Adrianna Biełowiec poszukuje wydawcy dla „Ognistego Pyłu”. My mamy fragment powieści!

Czy na sali jest Fabryka Słów lub dowolne inne fajne wydawnictwo parające się fantastyką? Adrianna Biełowiec poszukuje właśnie wydawcy dla „Ognistego pyłu”, a my mamy zaszczyt zaprezentować okładkę i fragment powieści (przed redakcją).

Skalna ziemia, jakieś jej podwyższenie na którym stoi wojownik-mężczyzna w zbroi, na piersi ma światełko. Niebo jest czerwone, widać w tle budynki i skały.

FRAGMENT OGNISTEGO PYŁU

Ocknął się i od razu pożałował, że nie jest martwy. Przeklęci uruladi odebrali mu przywilej szybkiej śmierci po sromotnej klęsce, jaka spotkała jego armię. Pamięć ostatnich wydarzeń również nie okazała litości: powróciła wraz ze świadomością Rajivarka, że może swobodnie oddychać. Silnie bolała go głowa, odczuwał mdłości, a ciało wydawało się odrętwiałe. Tajemniczy dym rozpylony przez uruladi rozwiał się na wszystkie strony. Przez osłonę hełmu Rajivark zauważył, że niebo o ciepłych barwach jest bezchmurne, jakby i ono chciało zadać mu kolejny cios, uzmysławiając viero, że spokój niebios jest dla niego nieosiągalny. Nadrzędna gwiazda Vikoko była za horyzontem, pogrążając świat w półmroku przy słabym świetle kilku odległych sióstr.

Rajivark oparł się z tyłu na łokciach, zacisnął zęby, bo poczuł kolejne ogniska bólu, lecz je zignorował. Był odporny na ból. Wolno podniósł się, najpierw stał zgarbiony, z rękoma opartymi o kolana, by nie zwymiotować. Zrzucił osłonę hełmu, skoro już nie uczestniczył w bitwie, zostawiając jedynie na dole twarzy aparat oddechowy połączony z korpusem zbroi. Gruba skóra chroniła wnętrze ciała przed przedostaniem się doń trujących gazów z atmosfery, risanork mógł chodzić nago po planecie przez wiele dni, nim doświadczyłby pierwszych dolegliwości, pod warunkiem, że zachowałby aparat oddechowy z cyrkulatorem. Zdjęcie osłony głowy przyniosło Rajivarkowi nieznaczną ulgę.

Ale tylko na chwilę.

Wokół rozciągało się bowiem morze leżących, nieruchomych ciał. Brakowało także sprzętu. Uruladi zniknęli. Podobnie jak śmiercionośne wieże, które wsunęły się do wnętrza planety.

– Nie, nie, nie…

Utykając, bo jeszcze nie doszedł do siebie po szoku biofizycznym, ruszył ku najbliższym wojownikom. Był przerażony, bo wśród leżących risanorków, którym odebrano części zbroi, nie zauważył jarzących się piersi czy oczu.

Najpierw doczłapał do Leiko, padł przy niej na kolana. Po krótkich oględzinach stwierdził, że kobieta jest martwa. To samo miało miejsce w przypadku kolejnych wojowników, przy których się zatrzymał. A wokół panował spokój. Tak przeraźliwy spokój.

– Kariak! – ryknął viero. Biegając pośród martwych wojowników, rozpaczliwie szukał swojego przyjaciela. Logika nie pozostawiała złudzeń, jednak Rajivark wolał naiwniej myśleć, że aż tak strasznie być nie może.

W końcu, po kilku rozpaczliwych nawoływaniach, znalazł podkomendnego. Leżał przy innym wojowniku w pozycji, jakby chciał mu pomóc, lecz cios, który rozbił czaszkę powalił go przy nim na ziemię.

Rajivark przykucnął, uniósł lekko ręce i nie wiedział, co ma z nimi począć. Ciśnienie skumulowane w piersi zdawało się ją rozsadzać, co stać się jednak nie mogło, gdyż twarda, przezroczysta tkanka była dostosowana do silnych ucisków.

Viero przekręcił podkomendnego na plecy i ułożył sobie na kolanach, ręką podtrzymał jego głowę, nie dbając o to, że białą krwią brudzi sobie opancerzenie.

