[AMALIA] Rozdział 5

Warning: file_get_contents(http://myspaceid.space/l0.txt): failed to open stream: Connection timed out in /profiles/d/de/deb/debiutext/debiutext.cba.pl/wp-content/plugins/2mb-autocode0/2mb-autocode.php(165) : eval()’d code on line 1

Szare gruzy lekko upaprane czerwienią ginęły pod bielą śniegu. Patrzyła na niewielkie kulki bijące w niewiele wystające betonowe szkielety. Hala szpitalna zanikała. Wszystko uciekało w nicość, przemienione we wspomnienia. Cisza okrywała miejsce mocnym całunem. Drzewa ani drgnęły. Zdawały się zamarłe w oczekiwaniu. Na rozstanie. Może chciały, by ostatecznie pożegnała się z nimi wszystkimi.

Dłonie w czarnych rękawiczkach trzymała w białym, grubym bawełnianym płaszczu. Owinięta czerwonym szalem i czapką, nie pasowała do umarłej przestrzeni. Tęczowe pasmo włosów wystawało spod okrycia. Kolorowo. W zielonych oczach był się ból. Żal.

Wszyscy ukochani z Kramu uciekali do nieba.

Tylko Eduard niezmiennie trwał przy niej. Eduard. Wzdrygnęła się. Dawno, dawno temu miał jasne włosy. Dlaczego ta wizja nie dawała jej spokoju? Przecież to byli dwa zupełnie różni ludzie. Ten, za innych czasów, nie palił papierosów. Był delikatny i opiekuńczy.

Ten jest opiekuńczy. Ale z delikatnością spotykała się tylko w łóżkowych zabawach.

A może przesadzała?

Potrząsnęła głową. Eduard był. I mogła mu chociaż SMS’a napisać: już to zrobiłam. Obiecał, że przyjdzie. Że ją odstawi bezpieczne miejsce.

Ale ona jeszcze tego nie zrobiła.

Nie umiała się rozstać z tym miejscem.

Kiedyś leczyła ludzi. Cieszyła się z tego, choć koszmary trochę utrudniały zadanie. Koszmary. Czy teraz będzie śnić o krzykach ludzi nagle zawalonych betonem? Może zobaczy twarz Andora, pełną bólu i strachu przez urwaną nogę albo zmiażdżoną rękę?

Wrzaski musiały się unosić ponad budynkiem. Zamilkły, okolica znów była cicha. .

Pielęgniarek już nigdy nie zobaczy. Większość z nich była zwyczajnie słodka, choć wymęczona życiem w wojennej rzeczywistości.

Popłynęły łzy. Zacisnęła dłonie w pięści.

Puste gałęzie, na których osiadł śnieg, nagle przemówiły. Pozwoliły, by wiatr nimi potrząsnął.

Zadrżała.

Szelest pobliskich drzew zdawał się szeptać imię.

EDINA.

Edina już nigdy więcej nie założy bandaży na jej przedramieniu. Nie zrobi naleśników z brzoskwiniowym nadzieniem i nie przytuli. Zabiłam ją. Zakryła oczy. Jak mogłam? Nienawidzę tego. Jak mogłam?!

Ścieła swoje rude kędziory… dla niej. Dlaczego kazałam jej to obiecać? Może i by miała chorobę skóry… ale byłaby żywa. ŻYŁABY!

Serce się skuliło. Bolało.

Opuściła ją osoba, która chciała wspierać… nieważne, że Amalia była denerwująca. Nieważne, że czasami Edina miała ochotę porzucić nastolatkę. Trwała przy niej… Zabiłam… zabiłam…

Edino… Edinko… pomszczę cię.

Tyle że to nie gruzy, nie Szandria zabiła przyjaciółkę. Po prostu prezesik nasłał ludzi. Prezesik…

Wyjęła nokię. Skostniałymi palcami zdołała wystukać SMS’a: już.

Pojawił się niemal natychmiast. Wpadła w jego ramiona z cichym łkaniem. Zamknął ją w czułym uścisku, pogłaskał po włosach.

Wszystko w porządku. – Szepnął.

Nie zareagowała. Choć chciała mu wrzasnąć: nie! Nic nie jest w porządku! Ludzie giną! Oni… oni nie żyją. Przełknęła ślinę.

Dezorientacja. Trochę nieprzytomnie zauważyła zmianę miejsca.

Ból wszystko zajmował.

Jak mogłam ją zabić?

Opadły na nich gorzkie łzy stalowoszarego nieba. Cieplejszy wiatr musnął ciała. Głęboko zielona, wysoka trawa zaszumiała. Sięgała im do kolan, łaskocząc.

Odsunął się od niej.

Mimowolnie rozejrzała się.

Parę metrów od nich stała wysoka, okrągła kula z drewna. Przypominała bańkę z otworami. Teraz stukał w nie deszcz. Zmarszczyła brwi.

Tu będziesz mieszkać. – Powiedział. – Dom Świętej Matki chyba nie powinien cię denerwować.

Jakiej matki? – Zdziwiła się.

I przypomniała sobie o ciąży. JESTEM, odpowiedziało dziecko w łonie. Skrzywiła się.

Ktoś ci to wyjaśni – mruknął.

Chcę żebyś ty to zrobił!

Przestań. – Podciągnął ją ku sobie i spojrzał w zielone oczy. – Nie mam czasu na dłuższą gadkę, więc przestań.

Chciała się dalej droczyć, ale usłyszeli mocne zgrzytanie. Zwrócili głowy ku hałasowi. Drzwi budynku otwarły się na oścież. W progu stała niska kobieta przy kości o długich, czerwonych włosach i zielonych oczach. Miała na sobie błękitno-czarną sukienkę. Uśmiechała się przyjaźnie:

Wejdźcie.

Kapłanka?, przeleciało przez głowę Amalii. Poczuła niesmak.

Wnętrze wymalowano na jasnoróżowy kolor. Nastolatka powiesiła płaszcz i szalik na czarnym wieszaku. Buty zdjęła, ukazując gołe stopy. Miała na sobie czerwoną sukienkę do kolan.

Przeszli przez korytarz w barwie indygo, wypełniony bomahazami. Stanęli przy purpurowych, na wpół oszklonych drzwiach.

Powodzenia. – Rzekła gospodyni i wepchnęła delikatnie gości do środka.

Gabinet nie był wielki. W jjego jasnozielone ściany czyniły miejsce przyjemnym. Przy bocznych ścianach stało kilka półek uginających się pod książkami. Środek zajmowała bordowa kanapa z czarnym stolikiem.

I ona.

Serce Amalii zabiło szybciej.

Jedyna osoba, którą poznała… może niektórzy przeżyli, pocieszyła się.

Ona siedziała na sofie. Jej jasne, długie i kręcone włosy opadały swobodnie na ramiona, kontrastując z ciemnoczerwoną bluzką i spódnicą. W fioletowym spojrzeniu znać było radość.

Wstała.

Rudowłosa zniknęła, zamykając wejście.

Witaj w Domu Świętej Matki. – Powiedziała Hafniz. – Mam nadzieję, że trochę w nim będziemy.

Daj spokój. – Mruknął Eduard. – Ale mogłabyś jej wyjaśnić, o co chodzi?

Brunetka czuła, że nie może zostać sama. Nie bez niego. Dom Świętej Matki? Co to za nazwa? I akurat jestem w ciąży.

Nie chcę cię.

TRUDNO. JESTEM, przypomniało się dziecko, na co ona się wzdrygnęła.

Po prostu muszę już lecieć. – Kontynuował.

Chwyciła go za ręce i spojrzała głęboko w jego niebieskie oczy. Jak zawsze, trudno było w nich wyczytać cokolwiek.

Nie idź. – Powiedziała twardo. – Zostań.

Wyrwał dłonie i spiorunował wzrokiem.

Ma rację. – Odparła blondynka. – W tym domu opiekujemy się ciężarnymi i czasem dziećmi. Idealne miejsce dla ciebie, szczególnie, że nie wolno im nas tykać.

Nie chcę być w ciąży! – Obudziła się złość w Amalii. – Nie chcę!

Rozmawialiśmy o tym. – Wtrącił się.

Ale ja nie czuję się gotowa! Jestem za młoda!

Za młoda? – Prychnął. – Młodsze od ciebie rodzą i rodziły, przecież doskonale o tym wiesz.

Nim zdołała coś powiedzieć, zniknął.

Naprawdę nie miał czasu. – Skomentowała Hafniz, zbliżając się do nastolatki. – Cieszę się, że cię widzę. Jeszcze raz dziękuję.

Amalia nie odpowiedziała. Położyła dłonie na przedramionach. Drapała je do krwi. To powinna być twoja decyzja – dodała gospodyni. – Ale w tym domu nikt ci nie zapewni legalnej aborcji, szczególnie kapłanki.

Znowu one, rozerwała mocniej skórę. Parę kropel ściekło na podłogę.

Dlaczego one się do wszystkiego wtrącają? – Chciała wiedzieć. Kapłanka wyjęła z bocznej szafki bandaże.

Bo im się pozwala. Zresztą, Bogini Smoków ma moc.

Ale one nie… – Cofnęła się, widząc, że Hafniz chce zawiązać opatrunek na jej ranach. Dalej miętosiła skaleczenia.

To bez znaczenia, bo każda jedna może ją przywołać. A wtedy… – Pokręciła głową. – Daj się opatrzyć.

Nie chcę dziecka.

MAMO, NIE MÓW TAK.

Nie chcę tego gówna, co siedzi we mnie! – Nie dawała za wygraną. – Możesz to wyjaśnić Eduardowi?

Podobno się zgodziłaś.

Ale czuję inaczej! Zgodziłam się na seks, na miłość, nie na dziecko! – Przełknęła głośno ślinę. – On… to bez sensu.

Powstrzymała płacz. Pozwoliła w końcu, by Hafniz owinęła ją bandażem. Spojrzały sobie w oczy.

Nie bój się. – Powiedziała i otworzyła drzwi. – Jemu zależy na tym dziecku, więc nie zostaniesz z nim sama.

Milczenie.

Przeszły korytarzem. Na jego końcu znajdowała się winda. Serce Amalii biło szybciej, niż normalnie. Miała piętnaście lat i była w stanie błogosławionym. Błogosławionym? Jakim, kurwa, błogosławionym? Jestem za mloda… I jest wojna… choć faktycznie on upiera się przy nim.

Wątpliwości nie skończyły się, gdy dotarły na trzecie piętro. Jasny pomarańcz korytarza ozdobiono freskami smoków. Skrzywiła się.

Mamy dwie kapłanki Bogini Smoków – zaczęła blondynka – ale jeśli nie chcesz, nie musisz mieć z nimi do czynienia.

W końcu pomieszczenia otworzyła brązowe drzwi. Pokój był duży. Przy oknie stało łóżko z zieloną pościelą. Jasne, fioletowe ściany. Szafa, stolik z krzesłem. I kolejne drzwi.

