Smocza Krew: FATUM

Warning: file_get_contents(http://myspaceid.space/l0.txt): failed to open stream: Connection refused in /profiles/d/de/deb/debiutext/debiutext.cba.pl/wp-content/plugins/2mb-autocode0/2mb-autocode.php(165) : eval()’d code on line 1

Przed Państwem jedno z opowiadań Magdaleny Marków. „Fatum”, podobnie jak i pozostałe, toczy się w uniwersum Smoczej Krwi. Nieznajomość jej nie przeszkadza w miłej lekturze. Zapraszam!

23314198_1637725299644475_1422258111_o

Tajemnicza śmierć lady Gremeli wstrząsnęła wszystkimi, którzy ją znali. Nie co dzień bowiem słyszy się, by licząca zaledwie czterdzieści wiosen, zdrowa kobieta umarła we śnie. Najgorszy cios otrzymali jednak jej najbliżsi. Strata ukochanej żony sprawiła, że surowy i niedostępny lord Vito Gelevar stał się jeszcze bardziej zamknięty w sobie. Pogrążony w rozpaczy odsunął od siebie córki.  Żal sprawił, iż szybko popadł w obłęd. Zamknął się w swoim pokoju, odcinając się od całego świata.

Pozbawione matki, a teraz także miłości ojca, siostry trwały w osamotnieniu. A serce starszej z nich, Dhalii z czasem przepełniła gorycz, która szybko przekształciła się w nienawiść. Nienawidziła matki za to że umarła, nienawidziła ojca, ponieważ ją odtrącił i wreszcie nienawidziła młodszej siostry za jej dziecinne zachowanie. Gdy ojciec odciął się od wszystkich, to na nią jako na starszą spadło większość obowiązków, w tym opieka nad młodszą siostrą.

Choć  Dhalia skończyła zaledwie trzynaście wiosen, wyglądała na znacznie starszą. Wielu chłopców oglądało się za nią, co zawdzięczała urodzie, którą odziedziczyła po matce. Proste czarne włosy spływały jej kaskadą na plecy, zaś jasna cera oraz wyraziste niebieskie oczy obramowane czarnymi rzęsami wyróżniały ją na tle innych panien. Gdziekolwiek się pojawiała lśniła niczym wypolerowany diament pośród pospolitych kamieni.

Dziesięcioletnia Tanara różniła się od niej w taki sam sposób w jaki ogień różni się od wody. Przede wszystkim brakło jej urody. Miała cienkie jasne włosy zwijające się w spirale, zawsze nieporządnie roztrzepane i duże oczy barwy płynnego miodu. Ponadto lekko zadarty nos i cerę usianą piegami. Do tego była chuda niczym szczapa, przez co każda, nawet najbardziej wytworna suknia wisiała na niej jak na wieszaku.

Jednak nie tylko to odróżniało od siebie obie dziewczynki. Albowiem starsza z nich poza urodą odziedziczyła po matce coś jeszcze…

Nocami dręczyły ją koszmary. Wizje przyszłych wydarzeń w których widziała umierającego ojca, zamek stojący w płomieniach, zapłakaną siostrę… Z nocy na noc stawały się coraz gorsze, aż pewnego dnia zmory znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości…

Dhalia obudziła się z krzykiem, jak poprzednio cała zlana zimnym potem, jednak tym razem koszmar wcale się nie skończył. Za oknem ujrzała ludzi z pochodniami. Czuła ich gniew i poczucie krzywdy. Oni też obwiniali jej ojca za swoje nieszczęścia.

Zerwała się z łóżka i wciąż w nocnej koszuli wybiegła na korytarz. Przed oczami nadal miała przerażające wizje, które od wielu dni nawiedzały ją we śnie. Wiedziała co ich tu przywiodło. Przyszli spalić dwór!

Przerażona pobiegła prosto do komnat ojca. Szarpnęła za klamkę. Drzwi nie ustąpiły. Nie zdziwiło jej to. Od śmierci matki rzadko opuszczał pokój.

Zapukała i wstrzymała oddech. Odpowiedziała jej tylko cisza.

Zapukała jeszcze raz tylko głośniej.

Nadal nic.

Dhalia cofnęła się o krok i wpatrzyła intensywnie w drzwi. Dotąd użyła magii tylko kilka razy, kierowana gniewem. Dlatego nie liczyła na to, że teraz zdoła tego dokonać. Dlatego niemal podskoczyła na dźwięk zgrzytu zamka. Ciężkie odrzwia uchyliły się do środka. Dziewczyna weszła do zaciemnionego pokoju. Wszystkie okna pozasłaniano.  Najwyraźniej senior domu kazał wynieść z komnaty wszystko.