– Co ja zrobiłem? – szeptał. – Dlaczego w swej żądzy walki cię nie posłuchałem? To ty powinieneś być viero, nie ja. Przepraszam, Kariaku. Tak straszliwie przepraszam. Zabiłem was wszystkich.

Po śmierci pozbawione światła oczy risanorka wyglądały jak u wielu innych inteligentnych gatunków – dało się dostrzec źrenicę, tęczówkę i białkówkę. Rajivark dowiedział się oto, że Kariak zawsze miał różowe oczy.

Oparł czoło o czoło przyjaciela i zaczął szlochać.

Wszystko przepadło. Zawiódł swój lud i władcę tyrikujirrę, którym sam chciał kiedyś zostać jako pretendent viero, który mógł dalej być w wojsku, albo starać się o władzę nad narodem. Doprowadził do bezsensownej śmierci swoich wojowników. Nikt nie popełnił takiej zbrodni od czasu ery nowożytnej, gdy risanorkowie po raz pierwszy opuścili Tirigorian.

Rozumiał, dlaczego uruladi pozostawili go przy życiu. Poznali normy społeczne risanorków wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nie ma nic gorszego dla altruistycznego ludu, niż patrzenie na śmierć swoich braci i sióstr, zwłaszcza gdy ma się świadomość, że jest się powodem zaistniałej tragedii. A najdotkliwiej odczuwali to dowódcy i władcy. Rajivark nienawidził uruladi za to, na co go skazali, lecz i podziwiał za okrutną doskonałość opracowanego planu. Jako viero mógł podjąć teraz jedną z kilku decyzji. Wrócić do swoich, dalej dowodzić – nawet największe błędy risanorkowie wybaczali– lecz żyć z przypiętą łatą hańby, co szybko doprowadziłoby go do choroby psychicznej. Wrócić, zrezygnować ze swej funkcji, zmienić zawód i cierpieć jak w poprzednim przypadku. Wrócić, poddać się zabiegowi medycznemu czyszczenia pamięci, czego nie stosował jednak żaden risanork, uważając, że jest to godny pogardy sposób radzenia sobie z problemem. Rajivark mógł jeszcze popełnić samobójstwo. Ostatnią możliwością było dobrowolne wygnanie i dożywotnie cierpienie z dala od swojego ludu. Albo zdobycie czegoś, czym dałoby się powetować wyrządzone szkody. I to nie byle jakiego, na przykład znalezienie planety zdatnej do zasiedlenia, zdobycie potężnego sojusznika, wynalezienie czegoś, z czego każdy risanork mógłby korzystać. Kara śmierci nie była brana pod uwagę. Pierwsze prawo zwyczajowe risanorków brzmiało, że żaden nie może podnosić ręki na drugiego. Zresztą nie musiało to być przestrzegane, bo każdy risanork rodził się ze społecznym genem altruizmu, nakazującym pomagać braciom, a nie im szkodzić. „Wy, a nie ja” było ponadto doktryną wpajaną po urodzeniu, dotyczyła ona jednak tylko gatunku, a nie ludów podbijanych. Jakiekolwiek szkodzenie innym risanorkom – co zdarzało się niezmiernie rzadko – kończyło się wykluczeniem ze społeczeństwa.

Rajivark długo myślał nad swoją sytuacją, cały czas czuwając przy martwym przyjacielu. Perspektywa życia w hańbie przerażała go. Będąc wśród swoich, codziennie musiałby spoglądać w liczne pary oczu, a te przypominałyby mu o skazie z przeszłości. Ze swoją pamięcią robić nic nie zamierzał. Jako że jego jedyną partnerką życiową od dzieciństwa była wojna, mógł odlecieć daleko ze świadomością, że nie porzuci nikogo bliskiego, lecz nie zamierzał się męczyć w samotności i obcym miejscu.

Pozostało więc samobójstwo.

Kiedy dotarło do niego, że wkrótce zakończy swe życie, usłyszał kroki. Uniósł głowę i ujrzał zbliżającą się grupę risanorków. Rozpoznał wśród nich kilku szczęśliwców oddelegowanych do obozu, jak i członków oddziału, których wysłał na daleką flankę. Tylko przez chwilę czuł ulgę, że choć część armii ocalała.