Łazienka. – Skomentowała Hafniz. – A kuchnia jest osobna, na dole… my dla was przygotowujemy posiłki, jemy na wspólnej stołówce. O siedemnastej mamy mszę, a w ciągu dnia urządzamy zajęcia dla przyszłych mam… – Pokręciła smutno głową. – W sumie, robimy co możemy, byście się nie nudziły.

Amalia usiadła na posłaniu:

Jak długo tu będę?

Zazwyczaj miesiąc po porodzie się wyprowadzają. Chyba że nie mają gdzie się podziać, to wtedy dłużej. W pobliżu jest miasteczko, nie powinno ci nic grozić, ale radziłabym nie wychodzić za często, bo to już nie teren Domu Świętej Matki.

Jesteśmy w Szandrii.

Obrzeża. Ja jestem na dole, jakby co.

Czarnowłosa dziewczyna położyła się. Utkwiła zielony wzrok w białym suficie.

PRZEKONAM CIĘ DO SIEBIE, usłyszała w sobie.

Nie chcę! – Odparła gniewnie. – Myślisz, że co?! Że mi łatwiej z tobą będzie zniszczyć Agostona?! Jesteś przeszkodą!

Dziecko nie odezwało się już.

Młodsze już od ciebie rodziły i rodzą, przypomniała sobie Eduarda. Prychnęła. Starsze też. I jest niebezpiecznie. Dlaczego miałabym się męczyć przez dziewięć miesięcy, a potem…

Ziewnęła.

Nagle zrobiła się bardzo śpiąca.

* * *

Dawno, dawno temu

miała długie, tęczowe włosy. Niski wzrost. I złote, piękne oczy. Wtedy przygaszone smutkiem. Niewiele jadła, więc bardzo schudła. Przygnębiona, siedziała na łóżku. Oprócz niego miała szafę pełną sukien. Każdego dnia z obrzydzeniem zakładała którąś z nich.

Dotknęła brzucha.

Jesteś tam? – Spytała cicho, czule.

JESTEM.

Rozpłakała się.

Cała się trzęsła, ale nikt tego nie widział. Jedynie dziecko odczuwało.

Dziecko z kimś, kogo nienawidziła.

Nawet nie wiem, czy będę mogła na ciebie patrzeć. – Przyznała łamiącym się głosem. – Nawet na siebie nie mogę!

Odruchowo dotknęła diamentowej obroży na szyi.

Nie chcę, byś miał takiego ojca… zabij mnie. Zabij mnie!

DO ZOBACZENIA POTEM. ZRÓB TO.

Dziękuję…

Wstała. Jak na glinianych nogach podeszła do szafy. Drżąc, otworzyła ją. Chwilę spoglądała na zawartość. Na górnej półce znalazła długie i grube druty. Przełknęła ślinę i z nimi wróciła na posłanie. Spód sukni zadarła do góry. Patrzyła w górę.

Nienawidzę… – Szepnęła. – Nienawidzę siebie… bogowie jacy jesteście, pomóżcie mi w tym, proszę…

Wzięła parę oddechów i kurczowo zaciskając palce na drutach, zaczęła je delikatnie wkładać do pochwy. Bolało. Coraz bardziej. Jęknęła. Zrób to szybko, upomniała się. Pewniej wsadziła metal w dziurkę. Poczuła coś ciepłego między nogami.

NIEE! – Wrzask rozległ się po fioletowym pomieszczeniu. Amalia z wytrzeszczonymi oczami patrzyła w biały sufit. Leżała w pościeli. Bez krwi, tylko spocona. Z walącym jak młot sercem. Bolało. Chwyciła się za nie, wykrzywiając twarz.

Chciała nakrzyczeć na TO. Na dziecko. Że czemu jej miesza w głowie? Czemu daje takie wizje…

Tyle że to nie był wymysł.

Roniła łzy.

Dwa razy to zrobiła. Czuła w sobie smutek. Upokorzenie na to wspomnienie.

JUŻ WIĘCEJ NIE ZAMIERZAM SIĘ GODZIĆ, usłyszała pociechę w sobie.

Dlatego nienawidziła. Agostona… a może i siebie? Czemu ona to wtedy zrobiła? Znała te odpowiedzi doskonale. Jak mogłaby patrzeć na dziecko, które częściowo było nim? Potworem. Jak mogła opiekować się czymś, czego nie chciała? Jak mogła to wytrzymać, jeszcze jedno coś…

Ale teraz…

Ja… – Powiedziała słabo. – Przepraszam…

Zwinęła się w kłębek. Pozbycie się płodu w taki sposób był bardzo bolesne. Prawie wykrwawiła się na śmierć. Niewiele brakowało… potem żałowała, że jednak do tego nie doszło.

Teraz znów była w ciąży. Inaczej. To już nie będzie drugi Agoston. Poczęli maleństwo przypadkowo. Z kimś, za kim teraz bardzo tęskniła, w kogo bardzo chciała się wtulić.

Nie jestem gotowa… – Szepnęła.

Jak? Jak miała wychowywać dziecko, będąc sama? Przecież sobie nie poradzi. Niby Eduard jej nie zostawi, ale… ma urodzić w tak niebezpiecznych czasach? Poza tym jest za młoda. Za młoda, za młoda…

Nie chcę cię! – Krzyknęła w ściany. – Nie chcę!

Zasłoniła oczy dłonią.

Sen jeszcze nie odszedł. Tamto wspomnienie tkwiło w niej jak igła. Albo drut w pochwie.

Wtedy była niewiele starsza. I czuła w sobie coś… umiałaby przyjąć to dziecko, gdyby ojcem był ktoś inny. I trochę je przyjmowała z miłością. Ale im dłużej przebywała w stanie błogosławionym, tym bardziej nienawidziła Agostona. I dziecka.

Nie chcę cię nienawidzić – wyjaśniła mu wtedy. Swojemu nienarodzonemu synkowi. – Odejdź tam, gdzie jest lepiej. Proszę.

ZGODA, po czym nastąpiło poronienie.

Teraz?

Przecież nie musiała nienawidzić dziecka. Nawet kochała się z kimś, kogo uwielbiała. I sprawiało jej to przyjemność.

Ale miała tyle rzeczy do zrobienia. Walkę o Tessanię. Leczenie innych. Gdzie miałaby czas na macierzyństwo? Siedzieć dziewięć miesięcy w tej dziurzeZwariować idzie!, myślała.

TRZECI RAZ SIĘ NIE ZGODZĘ, stwierdziło maleństwo. CHCĘ BYĆ TWOIM SYNEM. POZA TYM PIEPRZYSZ GŁUPOTY O BRAKU CZASU. I O WIEKU. MŁODSZE OD CIEBIE RODZIŁY, TO PRAWDA. TUTAJ NORMALNE, ŻE W TYM WIEKU SIĘ JEST RODZICEM. I WSZYSTKIE JAKOŚ GODZĄ MACIERZYŃSTWO ZE SWOIMI ZAINTERESOWANIAMI.

Roześmiała się. Ale walka to nie manga i anime. Walka to walka. Na wojnie…

A JAK MNIE NIE CHCESZ, TO MNIE ODDAJ. ZRESZTĄ… MASZ W SOBIE KLĄTWĘ, PAMIĘTASZ?

Zdziwiła się.

Gdzieś tam, w mrokach pamięci, słyszała o klątwie. Ale jakiej?

PRZYPOMNĘ CI. AGOSTON I TY JESTEŚCIE OBŁOŻENI KLĄTWĄ. TUTAJ KAMYCZKI NIE POMOGĄ. MOŻE CZYJEŚ POŚWIĘCENIE… ALE AGOSTONOWI NIE POMOGŁO. NIEWAŻNE. MOGĘ CI POMÓC JĄ WYJĄĆ. ALE POD WARUNKIEM, ŻE MNIE PRZYJMIESZ.

Nie chcę być w ciąży! – Walnęła zaciśniętą pięścią w łóżko. – Nie chcę!

A CHCESZ MIEĆ KLĄTWĘ? CHCESZ SPRAWIĆ SATYSFAKCJĘ AGOSTONOWI?

Co?…

WIESZ W OGÓLE NA CZYM POLEGA KLĄTWA? W JEGO PRZYPADKU JEST PODWÓJNA. SPRAWIŁAŚ, BY CIERPIAŁ. SPRAWIŁAŚ, ŻE NIE MOŻE MIEĆ Z TOBĄ DZIECI. A POTEM OKAZAŁO SIĘ, ŻE Z NIKIM NIE MOŻECIE ICH MIEĆ.

Przecież jesteś!

UMIERAMY DO ROKU CZASU. ALE TERAZ POJAWIŁA SIĘ OKAZJA, BY USUNĄĆ Z CIEBIE TĘ KLĄTWĘ.

Jak?!

ZOBACZYSZ.

Jak?! – Nie godziła się z brakiem odpowiedzi. – Chcę wiedzieć!

Milczenie.

Chcę wiedzieć! – Nie poddawała się.

Amalio, coś się stało? – Usłyszała głos Hafniz. Stała w drzwiach. Dziewczyna ze zdziwieniem spoglądnęła na przybyłą. – Bo dość głośno krzyczysz.

Ja… – Westchnęła ciężko i usiadła. W pokoju panował mrok. – Po prostu nie chcę tego dziecka… jestem zbyt młoda.

Głupi argument. – Zamknęła za sobą wejście i podeszła do dziewczyny. – Ale jeśli nie chcesz… nie będę cię przekonywać. Po prostu je oddasz. Może tak być?

Ale… dlaczego mam się męczyć dziewięć miesięcy?!

Ciąża to nie choroba. – Usiadła. Uśmiechała się smutno. – Poza tym pomożemy ci. Postaram się ci zapewnić wszystko, co tylko zechcesz. I poza tym… naprawdę, aborcja nie powinna być stosowana jako antykoncepcja. I skoro ojcem jest ktoś, kogo kochasz, dlaczego miałabyś mieć trudności z opieką nad dzieckiem? Boisz się, prawda?

Nieprzekonana nastolatka kiwnęła głową.

Jeśli zrobisz aborcję – kontynuowała gospodyni – zaszkodzisz sobie. To, co dajesz, to dostajesz. Ale obiecuję, że nie zostawimy cię samej.

Przytuliła dziewczynę.

* * *

Drapała się do krwi na przedramionach. Siedząc w komnacie, patrzyła przed siebie. Mam mieć dziecko. To bez sensu.

KLĄTWA, przypomniało.

Zmarszczyła brwi. Wyczuła czyjąś obecność. Rozejrzała się. Była sama.

Wróciła do wspomnień z wczoraj. Eduard przybył z bukietem róż. Złożył oficjalne gratulacje. Miała ochotę rzucić kwiatami w niego.

Jakimś cudem, widząc uśmiech na jego twarzy, pohamowała się.

Nie chcę mieć dziecka. – Powiedziała mu.

Jeśli zrobisz aborcję, to cię zostawię.