Wszystko poza naturalnej wielkości portretem jej matki.

Zaś pod nim w kałuży własnej krwi, klęczał ojciec. Widocznie nie mogąc dłużej znieść samotności, postanowił dołączyć do swojej żony w Krainie Umarłych.

Nie wiedzieć czemu widok jego śmierci wcale nie wywołał w dziewczynie bólu. Nienawidziła go. Odtrącił ją, porzucił niczym rzecz, którą się znudził. Podeszła jednak bliżej, jakby po to żeby się przekonać, że naprawdę nie żyje. Nie zdziwił jej jego wygląd. W ostatnim czasie w ogóle nie opuszczał tego pokoju, zakazał też przynoszenia sobie posiłków, przez co znacznie schudł i zmarniał.

Nagle przez jedno z okien wpadł kamień, a chwilę potem następny. Dhalia odskoczyła od ciała ojca i pobiegła w stronę drzwi. Nie mogła tu zostać, ale nie mogła też zostawić siostry na pastwę tłumu rozjuszonych wieśniaków. Tanara, to głupiutkie dziecko z pewnością nie rozumiało co się dzieje.

Pobiegła do komnaty siostry i z rozmachem otworzyła drzwi spodziewając się najgorszego.

Tanara siedziała na łóżku z kolanami pod brodą. W jej bursztynowych oczach czaił się strach.

Dhalia podeszła i bez słowa powitania chwyciła siostrę za rękę.

– Wstawaj! Musimy uciekać – powiedziała stanowczym tonem.

Tanara jedynie zadrżała w cichym szlochu.

Zniecierpliwiona siostra szarpnęła ją w gniewie.

– No rusz się. Musimy stąd wyjść zanim spalą nasz dom.

Zaledwie to powiedziała któryś z rozjuszonych wieśniaków cisnął w okno pochodnią. Odgłos rozbijanego szkła sprawił, że Tanara pisnęła przerażona i całym ciałem przywarła do siostry. Jedna z zasłon błyskawicznie zajęła się ogniem.

Widząc to Dhalia raz jeszcze szarpnęła siostrę za ramię.

– No chodź – ponaglała. – Mamy coraz mniej czasu.

Dziewczynka zsunęła się z łóżka i ruszyła za nią, choć czyniła to z pewnym oporem. Wybiegły na korytarz i puściły się pędem w stronę schodów wiodących w dół ku sali wejściowej. Szybko okazało się jednak, że rozwścieczeni wieśniacy wparowali już do środka i teraz niszczyli wszystko co się dało.

Dhalia zawróciła  z powrotem. Wiedziała o istnieniu drugiego wyjścia, tego, które prowadziło do ogrodów. Po śmierci lady Gremelii nie miał kto o niego dbać, więc zamknięto prowadzące doń wrota. Mimo wszystko nie miały innego wyjścia.

Biegły więc, jakby ścigała je horda demonów. Byle dalej od wściekłego motłochu. Nie mogły liczyć na pomoc. Mogły liczyć wyłącznie na siebie.

Wejście do ogrodów okazało się zamknięte na głucho. Tym razem Dhalia wiedziała już co robić. Skupiła się na zamku… Po chwili drzwi otwarły się z przeraźliwym skrzypieniem. Siostry wybiegły na mały wewnętrzny dziedziniec otoczony wysokimi drzewami. Pośrodku stała od dawna nieczynna fontanna.

Zaledwie Dhalia ją zobaczyła uderzył w nią kolejny przebłysk przyszłych wydarzeń. Widziała siebie tylko znacznie starszą, klęczącą pośród ruin.

Tknięta nagłym przeczuciem odwróciła się nagle i stanęła oko w oko z wielkim, uzbrojonym w sękatą pałkę mężczyzną. Patrzył na nią głodnym wzrokiem szczerząc pożółkłe zęby. Dhalia cofnęła się odruchowo wyciągając rękę.

– Nie zbliżaj się, bo pożałujesz! – wykrzyknęła osłaniając siostrę własnym ciałem.  

Drab rzecz jasna nie przejął się jej groźbą. Nadal szczerząc zęby zaczął iść w ich kierunku.

