała mu się z tej namiętności i śmiertelnej pułapki.
Nie ma powodu – stwierdziła twardo, wolna od męskiego dotyku i uwięziona przez jego wzrok. – Zabiję cię.
Cisza.
Wykonała nerwowy ruch, wsadzając do szarej torebki dłoń. Zagrzechotało jak worek z zabawkami.
Jej serce pracowało nienormalnie szybko. Wystarczy, że wyciągnie pistolet – wyciągnie pistolet – pistolet – zatrzymała się się cała w ruchu, po prostu patrzyła na niego. Pragnęła mu odpowiedzieć jakąś pogardą, czymkolwiek, lecz stała tylko.
Stała.
Z drzewa sfrunęły kolejne krwawe liście.
A ty? – zapytała wściekle. – Dlaczego ty nic nie robisz?! Nie zabijesz?!
Zawahał się.
Westchnął.
Oddaję tobie życie, mała – odparł spokojnie, z wolna.
Miała ochotę go uderzyć.
Nie potrafisz się zemścić?! – krzyknęła.
Ponieważ nie potrafiłbym żyć – przyznał bez emocji.
Dotknęła swego serca.
Czyżbym ją dotknął? A może znów ją boli?
Czekał.
Dlaczego mi to robisz – jęknęła.
Miała ochotę się odwrócić, uciec, uciec tam, gdzie nikt – nawet bogowie – jej nie znajdzie.
On pierwszy ją chwycił, przysunął do siebie.
Ucieknijmy – poprosił cicho.
Pozwoliła, by się ją przytulił.
Nie – chciała protestować, ale serce raz. – Proszę. Chcę czuć twój oddech, móc słyszeć twe serce, głos, widzieć piękne oczy… proszę.
A rodzice? – wykrztusiła. – A brat?
Nie przywrócimy im życia przez naszą śmierć. Ale jeśli musisz, możesz mnie zabić.
Nigdy – jęknęła, wtulając się w niego jeszcze mocniej.

* * *

Uciekli bardziej niż Romeo i Julia, bo stali się dla świata niewidzialni.

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Autorka czterech powieści, właścicielka Begoodart. Spełnia się w pisaniu i rozwija swoje projekty. Ma pozytywne nastawienie do życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.