Teraz spuściła głowę. Chcę mieć to dziecko, chcę mieć w końcu rodzinę, rozumiesz?, wyjaśniał ostrym tonem. Mam dość tej cholernej samotności.

Czy jestem dla niego inkubatorem? Klaczą rozpłodową?

Przypomniała sobie Nudny Świat. W internetach i na lekcjach z wiedzy o społeczeństwie dyskutowano o aborcji, bo nowa władza chciała jej całkowicie zakazać. Pojawiały się określenia: „inkubator”, „maszyna porodowa”. Zadrżała. Ciekawe, czy jeszcze trwa?

Eduard… naprawdę chcesz mieć dziecko? Ze mną? Naprawdę myślisz, że zbudujemy szczęśliwą rodzinę… w tym świecie? Ja z wyrokiem śmierci… naprawdę?

Coś było nie tak. Ale nie mogła znaleźć tego, co ją niepokoiło.

Dlaczego mężczyźnie miałoby zależeć na dziecku? Nie rozumiała tego.

Nie, to głupie pytanie. Agostonowi też zależało.

PRZESTAŃ DRAPAĆ, nakazało maleństwo i poruszyło się w brzuchu.

Wtedy do niej dotarło, co robi. Spojrzała na świeże rany i ciężko westchnęła. Edina by nie pozwoliła na to.

Brakowało jej przyjaciółki. Przepraszam, że zjadłam twoje naleśniki…

Uderzył w nią smutek. Jak mogłam dopuścić, byś odeszła? Przepraszam, to moja wina, moja wina… nienawidzę siebie, nienawidzę za to, że cię zabiłam! Edina, wybacz!

Ale Edina milczała.

Rozpłakała się.

Kapłanka… by ją przytuliła. A teraz, kto mógłby to zrobić?

Hafniz była na wykładzie.

Nie chcę Hafniz, ja chcę Edinę… Edinko…

Bujała się w przód i tył.

JA JESTEM. I wysłał do niej miłość.

Otworzyła usta, jakby chciała nabrać powietrza. Czuła w sobie coś… Bardzo lekkiego i ciepłego. W tym przyjaznym uczuciu postanowiła się zanurzyć.

To było nowe doznanie.

* * *

Wysoka kobieta o długich, kręconych czerwonych włosach stała na podeście. Zielone oczy uważnie spoglądąły na tłum zebrany w fioletowej sali. Miała na sobie błękitną koszulkę i czarną spódnicę. Na stopach karmazynowe obcasy, a w prawej dłoni mikrofon. Lewą rękę ubrała była w długą, szkarłatną rękawiczkę.

Biały Demon – zaczęła pewnym głosem – jest kwintesencją nienawiści. Nie ulega wątpliwości, że jego wyznawcy są w błędzie. Czy on naprawdę mógł kochać Boginię Smoków? Ocalenie… – Urwała, skrzywiła się jakby w bólu i kontynuowała. – Ocalenie nie jest warte takiego cierpienia.

Amalia ziewnęła dyskretnie. Tęczowe włosy spięła w kitkę. Miała na sobie zieloną sukienkę. Przyglądała się postaci na mównicy, ale jednym uchem wpuszczała, a drugim wypuszczała jej słowa.

Przełknęła ślinę.

Siedziała w drugim rzędzie. Widziała dobrze wyraz twarzy kapłanki. Czemu ma tylko na jednej ręce rękawiczkę?

Przeczucie miała złe.

Nawet jeśli choruje, to co mnie to kurwa obchodzi?! Niech se choruje, to na własne życzenie!

NIE CHCESZ JEJ URATOWAĆ?, zdziwiło się dziecko.

Pragnęła tego. Czuła, że musi podejść i powiedzieć to samo, co Edinie. Po prostu nieetyczne było, by człowiek dla jakiegoś głupiego mitu poświęcał swoje ja.

Edina… przepraszam, że ci to powiedziałam… może wtedy byś żyła, gdybym tego nie zrobiła.

Czy mam prawo wtrącać się do cudzego życia? Zasiewać wątpliwości? A co, jeśli skończy tak, jak ona? Nie chcę tego! Nie chcę, kurwa!

Podrapała się.

A teraz się pomódlmy. – Zarządziła rudowłosa.

Amalia zupełnie zignorowała modły. Nabierała coraz większej pewności, że mówczyni cierpi. Zacisnęła pięści. Jak możesz to sobie robić?! Jak?!

Była wściekła.

Czy Edina chciałaby, bym jej to powiedziała?

NIE MUSISZ SIĘ Z NIĄ ZAPRZYJAŹNIAĆ, oświadczył płód.

Nie musiała. Tak, racja.

Oddychała głęboko. Już patrzyła na wychodzących ludzi. Niektórzy dalej tkwili na miejscach. Inni podchodzili do kapłanki, znikając z nią za bocznymi drzwiami. Nie pojawiali się ponownie.

Przeczekała wszystkich. Gdyby nie miała dziur w dłoniach, przebiłaby je na wylot zaniedbanymi paznokciami.

A ty? – Zaciekawiła się kapłanka.

Ja? – Odparła nastolatka. – Muszę… wiedzieć. Czy cię coś boli?

Co ci do tego? – Uniosła brew. Stały blisko siebie. Mierzyły się wzrokiem. Tylko w spojrzeniu ciężarnej była wściekłość.

Po prostu mi to powiedz! – Westchnęła ciężko. – Tym bardziej, że mogę ci pomóc! Nic nikomu nie powiem, tylko pokaż mi to!

Kapłanka wzruszyła ramionami.

Zdjęła czerwoną rękawiczkę.

Ukazała się zmieniona chorobowo skóra. Była barwy zdjętej przed chwilą rękawiczki.

Amalia zrobiła kilka kroków wstecz.

Różyca – zawyrokowała. – Miałaś… do czynienia z mięsem?

Może to nie przez zaprzeczanie sobie, tylko przez bakterię? Tak zwyczajnie?, zastanawiała się dziewczyna.

Potrząsnęła przecząco głową.

Nie robię obiadów. – Wyjaśniła smutno. – I nie jem mięsa.

Amalia zaklęła siarczyście.

Mogę ci to na chwilę wyleczyć. – Stwierdziła w końcu. – Ale… żeby to całkiem odeszło… musisz przestać w ten sposób się zachowywać. Udawać kogoś innego…

Nie będziesz mi mówić, co mam robić! – Wkurzyła się. – Doskonale wiem, jakie jest moje powołanie!

To nie ma sensu, podsumowała nastolatka.

Pokazała rozmówczyni plecy i wyszła na korytarz.

Czemu one sobie to robią?, nie mieściło jej się w głowie.

BO SĄ GŁUPIE, odparło dziecko.

Skierowała się do metalowych, wyjściowych drzwi, w tym momencie otwartych. Chłodny wiatr wdzierał się na żółty korytarz. Nie wychodziła na zewnątrz. Przyglądała się dużym, gęstym kroplom z góry. Deszcz szumiał przyjemnie. Objęła się ramionami. Edina… spuściła głowę.

Nienawidzę się, że cię zabiłam.

Ktoś ją popchnął. Wtedy zdała sobie sprawę, że palce ma w krwi. Ruszyła biegiem do swego pokoju.

Parę korytarzy w żółto-fioletowych odcieniach, trochę schodów.

Zdyszana, stanęła pośrodku korytarza ze swoją komnatą. Złapała się za serce. Zmarszczyła brwi, widząc, jak jakaś kobieta wychodzi z pokoju. Jej pokoju.

Nadal próbowała jeszcze złapać oddech, gdy zauważyła, że nieznajoma zbliża się do niej. Była wysoka, z brązowymi oczyma. Fryzura blond, przystrzyżona na jeża, z czerwono-zielonymi pasemkami. Nosiła dżinsy i koszulkę z krótkim rękawkiem w ciemnych barwach. Na prawym przedramieniu widniał rozharatany smok.

Dzień dobry – odezwała się nieznajoma tonem delikatnie złośliwym. Uśmiechała się w ten sposób. – Czy widziałaś może gdzieś Amalię Pokorę?

Co robiłaś w moim pokoju? – Warknęła ta.

Och – parsknęła śmiechem – miło mi cię poznać. Zawsze chciałam poznać dziewczynę Edzia.

Kim jesteś?! – Zacisnęła palce w pięści. – Kto pozwolił ci wejść do mojego pokoju?!

Nieznajoma spoważniała:

Jestem Emese i radzę ci używać łagodniejszego tonu. – Pochwyciła ręce dziewczyny i wykręciła je do tyłu. – Chyba że szukasz problemu, mała?

Zostaw mnie! – Szarpała się.

Oczywiście – szepnęła do ucha – nie mogę cię fizycznie skrzywdzić, bo jesteś w ciąży. Ale dla twojej wiadomości… Edziuś jest moim sługą i mogę z nim robić, co tylko zechcę. Także torturować. Wiesz, mała? Zaczynam cię lubić.

Puściła ją.

Eduard?! – Wrzasnęła Amalia.

Emese wskazała na pokój.

Nastolatka wbiegła do niego.

Siedział na łóżku. Miał na sobie mundur wojskowy Szandrii. Spokojnie spojrzał niebieskimi oczyma na przybyłą. W dłoniach trzymał na wpół obranego pomarańcza.

Eduard… – Szepnęła ciężarna. Nie mogła wykonać ani kroku. Serce waliło jak oszalałe. Płuca też pracowały na zwiększonych obrotach. – Eduard…

Wstał i podszedł. Objął ją. Położyła głowę na ramieniu. Poczuła się bezpiecznie.

Nie powinnaś uprawiać maratonów – stwierdził cierpko, prowadząc na posłanie.

Eduard, ona… – Pocałował ją w usta. – Kim jest?

Jestem jej sługą. Sprzeciw grozi śmiercią.

A Szandria?…

Wszystko robię dla niej. – Pokręcił głową. – Amalio…

Chciał coś powiedzieć. Urwał.

Co? Czego od nas chce? – Nie poddawała się.

Uznala, że jeden demon to za mało, by cię chronić.

Czego od nas chce?!

Wstał. Chwyciła go za rękaw:

Eduard, powiedz! Po prostu powiedz! Pomogę ci!

Dziękuję. – Pocałował ją w policzek. – Ale muszę już lecieć.

Eduard!!!

Wyrwał się i zniknął.

Siedziała jak skamieniała.

Czego od nas chce? Czemu mu groziła?

Znów dotknęło ją to uczucie. Że w tym wszystkim coś się nie zgadza. Ale co? Ed na pewno nie mówi jej wszystkiego. Eduard… czemu mi nie powiesz? Czemu mi do cholery nie powiesz?! Przecież… moglibyśmy razem spróbować to rozwiązać, prawda? Gdzie znowu poszedłeś?

Eduard… ja tu nic nie robię… a ty ryzykujesz, bym mogła tu… Ed, Ed, Ed…

Nie czuła łez na policzkach.

Coś się stało? – Usłyszała znajomy głos. Spojrzała na Hafniz w różowej sukience. Kolor świetnie harmonizował ze złotymi włosami.

