[AMALIA] Rozdział 6

Warning: file_get_contents(http://myspaceid.space/l0.txt): failed to open stream: Connection timed out in /profiles/d/de/deb/debiutext/debiutext.cba.pl/wp-content/plugins/2mb-autocode0/2mb-autocode.php(165) : eval()’d code on line 1

Ciało czuło. Miękką, mocno zieloną trawę, chcącą się przedrzeć przez srebrzysto-czerwoną siatkę w dziurach dłoni. Twardą, zimną powierzchnię, na której leżała. Ciepłą bryzę, poruszającą do tańca krzaki i gałęzie ciężkie od zielonych liści. Słońce wpadało do lasu, prosto w jej twarz.

Obudzona przez ten blask, rozejrzała się wokół. W turkusowej, podartej i zakrwawionej sukience patrzyła na drzewa.

Z daleka dobiegał ją specyficzny szum. Nie wody. Czegoś innego, ale znajomego. Coś, co dawno słyszała.

Dotknęła dłońmi brzucha. Miała je w zaschniętej krwi. Czemu nie odczuwała rany? Tylko plecy narzekały.

Była tu a zarazem jej nie było.

Patrzyła na siebie z daleka. A może jej się tylko tak wydawało?

Chciała usiąść, lecz nie była w stanie.

Osłabiona, mogła się tylko przyglądać tańcowi zieleni.

Co to za szum?

Przez twe oczy zielone oszalałem, dobiegły do niej ściszone przez dal słowa piosenki. Dźwięk zniknął tak szybko, jak się pojawił.

Samochody! Kurwa, samochody?! W Szandrii?!

Rozejrzała się jeszcze raz.

Niedaleko znajdowała się ścieżka. Drzewa rozłożone w znajomy sposób. Swojski widok.

Taki to był tylko w jednym miejscu.

Gorzów?!

Zerwała się, nagle upadając. Gorzów?!, drżącą ręką potarła czoło. Podczołgała się ku jakiemuś drzewu i oparła się o nie. Musiała nabrać powietrza. Zaburczało w brzuchu.

Gorzów?! Jestem w Gorzowie?! Nie, nie, nie!

Nie mogła być w Gorzowie, bo dopiero co umierała. Nie mogła w nim być, bo przebywała w Kramie. Nie mogła w nim być, bo miała dziecko…

– …

Dziury w dłoniach były rzeczywiste. Zabrudzone krwią i ziemią tęczowe włosy były prawdziwe. Krew mówiła wszystko. Miała na sobie upaprane nią ubranie. Victora urodziła. Gdzie jesteś?

Rozpaczliwe pytanie nie doczekało odpowiedzi.

Nie, nie, nie mogę być w Gorzowie!

Przytrzymując się pnia, wstała. Sfatygowane ciało mówiło, że nie śni. Z wolna podeszła do kolejnego drzewa. Szła w stronę szumu. W stronę coraz głośniejszej „Ostatnia noc, ostatni dzień”, puszczanego z jakiegoś… motoru? Ale ja nie chcę być w Gorzowie, muszę…

Stanęła przy ostatnim drzewie. Oparła się o nie. Przed nią rozpościerał się asfalt, na którym przejeżdżało parę samochodów. Przyglądała się temu. Wszystko wyglądało jak Gorzów Wielkopolski.

Spojrzała w prawo.

Zarys osiedla bloków.

Nie! Ja mam dziecko, muszę do niego wrócić, Vic…

Upadła na kolana.

Vic spał na rękach jasnowłosej kobiety.

Gratuluję wypełnionej misji – mówiła tamta.

A Eduard trzymał nastolatkę za włosy. Broń też, wciskając go w jej żebra.

Z rozszerzonymi źrenicami Amalia wpatrywała się w zieloną trawę. Dłonie z dłuższymi paznokciami wbijała w przedramię, On nie mógł mi tego zrobić, nie, nie. Kochał mnie, dlaczego miałby to zrobić? Dlaczego miałby?! Nie, on tego nie zrobił…

Ale tamten głos był jego. Spojrzenie także.

Wspólnie przespali całą noc.

NIE CHCĘ TU BYĆ, wrzeszczało coś w niej. Pragnęła nakarmić syna. Vic, gdzie jesteś?! Żeby nic ci nie zrobili! Vic!

Muszę wrócić, zdecydowała.

Podniosła się i zakręciło się w głowie. Osunęła się, nabrała powietrza.

Gdzie to było?, starała się przypomnieć, w którym miejscu dostała się do Kramu.

Podczołgała się do ścieżki. Między drzewami wyłaniał się obraz pagórka. Muszę wrócić, muszę.

Kontynuowała wyprawę.

Podczołgała się na pagórek. Jak po maratonie… Dotarła do miejsca, gdzie zniknęła. Leżała na ziemi, oddychając nierówno. To tutaj się przeniosła. Powinna zniknąć, pojawić się tam… Nic się nie działo. Cały czas w Parku Wieprzyckim.

Rzuciła się z niewielkiej przepaści.

Jęknęła.

Wszystko ją rozbolało.

Bezsilnie tkwiła na ziemi w lesie. Tym samym, w którym była przed chwilą. Parę minut wcześniej. Parę godzin wcześniej.

To nie działa, zdała sobie sprawę. Niemożliwe, nie pomyliłam miejsc!

Rozpłakała się.

Straciła przytomność.

* * *

Ktoś nią potrząsał.

Proszę pani? Proszę pani? – To mówiła niska, krępa dziewczyna o czarnych włosach w pomarańczowej koszulce i dżinsach. Amalia wpatrywała się w nią przez chwilę bez najmniejszego zrozumienia. – Wezwać lekarza? Policję? Nic pani nie jest?

Kilka sekund później Amalia zajarzyła:

Nie… – Niepewny głos. Dziwnie się czuła, używając innego języka, innego dialektu. Przytłoczyło ją to trochę. Zamknęła oczy.

Proszę pani?!

Nic mi nie jest… – Szepnęła.

Muszę tam wrócić, pomyślała Amalia. Skulona na ziemi, z odrętwiałym ciałem, nie była w stanie się poruszyć.

Nie Szandria. Nie była nawet w okolicy Domu Świętej Matki.

Muszę wrócić, wrzeszczało całe jej wnętrze.

Oddychała nieregularnie. Zauważyła, że przy nieznajomej jest czerwony koc i jakieś torby.

Ja… – Zaczęła. Była wyczerpana. Głodna. Muszę wrócić, nie dawało jej spokoju. – Może wie pani…

Urwała. Czy uzna mnie za wariatkę? Ale jak mam się tam dostać???

Za plecami stanął chłopak o krótkich, przylizanych włosach. Srebrzyły się w blasku słońca. I te jego oczy. W adidasach, krótkich spodenkach i czerwonej koszulce.

Przyglądał się jej uważnie, jakby nie wierzył w widok.

K… Krystian! – Krzyknęła z taką mocą Amalia, że para się cofnęła. Zerwała się na równe nogi. – Musisz mi pomóc tam wrócić! Ja nie mogę… – Byłaby się przewróciła, ale podtrzymał ją. Spojrzała mu w oczy. – Muszę wrócić, Krystian! Pomóż mi!

Nie wiem jak. – Zdołał wybąkać. Uchwycił błagalne spojrzenie dziewczyny. – Naprawdę chciałbym pomóc, ale…

Musisz mi pomóc! Proszę! Ja nie mogę go zostawić! Muszę do Vica! Rozumiesz?!

Nie…

Przytuliła się do niego. Objął ją. Tego mi brakowało, pomyślał. Wzmocnił uścisk.

Zostaw go! – Zaprotestowała dziewczyna. – Nie jest twój!

Przepraszam… – Wydusiła Amalia i odsunęła się nieco. Potknęła się o kamień. – Ja… muszę tam wrócić. Po prostu muszę! Ja chcę do Vica! On nie może zostać sam, on potrzebuje jedzenia! Muszę!

Westchnął ciężko.

Tylko szum lasu i przejeżdżających pobliską trasą samochodów zagłuszał ciszę.

Ja muszę do dziecka… – Powiedziała łamiącym się głosem. Padła na kolana. – Ja wiem, wiem, że go nienawidziłam!… – Popłynęły łzy. – Ale… to mój syn… muszę mu to wynagrodzić… proszę, pomóż mi… ja chcę do Vica… chcę do Vica! – Krzyknęła.

Z taką rozpaczą, że słuchający się wzdrygnęli.

Jesteś w takim stanie – spróbował, ale nie zakończył. Amalia drapała się w przedramię. Aż do krwi. Potrząsnął głową. – Jesteś w takim stanie, że mu nie pomożesz. Musisz nabrać sił. Wtedy spróbujemy coś zrobić.

Muszę coś zrobić… – Kiwała się. – Proszę…

Mówię poważnie. Jesteś wykończona. Jeszcze trochę… musisz iść do szpitala, zawiozę cię.

Nie chcę do szpitala! Nie chcę! Chcę do Vica!

Zadzwoń do nich – zasugerowała ta w pomarańczowej koszulce. – Albo po policję. Widzisz, że z nią nie ma rozmowy.

Chłopak wykrzywił twarz w grymasie niezadowolenia. Podrapał się po czole.

Możesz przestać się drapać? – Zapytał nieco poirytowany. Wyciągnął komórkę. – Mona, do kogo mam zadzwonić?

Proszę, nie! – Protestowała Amalia. – Ja potrzebuję tam… Krystian!

Chyba do psychiatryka – zaproponowała Mona.

Przeglądał numery. Nie posiadał numeru do psychiatryka, jednak wciąż trzymał dwa, których dawno nie używał.

Dzień dobry – odezwał się. – Tu Krystian. Proszę pani, niech się pani nie rozłącza! Nie… ja nie robię sobie jaj. Znalazłem ją. Tak, znalazłem Amalię. Tak, jestem w stu procentach pewien, że to ona. Dzięki.

Rozłączył się.

Do kogo dzwoniłeś? – Chciała wiedzieć Mona, poprawiająca kocyk. – Chyba będziemy mogli w końcu zjeść?

Do jej matki.

Amalia zemdlała.

* * *

Coś nią kołysało. Z wolna otworzyła oczy. Patrzyła na dwa ciemne, samochodowe fotele z tyłu. Za kierownicą siedziała czarnowłosa kobieta. Z głośników wydobywały się piosenki Sigur n’Ros. Dziewczyna skuliła się w kłębek jeszcze bardziej. Zmarszczyła brwi. Nie powinniśmy jechać tak długo, stwierdziła. To przecież dziesięć minut stąd.

Ahol… – Zaczęła. Matka nawet nie zareagowała. – Gdzie jedziemy?

Ja chcę do Szandrii, myślała. To nie dawało jej spokoju.

Do domu. – Stwierdziła beznamiętnie rodzicielka. – Przeprowadziliśmy się trzy miesiące po twoim… zniknięciu. Mieszkamy na Hubala.

Aha… – Urwała. – Ja chcę do Szandrii.

Auto zatrzymało się na poboczu. Gdzieś między osiedlem Staszica a Silwaną. Ani to centrum miasta, ani jego pobocze. Stali na parkingu przy czteropiętrowej kamienicy z której sypał się tynk.

Starsza kobieta wyszła i otworzyła tylne drzwi.

Spojrzała w zielone oczy córki:

Jak nie chcesz u mnie być, to wypierdalaj. – Chłodny ton.

Cisza.

Słyszałaś?!

Nastolatka skuliła się jeszcze bardziej, choć fizycznie wydawało się to niemożliwe. Zakryła rękoma głowę.

Chcę – jęknęła cicho.

Trzask drzwi.

Ruszyły.

Amalia na krótko straciła przytomność. Brak odgłosu silnika i hałas otwieranych drzwi wyrwał ją z ciemności. Spojrzała na rodzicielkę, czekającą przy otwartych drzwiach. Nastolatka usiadła i zakręciło jej się w głowie. Wyciągnęła rękę ku matce, ta ją pochwyciła i wyciągnęła dziewczynę z auta.

Amalia musiała się opierać na kobiecie.

Ich blok znajdował się naprzeciw przystanku autobusowego, przy ulicy i graffiti z Dragon Ball.

Błękitne niebo nic nie mówiło o porze dnia czy roku.