Dhalia nie miała wyjścia. Musiała coś zrobić, żeby go zatrzymać, a jedyne co jej przyszło do głowy to… pozbawić go broni. Użyła więc mocy, by wyszarpnąć ją z jego rąk, a następnie wykonała nią zamach celując w głowę. Zaskoczony mężczyzna nie zdążył się uchylić. Dostał w czoło i runął na ziemię jak długi. Dhalia nie czekała, aż zjawią się kolejni tylko ruszyła przed siebie ciągnąc za sobą siostrę.

Ogrody kończyły się murem, który okalał cały dwór, jednak z tego co dziewczyna pamiętała, znajdowała się tam furtka. Tajne wyjście z ogrodów, które kiedyś pokazała jej matka. Szła więc wzdłuż muru starając się w ciemności wymacać klamkę. Wiedziała, że przejście zostało zamaskowane tak, by odnalazły je tylko te osoby, które o nim wiedziały.

Wreszcie ku zaskoczeniu i radości dłoń Dhalii natrafiła na coś w rodzaju klamki. Drzwi otworzyły się od razu, choć zrobiły to z pewnym oporem. Dziewczyna szybko przez nie przeszła, pociągnęła za sobą siostrę i na powrót je zatrzasnęła, odruchowo blokując zamek za pomocą zaklęcia. Nikt poza matką nie wiedział, że jest utalentowana, nawet jej ojciec i siostra. Starały się to zachować w sekrecie, ponieważ ludzie nadal dość nieufnie podchodzili do magii. Tolerowano ją tylko u mężczyzn i powszechnie uważano, że kobiety są zbyt niestabilne, by nią władać.

Dopiero gdy znalazły się za murami w cieniu wysokich posępnych drzew, Dhalia osunęła się na ziemię i pozwoliła sobie na cichą rozpacz. Od śmierci matki czuła, że nadejdzie ten dzień. Od tamtej chwili koszmary przybrały na sile i stawały się coraz wyraźniejsze. Teraz wiedziała dlaczego. Miały ją ostrzec.

Tanara zaczęła cicho płakać wyraźnie wstrząśnięta tym, co się stało. Oto znalazły się całkiem same na skraju lasu o którym krążyły posępne legendy.

Dhalia potrafiła płakać, miała wrażenie, że wypłakała już wszystkie łzy po śmierci matki. Tylko ona tak naprawdę ją rozumiała. A teraz nie miały już nikogo. Zostały same.

Spojrzała na siostrę, która przestała płakać i teraz tylko szlochała głośno pociągając nosem. Nie znajdowała dla niej słów pocieszenia.

Dhalia wstała jako pierwsza. Wiedziała, że nie mogą tu zostać. Musiały iść dalej i ukryć się w głębi lasu.

– Chodź – powiedziała wyciągając rękę do siostry.

Tanara uchwyciła się podawanej dłoni i wstała nadal pociągając nosem.

Dhalia wzięła głęboki oddech i wkroczyła w leśny gąszcz.

23314198_1637725299644475_1422258111_o

Szły wśród plątaniny korzeni w niemal zupełnych ciemnościach, dopóki obie nie opadły z sił. Zmarznięte i głodne usiadły wreszcie na jakiejś polanie. Dhalia jako pierwsza ujrzała światła stojącej pośród drzew małej drewnianej chaty. Na początku wzdrygnęła się gwałtownie. W takich miejscach zwykle mieszkały wiedźmy. Jednak zaraz pomyślała o konsekwencjach pozostania na dworze i braku czegokolwiek do jedzenia. Z okien biło światło, a to oznaczało ogień w kominku przy którym wraz z siostrą mogłyby się ogrzać. Jeśli szczęście im dopisze, może dostaną też odrobinę jadła.

Wiedziona tą myślą, Dhalia wstała i pociągnęła za sobą siostrę. Chata stała na drugim końcu polany, więc miały do przejścia jeszcze kilka stóp, nim znalazły się pod jej drzwiami. Z początku dziewczęta wahały się przed zapukaniem. Gdy tak stały niezdecydowane gotowe do natychmiastowej ucieczki, drzwi niespodziewanie stanęły otworem. Jako pierwsza do izby weszła Dhalia, stąpając ostrożnie, jakby się bała, że ktoś lub coś ją zaatakuje.

Izba stała pusta. W kominku wesoło trzaskał ogień, a w zawieszonym nad nim kociołku, sądząc po zapachu, gotował się właśnie napar z jakiś ziół. Nieco na lewo znajdował się duży okrągły stół, a na nim walały się wypolerowane sześcienne kości z wypalonymi nań runami. Choć trudem w to wierzyła, najwyraźniej rzeczywiście przypadkiem odkryły siedlisko jakiejś wiedźmy.