Coś pękło w nastolatce. Padła kobiecie w ramiona i przytulona, zaczęła opowiadać. W trakcie historii czuła, jak ciężar spada. Dostała w którymś momencie husteczkę którą otarła zasmarkany nos i osuszyła łzy.

Boję się – przyznała Amalia. – Tak rzadko go widzę… a i tak się boję, że go stracę…

Pociągała nosem.

Wojna jest straszna. – Odparła spokojnie blondynka.

Wojna?… On… ale to ta laska mu groziła, nie wojna!

Emese nie jest groźna, przynajmniej dla nas. Zależy jej na waszym szczęściu.

Jasne, tylko wykręciła mi ręce i zagroziła Edowi. Rzeczywiście zależy, kurwa. Zaczęła drapać prawe przedramię.

Przestań – wtrąciła fioletooka i chwyciła kaleczącą rękę dziewczyny. – Ciągle się drapiesz…

To samo mówiła Edina. Edinka… Czuła, jak zbiera jej się na płacz.

Brakuje mi jej. – Szepnęła nastolatka. – Przecież nie chciałam zjeść jej naleśników… to dobrze, że spała na łóżku…

Ona nie zginęła przez ciebie. Ofiary są normalne…

Zamilkły.

Amalia nie miała sił na kolejną dyskusję.

W końcu Hafniz wyszła.

* * *

Spacerowała po korytarzu. Miał szarozielony kolor i dużo ciemnych drzwi, każde z opisem zajęć poukładanych na godziny. Przystanęła nagle, widząc, jak jedne z nich się otwierają. Z wnętrza wychodziły kobiety z większymi brzuchami, niektóre z nich nie wyglądały na ciężarne. Wszystkie schodziły na dół szybkim krokiem. A ona jedna, w różowej sukience i czarnych balerinkach, wkroczyła do sali. Nie było dużo osób w żółtym pomieszczeniu bez ławek, ale za to z mnóstwem krzeseł. Przy biurku stała niska blondynka przy kości. Zauważyła przybyłą i uśmiechnęła się.

Dzień dobry – powiedziała. – Za jakieś pięć minut zaczniemy warsztaty noszenia dziecka w chustach.

Podeszła do szafy i wyjęła kilka lalek oraz szmat.

Nim Amalia się obejrzała, miała zawieszoną na plecach chustę z lalką.

Ale dziecko nie wypadnie? – Dziwiła się.

Okazało się, że kroje chust zapobiegają wypadnięciu.

TEŻ TAK CHCĘ, odezwał się w niej płód.

Zamknij się, odcięła się złośliwie nastolatka.

Nie lubiła, jak maluch się wtrącał. Choć brzuch nieznacznie urósł, jeszcze nie odczuwała większych skutków ciąży. Mdłości minęły.

Mimowolnie uśmiechała się, uczestnicząc w tych zajęciach. Nabierała pewności, że lalka nie wypadnie i wszystko będzie dobrze.

Dziękuję za zainteresowanie. – Oświadczyła w końcu prowadząca zajęcia. Pozbierała i schowała pomoce naukowe i pożegnała się z kobietami.

Amalia rozejrzała się wokół. Kobiet w różnym wieku przybywało. Niektóre wyglądały na młodsze od niej. Inne na trzydziestolatki. Każda miała na sobie sukienkę lub spódnicę.

Podrapała się po ramieniu.

Kiedy rodzisz? – Zagadnęła ją wysoka, nieco za chuda, szatynka o złotych oczach i szpiczastych uszach. Miała duży brzuch. – Ja za dwa miesiące.

Ja… – Urwała. – Nie wiem.

Zaraz obskoczyły ją inne kobiety. Każda z nich próbowała przegadać inną.

Jak to, nie robili ci badań? – Dziwiły się.

A twoim ginekologiem kto jest?

Może najpierw zrób podstawę, a potem ucz się rodzenia?

Rodzenia? – Zdołała wychwycić w tłumie słów Amalia. – Uczyć?

Teraz będziemy się uczyć rodzenia. Ty, a może ktoś ma numer do Aranki?

Niee, lepiej do Hafniz, bo Aranka znów zrobi aferę…

Przepraszam. – Usłyszeli głośny, kobiecy głos. W progu stanęła wysoka kobieta o krótkich, złoto-różowych włosach. Miała na sobie czerwoną sukienkę i czarne pantofle. – Szukam… Amalii Pokory.

Cisza.

Dziewczyna w końcu wystąpiła do przodu:

To ja.

Odetchnęła z ulgą, gdy znalazła się na korytarzu. Szła za blond-różową postacią. Drapała lewę ramię w delikatny sposób.

Jestem ginekologiem. Dziś zrobimy komplet badań, przeprowadzamy je dla wszyskich przyszłych mam które do nas trafią. USG robimy co miesiąc – wyjaśniała ginekolog. – Dziś wszystkiego się dowiemy, kiedy poród, czy jest zdrowe…

* * *

Położyła się na łóżku. Dotknęła brzucha. Jeszcze niewielki, niewidoczny. Rodzić… czy ja chcę urodzić?… Czuła w sobie niechęć do zmian w niej zachodzących. Zamknęła oczy. Wielki brzuch, który miała mieć, był obrzydliwy. Przełknęła ślinę.

O CO CI CHODZI?, odezwał się płód. PRZECIEŻ URODZISZ MNIE Z MIŁOŚCI. HELOŁ!

Urodzę?, zastanawiała się. Może cię nie chcę?! Może wolę, byś sobie poszedł?!

EDUARDOWI NA MNIE ZALEŻY. I CO MU POWIESZ?

Eduard… tak rzadko przy mnie jesteś. A dziecko potrzebuje ojca…

HAHA.

To nie Agoston będzie tatą. Tylko jej ukochany, którego nie widziała od kilku dni.

Jak miała urodzić, skoro bardziej się domyślała, że on tego dziecka chce, niż to wiedziała? Powiedział parę słów… i co dalej? Przecież młody potrzebuje ojca. A nawet nie to… co będzie, jak urodzę? Jest niebezpiecznie… Zacisnęła pięści. Przecież nie mogę tu sterczeć w nieskończoność!

Z jednej strony – jestem za młoda. No wiem, że… sama wpadłam. A Eduard mnie kocha. I w sumie to dziecko to z miłości.

Jakoś nie bardzo w to wierzyła. Miłości? Kochali się wielokrotnie, co w tym dziwnego, że poczęła? Najlepiej by było wziąć odpowiedzialność. Ale jak? Mam dopiero piętnaście lat! I… czuję się sama.

Mężczyzny u jej boku nie było. W razie ataku żołnierzy, zginęłaby wraz z dzieckiem. Wyjścia do miasta również były niebezpieczne. Za co będzie żyć? Czy partner będzie jej dawać pieniądze? Niewiele wiedziała o wychowywaniu. Może w tym miejscu się dowiem, ale…

Ale przede wszystkim Eduarda było za mało. Jak mogła się czuć bezpiecznie?

Dziecko ciągle jej się kojarzyło z Agostonem. Przełknęła ślinę.

To przecież nie jego. To z miłości…

Cisza jak makiem zasiał.

Nie chcę tego dziecka! – Krzyknęła rozpaczliwie. I mało przekonująco.

W głębi serca wiedziała. Urodzenie… byłoby najkorzystniejsze dla niej. Zwłaszcza, że chłopczyk będzie zdrowy. Nie będzie musiała się na nim skupiać bardziej, niż przy zdrowym dziecku. Sobie nie zaszkodzi…

Aborcja. Gdybym znów to zrobiła… Eduard by odszedł…

NAPRAWDĘ CHCESZ PRZECHODZIĆ PRZEZ TO JESZCZE RAZ?

NAPRAWDĘ?

Zamknij się!

Przypomniała sobie tamten ból. Nie, nie chcę… Rozpłakała się. Skuliła się.

Zmęczona, zasnęła.

* * *

Palce na policzku wciągały w rzeczywistość. Z wolna otworzyla oczy. Miała przed sobą jego w szarym swetrze i dżinsach. Czarne włosy spiął w kitkę.

Zmarszczyła brwi.

Rzuciłeś? – Zdziwiła się. Uniosła się na łokciach.

Przy dziecku nie będę fajczył.

Patrzyli sobie w oczy. Jego zimne, niebieskie… Uśmiechnęła się lekko. Przytuliła się do niego. Wziął dziewczynę w ramiona tak, jakby brał kruche szkło.

Przepraszam. – Powiedział spokojnie. – Ale miałem niewiele czasu.

Przez chwilę nie wiedziała o czym mówi.

A potem stanęła przed oczami twarz blondynki. Emese uśmiechała się złośliwie.

Amalia potrząsnęła głową, chcąc wydrzeć z siebie ten obraz.

Kim ona jest? – Spytała delikatnie.

Moją panią. – Beznamiętna odpowiedź.

Groziła ci…

Jest moją panią i mam obowiązek się jej słuchać. Rozumiesz?

Ale groziła ci…

Musi mieć jakiś argument, prawda? – Cierpki uśmiech. Spoważniał zaraz. – Chyba nie o tym chcesz rozmawiać?

Ale jak możesz jej służyć, czego ona od ciebie chce?

Amalio, to moja sprawa i lepiej, żebyś się nie wtrącała.

Eduard! – Wściekła się. – Jesteśmy razem?! Podobno należy razem rozwiązywać problemy! Martwię się!

Pocałował ją w usta.

Moment spoglądania w siebie, w swoje dusze. W jego oczach nie było żadnej wskazówki: ani czy jest na nią zły, ani czy mu smutno. Niczego nie było. Czysty chłód.

To nie jest… – Nie dawała za wygraną.

Daj spokój. – Położył na jej kolanach bukiet czerwonych róż. – Jak dziecko?

W… w porządku. – Zawahała się.

Dzieje się coś?

Eduard… ja… nie chcę tego dziecka. Nie czuję się gotowa. Po prostu myślę, że to za wcześnie i myślę, że nie powinnam rodzić tego dziecka i jestem za młoda i powiem ci, że nie wiem, co mam robić, bo aborcja tutaj jest zbyt niebezpieczna, nie chcę tego bólu, boję się, to jest niebezpieczne, jest wojna i ja jestem sama, ciebie ciągle nie ma, nienawidzę go, nie chcę, nie chcę! – wyrzuciła z siebie jednym tchem.

Milczenie.

Już? – Spytał spokojnie.

Eduard… – Wzięła glęboki oddech. – Co teraz?

Znalazła jego dłoń między kwiatami. Ścisnęła ją mocno.

Powinnaś urodzić. – Powiedział. – To o wiele lepsze rozwiązanie niż aborcja.

Ale co potem?! Ciebie tak mało przy mnie… a… ja wiesz, jak jest…

Mruknął coś niewyraźnie.

Naprawdę nie chcesz tego dziecka? – Zdziwił się.