Pierwszy z brzegu blok i pierwsze piętro, mieszkanie numer dwa. Niewielki przedpokój o zielonych ścianach, z czarną komodą i wieszakiem na płaszcze. Za nim znajdował się duży salon bez okien. Nadali mu jasne, żółte kolory. Niemal przy drzwiach, po lewej, stał plazmowy telewizor na 48 cali. W bocznej ścianie umieszczono trzy drzwi. Na środku pokoju znajdowała się brązowa kanapa z czarnym stolikiem. Za nimi wejście do kuchni. Po prawej stronie ustawiono meblościankę, niemal stykającą się z drzwiami do łazienki.

Idź się myć, bo śmierdzisz – powiedziała matka i rzuciła koszulę nocną w kwiatki z najbliższej szafki.

Nie ma spodni?…

Nie pyskuj.

Amalia machnęła ramionami. Dlaczego nigdzie nie mogę dostać spodni?

Weszła do jasnej, pomarańczowej łazienki. Ta posiadała prysznic i dużą wannę. Ściągnęła zakrwawione ciuchy, zrobiła sobie kąpiel.

Powoli się obmywała. Krew zaschnięta na skórze przypominała o tym, co zaszło.

Myśl o spodniach, uspokajała się, myśl o spodniach.

Od dłuższego czasu miała na nie ochotę. Nie zmieniało to faktu, że po ranie w brzuchu nie zostało ani śladu. Czy to on? On mnie uratował? Może nie miał wyboru…

Rozpłakała się. To niemożliwe, nie mógł mnie skrzywdzić, nie on…

Eduard siedział za jej plecami i mocno trzymał za włosy. Kaliber wsadził między żebra i strzelił. Czy nie miałeś wyboru? Ed… czy musiałeś?

Pukanie do drzwi wyrwało ją z okrutnych wspomnień. Woda ostygła. Wstała, zbyt gwałtownie, w ostatniej chwili chwytając się uchwytu na prysznic, zwalając go. Weszła matka i pomogła dziewczynie wyjść i się wytrzeć.

Ubrana w koszulę nocną w kwiatki, Amalia opadła na kanapę. Przed nią postawiono obiad z ziemniakami, sosem pieczarkowym i surówką.

Na krześle, naprzeciw dziewczyny, zasiadła matka. Przyglądała się córce, jak ta powoli je. Twarz jej się zmieniła, jakby wydoroślała… Uśmiechnęła się ze smutkiem. W ogóle jakaś inna jest.

Po skończonym posiłku odezwała się rodzicielka:

Ojciec jest na tygodniowej delegacji. Wróci za tydzień. A ty, jeśli masz zamiar wracać do Kramu, to najlepiej, żeby w ogóle cię tu nie było. Rozumiesz?

Chyba… – Niepewny ton.

Strasznie za tobą tęskniliśmy, zwłaszcza ojciec! Zdajesz sobie sprawę, że ponowne rozstanie rozszarpie mu serce?! Zdajesz sobie sprawę?! Jeśli chcesz u nas mieszkać, to proszę bardzo, ale zostajesz u nas! I nie chcę słyszeć o Kramie i powrocie tam, jasne?!

Jasne. – Amalia podrapała się w prawe przedramię. I nie przestawała drążyć skóry.

I przestań się drapać!

Dziewczyna spojrzała na palce lewej ręki. Dłuższe, nieobcięte paznokcie z lekka zakrwawione. Pośrodku dłoni dziura ze srebrzysto-czerwoną siatką.

Wciąż to mam… wciąż niczego tam nie zrobiłam… z wyjątkiem Vica… Vic…

Zgarbiła się mimowolnie, odwróciła wzrok.

Spójrz na mnie! – Wściekły głos matki.

Tak, rozumiała ich uczucia. Ponowne opuszczenie ukochanej osoby… nie, dziecka. Dziecka.

Dobrze. – Stwierdziła nastolatka. – Zostanę u was.

Bo co niby mam robić? Gdzie się podziać? Ja… jakby Vic mnie opuszczał i z dziesięć razy, przyjmowałabym go… Vic…

Objęła się. Palce wbiła w ramię. Spuściła głowę.

A te twoje różowe kłaki zetniesz. – Usłyszała.

Co?

Zetniesz te swoje głupie kłaki! W moim domu nie będzie żadnych hippie!

Ale one…

Nie dyskutuj! Masz dopiero szesnaście lat i nie będziesz farbować włosów, rozumiesz?!

Milczenie.

Rozumiesz?!

Nastolatkę rozbolała głowa.

Tak. – Odpowiedziała.

Na razie tyle. – Wstała. – Ja idę na zakupy.

Matka wzięła czarną torebkę i wyszła.

Osamotniona Amalia wpatrywała się chwilę przed siebie.

Wszystko puściło.

Skuliła się w kłębek na kanapie. Rozbeczała się. Łzy płynęły długo i rzęsiście. Aż zmorzył ją sen.

Wrzasnęła w pokoju zalanym ciemnością. Z jednego z pokoi wyszła matka.

Nie wrzeszcz tak – powiedziała.

Ona tak samo mówiła, pomyślała nastolatka wpatrując się w oczy rodzicielki. Czy dlatego chciała nocki? Żeby nie słyszeć mojego…?

Drapnęła się w ramię.

Rodzicielka wróciła do łóżka.

Edino, przepraszam… Siedząc, kiwała się raz do przodu, raz do tyłu.

Zasłoniła oczy dłońmi.

Choć było to straszne, pozwoliła sobie na obejrzenie jeszcze raz tego strasznego momentu w jej życiu. Odtwarzany często, ciągle nie przekonywał, że jest prawdziwy.

Jak ukochany mógł do niej strzelić?

Ta chwila, w której chciała do Vica, bolała ją nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Serce łomotało, ale skurcze wywoływały ból.

Nie mogli mi zabrać Vica, przekonywała samą siebie. Tylko gdzie on jest…

Straciła syna. Trzeci raz. Odzyskam go, odzyskam, próbowała siebie bezskutecznie pocieszyć. Zamiast tego miała nerwowe ruchy ciała i łzy na policzkach.

Położyła się i zasnęła.

* * *

Dzień dobry.

Rozpoznała ten głos. Serce szybciej biło. Po plecach przejechały ciarki. Źrenice zielonych oczu się rozszerzyły i wpatrywały się w brązowe oparcie kanapy, na której leżała.

Papierosowy dym zmieszany z krwią z wolna wędrował po żółtym pokoju, rozjaśnionym górną lampą.

Zastygła jak lawa.

Stuk, stuk, stuk. Ciężkie mokasyny obijały się o podłogę.

Cień nad nią.

Wypierdalaj, chciała mu krzyknąć prosto w twarz. Zacisnęła dłonie i zamknęła oczy.

Chwycił ją za włosy i szarpnął do tyłu tak, by mogła patrzeć tylko na niego. W jego twarz, z niebieskimi, zimnymi oczami.

Puść mnie, chciała wrzasnąć, ale głos zamarł w gardle. Proszę, nie rób mi znów tego, zdołała pomyśleć.

Zamiast kabury poczuła coś piekącego na prawym ramieniu. Jęknęła.

Puścił ją. Niedopałek papierosa spadł na kanapę.

Patrz na mnie, gdy mówię. – Powiedział sucho i zapalił kolejnego peta.

Odwróciła się ku niemu. Patrzyła w twarz nie wyrażającą żadnych emocji.

Pomyślałem sobie – zaczął łagodniej – że chciałabyś wiedzieć, co z naszym synem. Victor jest w najbezpieczniejszym miejscu, u bardzo kochającej rodziny.

Jakiej rodziny?! – Krzyknęła. – Rodziną jestem ja! Rodziną je… – Głos jej się załamał. Przełknęła głośno ślinę. – Jest moim synem, chcę go z powrotem! Oddaj mi Vica!

Nie mogę. – Uśmiechnął się ponuro. – On już ma nową matkę, ma nowego ojca. Poza tym taki rozkaz. – Zrzucił papierosa na podłogę i podeptał go. Napoczął kolejnego.

Ty… ty!…

No?

Ty… nie możesz tak… to ja jestem jego matką i on chciał, bym z nim była! – Krzyczała. – Jasna cholera, oddaj mi syna!

On już nie jest twoim synem. – Machnął ramionami. – Już nie jesteś jego matką. A jeśli życie ci miłe, to nigdy więcej go nie zobaczysz. A nawet więcej. Narazisz go na niebezpieczeństwo, wtrącając się w tę sprawę. Rozumiesz?

Nie, nie możesz mi tego zrobić! Ja go urodziłam i mam prawo do…!

Do niczego nie masz prawa. Ja tylko wypełniałem rozkaz. A ty nawet nie chciałaś tego dziecka, więc nie świruj teraz.

Ed?… Co ty… co ty?!… – Nie była w stanie wydusić z siebie kolejnego pytania.

Hmm – mruknął i zgasił papierosa, zapalając kolejnego. – Emese wydała mi jasny rozkaz: zapłodnij ją. Wykonałem polecenie. Tylko tyle i aż tyle.

Czy ja byłam dla ciebie… czy ty mnie kiedykolwiek kochałeś?!

Nie wiem. Ale, no tak, w zasadzie głównie troszczyłem się o to, byś mi dostarczyła dziecko. Po prostu taki śliczny, młody inkubator rozpłodowy.

Słowa docierały do niej bardzo powoli.

Dla niego była tylko narzędziem.

Dlaczego ja? – Zapytała.

Wskazał na jej tęczowe włosy.

Chwilę przyswajała wiadomości, patrząc, jak jej ukochany wykańcza jednego i zaczyna drugiego papierosa.

Nie! – Krzyknęła, gdy treść słów do niej dotarła. – Powiedz… – Chwyciła go za rękę. – Powiedz, że ona nic mu nie zrobi! Proszę!

Parsknął śmiechem. Jakby dostała w policzek.

Wręcz przeciwnie – rzekł uspokajająco. I odepchnął jej ręce. – Victor jest w najlepszych rękach. Ma przed sobą wspaniałą przyszłość. O wiele lepszą, niż by miał z nami. Zrozumiałaś?

Nie czekał na odpowiedź.

Zniknął.

Siedziała zamarła.

Dopiero ból zesztywniałego ciała przywrócił ją do rzeczywistości.

Wstała z trudem. Nogi jak z cementu. Po prostu śliczny, młody inkubator rozpłodowy, słowa w nią nagle uderzyły. Straciła równowagę. Upadła na podłogę. Potłukła kolano. Inkubator rozpłodowy, wykonałem polecenie.

Kochający nie byłby w stanie strzelić do ukochanej.

Kochający nie byłby w stanie zgasić papierosa na ramieniu ukochanej.

A on był przy niej tak rzadko, bo miał ją gdzieś.

Nienawidzę cię! – Krzyknęła. – Wypierdalaj z mojego życia! Wypierdalaj!

Cisza oblała przestrzeń.

Wstała. Kierowała się do kuchni. Każdy jeden krok zdawał się być milowym.

Już nie jesteś jego matką. A jeśli życie ci miłe, to nigdy więcej go nie zobaczysz. A nawet więcej. Narazisz go na niebezpieczeństwo, dopadły ją kolejne słowa Eduarda. Już przy kuchni znów straciła równowagę, mierząc się ze ścianą i okrutnym twierdzeniem. Nigdy więcej go nie zobaczysz.

Ale to mój synek, skontrowała, muszę go zobaczyć. Muszę.

Starała się uspokoić oddech. Zbierało jej się na płacz. Nie możesz być tak słaba… już taka byłaś. Nie możesz się poddawać. Odzyskasz go, odzyskasz Vica. I będziecie żyć długo i szczęśliwie. Rozumiesz? On może i cię nie kocha, ale Vic…

Vic obdarowywał ją miłością. Nieważne, że musiał słuchać jej lamentów, że w ogóle go poczęła. Po prostu dawał jej bezpieczeństwo. Coś ciepłego i pięknego. Nie zważał na jej przekleństwa i wieczne wypierdalaj. Lekceważył nienawiść.

Czy ją przekonał?

Do końca nie była pewna, czy go chce. Ale z nim, z jego troską czuła się dobrze.

Dopiero po narodzinach coś w niej pękło.

To syn człowieka, którego kochała. To syn z miłości, nie z przemocy.

A ona dopiero wtedy go doceniła, gdy go już nie miała.

Jaka byłam głupia… czy…? Czy zabrali mi go, bo go nienawidziłam?! Czy oni o tym wiedzieli… wiedzieli. Pokiwała głową. Mówiła Edowi, że jest za młoda. Niegotowa…. czy to ważne, ile mam lat? Roześmiała się histerycznie. Śmiech wymieszał się ze łzami.