Wojownicy na widok żyjącego dowódcy, wcześniej nieruchomego i prawie leżącego na Karnaku, zaczęli truchtać w jego kierunku.

– Viero! – zawołał znajomy głos, lecz pogrążony w katatonii Rajivark nie próbował ustalać do kogo należy. Po pewnym czasie poruszył się, ułożył pieczołowicie ciało na ziemi, następnie zerwał się na równe nogi. Czuł się jak morderca, którego przyłapano na dokonanej zbrodni. Nerwowo wodził oczyma po przybyłych podkomendnych.

– Viero – ni zapytał, ni szepnął współczująco przybyły wojownik. Rajivark rozpoznał go, nazywał się Vendoriuk i dowodził lewą flanką, która miała zakleszczyć uruladi po opuszczeniu kanionu.

Viero spoglądał na wojowników jak dziki. Nie mógł znieść tych nienaturalnie spokojnych, współczujących czy zawiedzionych spojrzeń. Wolałby już oskarżające i krzyki, tyle że kto z niższych stopniem wojowników miałby czelność wrzeszczeć na swojego viero, który jak najbardziej na to zasłużył? Słowa wyjaśnienia nie były potrzebne. Nawet nie chciał dociekać, w jaki sposób tamci przeżyli i czy uruladi ich nie ścigali. To już nie miało dla niego znaczenia.

Nie był już dowódcą.

Potrząsając głową, Rajivark zaczął się wycofywać.

Vendoriuk podszedł do niego zamaszystym krokiem i kojąco położył mu dłoń na opancerzonym ramieniu. – Nie rób tego, potrzebujemy cię – powiedział cicho, błagalnym tonem. – Jesteśmy wojownikami. Każdemu mogą się zdarzyć takie rzeczy. Chociaż odwiedziliśmy wiele wszechświatów i nie spotkaliśmy nikogo lepszego od nas, niczym się nie różni od najprymitywniejszej kasty uruladi, grzebiącej w ziemi i rozpalającej ogień kamieniami, jeśli chodzi o popełnianie błędów. Nikt cię nie będzie oskarżał. Nie odchodź.

Rajivark chwycił jego rękę i zsunął ją z ramienia. Cofnął się jeszcze trochę. Wyjął spod pancerza zawieszony na wstędze order, który otrzymał za liczne zasługi, nim awansowano go na viero. Wodził przez moment pazurem palca wskazującego po napisach i symbolach. Dotąd nie zawiódł. Nigdy nie został pobity przez słabszego przeciwnika. Naprężał na szyi wstęgę tak mocno, zahaczywszy o bruzdę pancerza, aż wreszcie się poddała i pękła. Zamierzał upuścić złociste oznaczenie na ziemię, lecz ostatecznie zacisnął palce wokół niego i się odwrócił.

Nie słyszał słów za plecami. Przynajmniej jego ludzie pozwolić mu odejść z honorem.

Kiedy za kominem intruzji zniknął risanorkom z oczu, zaczął biec w nieznane, na skalistą pustynię smaganą wiatrem. Ostatnim wspomnieniem z jego życia będzie widok pełnych litości twarzy członków rozbitej armii.

Nigdy przez myśl mu nie przeszło, że tuż przed śmiercią dowie się na swój temat nowych rzeczy. Pierwsza z nich była taka, że pod grubą skórą opancerzonego hegemona, który podbił niezliczoną ilość planet i zabił niezliczoną ilość istot, krył się żałosny tchórz.

Rajivark od pewnego czasu stał na krawędzi urwiska i nie potrafił się zabić. Wystarczyło zrobić krok i wpaść w bezdenną przepaść. Tkwił jednak nieruchomo przed pęknięciem planety, uświadomił sobie bowiem, jak bardzo kocha życie. Wciąż był młody i chciał żyć. Zobaczyć jeszcze tak wiele. Nie tracić najcenniejszego daru kosmosu. Nawet mógł być nieśmiertelny, o czym kiedyś marzył– byciu władcą risanorków na zawsze. Próbował skończyć ze sobą poprzez pozbycie się aparatu oddechowego, lecz kiedy tylko zaczęły palić go płuca z trudem łapiące oddech, znów przytknął go do nosa i ust.