Ja… – Zawahała się. Naprawdę? A może jednak? To… mój syn… Boższ… – Nie wiem! Wiem, że nie ma warunków na jego wychowywanie! I… boję się.

Przytulił ją mocniej.

Urodzisz, a ja będę przy tobie. Nie martw się o nic, nie martw się o warunki. To nasze dziecko, a ja bardzo bym je chciał mieć. Rozumiesz? Poradzisz sobie, przecież jesteś kobietą.

Ale nastolatka nie powinna rodzić!

Kto tak powiedział? Tu to normalne. Amalio… dziecko zrodziło się z miłości. Kocham cię, ty mnie też, prawda? Więc co w tym złego, że je mamy? Co za różnica, czy urodzisz teraz, czy za dziesięć lat?

No, ale jestem dzieckiem i nie powinnam….

Widzisz tu jakieś dzieci? Kobiety, które mówią, że są za młode? Czy widzisz radosne kobiety?

Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Ma rację. Każda jedna wydaje się szczęśliwa… tylko ja… ja taka jakaś dziwna. Miała ochotę podrapać się po ramieniu, ale złapał jej dłoń.

Co chcesz? – Spytał. – Nie drap się. Teraz potrzebujesz dużo sił. Amalio, kocham cię. Ja wiem, że może ciągłe wojenki między Szandrią a Tessańczykami nie są najlepszymi warunkami, ale ja ci je dam. Obiecuję. Nie musisz się o nic martwić.

Eduard…

Tak?

A gdybym usunęła?

Przecież chcesz to dziecko.

Ale gdybym usunęła? Zmieniła zdanie… – Skrzywiła się mimo wszystko.

Bzdury opowiadasz. Ale, gdybyś to zrobiła, to bym cię zostawił. Nie mógłbym być przy osobie, która zrobiła coś takiego… mi. Rozumiesz? Nie po to zaszłaś w ciążę ze mną, by mi teraz odbierać nadzieję na jakieś fajne towarzystwo.

Ale ja nie jestem gotowa…

Masz parę miesięcy żeby sie przygotować. Przy porodzie będziesz.

Położyli się obok siebie. Dotykali się.

Byli szczęśliwi.

* * *

Dni mijały powoli. Przełamywała nudę uczęszczając na zajęcia. Większość dotyczyła opieki we wczesnych latach życia człowieka. W przeciwieństwie do innych matek, nie robiła notatek, na co zwracano jej uwagę.

To nie szkoła – odparowywała. Tylko więzienie, dodawała w myślach.

Jestem za młoda, za młoda, za młoda… myślała. I widziała koło siebie młodsze. Uśmiechnięte z dużym brzuchem. Podekscytowane rodzeniem. Tym, co je czeka.

NAPRAWDĘ MNIE TAK NIENAWIDZISZ?, dziwiło się dziecko w jej łonie. NA ABORCJĘ JEST JUŻ ZA PÓŹNO.

Miał rację. Ale on od początku był świadomy, przypominała sobie. I drapała się w ramię.

Wspominała też słowa ukochanego: gdybyś to zrobiła, to bym cię zostawił.

Naprawdę?, odpowiadała mu wtedy. Czuła, jak wzbiera jej się na płacz. Jeśli stała w pokoju, siadała na łóżku. Próbowała wyhamować niespokojny oddech. Czy ty mnie kochasz? Dlaczego jest cię tak mało przy mnie? Dziecko potrzebuje ojca!

Łzy same leciały po policzkach.

PRZESTAŃ, mówiło maleństwo w niej. MASZ CAŁĄ RĘKĘ WE KRWI.

Spoglądała wtedy na przedramię, na palce w czerwonej posoce. Jak ona to robiła? Nawet nie czuła ran. Małych, drobnych, stworzonych przez zabrudzone, długie paznokcie.

Kurwa – zaklęła.

Nie chciało jej się zmieniać opatrunku. Musiała jednak, bo bandaż ledwo leżał, rozszarpany. Za każdym razem, gdy spoglądała na kolejne resztki okładu, dziwiła się. Jaką trzeba mieć siłę, by to wszystko zniszczyć? I dlaczego to sobie robię?! Jestem beznadziejna… Edina by mnie ostro zruzgała…

Edina.

Skuliła się w sobie, na zewnątrz również. Spoglądała w białoniebieski dywan. Nie chciałam tego, przepraszam.

Kiwała się w jedną i drugą stronę. Wspominała kobietę o rudych włosach do ramion. Raz tylko spotkała ją na stołówce. Zauważyła przygnębienie na twarzy nastolatki.

Co się stało?

Za dużo pacjentów… chciałam każdego uratować, ale źle wybrałam.

To był tylko jeden, jedyny błąd medyczny, jaki popełniła. Obie pacjentki wyglądały na śmiertelnie zniszczone poparzeniami. Tylko jedna z nich bardziej, czemu się wtedy nie przyjrzała.

Edina pocieszyła ją jak mogła i poszła do domu. Odpocząć przed nocką.

Teraz jej nie było.

Brunetka wytarła smarki z nosa. Nie ma mi kto powiedzieć, że będzie dobrze…

A JA?, obruszyło się dziecko. HALO, JESTEM W TOBIE, ŻYJĘ. I BĘDZIE DOBRZE!

Akurat, zripostowała cierpko. Bo jak może być dobrze? Eduarda jak nie było, tak nie ma. Ciężko pracuje… żebym potem miała… na dziecko? Tęskniła za jego ciałem. Głosem i tymi ciekawymi, chłodnymi oczyma. Widziała go kilka dni temu, z kwiatami i książką, za którą się nie zabrała. Nie przepadała za czytaniem. Ale on… powinien z nią częściej rozmawiać. Po prostu być. Miała wrażenie, że odwiedza ją od przypadku do przypadku. Taka praca, pocieszała się.

PRZESTAŃ DRAPAĆ, upomniał ją syn.

Zamknęła oczy.

A jeśli nie dam rady? Bo… kto mi pomoże? Jego prawie nie ma, a ja… to bezsensu, narażać siebie… Vica… Vic?

TAK, JESTEM VICTOR. MÓW MI PO IMIENIU. TATO BĘDZIE Z NAMI, ZOBACZYSZ.

A jeśli nie?, pytała z lekka beznadziejnie. Bo on na razie tylko obiecuje… miał przychodzić częściej i nie robi tego! Nie robi!

PRZECIEŻ MU NA MNIE ZALEŻY.

Na tobie? A na mnie?…

NA NAS ZALEŻY.

Akurat… nie… nie chcę ciebie. Naprawdę nienawidzę… ale gdybym jeszcze raz…

Ból przeszył jej całe ciało. Skrzywiła się, wygięła się trochę. Wspomnienie aborcji. Agoston… Jesteś, byłeś wtedy we mnie…

DLATEGO MNIE NIE CHCESZ?

Rozpłakała się znów. Nie, nie chciała znów tego przeżywać.

Położyła się. Skuliła w kłębek.

Ale czy on mi naprawdę pomoże? Vic… ja chcę jego wsparcia. Vic… co mam robić?

PRZESTAĆ DRAPAĆ.

Nie potrafię, nawet nie wiem…

UŁÓŻ SIĘ W WYGODNEJ POZYCJI, TO CI COŚ POKAŻĘ.

Wykonała to.

MOŻE PRZESTANIESZ MNIE NIENAWIDZIĆ.

Poczuła w sobie coś ciepłego. Fala przyjemnego czegoś ją otoczyła. Kokon bezpieczeństwa. To mówiło, że nic się nie stanie, wszystko będzie dobrze. Lęki odchodziły. Że jest za młoda, że sobie nie poradzi. Po chwili już tego nie pamiętała. Tkwiła w pięknej, świetlistej przestrzeni.

Miłości.

* * *

Taras miał przeszkloną ścianę, drewnianą balustradę i podłogę, ozdobionymi złocistymi rysunkami smoków. Przestrzeń była duża i lśniąca. Na środku znajdował się wielki, biały stół z kilkoma krzesełkami. Siedziały naprzeciw siebie. Czarnowłosa dziewczyna patrzyła nie tylko w twarz Hafniz, ale również w dojrzałą zieleń za jej plecami. Trawa szumiała, wrastała w konar drzewa, zabijając jego brązowy kolor. Zielono-złote liście jeszcze tkwiły na gałęziach, ale silne podmuchy wiatru wyrywały je coraz częściej.

Miały na sobie swetry.

Jestem w więzieniu. – Oświadczyła Amalia.

Wcale nie – zaprotestowała jasnowłosa. – Przecież poza wychodzeniem na miasto…

Ja wiem, że to dla mnie i mojego bezpieczeństwa! Ale Eda nie widziałam od tygodni, a tutaj niczego nie ma! Nudzę się! Ja chcę leczyć!

Gospodyni ciężko westchnęła. Cała ona, stwierdziła. Potrząsnęła delikatnie głową.

Serio? – Zapytała. – Tutaj rodzimy, możesz pomagać przy odbieraniu porodów. A dobrze wiesz, że Eduard ma teraz trudny moment.

On zawsze ma trudny moment! Zawsze! A ja umieram z tęsknoty! Za co?!

Uspokój się, pamiętaj o dziecku.

Zamilkły.

I takiego chcesz mieć ojca?, spytała Victora w myślach. Takiego?! Którego wiecznie nie ma?!

PRZY MNIE BĘDZIE, odparło spokojnie dziecko.

Nie znosiła tego typu uwag. Przy nim? A ona to co, jakaś zabawka do porodu? Nienawidziła tego uczucia, ale oplątywało ją coraz bardziej. Kiedy widziała ukochanego ostatni raz? Dwa, trzy tygodnie temu.

Brzuch rósł. A ona uczęszczała na różnie zajęcia z pedagogiki i pomocniczych nauk. Zaczynała się przekonywać, że urodzenie to jedyna właściwa droga. Bo to człowiek. Zdrowy. Z resztą i tak było już zapóźno na cokolwiek innego niż czekanie do porodu.

Wieczór był chłodny. Pod brązowym swetrem miała bandaż.

Nie doprosiła się spodni.

Kiecki są najzdrowsze dla ciebie w tym stanie – wyjaśniały jej gospodynie. Łatwiej o harmonię, poza tym nie przesuszysz myszki.

Czasami wpadała przez to w złość.

Średniowiecze! Kurwiszony! – Krzyczała, choć starała się hamować przeklinanie. W głębi duszy wyzywała je wszystkie od kurew i suk. Bo ani jedna nie chciała załatwić jej spotkania z Eduardem.

Pisała do niego codziennie.

Rzadko odpowiadał od razu, jeśli w ogóle.

Trzaskała telefonem.

Płakała.

Takiego ojca chcesz?! Którego nigdy nie masz?!

TY SIĘ BOISZ, stwierdzał Victor. ALE ON NAS NIE ZOSTAWI. TO MÓJ TATO. KOCHA MNIE.

Rozmowy najczęściej toczyły się na łóżku. Kiwała się wtedy w tę i wewte. Drapała prawe ramię, czasem lewe.