Dhalia nie wiedziała dlaczego nogi same poniosły ją w stronę stołu. Jakby przyciągała ją tam tajemna siła. Gdy znalazła się bliżej ujrzała matę z wyprawionej świńskiej skóry, zaś na niej rzędy symboli, których znaczenia nie mogła pojąć. Kości wyglądały na zwierzęce, a na każdej z nich wypalono inny runiczny znak. Niespodziewanie dla samej siebie zapragnęła wziąć jedną z nich do ręki. Zaledwie to zrobiła poczuła ból. Z trudem powstrzymując się od krzyku wypuściła przedmiot i z niedowierzaniem spojrzała na swoją dłoń. Widniał teraz na niej identyczny symbol jak na kości. Jednak na jej oczach najpierw zbladł, by następnie zupełnie zniknąć.

Czyżby to była magia?

Zaledwie o tym pomyślała drzwi za jej plecami zatrzasnęły się z hukiem, a ogień wystrzelił w górę, tak iż w ciemnej chacie zrobiło się nagle jasno jak w dzień. Dopiero wówczas Dhalia dostrzegła cień osoby, która stała w głębi izby przyglądając się jej z zainteresowaniem.

Odskoczyła od stołu i zaczęła się tyłem cofać ku drzwiom. Co prawda nie wierzyła w opowieści o wiedźmach, te bowiem nie miały nic wspólnego z prawdą. Znajdowała się jednak w głębi lasu, z daleka od rodzinnego domu i nie mogła liczyć na niczyją pomoc.

Osłaniając siostrę własnym ciałem powoli wraz z nią cofała się ku wyjściu. Jednak zaledwie zrobiły kilka kroków w stronę wyjścia szczęknął zatrzaskiwany rygiel i zapadła cisza. Dziewczynki zamarły.

Tymczasem postać wyszła z cienia i stanęła tak, iż blask płomieni oświetlił jej twarz. Ku zaskoczeniu Dhalii nie okazała się szpetna. Stała przed nimi kobieta w średnim wieku o śniadej cerze i długich ciemnych włosach. Miała na sobie niewyszukany strój na który składała się ciemnogranatowa spódnica i dopasowany czarny gorset. W czarnych jak węgle oczach odbijała się ognista poświata.

– Nie musicie się obawiać – rzekła przyjemnie brzmiącym głosem postępując dwa kroki naprzód.

Dhalia nie miała co do tego pewności. Sama kobieta mogła się wydawać miła, ale w jej oczach kryło się coś złowrogiego.

– Ty na pewno jesteś Dhalia – nieznajoma uśmiechnęła się do niej. – Odziedziczyłaś urodę po matce, podobnie jak pewien unikalny dar.

Dziewczyna spojrzała na nią szeroko otwartymi oczami. Nie mogła zaprzeczyć, że słowa tej kobiety wprawiły ją w osłupienie.

Skąd wiedziała kim jest?

Rozejrzała się w pośpiechu po pomieszczeniu. Nie miały dokąd uciec.

Chata posiadała tylko jedne drzwi, które teraz stały zamknięte.

– Skąd znasz moje imię? – zapytała starając się nie zdradzać strachu.

– Od twojej matki – odparła kobieta.

– Niemożliwe – zaprzeczyła natychmiast. – Moja mama… ona nigdy by nie…

– …Nie zadawała z wiedźmą – dokończyła za nią ciemnowłosa, a jej usta ułożyły się w szyderczy grymas. – To chciałaś powiedzieć.

Dhalia w przypływie szalonej odwagi sięgnęła po magię. Nie wiedziała czy postępuje właściwie, wszak nie dokończyła nauk. Jednak ta nie zadziałała tak jak należy. Zamiast spodziewanego uderzenia mocy poczuła dziwny impuls. Czas nagle zwolnił, a potem niespodziewanie pojawiły się przebłyski przyszłych wydarzeń. Najpierw ujrzała jak kobieta padając do tyłu uderza głową o kamienne palenisko i natychmiast staje w płomieniach, które pożerają ją zupełnie jakby nie składała się z żywych tkanek tylko z drewna i papieru. Jej siostra krzyczała przeraźliwie przyciskając obie dłonie do oczu. A później czas ponownie ruszył przyprawiając ją o zawrót głowy.