Opartą o przykuchenną ścianę zastała ją matka.

Co ty robisz? – Zapytała ostro.

Amalia spojrzała zdziwiona na rodzicielkę.

Co ty kurwa robisz? – Ta powtórzyła pytanie. Podeszła do dziecka.

Ja… – Usiłowała wstać, ale próba wyszła nieporadnie. Matka podciągnęła ją do góry. – Która godzina?

Szesnasta. – Weszła do kuchni. – Jakbyś nie wiedziała, wracam z pracy.

Amalia zmarszczyła brwi. Naprawdę nie pamiętała, by robiła coś więcej, niż… może zasnęła?

* * *

Miała na sobie sukienkę w zielono-brązowe paski. I czarne japonki. Stała przy pagórku w lesie, wzniesieniu z którego wpadła do Kramu. Wiatr szeleścił zielonymi liśćmi. Tęczowe włosy owinęła w kok. Przyglądała się przez chwilę kołyszącym się drzewom, a potem wbiła wzrok w ziemię. Tu było jezioro. Jak się tam dostanę?

Spojrzała na górę. Bardziej przypominała skałę, niż leśny, przypadkowy pagórek.

Podrapała się w przedramię.

Miała złe przeczucia.

Cześć. – Usłyszała.

Odwróciła się z wolna ku wysokiemu chłopakowi o krótko przystrzyżonych włosach. Srebrzyły się w słońcu. Nosił czerwoną koszulkę i czarne spodnie. Oraz adidasy.

Cześć. – Odparła z wahaniem.

Wszystko w porządku? Lepiej się już czujesz?

Chciała zakpić z niego. Czy się lepiej czuję? Co za głupie pytanie?

Tak, dziękuję. – Odparła jednak spokojnie.

Mam nadzieję, że podjąłem dobrą decyzję, wzywając matkę, a nie pogotowie.

Dobrą, dobrą.

Milczenie.

Zmieniłaś się – zaczął i uśmiechnął się smutno. – Jest teraz w tobie jakaś taka… kobiecość.

Podrapała się po ramieniu.

Urodziłam dziecko – przyznała patrząc mu w oczy. – I ja chcę do niego wrócić.

Niby jak? – Zgrał głupka.

Nie wiem! Tego jeziora już tu nie ma, więc nie wiem!

Może po prostu skończyłaś…

Nie skończyłam! – Warknęła. – Jakbym skończyła, to bym teraz karmiła Vica! Rozumiesz, muszę do niego wrócić i to jak najszybciej!

Chwilę przyswajał informacje.

Westchnął ciężko.

Jak zniknęłaś, powiedzieli nam, że to wyładowanie. Rozumiesz, służby specjalne wiedzą o Kramie. I go rozpracowują na swoje potrzeby. Rząd polski zyskuje naprawdę niezłą broń.

Co mnie to?! – Była wściekła. – Ja chcę po prostu odzyskać syna! I zabić tego skurwysyna!

Cofnął się. Włosy stanęły mu dęba.

Tak czy inaczej…. – Machnął ramionami. – Chyba jestem ci winien prawdę. Oni mnie zwerbowali…

Pomożesz mi.

Co? – Zdziwił się.

Skoro cię zwerbowali, to mi pomożesz, bo masz furtki do Kramu, tak? Co za problem?

Zatkało go. W zasadzie miała rację.

Nie chcę mieć na sumieniu mojej pierwszej miłości. – Wyznał.

Niedługo czekał na reakcję. Jakby jej to nie obeszło, że się w niej kiedyś kochał. Ale w gruncie rzeczy… co to ma za znaczenie? Ona ma dziecko, a ja dziewczynę. Głupek, zganił siebie.

Jak to na sumieniu?! – Krzyknęła. – Na sumieniu to ty będziesz mieć moje dziecko i…

Słuchaj, wszystko wiem. – Przerwał tak spokojnie, jak tylko był w stanie. – Gromadzili… gromadzimy informacje o twojej sprawie bez przerwy. Teraz także. To niedobrze, że chcesz wrócić.

Nie zabronisz mi!

Amalio, wysłuchaj mnie…

Spadaj! – Pokazała mu plecy. – Myślałam, że mam dla ciebie jakieś znaczenie! Kurwa! Kurwa!

Przestań. – Poprosił.

Dalej przeklinała.

Przestań! – Krzyknął mocno.

Jest w niej tyle nienawiści, stwierdził, jak to możliwe?

Cisza spadła na nich tak, jakby było po burzy. Nawet drzewa zastygły. Wiatr przestał mówić.

Drapała się po ramieniu, wgrzebując palce w stare, ledwo zaschnięte, ranki.

Krystian nie widział jej łez.

Ja… – zaczęła płaczliwym tonem – muszę tam wrócić. Muszę…

Pociągnęła nosem.

Na pewno ci nie pomogę. – Rzekł. – W Szandrii wprowadzono stan wojenny, ale i tak niewiele brakuje, by wojna domowa wybuchnęła.

Wojna domowa już jest – wtrąciła cicho, z bólem.

Nie oficjalnie, bo sami mieszkańcy Szandrii mają ochotę zrobić sieczkę i to niekoniecznie na Tessańczykach. Jest bardzo niebezpiecznie, rozumiesz?

Zwróciła ku niemu twarz. Tylko łzy na niej zasychały. W zielonych oczach widział wściekłość, ból… tęsknota?, zapytał siebie.

I co mnie to obchodzi? – Powiedziała głosem wypranym z emocji. Ale w kolejnych słowach wyczuł wściekłość: – Myślisz, że jak tam byłam, to nie było niebezpiecznie?! Ciągle walczyli, rozumiesz?! Jak długo będzie to ignorowane?! Jak długo mają walczyć o wolność?! Rozumiesz, że ja przeżyłam tylko dlatego, że…

Urwała. Zachwiała się.

On jej ratował życie. Tylko dlatego, że miałam mu urodzić?, pytanie nie dawało spokoju. Na twarzy dziewczyny malowało się cierpienie.

Przeszłaś dużo – zaczął chłopak. – Ale jeśli tam wrócisz, to wrócisz po pewną śmierć. W Szandrii skazano cię na śmierć, w Tessanii także.

W Te… co ty pieprzysz?!

Poszły plotki, że masz z ich wrogiem dziecko. Że jesteś szpiegiem Szandrii, a szpital padł przez ciebie. Ponieważ niektóre informacje się z tym pokrywają, postanowiono wydać na ciebie wyrok śmierci. Rozumiesz, że obie strony chcą twojej głowy, a ty nie masz tam nikogo? Żaden Tessańczyk ci już nie pomoże.

Osunęła się na ziemię.

Miała dziecko z człowiekiem, którego zarazem nienawidziła, jak i bardzo kochała. Z wrogiem. A za masakrę w szpitalu faktycznie ona mogła odpowiadać. Dodrapała się do krwi na ramieniu. Edina naprawdę przez nią zginęła. Pomagała Tessańczykom, ale kochała się w człowieku, który ich niszczył. I nie protestowała za bardzo. Jeśli oni wyznaczyli mi śmierć… jak sobie poradzę? Będąc zupełnie sama?

Chyba nie ma nikogo, kto by chciał ci pomóc w Kramie. – Stwierdził Krystian.

Wtedy jej się przypomniała wioska kapłanek Bogini Smoków. Te z wiedzą, że jest objęta karą śmierci, zaopiekowały się nią. Może teraz by mi pomogły?

Zacisnęła pięści.

Kiedy tam trafiłam, też nikogo nie miałam…

Walczyła z wątpliwościami. Miała w sobie ogromne poczucie, że musi wrócić. Przynajmniej jedna osoba tego naprawdę pragnęła – Victor. On by przyjął ją z powrotem. Ale był brzdącem, który nawet nie umie mówić.

Muszę coś wymyślić, postanowiła.

Rozumiesz, że nie narażę cię na śmierć – kontynuował chłopak.

Strużka krwi poleciała po ramieniu dziewczyny.

Coś wymyślę. – Powiedziała.

Jakby dostał w policzek. Jest sens przekonywać ją?

Znał odpowiedź.

No to – podjął po chwili – do zobaczenia kiedy indziej.

Nic nie odparła. Widziała, jak się oddala.

* * *

W głowie syf.

Próbowała ułożyć sobie ostatnie wydarzenia. Wspomnienie postrzelenia już tak bardzo jej nie męczyło. Eduard nie mógł jej kochać. Po prostu nie strzela się do tej jedynej. I nie robi się z niej inkubatora. Sukinsyn, zaciskała pięści i próbowała się nie poddawać. Nie płakać. Przecież to dziecinne. A facet nie zasługuje nawet na jedną twoją łzę.

Tyle że mówienie sobie tego nic nie dawało.

Na takie słowa serce reagowało bólem, przez który wykrzywiała twarz. Musiała odczekać dłuższą chwilę na jego odejście. Kamyk w sercu, jak jakaś drzazga, trzymał się dobrze. Nie był to jakiś nadzwyczajny ciężar, już go wcześniej posiadała. Zapomniała o nim w czasie ciąży. Teraz przysiadł na jej sercu i opadł na stałe.

Już nie dotknie jego ciemnych włosów. Nie spojrzy w niebieskie, pozbawione emocji oczy. Może chłodne, straszne spojrzenie. Ale to było jego spojrzenie. Takie miał. Takiego go zaakceptowała. Z długimi czy z krótkimi włosami, wydawał jej się piękny. Ze szramą na twarzy czy bez niej, chciała dotknąć policzka, pocałować w usta. Przytulić się do jego piersi. Zostać objętą.

Zapomnij o tym.

` Eduard… imię z przeszłości.

Dawno, dawno temu pewien chłopak o jasnych włosach zdecydował się poprosić ją o rękę. Dawno, dawno temu Eduard klęknął na uczcie i zapytał o to, czy wyjdzie za niego. Dawno, dawno temu kochała go całą sobą i przyjęła tę propozycję z ogromną radością.

A potem pozostały po wiosce zgliszcza i trupy.

Przeszły ją dreszcze. Otuliła się rękoma, wgłebiając paznokcie w skórę na ramieniu. To było dawno, dawno temu. Nawet nie wiem, gdzie jesteś. Spuściła głowę. Oprócz stóp w brązowych klapkach zobaczyła czarną ziemię pod ławką w Parku Wieprzyckim. Drzewa łagodnie śpiewały wraz z wiatrem. Zielone, pełne życia. Jakby opowiadały o życiu, w którym wszystko dzieje się dobrze.

Wspomnienia tak stare, że zdążyła do nich przywyknąć. I tak mocne, że nie uległy zatarciu. Były jak przerażający film, który można było oglądać w nieskończoność. Wydarzenia pozostawiły po sobie gruzy w duszy. I to jedno uczucie, przez które musiała wrócić do Kramu.

Cierp kutasie, życzyła mu wielokrotnie. Wykrwawiaj się, łam nogi, spalaj się. Niszcz się!

Żałowała, że nie może tego zobaczyć.

Jakoś się dostanę i cię zniszczę, ale tak od środka, wiesz, skurwielu? Wiesz?!

Wyobrażała sobie męki Agostona. Na przykład wbijanie noża w dłoń, a następnie kręcenie nim tak, jakby dłubano dziurę.

Jego krzyki działały jak kołysanka. Uspokajała się. To nic, że tylko wyobrażone. Marzyć każdy może.

Tak samo jak Agostona?, przypomniała sobie słowa Eduarda. Może się z niej śmiał… a może rzeczywiście chciał ostrzec. Samo bycie nie wystarczało. Bez planu, chociażby prowizorycznego, nic nie osiągnie. Musi zobaczyć jego cierpienie. Musi mu wtedy spojrzeć w jego oczy i powiedzieć: wygrałam, skurwielu. Ale na razie znała tylko koniec zabawy, nie początek. Co z tego, że trafi do Kramu, w sam środek wichury? Krystian ma rację, stwierdziła ze smutkiem tego wieczoru, gdy ostatni raz go widziała. Wszyscy chcieli jej krwi.

Cały czas chodziły jej po głowie kapłanki Bogini Smoków. Odsuwała od siebie ten pomysł, jak tylko mogła. Nie śpiesz się, wymawiała się. Nie znosiła rudowłosych. Za to, co sobie robiły. Jakieś słowo kłębiło się gdzieś na dnie serca. Coś znajomego. Nie umiała go sobie przypomnieć. Zbyt wiele zaszło, pewnie jakaś pierdoła.