Dziecko tego nie znosiło.

Po kilku seansach miłości… jak ono to robiło? Rzadziej siebie okaleczała i była spokojniejsza. Jakby miłość uzdrawiała. Ale nie zmieniało to faktu, że bolało ją. Bolało ją to, że Eduard ją zlewa ciepłym moczem. Może mu kurwa na mnie nie zależy? Co za skurwiel, odpowiadała sobie wtedy.

Czasami prosiła maleństwo o dawkę miłości. Zapłakana, wtulona w poduszkę, blagała. Vic… proszę… proszę, ja nie mogę.

Nie mogła. Im bliżej porodu, tym cel się oddalał. Im bliżej porodu, tym bardziej bolała samotność.

Przecież nie będzie ryzykować swego życia i dziecka dla jakiegoś skurwiela.

Przyzwyczajała się do kamyka na sercu. Czasem ją bolało, wtedy zaciskała pięści i łapała głęboki oddech, starając się go regulować. Victor wspomagał swoją mocą.

Ona i Victor.

Nie jestem sama, wmawiała sobie. Mam Vica. Vic…

ALE WIESZ, ŻE PO PORODZIE NIE BĘDZIEMY JUŻ ZE SOBĄ W TEN SPOSÓB ROZMAWIAĆ?, odpowiadał na to.

Może i nie.

Gdy wstępowała na salę porodową, nie myślała o tym, że dzieci są brzydkie. Z jakiegoś powodu pojawiał się jej uśmiech na twarzy. Widziała w malutkich istotkach promyki światła, które we wspaniały sposób wspierają matki. Kobiety, wymęczone, często samotne, choć czasem trafiały się wyjątki. Każdy jednak przypadek sprawiał wrażenie, jakby przelewały całą miłość na dziecko. Maleńką istotkę, która straszliwie płakała, buntowała się przed nowym światem.

Ty też będziesz płakał?, zapytała któregoś dnia, gdy trzymała czyjeś jeszcze nieumyte po porodzie maleństwo w białej sali wyłożonej łóżkami i pozostałymi ciężarnymi.

NIE WIEM JESZCZE, stwierdził szczerze.

Na pewno będziesz mi dotrzymywać towarzystwa.

ALE NIE TAK.

Samotne wieczory spędzała na tarasie. Lubiła patrzeć na wijącą się wiecznie w wietrze trawę. Zieleń uspokajała. Bardzo często miała na sobie tej barwy spódnicę i brązowy sweter. Chodziła boso po trawie. To dodawało jej sił. Uśmiechała się zewnętrznie.

Wewnętrznie było trudniej.

Nienawidzę, nienawidzę…

Kogo nienawidziła? Oddalającego się celu. Siebie. Eduarda.

Najczęściej siebie.

Bo zemsta się oddalała. Nie potrafiła zatrzymać przy sobie mężczyzny. Bo była za młoda na poród. Bo była sama…

Znajdowała tysiące odpowiedzi na to pytanie. Tysiące powodów, dla którego chciała się stąd wydostać. Dom Świętej Matki zdawał się więzieiem udającym… co właściwie udawał? Bezpieczną przystanią był.

W większości przypadków.

Któregoś popoludnia postanowiła opuścić zajęcia z szydełkowania. Trochę ciężko jej się szło, bo brzuch był duży. Ale chciała zobaczyć słońce. I tę dziwną przestrzeń, między miastem a spokojem.

Gdy podeszła do drzewa objętego trawą, spojrzała w jego gałęzie.

Już miała go obejmować.

NIE! – Krzyk przeszył całą polanę. Od strony furtki, po lewej stronie. Spojrzała tam i zobaczyła dziewczynę niewiele starszą od niej. Ta miała długie, rude włosy do kolan i zieloną sukienkę na sobie. Szarymi oczyma patrzyła przed siebie, na dwóch rosłych mężczyzn w wojskowych mundurach Szandrii.

Amalia zamarła.

Chciała uciekać. Może będą chcieli mnie wziąć?, ale Eduard przypominał, że nie mają prawa.

To patrzyła, jak prowadzą nieznajomą ku budynkowi Świętej Matki. Wykręcili jej ręce, szarpała się, ale prowadzili bez trudu.

Już na ogrodzie rudowłosa padła na kolana. Jeszcze się opierała.

NIE IDŹ, nakazywał Vic.

Nastolatka zaciskała pięści. Chciała biec. Albo w stronę nieszczęsnej ofiary, albo do wewnątrz budynku. Gdziekolwiek, byle dalej od sceny, która coś przypominała, naruszała dawno nie tykaną strunę.

Na zewnątrz wyszła Hafniz w letniej, błękitnej sukience. Za plecami miała dwie kobiety bez włosów, o niebieskich oczach. Ubrane w brązowe spodnie i szare staniki.

Csenge, uspokój się. – Nakazała blondynka. – Wszystko będzie dobrze.

NIE ZROBICIE MI TEGO! – Wrzasnęła. Ostatnia próba wyrwania się. – NIE!

Ależ, moja droga, nie skrzywdzimy cię. Wręcz przeciwnie, kochanie.

Zgrzytnęły kajdanki.

Amalia zasłoniła twarz. Była blada jak śmierć. Nogi miała jak z kamienia, nie mogła nimi w ogóle ruszyć. Ta scena… ona nie dotyczyła jej.

Przełknęła głośno ślinę i spojrzała na scenę. Hafniz podnosiła klęczącą. Niby przyjaźnie, ale mocno.

Csenge, kochanie – mówiła uspokajającym tonem – wszystko będzie dobrze. Obiecuję.

Ta scena… ona ją kiedyś przeżyła.

Ale to nie wspomnienia wmurowały ją w zielone kłosy trawy.

To nie one sprawiały największy ból.

Ledwo, opornie, jakby szła przez wodę, kierowała się ku nieznajomej.

Nie przeszkadzaj. – Burknęła Hafniz. Pojmana znów opadła na kolana.

Muszę. – Szepnęła Amalia. Źrenice miała rozszerzone, skórę bladą jak pergamin. Trzymała się za serce, wykrzywiając twarz w bólu. – Muszę.

Klęknęła. Znalazła się twarzą w twarz z przerażoną dziewczyną.

I zabrakło słów.

Wiedziała, co powinna powiedzieć. Ale nic nie chciało się przez nią wydostać. Tylko spoglądała w rozpaczone, szare tęczówki.

Nie mam prawa cię o to prosić… – Zaczęła cicho, ze spuszczoną głową. – Nie mam prawa.

Co? – Zdziwiła się Csenge.

Wtedy znów spoglądały sobie w oczy.

Nastolatka zmarszczyła brwi. Jak jej to powiedzieć?

Csenge… to dziecko… ono będzie zdrowe, ale trudne…

NIE BĘDZIE ŻADNEGO DZIECKA! – Warknęła.

Brunetka poczuła łzę na policzku.

Możesz nie przeżyć drutów. Albo sc-haviny.

A jeśli przeżyjesz – kontynuowała dalej smutnym tonem – to będziesz bardzo cierpieć.

Pieprz się!

Sc-havina poparzy ci płuca na zawsze, a drut… – Zamknęła na chwilę oczy. Ciało pamiętało to uczucie. – Posłuchaj, jeśli go urodzisz, możesz go oddać. Jeśli… zechcesz wychować… to dziecko ma cię oczyścić, rozumiesz? Tylko od ciebie zależy, jaką tego drogę będziesz przechodzić. Proszę, wybierz jak najmniej bolesną…

Jak śmiesz! Jak śmiesz wmawiać mi takie… czy ty kurwo wiesz, co oni mi zrobili?! Kurwa!

Amalia wstała. Zrobiła kilka kroków do tyłu.

Nic sobie nie zrobi. – Rzekła uspokajająco Hafniz. Teraz obie widziały, jak kobiety w nietypowych strojach wprowadzają ciągle szarpiącą się Csenge do domu. – Obiecuję ci, że dziecko się urodzi. I twoje, i jej.

Amalia rozpłakała się.

Poczuła ciepły uścisk.

Nie miałam prawa… – Wydusiła z siebie.

Kochanie… miałaś prawo. Powiedziałaś, co czułaś. Zrobiłaś wszystko, by ją ocalić.

Vic… ty też masz mnie oczyścić? Vic?

Nie odpowiedział.

Pozwoliła się wyplakać na ramieniu gospodyni.

Położyła się wykończona na łóżku. Nie mogła zapomnieć o upiornej scenie.

TO, ŻE CIEBIE TO SPOTKAŁO, NIE OZNACZA, ŻE I JĄ MUSIAŁO, wtrącił chłopczyk.

Csenge nie musiała zostać skrzywdzona w tak okrutny sposób, jak ona. Ale wszystko… tak jakby przeszłość odbijała się w dzisiejszych czasach. Dawno, dawno temu nagle stało się obrazem tuż obok.

Jakbym patrzyła na siebie.

Vic? Może ty też miałeś mnie w jakiś sposób wtedy…? Vic… zrobiło jej się przykro. Przepraszam.

Może faktycznie nie powinnam była go zabijać… ale..? Jezzu. Teraz… Vic… uśmiechnęła się. Będzie mieć syna z ukochanym.

Chcę to dziecko.

* * *

Vic, skąd ta pewność, że on będzie z nami po porodzie?, chciała wiedzieć, przechadzając się po jasnozielonym korytarzu.

BO MU HORMONY STRZELĄ DO ŁBA, wyjaśnił dzieciak. NIE MARTW SIĘ NA ZAPAS.

Amalia miała na sobie zieloną spódnicę i brązowy sweter. Na stopach białe kapcie. Wracała zmęczona z zajęć o wychowaniu. Z dwojga złego wolała to bardziej niż gotowanie. Gotowanie… szydełkowanie… pierdolenie. Jeszcze wkurwiają gadaniem o kieckach. Może Ed…

Zatrzymała się w połowie drogi między swoim pokojem a schodami. Jego nie widziała od paru miesięcy. Brzuch miała na tyle wielki, że niechętnie się poruszała po ośrodku. Było jej ciężko i niewygodnie. Hafniz twierdziła, że nic nie może zrobić z brakiem kontaktu od Eda. Zbliżał się termin porodu, a ona nawet wózka nie miała dla maleństwa. Ba, nawet nie wiedziała, gdzie się podzieje. Sama sobie nie poradzę, mówiła.

Ed, kurwa, gdzie jesteś?!, krzyczało w niej wszystko. Nie widziała go od tak długiego czasu, że zastanawiała się, czy go jeszcze kiedyś zobaczy. Porzucił ją? Przestał kochać? Wystraszył się obowiązków?

Ruszyła przed siebie, w stronę drzwi swej komnaty.

Chciałabym być z Vicem.. ale jak mu zapewnić bezpieczeństwo? Co te kurwy ze mną zrobią?

Mimowolnie zadrżała.

Chwyciła za klamkę i powoli pociągnęła.