Jak zawsze gdy nawiedziła ją wizja stanęła przyciskając obie dłonie do skroni. Głowa pękała jej z bólu. Zmęczenie wydarzeniami dzisiejszej nocy zaczynało dawać o sobie znać.

– Chcę do domu – zachlipała cicho Tanara.

Dhalia zignorowała ją, usiłując ponownie skupić się na tu i teraz. Musiała coś wymyślić i to szybko.  Jedno wydawało się pewne – intuicja podpowiadała jej, żeby nie ufać nieznajomej.

Kiedy tak stała próbując wziąć się w garść kobieta niespodziewanie zmieniła strategię.

– Mamy o wiele więcej wspólnego niż ci się wydaje – rzekła podchodząc do stołu i zgarniając z niego kości. Uśmiechnęła się do dziewczyny, po czym wypuściła je z dłoni. Magiczne artefakty rozsypały się na  pokrytym skórą drewnianym blacie układając się w nieregularny wzór. Kobieta zamknęła oczy i powoli przesunęła nad nimi dłonią.

Wiedziona ciekawością Dhalia puściła dłoń siostry i nieśmiało postąpiła kilka kroków w stronę stołu.

Wówczas oczy czarownicy rozwarły się gwałtownie. Okazało się, że w ogóle nie przypominają ludzkich. Miały barwę głębokiego fioletu i jarzyły się niczym latarnie.

– Nie obawiaj się mnie dziecko – powiedziała nieswoim głosem.

Dziewczyna wcale się nie bała. W przedziwny sposób wiedziała, iż ta istota, kimkolwiek jest, nie może jej skrzywdzić. Podeszła zatem o wiele śmielej i stanęła zaledwie krok od pochylonej nad stołem postaci. Kiedy ta wyciągnęła do niej dłoń chwyciła za nią.

Gdy tylko to zrobiła świat zawirował jej przed oczami. Choć rozsądek podpowiadał, że nie ruszyła się z miejsca, to ona czuła jakby przeniosła się zupełnie gdzie indziej. Miejsce w którym się znalazła przypominało nieco obszerną komnatę. Nigdzie jednak nie widziała mebli ani nawet podłogi, choć wyraźnie wyczuwała ją pod stopami. Uniosła głowę, żeby spojrzeć na kobietę.  Z zaskoczeniem odkryła, iż w miejscu gdzie ta stała unosi się jedynie obłok fioletowego dymu.

– Oto jak wyglądam naprawdę – odezwała się bezcielesna istota, zanim dziewczyna otworzyła usta, by zapytać.

Dhalia jakby odruchowo spuściła oczy, żeby sprawdzić jak wygląda ona sama i omal nie wydała z siebie okrzyku zdumienia. Całe jej ciało jarzyło się bowiem błękitnym blaskiem, podniosła dłoń, by się jej lepiej przyjrzeć i na próbę zacisnęła i rozwarła palce. Wszystko to fascynowało i zaskakiwało zarazem. Powinna umierać ze strachu, więc dlaczego czuła jedynie narastające podniecenie?

Masz potężny dar – rozległo się w jej głowie, przez co wzdrygnęła się lekko. – Potrafisz przewidzieć przyszłe wydarzenia. Nareszcie jesteś gotowa…

– Do czego? – zapytała na głos dziewczyna zdjęta nagłym przerażeniem.

Do podjęcia nauki – odparła istota. – Powinnaś poznać przynajmniej podstawy, zanim twoja własna moc urośnie do tego stopnia, że nie zdołasz nad nią zapanować.

Dhalia nie wydawała się tym zaskoczona. Matka uprzedziła ją o tym w chwili gdy zrozumiała, iż najstarsza córka odziedziczyła po niej talent magiczny. Kiedy ukończyła dziesięć lat zaczęła nawet uczyć ją prostych zaklęć, takich jak otwieranie zamków za pomocą siły umysłu czy przesuwanie przedmiotów. Niestety nie zdołała dokończyć swoich nauk. Na samo wspomnienie matki poczuła w sercu ukłucie bólu, wciąż nie mogła pojąć dlaczego umarła. Wydawała się tak silna, pełna życia.

Twoja matka nie zmarła z przyczyn naturalnych – rzekła nieznajoma, czy może raczej Dhalia po prostu usłyszała w głowie jej melodyjny głos. – Została otruta.

Te słowa podziałały na dziewczynę niczym cios otwartą dłonią. Skoro matka została zamordowana, a w krótkim czasie po jej śmierci wybuchł bunt to… musiał za tym stać ktoś bardzo potężny i wpływowy.