Las uspokajał.

Rano, gdy wyszła, zobaczyła czerwony wózek z dzieckiem. Zdziwiła się, że już nie płacze na widok mam z pociechami. Choć ich oglądanie bolało.

Victor, przepraszam…

W ciągu paru dni doszła do wniosku, że ją po prostu pokarano. Dlatego, że nie chciała tego dziecka. Może przez tę niechęć mi zabrano… Vic… ja naprawdę nie chciałam…

Rozmowy z nim, jego miłość sprawiły jednak, że przestała czuć do niego odrazę. Gdy tylko spojrzała na nowego człowieka, coś się w niej obudziło. To już nie było brzydkie, czerwone i zabrudzone coś, co pomagała wyjmować lekarzom w Domu Świętej Matki. To już było jedyne w swoim rodzaju stworzenie, które przyszło na świat przez nią. Przez miłość.

Dawno, dawno temu marzyła o macierzyństwie. Przed ślubem, do którego nigdy nie doszło, wielokrotnie rozmawiała o tym z partnerem. Nie zważali na młody wiek. Na to, że była nastolatką. Po prostu chcieli mieć w rodzinie kogoś młodego, kogoś, kto kolejny raz okaże się być niezwykły.

Tym razem tatuś Victorowi się spodobał.

Nie.

To jej się spodobał.

Ed, ty mnie nigdy nie kochałeś, prawda?

Może cały czas to przeczuwała. Może dlatego kazała mu czasem mówić, że ją kocha. Sprawiłam, że pod koniec nie miałeś skrupułów, co?

Z jednej strony, pragnęła go dotknąć.

Z drugiej nie chciała nigdy więcej go widzieć.

Ale czy było to możliwe, skoro pracował dla Agostona?

Siedziała na ławce i była pewna tylko jednego.

Musi wrócić do Kramu. Dowie się, jak. I dowie się, co zrobić, by zniszczyć Agostona. Ale tak od środka.

* * *

Swoboda spacerowania była dziwna. Nikogo nie interesowało, gdzie przebywa. Mogła chodzić po galerii handlowej bez przeszkód. Spacerować między starym kinem Słońce, którego nie pamiętała, a katedrą. Jeśli była na mieście, to najczęściej na Bulwarze Zachodnim. Z restauracyjkami i ozdobnymi balustradami nad Wartą miejsce to robiło wrażenie. Zwłaszcza wieczorem, kiedy lampy się zapalały. Ptaki uwięzione w okrągłej klatce śpiewały smutno. Przyglądała się ich lataniu i przysłuchiwała się głosom tęsknoty za wolnością. Nie do końca rozumiała mowę zwierząt, ale wyczuwała, że zwierzęta czują się niekomfortowo.

Któregoś dnia matka dała pieniądze na ubrania.

Do szkoły też coś kup, słyszysz? – Bardziej brzmiało jak rozkaz, niż sugestia.

Amalia podjechała na Kostrzyńską. Na gapę w tramwaju. Pierdoleni sknerzy, zaklęła jak zobaczyła cenę biletów. Ona jeszcze nie miała legitymacji szkolnej. Czternaście złotych na całodobowy albo trzy złote za jeden przejazd przy komunikacji, gdzie tramwaje z lat sześćdziesiątych są normą, a linia tramwajowa jest biedna, wydawało jej się przesadą.

Ciuchland znajdował się między kościołem prawosławnym a parkiem. Za daleko wysiadła, bo na pętli tramwajowej i zrobiła sobie około półgodzinny spacer. Słońce wysoko świeciło, lekka bryza otulała jej ciało. Ona, w brązowej sukience i zielonych pantoflach, weszła w końcu do długiego i niskiego sklepu, przypominającego bardziej halę fabryczną, niż odzieżowy.

Nie miała problemów ze znalezieniem spodni. Co prawda biodra jej się nieco zwiększyły, ale była na tyle szczupła, że mogła zapinać dżinsy.

Zapinała i przyglądała się sobie.

To, co widziała w lustrze, nie podobało jej się.

Miała wrażenie, że za bardzo widać dupę. Dziwnie się czuła w spodniach, bo materiał przywierał do skóry i drażnił ją tak, że było niewygodnie.

Spróbowała dresy.

Co za gówno, pomyślała z irytacją, zrzucając byle jak na podłogę kolejny ciuch. Tak bardzo chciałam spodnie i nie mogę znaleźć… dupa.

Niemożliwe, żeby nagle w ciągu roku zaczęli szyć taki badziew.

Pierdolę, pomyślała przy kolejnej próbie i poszła szukać spódnic i sukienek. Wszystkie w zielono-brązowych barwach przyciągały jej wzrok, same mówiły „weź mnie”.

Udało się złapać pięć eleganckich sukienek.

Miałaś kupić coś na jesień! – Wrzasnęła matka, widząc zakupy dziewczyny. Ta się cofnęła w głąb przedpokoju.

Wystarczą ciepłe rajtuzy – odparła Amalia.

W zimie w kieckach?! Oszalałaś chyba! – Rzuciła torbę na podłogę. – Mogłaś przynajmniej jedne spodnie!

Chciałam, ale każde jedne niewygodne… – Minę miała niepewną, dla jej uszu głupio to zabrzmiało.

Głupia jesteś! – Wstała i poszła do kuchni.

Zapadła cisza w salonie.

Amalia położyła ubrania na kanapie. Sama obok usiadła.

Zaczął jej świtać powód, dla którego każde dżinsy były nie do przyjęcia.

Machnęła ramionami.

Czy to takie kurwa ważne?

Nie powinna być zaskoczona reakcją rodzicielki. Było jednak smutno, że nic się nie spodobało. Ostatnie zdanie najbardziej ją dotknęło.

Podrapała się w ramię.

* * *

Na pewno ci nie pomogę, stwierdził wtedy Krystian. Nie chcę mieć na sumieniu swojej pierwszej miłości.

Park Wieprzycki nie odpowiadał na pytanie, jak go przekonać do zmiany zdania.

On uważa, że sobie nie poradzę…

Była sama. Chłopak prawdopodobnie miał rację. Nie mogła mieć szans z tym szambem. Coraz częściej myślała o kapłankach Bogini Smoków.

Są pojebane, ale może to moja jedyna szansa?

Wciąż nie miała planu na Kram. Najpierw Agoston, a potem Vic, to jedno udało jej się zdecydować.

Spojrzeć w twarz bydlakowi i powiedzieć, żeby się pierdolił. A następnie obciąć mu palce.

Przez moment delektowała się wymyślonym cierpieniem.

A potem wstała i wyszła przed jezdnię.

O tej porze niewiele samochodów kierowało się w stronę miasta. Mimo to przyjemnie patrzyło się na wyremontowany asfalt. Po drugiej stronie stał świeży chodnik i parę domków. Poszła w stronę bloków, gdzie dawniej mieszkała.

Szare i ponure.

Na Silwanie nie czuła się dobrze.

I miała zdecydowanie za daleko do lasu.

Ruszyła przed siebie, minęła budynek, w którym kiedyś przebywała.

Zadzwoniła na trzecie piętro, pod ósemkę w kolejnym bloku.

Halo? – Odezwał się głos Krystiana.

Uśmiechnęła się wrednie:

Twoja stara.

Wpuścił ją.

Miał na sobie szarą koszulkę i spodnie moro. Siedział przy stole w niewielkim saloniku i pił Coca-Colę. Poczęstował dziewczynę.

Ciasteczek nie mam – stwierdził.

Amalia usiadła naprzeciwko niego, w czarnym fotelu. Salon w jasnych, fioletowych barwach wymagał remontu. Od sufitu zaczęła schodzić tapeta.

Czego chcesz? – Mruknął.

Muszę wrócić do Kramu, a ty masz furtki… – Nie dał jej skończyć:

Weź spadaj, co?

Ale posłuchaj mnie! To nie to, że ja chcę zginąć, tylko…

A niby co? – Warknął. Na twarzy pojawiła się wściekłość. – Tam jest wojna! Chyba nie jesteś na tyle szalona, by tam wracać?!

Była już wojna, jak tam byłam. – Odparła chłodno. – I wiem, że muszę tam wrócić. Po prostu.

Akurat, jasne. Nie, nie namówisz mnie do tego. Jeśli wrócisz, to bez mojej pomocy! A teraz idź już!

Krystian, co ci zależy?

Na moim sumieniu mi zależy! – Warknął.

Cisza.

Sygnał telefonu ją przerwał.

Dobra. – Odparł. Zwrócił się ku czarnowłosej: – Idź już sobie. Zaraz wpadnie Mona. Daj mi spokój.

Ale posłuchaj… – Przełknęła ślinę. – Musisz mi pomóc, jesteś jedyną szansą! Rozumiesz? Rozumiesz, że jest coś bardzo ważnego w Kramie? Coś, co po prostu muszę zrobić!

Drzwi się otworzyły.

W salonie pojawiła się brunetka. W czerwonej sukience. W starannym makijażu.

Stała jak wryta.

Już miała się wycofać, ale chłopak zerwał się na nogi i złapał dziewczynę za ramię.

Chodź! – Rozkazał twardo i posadził na sofie. Zwrócił się do Amalii: – Przestań pieprzyć i może weź się nad sobą zastanów, co? Już drugą randkę nam psujesz!

Powiedziałeś, że nie masz ciastek. – Odparowała Amalia. Wstała i zbliżyła się do Krystiana. – I wiesz co? Jesteś debilem. Jak można nie chcieć pomóc przyjaciółce?! Zrobiłam ci coś?!

Pomóż jej, jak tak bardzo chce – mruknęła nieco zirytowana Mona. – Inaczej nam spokoju nie da.

Nie! – Nie ugiął się Krystian. Chwycił Amalię za włosy. Próbowała się wyswobodzić, ale przeciwnik miał większą siłę. Wyprowadził na korytarz bloku i trzasnął drzwiami. Kolorowy kok dziewczyny się rozpruł.

* * *

Na stole w salonie leżało pięć różnych kompediów wiedzy dla drugiej klasy gimnazjum. Amalia przeglądała je z niechęcią.

Posłuchaj – powiedziała matka, stojąc nad głową dziewczyny. – W sierpniu masz jeden duży egzamin komisyjny. Jeśli go zdasz, dostaniesz się do trzeciej klasy. Jeśli nie, wylądujesz w drugiej. Masz to wykuć, jasne?

Nie zdążę – mruknęła nastolatka.

Zdążysz – zabrzmiała ostro rodzicielka. – Masz zdać do trzeciej, jasne?! Zresztą, w drugiej już byłaś i wszystko zdałaś, w czym problem?!

Nic nie pamiętam!

To sobie przypomnij! Bierz się do nauki!

Są wakacje…

Ani słowa więcej! – Warknęła i przeszła do innego pokoju.

Nastolatka z niechęcią przeglądała materiały. Najtrudniejsza wydawała się chemia, bo nic nie rozumiała ze wzorów, nawet jeśli czytała je po kilka razy. Jakiś ćpun musiał to wymyślić, podsumowała i trzasnęła książkę na ziemię. Z matematyką było nieco lepiej, chociaż przy cosinusach i sinusach zaczęła się z lekka gubić. Taaa, jasne, i ja mam to wszystko umieć? Kogoś chyba popierdoliło całkiem.

Nie lubiła przebywać w domu. Czuła się jak w więzieniu. Brała do torebki kanapki i pierwszą lepszą książkę, która wpadła w ręce. A potem wybierała się do Parku Wieprzyckiego.

Daleko, ale miał swój klimat.

Przede wszystkim był swojski.

Siadała na ławce i wsłuchiwała się w szum drzew. Potem przeglądała to, co zabrała. Znowu język polski, często myślała. Wydawał jej się najłatwiejszy do nauki, choć sama nauka nie zdawała się mieć wiele sensu. Szybko odkładała ściągę i wczuwała się w otoczenie.

Zieleń uspokajała. Błękit nieba, choć zasłaniany przez gałęzie drzew pełne liści, był zauważalny. Nieboskłon jak błękitna tafla spokoju. Ta myśl jej się spodobała i uśmiechnęła się.

Jak przekonać Krystiana???

Ani matka, ani ojciec nie chcieli podać jego numeru telefonu. Pamiętała kiedyś, ale podobno zmienił.