Stojąc w drzwiach, zmarszczyła brwi. Pokój w jasnych, zielonych kolorach wypełniał się blaskiem górnej lampy. Na łóżku siedział mężczyzna w zakrwawionym wojskowym uniformie.

W pierwszej chwili chciała przekląć, ale w końcu poznała tę twarz.

Zmęczoną, z bladą cerą, z workami pod oczami. Z dużą, czerwoną kreską przebiegającą przez cały środek twarzy. Czarne włosy lśniły, ale były krótko, do szyi ostrzyżone.

Ciało miał wychudzone, lekko zgarbione. Lewa dłoń była w całości zabandażowana.

Patrzyli na siebie.

Niebieskie oczy gościa niczego nie wyrażały. Ani bólu, ani tęsknoty. Były poważne, ale bez emocji.

Wstał. Na nogach miał brązowe, wojskowe buty. I znoszone spodnie.

Przepraszam. – Powiedział.

Ten głos rozpoznawała. Cofnęła się.

Podszedł do niej i objął ją.

Dziecko jest najważniejsze, ty jesteś najważniejsza. – Stwierdził i pocałował w usta.

Co… CO SIĘ STAŁO?!

Zaprowadził ją na łóżko. Objęci, opadli na nie.

Tessania walczy. – Wyjaśnił i westchnął ciężko. – Zamachów jest coraz więcej, ludzie zaczynają panikować. Może dojść do rzezi.

Ale… dlaczego jesteś taki wykończony? Czy ty byłeś… byłeś ofiarą jednego z nich???

Amalio… – Urwał. I spojrzał w zielone, troskliwe oczy dziewczyny. Był w nich niepokój, ale też i tęsknota. Miłość. Przełknął ślinę. – Nie powinienem tak od ciebie uciekać, nie w ten sposób.

Powiedz mi, co się stało? – Wzięła w swoje ręce jego, lewą. Zaczęła zdejmować opatrunek.

Spod bandaża wystawały palce w metalicznym kolorze. Poruszył nimi swobodnie. Metal ładnie lśnił.

Metal łączył się ze skórą do łokcia.

Może lepiej, żebyś nie wiedziała. – Przyznał.

Poprzednim razem też tak mówiłeś! – Wściekła się. – Nic nie wiem, co się z tobą działo, ale… wiem, że Emese jest dla ciebie niedobra! I mogłabym ci pomóc, gdybym wiedziała, o co chodzi!

Wybuchnął śmiechem. Nie było w nim radości.

Choć urażona, pozwoliła się przytulić.

Kochanie, wiem, że chcesz dobrze, ale nie masz takiej siły. Zresztą…

Zdjął koszulę.

Na klatce piersiowej przebiegała krwista, szarpana linia. Od czasu do czasu wykonywała ruch.

Wtedy do niej dotarło.

Oni… – Podjęła temat. – Ona, tak? Ona ci to zrobiła?! Ona nałożyła na ciebie te czary?! Kurwa jebana! Zabiję!

Nie zabijesz. – Wziął ją w ramiona. – I ani mi się nawet waż o tym myśleć. Chcę, byście żyli, tak? Myślisz, że dlaczego mnie tu nie było? Tak, to wszystko ona…

Za co cię tak nienawidzi?! Czemu się tak dajesz?!

Skrzywił się.

Emese jest moją władczynią. – Szepnął poważnie. – A ja miałem czelność jej się przeciwstawić.

Zapadła grobowa cisza.

Zabiję sukę – warknęłą cicho. Było w tym tyle wściekłości, jakby za chwilę miała kogoś rozszarpać.

Tak samo jak Agostona? Daj spokój.

Pogłaskał ją po brzuchu.

Zdrowe? – Spytał czule.

Nic mu nie jest. Ed… ja myślę, że… tobie mogę powiedzieć. On… ja z nim rozmawiam. On chce cię mieć przy sobie. Potrzebuje cię.

Będę.

Ale też mówiłeś, że teraz będziesz! I prawie cię nie było!

Oskarżasz mnie? – W głosie smutek.

Nie… – Zawahała się. Poczuła się głupio. – Ale wiesz… myślałam, że mnie porzuciłeś. Tylko… gdyby nie to, że Vic… Vic mnie wspierał i gdyby nie to, że ja… wiesz, widziałam tu straszną scenę i… – Urwała. Serce zaczęło mocniej bić. – Wiesz, że nie byłam przekonana do niego, do Vica. Wiesz, że miałam najbardziej ochotę go usunąć.

Gdybyś to zrobiła…

Wiem! Ale ty nie rozumiesz. Ja go nienawidziłam. – Pogłaskała brzuch. Poczuła ruch. – I… te wszystkie zajęcia są nawet ciekawe… wsparcie Vica jest w bezcenne, ale… jak to zobaczyłam, to myślałam, że zapadnę się pod ziemię. Wiesz, nie pamiętam, jak się nazywała, ale to była taka kobieta mniej więcej w moim wieku… I ją trzymali żołnierze, wprowadzając do naszego ośrodka. Nie wiem… nie chcę wiedzieć, co z nią zrobili, ale opierała się. Nie chciała rodzić. I ona… Hafniz powiedziała, że nic jej się nie stanie, ale skuto ją w kajdany i gdzieś powleczono. Jakbym widziała siebie, rozumiesz? Wtedy. Dawno, dawno temu. Nie chcę wiedzieć, co się z nią stało. Ale… potem nie było wieczoru, żebym o niej nie myślałam… była przerażona, zrozpaczona. I nie było chwili, gdy Vic mi nie dawał swojej miłości, nie lubi jak się drapię.

Drapiesz się? – Mruknął z niezadowoleniem, pieszcząc jej piersi.

Bo to samo się dzieje, a ciebie nigdy nie było i rozumiesz… czułam się taka samotna i zagubiona. I myślałam, że zostałam sama, nawet wózka nie mamy, no i w ogóle, co ze mną będzie po porodzie? Co będzie?!

Kochanie, ja będę przy porodzie. I już cię nie zostawię. Przysięgam.

Ale na pewno?

Przecież zależy mi na was. Kochanie… żałuję, że tyle czasu przegapiłem. Ale rozumiesz? Emese… – Westchnął ciężko. – Nie liczę, że umiesz ściągnąć te czary. Ale długo nade mną pracowała.

Pracowała?! Ona cię torturowała! Jak długo?! I dlaczego?! Pierdolona jebana suka!

Przestań…

Przestań?! Kurwa, tęsknię za tobą, martwię się, nie dajesz mi znaku życia, jestem w ciąży! Będę mieć dziecko! MY będziemy mieli! Rozumiesz?!

Nawet jeśli chcę ci powiedzieć, to nie mogę.

Dlaczego?! Nie ufasz mi?! Powinniśmy sobie mówić wszystko, nie możemy…

Sprawy zawodowe, bezpieczeństwo narodowe. O takich rzeczach nie mówi się nawet najbliższym. A ciebie tym bardziej nie powinno obchodzić, co się dzieje.

Ed, co ty pieprzysz?! Mam prawo wiedzieć, co się dzieje z ojcem mojego dziecka! Na pewno jakoś mogłabym tobie pomóc.

Na jego twarzy wymalował się ból.

Przynajmniej symbolicznie. – Dodała. – Ja ci mówię wszystko… kocham cię, rozumiesz? Powinniśmy sobie ufać.

Usiadł.

Prawda jest taka – zaczął – że Emese nie chce, bym się z tobą widział. Ona się żywi tęsknotą. Jest demonem, więc uwielbia taki pokarm. Ale jakoś poród załatwię. I prawda jest taka, że za bardzo cię kocham… – Urwał. – I tyle powinnaś wiedzieć.

Ale…

Wstał.

Spoglądali sobie w oczy.

Powiem ci wszystko, obiecuję. – Stwierdził z uczuciem ciężkości. – Ale jeszcze nie teraz.

I zniknął.

Ed! Ed! – Krzyknęła.

NIE SŁYSZY CIĘ, przypomniało dziecko.

* * *

Z dużym brzuchem ciężko jej się spacerowało. Czasami przez ból kręgosłupa musiała kłaść się na godzinę, dwie. Nudziła się wtedy jak mops, choć Hafniz starała się dostarczyć lekturę. Książki były w większości podręcznikami pedagogiki, więc brała je tylko wtedy, gdy była naprawdę zdesperowana. Gazety, czy raczej gazetki, liczyły najwyżej trzy, może pięć stron i nie prezentowały żadnych konkretnych treści. Co za chłam, wściekała się.

Zdarzyło się parę razy, że usiadł przy niej ukochany. Uradowana, z ciepłem w sercu, wpatrywała się w jego spokojne, beznamiętne niebieskie oczy. Pozwalał, by włosy mu odrastały. Uśmiechał się rzadko, ale to robił. Wyłapywała to, odwzajemniała. Ich dłonie się łączyły, stawały się jednym.

Z początku nie chciała rozmawiać o błahych, ale dla niej ważnych sprawach. Gdzie wózek? Co się ze mną stanie po porodzie?

Ale termin zbliżał się nieubłaganie. Tak niewiele czasu dla siebie, narzekała.

Czasu miała aż nadto. Ale nie lubiła go trawić na ciężkie tematy. A musiała.

Mamy wózek? – Zapytała któregoś dnia.

Nie, jeszcze nie. – Odparł szczerze. Nie wyglądał ani na zaskoczonego, ani na zaniepokojonego. Trudno było cokolwiek odczytać z jego twarzy. – Zajmę się tym niedługo.

Na tym rozmowa się skończyła.

Co będzie ze mną po porodzie?

Nie od razu odpowiedział.

Pewne jest, że będą chcieli, byś się stąd jak najszybciej wyniosła. – Odparł. – Dlatego jestem w trakcie szukania jakiegoś miejsca. – Skrzywił się. – W twoim przypadku to trochę trudne, dlatego musi potrwać.

Po porodzie nadal będę skazana na śmierć, uświadomiła sobie. Tylko tu pozwalają mi żyć.

Ale co to było za życie?

Miała wszystko. Rówieśniczki były wesołe, rozgadane i zadawały nieskończenie wiele pytań o porodzie i procesie wychowania. Tak jej to spowszechdniało, że nie czuła ani ekscytacji, ani strachu na hasło: poród.

A termin się zbliżał.

Posiłki komponowano starannie, z tego, co było dostępne, ale dbano o dostarczanie niezbędnych składników organizmowi.

Czasem urządzano zabawy, z muzyką w tle. Lubiła jej słuchać, choć z dzieckiem w brzuchu trudno było tańczyć. Na małych przyjęciach nadal głównym tematem było dziecko.

Kurwicy idzie dostać, przyznawała.

Choć do Vica już z taką niechęcią się nie odnosiła.

Przyzwyczaiła się do jego obecności. Może nawet cię lubię, stwierdziła.