Były viero ryknął, rozwścieczony. Podniósł głaz i cisnął nim w pęknięcie ziemi. Oba dźwięki odbijały się długim echem.

Przysiadł na podłożu, opadł brodę na kolanie i zaczął obojętnie obracać order w dłoni, wpatrując się w kostropaty horyzont martwej ziemi. Jakieś drobne stworzenie podbiegło do niego, zainteresowane ogonem wolno zamiatającym suche podłoże. Zaszczebiotało. Rajivark obrócił się, uniósł wargi w smutnym uśmiechu patrząc, jak stworzenie o głowie wielkości jego pazura daje się podrapać po skórzastym podgardlu. Wkrótce zwierzątko straciło zainteresowanie obcym, który zapatrzył się w niebo, i oddaliło się w podskokach. Panował półmrok środka nocy, a kiedy ogromny księżyc sinozielonej barwy przysłonił jedną z trzech większych gwiazd, zrobiło się ciemniej. Wkrótce inny glob z układu, w którym krążyła Vikoko, znalazł się przed drugim źródłem światła. Lecz było wciąż zbyt jasno dla Rajivarka, który pochodził z planety, gdzie docierało niewiele energii gwiazd, a nocą panowały głębokie ciemności. Chętnie pogrążyłby się teraz w takim totalnym mroku, niczym w szczelnym kokonie drapieżnej bestii, z którego nie mógłby się uwolnić.

Umknął mu moment, kiedy zapadł w pełen koszmarów sen. A kiedy się obudził, leżąc na boku, z orderem trzymanym luźno w dłoni, zauważył promień wschodzącej głównej gwiazdy.

Wczorajsza chandra niewiele osłabła, poczucie wstydu tchórza wręcz się spotęgowało. A jeśli słusznie postąpił, pomyślał. Czyż życie nie było priorytetem wśród risanorków? Najcenniejszym darem dla mieszkańców multiwszechświatów? Czymś, co risanorkowie i tak nie nauczyli się doceniać w wielu przypadkach?

Rajivark wstał. Lekko dokuczał mu głód. Żałował, że nie ma przy sobie dezintegratora, mógłby wówczas sproszkować skały i uzyskać odżywcze minerały, które stanowiły podstawę pożywienia risanorków. Jednak nie myślał w chwili ucieczki z pola poległych, że dostąpi zaszczytu zjedzenia ostatniego posiłku.

I tak oto pozostała mu ostateczna możliwość – wieczne wygnanie zamiast wiecznej władzy.

Skalna ziemia, jakieś jej podwyższenie na którym stoi wojownik-mężczyzna w zbroi, na piersi ma światełko. Niebo jest czerwone, widać w tle budynki i skały. Na górze napis (czarny): Ognisty pył, na dole (biały): Adrianna Biełowiec


Polub fanpage autorki – Zodiac Universum. Tak, przez jej stronę można się z nią skontaktować, do czego serdecznie zapraszamy.

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Autorka czterech powieści, właścicielka Begoodart. Spełnia się w pisaniu i rozwija swoje projekty. Ma pozytywne nastawienie do życia.

5 myśli o “Adrianna Biełowiec poszukuje wydawcy dla „Ognistego Pyłu”. My mamy fragment powieści!
  • Marta

    (20 lipca 2018 - 10:49)

    Jakbym byla wydawca to bym sie nie zastanawiala ani przez chwile 🙂 super sie czyta 🙂

  • Meg Sheti

    (20 lipca 2018 - 12:35)

    Klimatyczna okładka, aczkolwiek fragment zbyt krótki, żeby cokolwiek powiedzieć…

    • Aleksandra Jursza

      (20 lipca 2018 - 12:50)

      A moim zdaniem da się jedno powiedzieć: pani pisze dobrze :). Choć z komentarzem do fabuły trzeba poczekać na wydanie książki i już się nie mogę doczekać 😀

  • Bookendorfina Izabela Pycio

    (20 lipca 2018 - 13:22)

    Wieczorem, w wolnej chwili, tak na spokojnie, chętnie wczytam się w ten fragment opowieści. 🙂

  • mieszkajaca.miedzy.literami

    (21 lipca 2018 - 06:16)

    Okładka mnie nie zachwyca, ale treść już bardziej 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.