Kochanie – tłumaczył rodzic – skoro on ci jeszcze nie podał, to może nie chce?

Gówno, podsumowała. Czemu nie mógłby mi po prostu pomóc?! Pieprzony pacyfista.

Za tym pieprzonym pacyfistą trochę tęskniła. Może nie jak za Eduardem, ale wspominała czasem wspólne chwile. Śmiali się, rozmawiali i broili. Szkoda, że znów tak nie może być.

Ruszyła w głąb lasu.

Nawet nie zauważyła, kiedy słońce zaczęło się zniżać.

* * *

Któregoś sierpniowego wieczoru Amalia wyszła z lasu. Gdy mijała bloki zawahała się. Miała na sobie brązową spódnicę i zieloną koszulkę oraz czarne sandały i torebkę. Z niej wyjęła kopertę. Spojrzała na adres. Brakowało tylko znaczka. Musi się w końcu zgodzić, stwierdziła. Może po dzisiejszym w końcu zrozumie?

Wzięła parę oddechów i z wolna zbliżała się do bloku. Zawsze to samo. Gdyby ze mną porozmawiał…

Wrzuciła list do skrzynki.

Odwróciła się, przeszła kilka kroków i zamarła. Naprzeciw niej stała Mona z telefonem w ręku.

Nastolatka machnęła ramionami i ruszyła w stronę ulicy.

Nigdzie nie pójdziesz – powiedziała dziewczyna Krystiana. Chwyciła za rękaw Amalii. – Mam ciebie serdecznie dość, wiesz?

Nic ci nie zrobiłam!

Ale Krystianowi już tak, zdziro! – Wyglądała jakby miała uderzyć.

SPOKOJNIE – rozległ się męski głos. Dziewczyny spojrzały przed siebie i zobaczyły patrol policji. Dwóch rosłych mężczyzn, jeden siwy, drugi ciemnowłosy z kolczykiem w jednym uchu. Ten ostatni podszedł do pary i rozdzielił dziewczyny. – Pani Monika Siewioła, tak?

Tak. – Przyznała napastniczka. – Aresztujcie ją, ona go stalkuje!

Że co?! – Obruszyła się Amalia.

SPOKOJNIE. – Powtórzył policjant. Wziął na bok Amalię. Drugi stróż podszedł do skrzynki pocztowej i przyszedł z pięcioma kopertami. – Pani pojedzie z nami na komisariat, ma pani jakiś dowód osobisty?

A dajcie mi spokój! – Wyrwało się Amalii. – Nikogo nie stalkuję!

Ale jest pani agresywna, idziemy.

Nie czuła stresu, wsiadając do radiowozu.

Jak się pani nazywa? – Chciał się dowiedzieć ten o siwych włosach.

Amalia Pokora. – Westchnęła ciężko. – Jutro mam egzamin, wypuścicie mnie?

Prawdopodobnie tak, choć na pewno nie przed wyjaśnieniem sprawy.

Komisariat znajdował się w wysokim wieżowcu naprzeciw kampusu uniwersyteckiego i hipermaketu TESCO. Dziewczynę prowadzono do jakiegoś pokoju, ale w połowie korytarza się zatrzymano. Brunet otrzymał telefon.

Ale to konieczne? – Zdziwił się. – Aach, rozumiem, dobra, dzięki.

Zawrócili.

Co jest? – Zdziwił się partner.

Irek przejmie sprawę, rozumiesz, sprawa Apkram.

Słucham?! – Nie wytrzymała Amalia, zwłaszcza że synonim sprawy zabrzmiał jak nazwa przeciwbólowego leku. – Chcę wiedzieć, o co chodzi i czemu nagle kierujemy się gdzie indziej?!

Proszę się uspokoić, nic się nie dzieje. Czekamy na przyjazd pani rodziców.

Nastolatka stanęła jak wryta. Jej może to miejsce za bardzo nie obchodzi, ale rodzice…

O kurwa, jedyne co przyszło do głowy.

Ale może nie będzie tak źle, może za bardzo się stęsknili?

Przez godzinę siedziała w ciemnym pomieszczeniu z brązowym biurkiem i krzesłem. Wiedziała, że w którejś ze ścian jest lustro weneckie. Ziewnęła przeciągle i usiadła wygodnie.

Podrapała się po ramieniu, ale poza tym nie wyglądała na zestresowaną osobę.

Raczej na taką, która w pewnym momencie przysnęła.

Ktoś nią szturchnął.

Rozbudziła się natychmiast. Miała przed sobą wysokiego rudowłosego mężczyznę w uniformie policyjnym. Na stole leżały koperty. Wszystkie, które doniosła.

Piętnaście kopert.

Jest pani pijana? – Zapytał ostro policjant.

Zmęczona – odwarknęła.

Taaa, wylegiwaniem się na łonie natury? – Spojrzał w zielone oczy dziewczyny. W jego brązowych nie było ani trochę kpiny.

Mam koszmary senne, jestem zmęczona, kurwa. – Odparowała gniewnie.

Aaa, Kram, tak?

Spierdalaj.

Słuchaj, mała, twoje zachowanie na pewno ci nie pomaga. A rodzice patrzą. To ciekawe, że chcesz wrócić do miejsca przez które masz koszmary, co?

Nie twoja gówniana sprawa.

Porozmawiajmy poważnie. – Usiadł na krześle. – W każdym z tych listów pisałaś rzewną historyjkę o jakimś Edziu. I prosiłaś Krystiana o pomoc. Wie pani, że to są całkiem niezłe dowody na nękanie? Szczególnie, że on i jego rodzina sobie nie życzą pani obecności w ich życiu.

Nikogo nie stalkuję!

Ale jest pani nadmiernie agresywna i w tej chwili powinienem postawić pani dodatkowe zarzuty, o obrazę stróża prawa. Czy rozumie pani, w jakim jest pani położeniu? Grozi pani nawet poprawczak.

Machnęła ramionami.

Kurwa, poniosło mnie, przyznała.

Czy… – Zaczęła niepewnie. – Jak będę z wami współpracować, to pozwolicie mi tam wrócić?

Zapadła cisza.

Twoja sprawa jest prosta, jak drut – zaczął w pewnym momencie policjant. – Tylko twoje zachowanie pozostawia wiele do życzenia. Ale, prawdę mówiąc, nie wiem, czy mogę ci obiecać powrót.

Dlaczego nie skłamiesz? – Zdziwiła się, marszcząc brwi.

A dlaczego jesteś agresywna?

Pat.

Nie przyznaje się pani do stalkingu, tak?

Nikogo nie stalkuję! – Warknęła.

Dobrze, to niech się pani chwilę zastanowi, a ja pójdę do kibla.

Wyszedł.

Zaczęła się kiwać na boki. Objęła się i rozdrapywała przedramię.

Skoro wszystko wiedzą, co mam im powiedzieć? I, kurwa, jak ich przekonać do pomocy?

Zapomniała nawet o rodzicach. Liczył się tylko powrót.

Po dłuższym czasie udało jej się uzbierać słowa, które chciała przekazać policjantowi. Nie zapomnij o skrusze, upomniała się, gdy otwierały się drzwi.

Ale w progu stanął Krystian. Miał smutne spojrzenie.

Trzasnął drzwiami i zerknął na listy rozłożone na stole.

Nawet tego nie czytałem – przyznał. – Ale to nie ja złożyłem doniesienie, tylko Mona. I chciałbym, byś mnie zostawiła, bo znów oskarżę cię o stalking.

Pieprzysz. – Odparła cicho. Głośniej dodała: – Dobrze wiesz, że chcę wrócić! Gdybyś ze mną porozmawiał… ja naprawdę tam muszę…

Tam jest wojna, pójdziesz po pewną śmierć. Naprawdę jesteś taka głupia?

Zabolało ją.

Nie jestem głupia – syknęła. Wzięła głęboki oddech i powiedziała spokojniej: – Nie trafiłabym do Kramu w ogóle, gdybym nie miała tam zadania. A go jeszcze nie wypełniłam!

I może nie wypełnisz. Nie chcę mieć na sumieniu twojego życia, niezależnie od tego, jak wredna jesteś. Rozumiesz?

Krystian…

Mona wycofa oskarżenie, jeśli ty zostawisz mnie w spokoju. Nie, nie pomogę ci w powrocie. Zrozum to raz na zawsze. I gówno mnie obchodzi, że masz jakąś pierdoloną misję w tym zasranym Kramie! Chcę, żebyś żyła i była bezpieczna! Rozumiesz, że tu masz przyszłość?! Rozumiesz, tu nie strzelają do ciebie za rogiem i możesz chodzić gdzie chcesz! Co w tym takiego złego?! Dlaczego z tego rezygnujesz?!

Bo ich kocham – powiedziała łamiącym się głosem po dłuższej chwili. Łzy leciały po policzkach, a ona kontynuowała: – Bo chciałabym jeszcze raz ich zobaczyć. Ty tego nie rozumiesz… ale jak ty byś się zachował, gdybyś miał w Kramie Monę? Chociaż to jesteś w stanie zrozumieć?

Zakryła twarz dłońmi.

Bo ich kocham.

Ed… Ed, sukinsynie, jak możesz mi to robić? Jak możesz mi to robić?! Kocham cię! Kocham! Kocham!

Trzęsła się cała.

On ją postrzelił. Ona chce do niego wrócić. Nie. To idiotyczne.

Kurwa.

Czy miała prawo w niego wątpić? Powiedział, że była tylko inkubatorem rozpłodowym… Ale może musiał tak powiedzieć? Przecież na pustyni też nic nie zrobił, a wiedziała, że nie miał wyjścia. Może w jakiś sposób chce ją chronić, a ona tego nie widzi? Emese na pewno nie zależy na ich szczęściu. A on tyle razy wyciągał ją z tarapatów…

Płakała.

Przepraszam – nie słyszała tego słowa Krystiana, jak i wychodzących jego kroków.

Kilkanaście minut później zdołała się uspokoić.

Musisz być silna, upomniała siebie kolejny raz.

Opierała się o krzesło. Patrzyła w ciemny sufit.

Jak w transie.

Kiwała się i drapała przedramię. Strużki krwi swobodnie spływały po rękach i skapywały na podłogę.

Muszę wiedzieć – wrócił chłopak.

Nie odpowiedziała.

Muszę wiedzieć. – Powtórzył twardo i głośno. Spojrzała na niego.

Co? – Spytała smutno.

Czy mnie zostawisz w spokoju.

Zamknęła oczy. Miała ochotę podrzeć wszystkie listy. Powstrzymała się jednak.

Spojrzała na Krystiana.

Idę prosto na śmierć, co?, pomyślała z sarkazmem.

Tak. – Rzekła w końcu i wstała. – Ale i tak wrócę, w ten czy inny sposób.

Patrzyli na siebie.

Miał wrażenie, że spogląda na aktora ze sztuki greckiej, który po dramacie ściągnął maskę. Nie na kogoś, kto z byle powodu się awanturuje. Patrzył na smutną kobietę, która tęskni. Za partnerem i dzieckiem. Za zemstą.

Cofnął się odruchowo.

Determinacja?, zastanowił się.

Dziękuję – bąknął.

Znalazła się przy nim.

Czy mogę wyjść? – Spytała bez cienia emocji.

Niech wyjdzie – odparł policjant z głębi korytarza. – Pani Mona wycofała zarzuty.

* * *

Powrotna przejażdżka minęła w ciszy. W domu kobiety stanęły naprzeciw siebie i patrzyły sobie w oczy.

W zielonych oczach nastolatki matka znalazła coś, co powstrzymało przed trzaśnięciem dziewczyny w policzek.

Idź spać – rozkazała ostro. – Masz zdać.

Z mężem przeszła do drugiego pokoju.

Amalia pod prysznicem zorientowała się, że rozdrapała ranki na ramieniu. Westchnęła ciężko. Obmyła je tylko, stwierdzając, że bez sensu jest codziennie je uzdrawiać. Będę zakrywać, postanowiła.

Spanie na kanapie było niewygodne. Wierciła się i przewracała na boki. Nie mogła zmrużyć oczu, choć była zmęczona.

Jutro egzamin, śpij już, upominała siebie.

W środku nocy usiadła i zaczęła wpatrywać się w przestrzeń. To bez sensu.

Nie denerwowała się egzaminem.

Wiedziała, że go nie zda.

