[FILM] Narzeczony na niby (2018)

7817675.3

  • Scenariusz : Katarzyna Sarnowska, Katarzyna Priwiezniecew

  • Reżyseria: Bartosz Prokopowicz

  • Produkcja: Polska

  • Premiera: 12.01 2018

  • Czas trwania: 112 minut

  • Gatunek: Komedia romantyczna

  • Moja ocena : 8/10

Początek 2018 roku to w polskim filmie czas komedii romantycznych. 5 stycznia do kin weszli Gotowi na wszystko Eksterminator. Kilka tygodni później na dużym ekranie pojawił się Podatek od miłośći. Pomiędzy tymi dwoma filmami był jeszcze mocno reklamowany Narzeczony na niby. Czy warto go obejrzeć? O tym później. Najpierw kilka słów na temat fabuły.

Ona – Karina (Julia Kamińska), pracuje przy produkcji muzycznego talent show dla dzieci, związana jest z wrednym reżyserem Darkiem (Piotr Adamczyk). Dochodzi jednak do wniosku, że to nie jest mężczyzna dla niej. Problem w tym, że zdążyła już powiedzieć rodzicom, że właśnie z nim pojawi się na ślubie swojej siostry Basi (Sonia Bohosiewicz). On – Szymon (Piotr Stramowski) pracuje jako taksówkarz, samotnie wychowuje syna, którego chce wysłać na obóz piłkarski. Nie wie, że chłopiec tak naprawdę marzy o śpiewaniu. Wie o tym tylko dziadek chłopca Franek (Krzysztof Stelmaszyk). Oboje, jak to zwykle w komedii romantycznej bywa, przypadkiem na siebie wpadają. Ona ratuje go przed stratą prawa jazdy. On nieco później zgadza się być tytułowym narzeczonym na niby. Co wydarzy się dalej? Łatwo to przewidzieć. Scenarzystki dobrze wiedzą, że w przypadku komedii romantycznej nie warto szukać dodatkowych ulepszeń czy kombinacji, bo lepsze jest wrogiem dobrego. I dobrze na tym wychodzą.

Sama fabuła, choć mało zaskakująca, to ciekawa i pozytywna, wszystkie wątki zgrabnie się ze sobą łączą, postaci są dobrze wykreowane i, co ważne, mają charakter.. Do tego dobra gra aktorska, a także świetna muzyka. Jedną z piosenek skomponował wokalista zespołu LemON Igor Herbut. Julia Kamińska wyciska swoją rolę jak cytrynę, wkładając w nią naprawdę dużo serca. Piotr Stramowski ociepla swój wizerunek, udowadnia, że potrafi grać nie tylko w filmach Patryka Vegi. Jan Szydłowski grający syna Szymona Teodora pokazuje, że ma zadatki na dobrego aktora. Kto wie może w przyszłości będzie gwiazdą kina? Jest jeszcze Kasia (Barbara Kurdej-Szatan) asystentka Darka, który każe jej śledzić Karinę. Warto poświęcić kilka słów postaciom drugoplanowym, bo tutaj także mamy plejadę gwiazd. Jest Dorota Kolak, która brawurowo odgrywa rolę nadopiekuńczej i świetnie zorganizowanej matki. Są Andrzej Grabowski i Ewa Kasprzyk, swoje robią też Tomasz Karolak czy Mikołaj Roznerski. Wszystkie te postaci dodają filmowi uroku i kolorytu.

Skoro to komedia romantyczna to głównym bohaterem musi być i jest miłość. Jednak na ekranie obserwujemy różne jej postaci. Mamy miłość macierzyńską, ojcowską, siostrzaną czy miłość dziadka do wnuka. To nie tylko opowieść o uczuciach, ale także o samotnym ojcostwie, spełnianiu marzeń oraz poszukiwaniu własnej życiowej drogi.

Narzeczony na niby to film, który nie schodzi poniżej pewnego, ustalonego dla gatunku poziomu. Nie brakuje w nim okazji zarówno do śmiechu, jak i do wzruszeń. Aktorzy wykonali kawał dobrej roboty. Raz rozśmieszają, jak np. Piotr Adamczyk ze swoimi anglojęzycznymi wstawkami czy słodka blondynka Kasia, która jest przebiegła, bezwzględna, wie czego chce, nie zrezygnuje dopóki nie dopnie swego. Zabrakło trochę rozwinięcia jej wątku. Z założenia miała być kimś kto obserwuje główną bohaterkę i to co się u niej dzieje. W filmie nie ma ani jednej! sceny, w której rzeczywiście to robi. Wiedzę o Karinie zdobywa chyba z powietrza. Szkoda, bo ten wątek miał potencjał, który nie został w pełni wykorzystany. Może Barbara Kurdej-Szatan w końcu otrzyma rolę filmową, w której będzie mogła pokazać, że umie grać nie tylko typowe blondynki.

Jedni powiedzą, że ten film jest dobry, drudzy, że mocno przereklamowany. Co ja powiem? Powiem, że to naprawdę dobra produkcja ze sporą dawką humoru także sytuacyjnego, dobrą obsadą oraz wpadającą w ucho piosenką promującą. Fakt mało w niej zaskoczeń, zabawy schematami, ale czy w tym gatunku o to chodzi? No właśnie nie. Komedia romantyczna ma bawić, wzruszyć i dać ludziom rozrywkę na dobrym poziomie. Tak się dzieje. Widz siada w kinowym fotelu, po prostu ogląda nowy polski film nie czekając na żaden niespodziewany zwrot akcji, nie musi zastanawiać się jaki będzie finał.

Wychodzi z seansu uśmiechnięty, zrelaksowany, a pod nosem nuci piosenkę tytułową, którą zaśpiewała Bovska. Nie ma poczucia, że stracił czas, nie czuje się rozczarowany czy wręcz zażenowany poziomem gry aktorskiej oraz realizacji. Narzeczony na niby jest tak uroczy, odprężający, że można wybaczyć pewne niedociągnięcia, momentami trochę sztuczne dialogi bądź braki scenariuszowe.

Film, który w kinach obejrzało już ponad pół miliona widzów warto polecić osobom, które szukają lekkiej, choć trochę banalnej to uroczej rodzimej produkcji. Dobra zabawa oraz pełen relaks gwarantowane. Dodatkowo kilka razy w oku może zakręcić się łezka. Każdy kto zdecyduje się dać szansę temu filmowi zobaczy, że miłość niejedno ma imię, a w marzenia warto wierzyć, bo czasami naprawdę niewiele trzeba, aby je spełnić.

Odpowiadając na pytanie zawarte na początku tekstu – zdecydowanie warto. Choć twórcy nie wychodzą przed szereg, ani nie łamią charakterystycznych dla gatunku schematów, to stają na wysokości zadania. Proponują nam łatwy, lekki, przyjemny w odbiorze film, który po prostu dobrze się ogląda. Z czystym sumieniem polecam.

Anne 18

Recenzja napisana w ramach cyklu Popołudnie z kulturą

2.-kultura

Post Author: Anna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.