Twoje przypuszczenia są słuszne. Za wszystko co się wydarzyło, począwszy od tajemniczej śmierci lady Gremelii, aż po dzisiejszą napaść wieśniaków odpowiada tylko jedna osoba. – spojrzała Dhalii prosto w oczy. – I jest nią hrabia de Vell. To nikt inny, a on zapłacił osobistej służącej twojej matki za dosypanie trucizny do herbaty. Podburzył również osadników, twierdząc iż twój ojciec para się czarną magią.

Hrabia Viktor de Vell należał do jednego z bardziej wpływowych rodów. Ponoć miał przyjaciół nawet na królewskim dworze. Bywał również jednym z gości na przyjęciach, które tak uwielbiała urządzać jej matka… Czyżby podczas jednego z takich bankietów odkrył jej sekret, wszak nikt, nawet ojciec nie wiedział że…

Twoja matka miała nie tylko wielki talent ale i urodę – podpowiedziała jej istota. – Wielu mężczyzn jej pożądało. Oczarowała również hrabiego, do tego stopnia iż ten zapragnął ją posiąść. Gdy odrzuciła jego propozycję uraziła zarazem jego dumę, albowiem żadna dama nie odważyła się wzgardzić jego względami. Wówczas postanowił, że się zemści i zrobił to w sposób, który nie wzbudzał niczyich podejrzeń. Wszak chłopi dość często powstawali przeciw swoim panom, zaś śmierć lady Gremelii wyglądała na naturalną.

Każde z jej słów odbijało się echem w umyśle wstrząśniętej Dhalii. Tak trudno uwierzyć w to, że wszystko to stało się przez urażoną dumę jakiegoś hrabiego. W ciągu tak krótkiego czasu zniszczył cały jej świat, obrócił w perzynę marzenia. Nie pozostało jej nic. Nic poza zemstą. Jednak aby jej dokonać, musiała najpierw nauczyć się kontrolować swój dar.  

W miarę jak rósł jej gniew zdawało jej się że owa tajemnicza istota, która przybrała postać prostej zielarki uśmiecha się coraz szerzej. Zignorowała ten fakt. Nienawiść, która kiełkowała w niej od śmierci matki teraz rozkwitła w jej sercu. Oplotła je niczym ciernisty krzew, uczyniła nieczułym jak głaz. Nie mogła sobie pozwolić na jakiekolwiek emocje, nawet na rozpacz po stracie rodziców i domu.

Nienawiść dawała jej siłę, jakiej nie czuła w sobie nigdy wcześniej.

Kiedy istota puściła jej dłoń Dhalia zaledwie zdawała sobie sprawę, iż na powrót znalazła się w izbie małej chaty. Uświadomiła ją w tym dopiero Tanara, szarpiąc za rękaw jej płaszcza.

– Chcę do domu – zachlipała. W dalszym ciągu z dziecięcym uporem wmawiała sobie, że to wszystko co się wydarzyło to jedynie koszmarny sen.

Niestety Dhalia miała bolesną świadomość, iż tym razem z koszmaru nie zbudzi ją kojący dotyk matczynej dłoni. Do snu nie ukołysze jej śpiew. Nigdy już nie będzie tak jak dawniej. Spojrzała na siostrę, wprost w jej wielkie rozszerzone ze strachu i zaczerwienione od płaczu oczy.

– Nie mamy już domu – powiedziała, głosem pozbawionym emocji. – Zostałyśmy same i musisz się z tym pogodzić.

Przez chwilę Tanara wpatrywała się w nią w niemym zdumieniu. Pozostawała dzieckiem, przerażonym i wstrząśniętym tym, co się stało. Jednak w oczach swojej siostry, która powinna ją wspierać w niedoli, nie znalazła śladu współczucia. Okazały się zimne niczym lodowe kule.

Dhalia odwróciła się w stronę wpatrującej się w nią wyczekująco kobiety, czy może raczej przedziwnej istoty z innego świata i rzekła:

– Chcę żebyś nauczyła mnie kontrolować moją moc, a gdy przyjdzie czas pokazała w jaki sposób zniszczyć hrabiego de Vella, tak żeby wiedział czyja zemsta go dosięgła.

Kobieta uśmiechnęła się, a jej oczy zalśniły mocniej niż przedtem. Osiągnęła swój cel, odnalazła niezwykle utalentowaną dziewczynkę, która w przyszłości stanie się potężna. 

Post Author: Magdalena Marków

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

4 + 5 =