Ale dzisiejsze wydarzenia wciąż krążyły jej po głowie. Mimo że zmyła z siebie brud i stres, nie zmyła bólu. Niezależnie od tego, jak wredna jesteś, nie chcę mieć cię na sumieniu, mówił Krystian. Jak wredna jestem? Nie stalkowałam go przecież! Nawet nie czytał tych wypocin… Opadł na nią smutek. Nie chciał mieć nic wspólnego z nią. Czy dlatego, że przez rok go nie widziała? A może przez Kram? Czy bał się, że uczucie powróci? Machnęła ramionami. Cokolwiek to było, nie chciał jej widzieć.

Objęła się rękoma.

Eduard najwyraźniej także nie chciał jej widzieć. Ed, dlaczego? Poczuła, jak wzbiera jej się na płacz, ale tylko zacisnęła pięści.

Nie przebiła w nich skóry tylko dlatego, że miała miast niej srebrzysto-czerwoną siatkę.

Idź spać, upomniała się.

Przez chwilę siedziała bez ruchu. Bezmyślnie wpatrywała się przed siebie. Jej wzrok zatrzymał się na jednym z drzwi po lewej stronie. Środkowe nigdy nie były otwierane. A ona nie miała własnego pokoju. Wstała. Z wolna podeszła do przejścia i ruszyła bezszelestnie klamką. Bez efektu. Czemu zamknięte? Chciała kopnąć, ale obudziłaby rodziców. Co tam może być? Podrapała się po ramieniu. Po jej lewej stronie była sypialnia rodziców. Po prawej – garderoba. Może ogródek? Ale niby czemu miałaby go zamykać na klucz?

Wróciła na kanapę. Coś niepokojącego było w tajemniczym pomieszczeniu.

Ziewnęła.

Zastanawiała się jeszcze chwilę, a potem przysnęła.

Obudził ją koszmar.

Chwyciła się za serce, ciężko bijące. Rozszerzonymi źrenicami patrzyła przed siebie. Nie obudziła nikogo. Czuła ból w głębi siebie. Fizyczny.

Ja ciebie kocham – powiedział Agoston i skuł dziewczynie nadgarstki od tyłu. Była naga. Pokrwawiona i posiniaczona. Klękała na polanie przy ścieżce prowadzącej do zgliszcz osady. Długie, kolorowe włosy umazane były w czerwieni i sterczały na wszystkie strony. Nie odpowiedziała. Oddychała niespokojnie. Wszystko ją bolało, ale najbardziej serce. Przez niemoc jakiej właśnie doznawała.

Pchnął ją na ziemię.

Wtedy pierwszy raz przytomnie pomyślała.

Niech będzie przeklęty.

Rozsunął jej nogi na boki. Drżała, ale nie miała sił na cokolwiek.

Obserwowała, jak mężczyzna wyciąga penisa ze spodni. Był duży i nabrzmiały. Wzdrygnęła się na dotyk członka.

Amalia wstała z kanapy. Drżała cała. Nie chcę tego oglądać, stwierdziła. Ale nie przerywała potoku obrazów z dawno, dawno temu.

Dawno, dawno temu mężczyzna wszedł w nią na polanie. Jeśli cokolwiek czuła, to odrętwienie całego swojego jestestwa. W końcu doszedł. I założył spodnie z powrotem. Ją brutalnie, chwyciwszy za włosy, podciągnął do góry.

Wspomnienie odeszło.

Czarnowłosa nastolatka z długim pasemkiem tęczowych włosów, ubrana w brązową piżamę, poszła do kuchni. Drżącą dłonią wzięła kubek i go wypuściła.

Pękł na drobny, szklany mak.

Wystraszyła się zbyt dużego hałasu.

Opadła na podłogę i palcami zaczęła zbierać szkło, raniąc się z lekka.

Co robisz? – Spytał niedospany ojciec stojący w wejściu. Za nim stanęła jego żona.

Uważaj, sieroto! – Burknęła. – I czemu zbierasz palcami?! Weź szufelkę, idiotko! Boże, jak ty zdasz?!

Amalia nie była w stanie wykonać żadnego ruchu. Ledwo dusiła w sobie płacz. Muszę być silna, powtarzała sobie, próbując uspokoić oddech. Wrócę do Kramu i go rozszarpię, skurwiela. Tak, rozszarpię.

Ta myśl pomagała wyhamować stres.

Nim go w pełni ujarzmiła, mężczyzna podał jej szufelkę. Pozbierała w końcu szkło.

Musisz bardziej uważać – stwierdził.

Nie czekał na reakcję córki, wyjął nieliczne odłamki ze skóry dziewczyny. Większość z nich przeleciała przez srebrzysto-czerwoną siatkę, niszcząc pojedyncze linki.

Co się stało? – Chciał wiedzieć mężczyzna.

Nic, tylko Agoston mnie zgwałcił, chciała odpowiedzieć cierpko. Powstrzymało ją jedynie to, że nie miała ochoty opowiadać kolejny raz o cierpieniu.

Nic, tato, nic.

Nalał jej wody.

Pewnie to stres przez egzamin. – Stwierdził i uśmiechnął się. – Powodzenia. Ach, dam ci kopa na szczęście!

* * *

Muszę wrócić. Inaczej to nie da mi spokoju.

Z tą myślą i znudzeniem wymalowanym na twarzy siedziała w trzeszczącym tramwaju, jadącym w kierunku Wieprzyc. Tym razem miała bilet, bo matka jej dała.

Wysiadła na Estkowskiego. Przystanek znajdował się między sklepem meblowym po prawej a barem mlecznym po lewej. W tej chwili to ostatnie było w remoncie. Niebo z szarymi chmurami nie napawało optymizmem. Niektórzy przechodnie mieli ze sobą parasolki. Ona wzięła tylko zieloną torebkę, buty i sukienkę w tej barwie. Od szkoły dzieliła ją ulica i kilkumetrowy spacer chodnikiem. Przy przejściu spotkała pięciu ludzi w podobnym wieku.

A jak nie zdam?! – Chciała wiedzieć blondynka w czerwonej koszulce i dżinsach. – Specjalnie założyłam czerwone majtki!

Panikara Madziara – odparował jakiś chłopak.

Oni przeszli na zielonym świetle, a Amalia stała nadal. Zwątpiła, czy warto w ogóle iść. Może niepotrzebnie tak zlewałam, stwierdziła. Głupio jej było. I co powie nauczycielom? Rodzicom? W końcu wyglądało na to, że tylko ona się nie przygotowała.

Na kolejnym zielonym świetle stanęło przy niej dwóch dryblasów, wyglądających jak osiemnastoletnie typy spod ciemnej gwiazdy. Jeden z nich zapalił peta.

Pierdolę – odparł drugi. – Jak ten zjeb mnie nie przepuści, to nie wiem.

A może nie tylko mnie to czeka, tą myślą dodała sobie sił i ruszyła przed siebie. Chłopaki szybciej ją minęli. Ona spokojnie szła chodnikiem, naokoło szkoły. Do niej wchodziło się od tyłu. Od podwórka. Schodów prowadzących do placówki i prezentujących się od strony jezdni nie było od kilku lat.

Nikt nie żałował, bo nikt praktycznie na nie nie wchodził. Tym bardziej, że napis na zielonym tle GIMNAZJUM NUMER 7 o wiele lepiej się prezentował.

W szkole powitał ją mały gwar. Praktycznie wszyscy nauczyciele zebrali się w jednym korytarzu bez okien, mieściły się tam gabinety historii i języka polskiego. Dorosłych otaczała dwudziestka nastolatków w różnym wieku. I dwóch, spotkanych wcześniej dryblasów.

O, jesteś – dopadł przybyłą nastolatkę krzepki mężczyzna w dżinsach i białej koszulki. Obuwie miał sportowe. – Zaczynamy za piętnaście minut. To sobie jeszcze przypomnijcie materiał.

Pedagodzy rozeszli się do sal.

Eeej, zapomniałam daty renesansu! – Odezwała się znów blondynka.

Amalia przysłuchiwała się gderaniu koleżanek. Niewiele pamiętała z drugiej klasy. I niewiele ją obchodziło, w której klasie będzie przebywać, bo i tak wróci do Kramu. Mogłam zachować pozory, biła się z myślami. Bez sensu. Podrapała się po ramieniu. Wtedy usłyszała zaproszenie do klasy.

Przy pierwszych dwóch przedmiotach jeszcze udawała, że cokolwiek umie. Zdziwiła się więc, że polski zaliczyła.

Nie ma to jak strzelanie, podsumowała.

Nie czuła się z siebie dumna,

Przy chemii i matematyce oddała po prostu puste kartki.

W końcu zaprowadzono ją do gabinetu dyrektorki.

Którym okazała się stara historyczka:

Nie chciałam cię posyłać do trzeciej, skoro nie byłam pewna, co ci zostało we łbie po drugiej. – Ton spokojny. – Chciałabym, byś się w tym roku ogarnęła. W razie czego pomożemy, jasne?

Nie czekając na reakcję nastolatki, nauczycielka zadzwoniła do rodziców dziewczyny. I przedstawiła im sytuację.

No, oszczędziłam ci trochę stresu, a teraz ciesz się resztkami wakacji.

Pozostałości dnia Amalia spędziła w Parku Wieprzyckim.

Czerwone majtki, gdybym miała tylko takie problemy…

Nagle zatęskniło jej się do zwyczajnego życia. Chodzenie do budy było nudne, ale stabilne. Jest chujowo, ale stabilnie, jak to mówią…

Teraz nie było tak przyjemnie.

Nie miała nikogo, kto mógłby ją wesprzeć. Krystian się odwrócił, matka nie chciała słyszeć o Kramie, a Edina nie żyje.

Wciąż ją męczyły te nieszczęsne naleśniki.

Podrapała się.

* * *

Okno było wysokie, umiejscowione na najmniejszej ścianie w jasnej, beżowej kuchni. Stół stał przy nim. Wnętrze pozwalało na przebywanie paru osób jednocześnie, które by sobie nie przeszkadzały.

Amalia wyjęła Pepsi i ser z lodówki. Położyła przy niewielkiej, brązowej desce do krojenia i podeszła do chlebaka, znajdującego się pod przyokienną szafką. Chleb czy bułki?, zastanawiała się.

Policję ci darowałam, ale tego nie! – Usłyszała krzyk matki, wstępującej do wnętrza. Była czerwona na twarzy. Nastolatka tego nie widziała. Zatrzymała wzrok na pieczywie w otwartym chlebaku.

Czego? – Spytała najspokojniej, jak potrafiła. Serce przyśpieszyło.

Rodzicielka chwyciła brunetkę za kolorowy kok i szarpnęła nim.

Auć, puść! – Odparowała Amalia, próbując się uwolnić. – To boli!

Gówno! A mnie boli, że jesteś taką patentowaną idiotką! Powiedziałam, że MASZ ZDAĆ! A ty co zrobiłaś?! CO ZROBIŁAŚ?!

No ale puść!

Myślisz, że ja będę to tolerować?! Siedzisz na moim garnuszku, kurwa, to ja na ciebie wydaję pieniądze, a ty nie masz w domu ŻADNYCH obowiązków! Wydaje ci się, że możesz robić sobie ze mnie jaja?! Wydaje ci się, że wrócisz do Kramu?!

Ale tego materiału było za dużo… – Zabrzmiało to żałośnie.

Gówno prawda! Gdybyś chciała, to byś zdała!

Ale mamo, tego materiału było za dużo… – Wykonała gwałtowny ruch, przez który wyrwała się z uścisku matki. Skóra głowy była podrażniona, bolesna. Stała chwiejnie naprzeciw matki i próbowała złapać oddech.

Za dużo to ty sobie na to pozwalasz! Dałam ci materiały, wszystko, a ty sobie to olałaś! Olałaś mnie i tak NIE BĘDZIE!

Amalia cofnęła się w stronę wyjścia. Czuła, jak serce boleśnie dygocze. Chciała porozmawiać z matką na spokojnie. Ale najwyraźniej matka miała inne plany.

Nie wiedziała czy uciekać, czy próbować rodzicielce wyjaśnić.

Wcale nie olałam – zaryzykowała – ja tylko próbowałam…

Próbowałaś?! Więc wiedziałaś, że nie zdasz?!

Może i wiedziałam – zmieniła ton na bardziej zaczepny. – Ale nie chciałam, żebyś… – Urwała.

Właściwie nie miała żadnych argumentów na swoją obronę.

Chciałam tylko odnaleźć się w sytuacji… – Dodała bezradnie po krótkiej chwili.

Odnaleźć się w sytuacji to ja ci pomogę, szmato! – Wzięła do dłoni deskę do krojenia.

Amalia odwróciła się plecami do matki, gotowa biec.

Ale to matka była szybsza.

Cios deską do krojenia był tak mocny, że dziewczyna wygięła się w pół, a potem opadła na podłogę. I nie była w stanie się podnieść.

Zdążyła zasłonić głowę przed kolejnymi ciosami.

To ja tobie daję pieniądze, ubrania, wszystko, a ty suko!… Nie, tak nie będzie, nie będzie darmozjadztwa w tym domu, słyszysz?!

Rzuciła w kąt deskę.

Jesteś beznadziejna! – Po czym udała się do swojej sypialni.

Amalia leżała bez sił. Miała wrażenie, jakby ktoś przejechał walcem po plecach. Siniaki dawały znać przy każdym drgnięciu. Chwilę oswajała się z sytuacją.

Otworzyły się drzwi wejściowe. Mężczyzna o siwych włosach w garniturze spokojnie podszedł do stolika i postawił na nim czarną teczkę. Spojrzał na córkę.

Co zrobiłaś?

Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Czy zareaguje jak mama?

Powtórzył pytanie ostrzejszym tonem.

Nie zdałam – bąknęła. Poczuła, jak wzbiera się w niej na płacz. Zacisnęła pięści. Po prostu nie zdałam, czy to takie istotne?

Rodzic podszedł do niej i pomógł wstać. Jęknęła, oparła się na nim.

Dasz radę? – Spytał. – Chyba nie trzeba do szpitala, co?

Niee, dam sobie radę.

Nie zabrzmiało to przekonująco.

Szkoda – stwierdził – ale w sumie nie dziwię się.

Podprowadził ją do kanapy. Usiadła.

Myślałem, że sobie poradzisz, ale mimo wszystko… za mało czasu miałaś. Rozumiem. Ale w tym roku postaraj się jednak mieć dobre oceny, okej?

Dobrze. – Bardziej zgodziła się dla świętego spokoju niż szczerze. Chciała zostać sama.

Mężczyzna skierował kroki ku sypialni. Otwierając, dało się słyszeć szloch.

Westchnął ciężko. Nie domknął drzwi, czego nie zauważył.

Nastolatka wpatrzyła się przed siebie. Nie widziała rodziców, ale wszystko słyszała.

Dlaczego ona taka jest? – Marudziła matka. – Dlaczego po prostu nie może jak normalny człowiek zdać?!

Przecież zdała, tylko… no, system nie lubi dłuższych przerw.

Żeby jeszcze nie była taka bezczelna… chce wrócić do Kramu, prawda? Znów nas zostawi!

Jestem tu potrzebna jak wrzód na dupie, pomyślała Amalia. Przestała słuchać. Skupiła się na stłuczeniach. Dotknęła ręką pleców, byle jak, niezbyt zgrabnie i jęknęła. Do złamania nie doszło, ale siniak mógł trochę schodzić. Zaklęła i skupiła się na uzdrawianiu. Przy czym zobaczyła mroczki.

Poczuła ulgę, gdy ból odszedł.

Była wyczerpana. Położyła się. Skuliła się w kłębek.

Chcę do Kramu.

Widzisz, co jej zrobiłaś? – Odezwał się ojciec, wychodząc. – Tak bardzo się starała, żebyś mogła zdać. Rozwaliłaś jej marzenie.

Dziewczyna ugryzła się w język.

Cóż, po prostu teraz zdasz. – Podsumował i poszedł do kuchni.

* * *

Lało jak z cebra. Oprócz brązowej sukienki i tornistra miała na sobie czarną kurtkę z kapturem i adidasy. Przemokły jej całkowicie. Zziębnięta, otworzyła drzwi do mieszkania. Odetchnęła z ulgą – nikogo nie było.

Wzięła szybki, ciepły prysznic i przebrała się w suche ciuchy. Niedbale wrzuciła wilgotną kieckę do kosza. Poszła do kuchni. W pierwszej chwili chciała ukroić chleb, ale spojrzała na półkę z makaronem i ryżem. Uśmiechnęła się smutno.

Edina lubiła gotować, przypomniała sobie. Ciekawe, co by z tego wyszło?

Wyszedł rozgotowany ryż z pomidorem.

Usiadła na kanapie. Przed nią znajdował się telewizor. Włączyła, ale natrafiła na „Trudne sprawy” albo coś w tym stylu. Na większości kanałów leciały produkcje bez składu i ładu. Zirytowana, wyłączyła.

Co za gówno, stwierdziła.

Komputera nie miała. Telefonu też nie. Książek nie widziała. A za oknem lało tak, jakby chciało wszystko potopić.

Zerknęła na tajemnicze drzwi. Podeszła do nich i nacisnęła klamkę. Były zamknięte. Ale dlaczego, kurwa?

Załomotała w nie.

Cisza.

Wzięła nóż i próbowała przekręcić nim zamek. W końcu jej się udało. Wyczerpana, z mocno bijącym sercem pchnęła wejście.

I zamarła.

To był pusty pokój bez okna. Z jedną wytapetowaną w żywe kolory, ścianą. Reszta była biała. W prawym rogu stała rolka z kolejną tapetą, wydawało się, że równie kolorową. Podeszła. Przyjrzała się wzorowi. Na widok dziecięcych miśków zaszkliły jej się oczy.

Dziecko, chcą mieć dziecko?

Stanęła na środku pokoju. Nogi miała jak z waty.

Dlaczego ja w nim nie mogę mieć Vica? Vic, tak przepraszam, że nie jestem z tobą, przy tobie…

Wybuchnęła płaczem. Powinna być przy dziecku. Zmieniać mu pieluchy i karmić piersią. Śpiewać kołysanki. Powinna zrobić wszystko, by odzyskać malca. A ona siedzi w tym czymś, co nawet gównem nie można nazwać, i czeka na kolejne polecenia od rodziców.

Nogi się pod nią ugięły.

Pomyśl, jak go odzyskać, strofowała siebie. Próbowała uspokoić oddech. Musi być jakieś jeszcze wyjście… Przecież, skoro Krystian wiedział… wiedzieli inni… muszę do nich dotrzeć…

Położyła się.

Wyobraziła sobie, że pokój jest wyremontowany, z meblami. A ona siedzi przy łóżeczku Vica i śpiewa mu kołysanki. Teraz to nie on daje jej miłość, nie on prawi morały. To ona pokazywała mu drogę i wspierała. Jak prawdziwa matka.

To ją zrelaksowało.

Tak będzie, postanowiła. Będzie tak, tylko muszę dojść do niego! Vic, odzyskam cię! Odzyskam, obiecuję!

Zacisnęła pięści.

Usłyszała jakiś zgrzyt a chwilę później zobaczyła matkę w progu pokoju.

Milczały moment.

Wypieprzaj stąd – rozkazała ostro rodzicielka. – Natychmiast!

Amalia wstała i wyszła spokojnie. Zatrzasnęły się za nią drzwi. Podrapała się po ramieniu.

Kto ci pozwolił tam wchodzić, co? – W tonie gniew. Kobieta przeszła do kuchni i siarczyście zaklęła. – Chcesz dostać łomot?! Natychmiast pozmywaj po sobie, kurwa i gdzie są pomidory?!

Zjadłam. – Przyznała nastolatka. – Ale ryż ugotowałam i…

Ryż jest do dupy! Nie umiesz, to nie rób! Cholera jasna, a miało być takie dobre risotto! Ja tego gówna nie będę jadła! Pamiętasz, jak dałam ci kasę? Zostało coś z tego?

Dziewczyna pokręciła głową.

To były cztery dorodne pomidory! – Kontynuowała matka. – Jak mogłaś je wpierdzielić naraz?!

Byłam głodna…

Jutro i pojutrze jesz sam ten chłam! Ochłapu ci nie dam! – Rzuciła w córkę trzema torebkami z rozgotowanym ryżem.

I przeszła do łazienki.

Kurwa, Amalia! Ty mnie wykańczasz, do jasnej cholery! Nie możesz niczego dobrze zrobić?! Chcesz zarobić w łeb?!

Nie wiem, o co ci chodzi…

Nie wsadza się mokrych rzeczy do kosza! – Wyjęła przemoczoną kieckę z pojemnika. – Chyba, że chcesz nosić zgniłe?!

Ale ja nie wiedziałam…

To teraz już wiesz! – Stanęła naprzeciw córki i trzasnęła ją w policzek z taką siłą, że ta poleciała z lekka do tyłu. Zapiekło. – Nie mam do ciebie sił! Kompletna kretynka!

Nastolatka jedną dłonią zmniejszała ból w policzku, a drugą drapała na ramieniu aż do krwi.

Nie znała słów.

Obawiała się zresztą, że cokolwiek powie, tylko bardziej rozwścieczy matkę.

Patrzyły sobie w oczy.

Dlaczego taka jesteś?, zastanawiała się córka. Dlaczego coraz gorzej mnie traktujesz? W czymś ci przeszkadzam?

Cześć dziewczyny – powiedział ojciec, kładąc teczkę na stoliku. Uśmiechał się. – Co na obiad?

Sushi – warknęła matka – ale jak pójdziemy do restauracji.

Jego mina wyrażała zaskoczenie.

W restauracji? – Zdziwił się.

Zapraszam cię na kolację.

Para wyszła.

Amalia odetchnęła ciężko. Nerwowo rozejrzała się po mieszkaniu. Na podłodze przed kuchnią leżał ryż, w łazience mokra sukienka. Posprzątała rozgardiasz, wsadzając nieszczęsne ubranie na sznurki.

Nie zwróciła uwagi na to, że palce lewej dłoni miała w krwi. Umoczyła je ponownie w ranie na ramieniu, wchodząc w przejście do dziecięcego pokoju.

Może dlatego?

A może nie. Im była starsza, tym matka była coraz bardziej nerwowa.

Nienawidzę cię, pomyślała ze smutkiem. Jesteś złą matką.

Poczuła się źle z tym wnioskiem. Przecież rodzicielka daje jej jedzenie, dach nad głową i możliwość nauki. Dostaje ubrania i nie czepia się już kolorowych pasemek.

Przecież tęskniła…

Tata mówił, że strasznie to przeżyła. Może nie powinnam tu wracać? Może spisała mnie na straty? Przypomniała sobie słowa Krystiana. Mówili, że będziesz mieć ogromne szczęście, jeśli przeżyjesz, wrócisz tam po pewną śmierć.

Serce zabiło boleśniej.

Może rzeczywiście nikt się mnie nie spodziewał? Może powinnam zginąć…

Tyle razy miała okazję. Ale za każdym razem okazywała się silniejsza. Eduard ją chronił. Może nie miał wyboru strzelić? Może musiał rozegrać tę komedię? A potem mnie uzdrowił? Przecież to niemożliwe, żebym była mu całkowicie obojętna! Zacisnęła pięści.

Nie mogę być słaba, muszę wrócić do Kramu. Tylko jak?

Nienawidzę tego… stwierdziła. Czuła w sobie niechęć do sytuacji, w jakiej się znalazła. Jak będąc w Nudnym Świecie ma zrobić to, po co się narodziła? Jak ma zgnoić Agostona i odzyskać dziecko?

Z bezradnością usiadła na kanapie.

Gdybym tylko miała telefon

Drzwi się otworzyły. Wrócili rodzice.

Dziewczyna spojrzała na godzinę w dekoderze POLSATu. Osiemnasta pięćdziesiąt.

Matka stanęła przed Amalią i wyjęła z torebki pudełko. Wraz z dziesięcioma złotymi położyła je na stole.

Z okazji rozpoczęcia roku szkolnego – zaczęła – masz komórkę. A te dziesięć to na doładowania na cały miesiąc. Rozumiesz? Ma ci starczyć! Nie roztrwoń na pierdy!

Dziękuję, mamo. – Wzruszyła się. Z powodu telefonu? Kurwa.

Para udała się do sypialni.

Doładowanie do jakiej sieci powinnam kupić?, zastanawiała się dziewczyna. Uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia. Nokia wyglądała na produkt poza siecią komórkową.

Pewnie muszę kupić startówkę…

Westchnęła ciężko.

Buty dalej były wilgotne. A kij z tym, to tylko parę metrów.

Wyszła w kapciach i z kurtką na sobie.

Jeszcze przed powrotem do mieszkania załadowała telefon.

Kocham cię, napisała w smsie do Eduarda. Jego numer znała na pamięć. Mężczyzna nie odezwał się. Pewnie nie ma czasu.

Wróciła do domu z zadowoleniem. Może się odezwie, nosiła nadzieję.

Gdzieś ty kurwa była?! – Chciała wiedzieć matka, która podniosła się z kanapy. – I jak ty wyglądasz?!

Co? – Udała zdziwioną Amalia. Cofnęła się na korytarz, gdy rodzicielka się do niej zbliżyła.

W kapciach?! Pojebało cię?! – Szykowała się do ciosu. Amalia zasłoniła twarz.

Najpewniej chciała doładować – wtrącił mężczyzna. – Uspokój się kochanie, mieliśmy mieć miły wieczór.

Ściągniesz te kapcie i je wypierzesz, ale natychmiast! Już! – Wskazała łazienkę. – I nie chcę cię więcej tak widzieć!

Nienawidzę cię, stwierdziła nastolatka. Polecenie jednak wykonała.

Dziewczyna usiadła w rogu pokoju. Na ekranie leciała kolejna edycja „Tańca z gwiazdami”. Co za pierdy, że też nie ma niczego ciekawszego?

Kochanie, nie usiądziesz z nami? – Zdziwił się ojciec, który wstał i ruszył do kuchni.

Nie chcę wam przeszkadzać.

To jak jesteś taka miła – wtrąciła matka – dziś śpisz na podłodze, bo my chcemy seans se zrobić.

Dobrze. – Odparła pogodnie.

Uśmiechnęła się smutno.

Dawno nie spała na podłodze. Szkoda, że teraz nie zrobi tego dla Ediny.

Podkuliła do siebie nogi i otoczyła je rękami. Lekko się kiwała na boki.

Teraz nikt jej nie strofował za nieustanne drapanie się. Nikt nie pocieszał, nikt nie doradzał. Wtedy, gdy ją przytuliła…

Wytarła łzy z policzków. Płaczę?

Kiedy to było? Czuła się, jakby oglądała jakieś inne, lepsze, ciekawsze życie.

Przepraszam, że cię zabiłam. Przepraszam, nienawidzę się za to.

Wykończona, usnęła.

* * *

Pierwsze, co zrobiła, to spojrzała w telefon komórkowy. Zero wiadomości.

Tęsknię, napisała Eduardowi.

Może jest zajęty, stwierdziła po pięciu minutach czekania. Wstała ciężko i zorientowała się, że nie pada. Słońce stało nisko na błękitnym, bezchmurnym niebie.

Na śniadanie zjadła dwie kromki z serem. A potem zrobiła do woreczka śniadaniowego. Wrzuciła do tornistra. Buty były jeszcze wilgotne.

Może na boso?, zastanawiała się. Przeszła do łazienki i zaczęła się rozbierać. Musi być jakiś sposób na dotarcie do Kramu, stwierdziła.

Ubrała się w zieloną sukienkę. Poszukała klapek, ale tych nigdzie nie mogła znaleźć.

Machnęła ramionami. No to na boso.

Było wpół do siódmej, gdy wychodziła z mieszkania.

Na zewnątrz owinęła ją ciepła bryza.

Uśmiechnęła się. Będzie ładna pogoda.

Chcę wrócić do Kramu, oświadczyła mu w tramwaju. Telefon nadal milczał.

Miała już przejazdówkę, więc pomimo wizyty kanara w tramwaju, nie dostała mandatu.

Pętla tramwajowa na Kostrzyńskiej miała za sąsiada po lewej stronie dom i przystanek dla pociągów. Na wprost niej stał niewielki sklep. Po prawej był park, który witał zwykle pomazaną bazgrołami tablicą TU ZNAJDOWAŁ SIĘ CMENTARZ NIEMIECKI. Amalia zdecydowała się przejść jego kawałkiem, wsłuchując się w szum drzew z lekko pozłacaną barwą na liściach. Przeszła na drugą stronę ulicy. Teraz najbliżej miała hipermaket. Chciała przejść od razu do Parku Wieprzyckiego, ale kogoś zauważyła.

Ten ktoś był wysoki, w szarej koszuli i dżinsach. W prawej ręce trzymał torbę z zakupami. Krótkie włosy specyficznie mu się srebrzyły w słońcu.

W pierwszej chwili chciała się na niego rzucić.

Masz mnie zostawić w spokoju, przypomniała sobie sens jego słów.

Potrząsnęła głową.

Niech się dzieje, kurwa, co chce.

Chłopak kierował się w stronę Krzyżowej. Nawet nie zatrzymał wzroku na Amalii. Ta jednak podbiegła do niego i szturchnęła za ramię.

Wypuścił dobytek z ręki.

Zaskoczony, spojrzał w zielone oczy napastniczki.

Czego, kurwa ode mnie chcesz? – Warknął.

Chcę do Kramu. – Oświadczyła spokojnie. – I zróbże to dla mnie wreszcie!

Naprawdę chcesz zginąć?

Milczeli.

A potem wyciągnął telefon.

Mam dzwonić po policję? – Spytał.

Dlaczego taki jesteś?! – Wybuchnęła. – Kurwa, ja mam tam syna! Muszę wrócić! Rozumiesz?!

Jesteś żałosna. – Pozbierał zakupy do worka i wziął go do ręki. – Naprawdę myślisz, że nie mam ważniejszych rzeczy? Naprawdę myślisz, że chcę cię posłać na śmierć?

Pokazał jej plecy.

Zaczekaj! – Krzyknęła. – Przecież sobie poradziłam! Teraz też sobie poradzę! Dlaczego nie mogę wrócić?! Dlaczego, kurwa?!

Machnął ramionami i zaczął iść przez siebie.

To bez sensu, pomyślała. Miała ochotę zgiąć się w pół i położyć na cemencie. Zawyć. Zapłakać. Zamiast tego zacisnęła pięści i ruszyła za Krystianem. Szła za nim oddalona o dwa, trzy metry.

Minęli hotel i parę domków jednorodzinnych. Potem pojawiły się drzewa i osiedle wieżowców. Nastolatek wszedł w nie.

Popatrzyła za nim.

Nic mi nie powiesz, tak? Gnój.

Z kamieniem na sercu poszła przed siebie.

Parę minut później leżała na trawie i wpatrywała się w gałęzie, które traciły czerwono-złote liście. Część drzew jeszcze miała zielone.

Telefon milczał.

Jak nasze maleństwo?, napisała kolejnego smsa.

Bez rezultatu.

Wstała. Pokręciła się po leśnej okolicy. Znalazła nieszczęsny pagórek, ale nic nie wskazywało na to, by z wczorajszej ulewy zrobiło się jezioro.

Spacerowała bez celu. Poranna nadzieja na to, że jakimś cudem znajdzie przejście do Kramu, rozwiała się.

Policja wie o Kramie, a gdybym tam poszła?

Pomysł wydawał jej się absurdalny. I co by powiedziała na miejscu? Roześmiała się.

Nie bądź głupia, musi być jakiś sposób. Krystiana zwerbowali… ale kto? I dlaczego? I do czego?

Podrapała się po ramieniu.

Nic nie rozumiem. Zwłaszcza tego, dlaczego nie mogę tam być?! Dlaczego on nie odpisuje?!

Poczuła bolesne drgnienie w sercu.

Nienawidzę go!

Nienawidziła za tę tęsknotę, którą w sobie nosiła. Za to, że nie mogła otoczyć go ramieniem. Za to, że przez te kilkadziesiąt ostatnich dni nie mogła wpleść palców w jego czarną czuprynę. Spojrzeć mu w te bezduszne, niebieskie oczy. Za to, że nie słyszała jego głosu od dawna. Za to, że zabrał jej dziecko. Za to, że starał się wmówić, że nic dla niego nie znaczyła.

Jak mogła nic nie znaczyć, skoro ostatnio też ją uratował? Po prostu nie miał wyboru z tym postrzeleniem.

Może on nie wie, że to ja?, przyszło jej nagle do głowy.

Kocham cię, napisała mu i dopisała: Amalia.

Musi mi coś w końcu odpisać, wkurzyła się w pewnym momencie. Wykończona, usiadła przy drzewie, opierając się o jego pień.

Kocham cię, napisała kolejną wiadomość. Przy każdej następnej dopisywała imię i nazwisko.

Tęsknię.

Kocham cię… umieram na suchoty.

Co z naszym Vicem? Wszystko w porządku?

Chcę wrócić do Kramu.

Wracam do Kramu.

Uwielbiam twoje czarne włosy.

Nie mogę żyć bez twojego spojrzenia.

Smsów było jeszcze wiele. Tak wiele, że zapchała pamięć.

Chyba przesadziłam, stwierdziła i poczęła kanapkę. Przynajmniej musi zareagować.

Słońce szykowało się do snu. Nic się nie działo.

A może one nie dochodzą?

Sprawdziła stan konta. Był taki, jak na początku – pięć złotych. Tyle że raporty mówiły, iż wiadomości się wysłały. Poza tym jakoś wcześniej rozmawiałam z Kramu z rodzicami?!

Wstała.

Zaczynała obawiać się najgorszego.

Wyszła przed las. Z wolna nastawał zmierzch. Ulicą nic nie jechało.

Ed, ale nie możesz mnie tak zostawić. Nie możesz! Jestem matką twojego syna!

Miała ochotę wpaść pod samochód. Stała tylko i patrzyła na pustą jezdnię.

Do jej nozdrzy dotarł specyficzny, śmierdzący zapach tytoniu.

Serce waliło jak oszalałe. Może to po prostu ktoś na spacerze, upomniała siebie.

Odwróciła się jednak i stanęła twarzą w twarz z wysokim brunetem o twarzy przeoranej blizną. Krótkie włosy zaczesał do tyłu.

W niebieskim spojrzeniu nie dostrzegła żadnych emocji.

Miał na sobie brązowe mokasyny, czarne spodnie i koszulkę z napisem „The Dune”.

Palił peta w milczeniu.

Zrobiła krok w przód, ale się zawahała.

Vic jest w najlepszych rękach. – Powiedział obojętnie. – Ostatnio zaczęły mu rosnąć zęby, więc jest trochę marudny.

Gdzie on jest? Muszę go zobaczyć!

Zamknij się albo nie będę z tobą dłużej rozmawiał.

Cisza.

Zaszkliły jej się oczy.

Drżała.

Objęła się rękoma. Drapała na przedramionach.

Przestań – warknął.

Zastygła.

Albo przestaniesz do mnie pisać, albo zajmie się tobą Emese. – Przez twarz przebiegł mu bolesny skurcz. Rzucił peta i zapalił kolejnego. – A jestem przekonany, że nie masz najmniejszej ochoty mieć powtórki z Agostonem.

Słucham? – Wybąkała.

Poza tym właśnie dlatego nie możesz wrócić do Kramu. – Zrobił dwa kroki ku niej. – Pracuję dla niego. I zapewniam cię, że jeśli spotkam cię kiedykolwiek w Kramie, pójdziesz od razu do niego. Nie będę cię bronić.

Przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć.

Ja chcę do Kramu. – Powiedziała z wolna, wpatrując się w jego oczy. – MUSZĘ…

Chwycił ją za włosy i szarpnął ku sobie. Jęknęła.

Naprawdę lubisz ból, co? – Syknął. – A nie pomyślałaś, że tu się odrodziłaś, bo tu jest najbezpieczniej?

Dobrze wiem, dlaczego się tu urodziłam – odparła ostro. – I nie zaznam…

Puścił ją.

Gówno wiesz – przerwał. – Nie masz nawet planu tego, jak masz mu odpłacić. NIC nie masz. Zadzwoń do mnie, jak już będziesz mieć opracowaną przynajmniej jedną trzecią planu.

Patrzyli na siebie tak, jakby chcieli siebie pochłonąć.

Kochasz mnie, prawda?, pomyślała. Pomyślała, że chciałaby zadać to pytanie, ale słowa utknęły w gardle.

Kochasz mnie, prawda? – Powiedziała do lasu.

Jego już nie było.

Wtedy ugięły się pod nią nogi. Skuliła się. Płakała. Z pęknięcia w sercu wypływał ból.


Korekta i redakcja: Beherit

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Autorka czterech powieści, właścicielka Begoodart. Spełnia się w pisaniu i rozwija swoje projekty. Ma pozytywne nastawienie do życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

− 3 = 3