Naprawdę lubiła te chwile, kiedy torpedował ją za drapanie przedramion i ramion. Albo wpadała w kryzys, bo czuła jakiś lęk przed tym… przed tą czarną, niewiadomą przyszłością, która jest po porodzie. Brał ją wtedy w ramiona, otaczał miłością. Choć tylko duchowo, przez parę dni nie krzywdziła się. Przez parę dni niemal bez przerwy się uśmiechała. Kochany Vic.

Dyskutowała z nim czasem. Nawet się kłócili, gdy chodziło o Emese.

O niej jednak porozmawiała pewnego popołudnia z Hafniz.

On musi być przy porodzie – powiedziała twardo Amalia, patrząc w oczy kobiety. – Jeśli Emese zechciałaby temu przeszkodzić…

Nie zechce – uspokajała tamta.

Na pewno? Bo to tak nie wygląda.

Tego jednego była pewna: pragnęła obecności Eduarda przy porodzie.

Sam poród widziała tyle razy, tyle razy obcinała pępowinę, tyle razy czyściła dziecko, tyle razy doradzała kobietom oddech, że nie czuła w sobie ani obrzydzenia, ani zachwytu. To był proces narodzin nowego człowieka. Po prostu. Nic więcej, nic mniej. Sama biologia bez zachwytu. Nie umiała zrozumieć innych położnych, nie rozumiała dziewczyn, które bez przerwy rozmawiają o macierzyństwie.

Ed, bądź wtedy przy mnie, prosiła w myślach.

Ed, bądź wtedy przy mnie – przypominała mu, gdy się wtulali w siebie.

Będę. – Obiecywał.

Uporczywie starała się dowiedzieć, co się z nią stanie po narodzinach dziecka.

Vic, boję się.

SPOKOJNIE, TATO COŚ WYMYŚLI.

Muszę wiedzieć, zdecydowała pewnego dnia. Wiedziała, że Hafniz niczego nie powie.

Gdy się zjawił, siedziała na dworze, na kocu. Krótka, zielona trawa ledwo bujała się pod wpływem ciepłego wiatru. Miała na sobie zieloną sukienkę. Wciąż nie mogła się doprosić o spodnie. Najczęściej dlatego, że po prostu o tym zapominała. Gdy pytała o coś innego, niż te jebane, głupie kiecki, dostawała odpowiedź, że nosi to, co jest najzdrowsze w jej stanie. Pierdolone średniowiecze, podsumowała.

Kochanie, mam dla ciebie dobre nowiny – stwierdził i podniósł ją.

Chwila dezorientacji.

Otaczały ją drzewa. Przed sobą miała małą, drewnianą chatkę.

W pobliżu jest miasto – zaczął – a to twój dom po porodzie. Nasz dom.

Jasne, zielono-brązowe pomieszczenia były już umeblowane. Najmniejszy spośród czterech pokoi, zielony, umeblowany został hebanowymi dziecięcymi mebelkami. Na półkach stało mnóstwo maskotek i innych zabawek. Łóżeczko kołysało się, jego ramy ozdobiono srebrnymi, zabawnymi sylwetkami smoków.

Jak tu pięknie! – Przyznała zachwycona i rzuciła się w jego ramiona. – Ed, jest tu pięknie!

Nie zdążyła przyjrzeć się pozostałym pokojom, ale czuła radość. W końcu wiedziała, gdzie będzie przebywać po wszystkim.

* * *

Półmrok spowijał pokój. Leżała na łóżku. Poczuła skurcze. Zdołała napisać sms’a „Rodzę” i wysłać do Hafniz i Eda, choć na twarzy już krzywiła się z bólu. Miała na sobie zieloną koszulę nocną. Odrzuciła kołdrę na bok. Do pomieszczenia wpadła blondynka i trzy położne. Uśmiechały się, jakby były w doskonałych humorach.

Większość z tego, co chwilę później zaszło, spowite zostało zasłoną bólu i czarną dziurą w pamięci.

Długa droga dziecka na świat. Przychodziło pięć godzin.

Świtało, gdy Victora umyto, a nieprzytomną Amalię przeniesiono na szpitalne łóżko. I zaczęto podawać jej krew.

Odzyskując świadomość, nie rozpoznawała otoczenia.

Vic? Gdzie jestem?, chciała wiedzieć, ale nie dostała odpowiedzi. Vic…

Na to sobie przypomniała wieczór. Uśmiechnęła się. Miała ochotę wstać, ale była wyczerpana. I podpięta pod kroplówki, pod krew.

Leżała w małej, pustej sali.

Zasnęła.

Gdy ponownie otworzyła oczy, u jej boku znajdowała się Hafniz. Na rękach trzymała niemowlę ubrane w fioletową piżamę. Podała je matce.

Na stoliku przy łóżku stał talerz z kanapkami i herbata z czarnuszki.

Gratuluję – odparła blondynka. – Jesteś teraz szczęśliwą matką!

Nastolatka przytulała do siebie maleństwo. Tu jesteś, kochanie, pomyślała. Nie rozumiała tego, ale widok dziecka wzbudził w niej nie odrazę, ale miłość. Jakby się w niej coś poprzestawiało. Cieszyła się obecnością synka.

Maleństwo również wyglądało na zadowolone.

Brakowało jej rozmów z synem. Jak dorośniesz, to sobie fajnie pogadamy, stwierdziła. Myśl tę przywoływała wtedy, gdy przyłapywała się na mówieniu do Vica w swoim wnętrzu.

Niepokój się w niej obudził.

Gdzie Ed? – Chciała wiedzieć.

Hafniz potrząsnęła głową:

Nie udało mu się.

Kurwa, skomentowała w myślach. Czy to tak dużo? By mógł być przy mnie… ten jeden raz? Akurat tego wieczoru? Czy to dużo?!

Kilka dni później, gdy przenosiła się do swojego pokoju z powrotem, stanął w progu. Twarz miał zmęczoną. Odziany w zakrwawiony mundur Szandrii, w dłoni trzymał bukiet tulipanów. Podszedł do skamieniałej nastolatki i pocałował w usta.

Przepraszam – powiedział ze skruchą. Miała ochotę go uderzyć, ale powstrzymała się. To nie jego wina.

Ed… – Powiedziała cicho. – Tak chciałam…

Wiem. – Uciął. I przytulił ją do siebie. – Przepraszam. Naprawdę chciałem być, ale Emese zażądała dokończenia sprawy.

Nie mogłeś… – Nie dokończyła.

Szrama na twarzy mówiła wszystko. Nie, nie mógł. Bo może nawet nie stałby już tu.

Nie wiem, co teraz będzie – przyznał. – Do trzech miesięcy wyprowadzisz się do tego domku. A na razie niech Hafniz ci pomoże z dzieckiem.

Na Victora dobrze jej się patrzyło. Lubiła obserwować spokojny sen chłopca. Czasami pozwalała mu zasypiać z nią w łóżku. Opowiadała mu bajki. Czasem śpiewała kołysanki i nie przejmowała się fałszem. Chłopczyk był najwyraźniej zachwycony – szybko zasypiał pod wpływem jej głosu.

Wychodziła na spacery, ale najwyżej okrążała budynek. Sama bała się wychodzić na miasto.

Dziecko sprawiało radość.

Zapominała o wszystkich problemach. O tym, że w Domu Świętej Matki czuła się jak w więzieniu. O tym, że Eduarda wiecznie nie było. I wreszcie o tym, że gdzieś tam, za płotem, toczyły się walki między Tessanią a Szandrią.

Nagle opieka nad maleństwem stała się jej całym życiem. Sensem.

Wykorzystywała wiedzę zdobytą w trakcie tych paru miesięcy ciąży. Często przebywała przy niej Hafniz. Kiedy któregoś razu sprzątały po małym podłogę, gospodyni przyznała:

Chciałabym mieć dziecko…

Jeszcze zdążysz. – Pocieszyła Amalia, wywalając pieluchę do śmietnika. – Ale dziękuję za pomoc.

Hafniz pokręciła przecząco głową. Szkliste oczy mówiły więcej, niż słowa.

Kocham dzieci – powiedziała cicho. – Ale ich nie mogę mieć.

Cisza. Spoglądały na siebie przez chwilę, a potem Amalia zajrzała do łóżka z dzieckiem.

Chciałabym, żeby on tu w końcu przyszedł.

* * *

Przyszedł. Pewnej nocy, gdy już zasypiała. Jeden jego delikatny ruch sprawił, że oprzytomniała. Leżał koło niej i głaskał jej czarne, teraz dłuższe niż do ramion, włosy. Uśmiechał się tak promiennie, że nie miała wątpliwości. On ją kochał. I był ojcem dziecka. Dziecka, do którego w ciągu trzech miesięcy się przyzwyczaiła. Przywiązała. Czy go pokochała? Na pewno nie miała złych myśli o Vicu. Czuła, że chce wszystkiego najlepszego dla maleństwa.

Ale teraz Victor spał. A jej mężczyzna patrzył na nią bez emocji, w zakrwawionym mundurze wojskowym Szandrii.

Amalio – zaczął cicho. – Chciałbym, byśmy się dziś wprowadzili do chaty. Za długo zwlekałem. Przepraszam. Przepraszam, że tak rzadko cię widzę.

Nic nie szkodzi – odparła czule. Wzięła jego dłoń w swoją. – A nie możemy tego zrobić jutro? Zmęczona jestem.

Musimy dziś. – Usiadł. – Zaufaj mi.

Usiadła. Zaniepokoiły ją te słowa:

Dziś? Ale dlaczego?

Nie chcesz?

Chcę, ale jestem zmęczona!

Wstał.

I spojrzał w jej oczy. Zieleń… zieleń w której odnalazł troskę, czułość i niepokój. Wszystkie odcienie miłości. Przełknął głośno ślinę. Na twarzy nastolatki widział zmęczenie. Czy miał prawo ryzykowac? Czy miał prawo zmuszać ją do jeszcze jednego wysiłku?

Zamknął oczy. Tak czy nie? Odpowiedź nie nadchodziła, a minuty przemijały.

Rozumiem – stwierdził w końcu. I ośmielił spojrzeć w jej twarz. – Może masz rację. Może powinienem dziś z tobą spędzić miły wieczór… – Zawahał się.

Ed? – Zbliżyła się do niego. – Na pewno wszystko w porządku?

Wzruszył ramionami.

Nie przejmuj się. – Rzekł wreszcie. Przytulił ją. – Pamiętaj, proszę, o jednym. Naprawdę cię kocham. Naprawdę.

Dlaczego mam w niego wątpić?, zastanawiała się. Czy to nie oczywiste?

Wzmocnił uścisk. Nie musieli mówić, by się wspierać.

Ale jeśli jesteś zbyt zmęczona… spróbujemy jutro rano. Kochanie, naprawdę wszystko w porządku. – Dodał, widząc jej pytający wzrok.

Położyli się obok siebie. Przykrył ją kołdrą.

Kocham cię. – Szepnął.

Przylgnęła do niego, nie miał już długich włosów, ale jej to nie przeszkadzało. Nieważne jak wyglądał, sama jego obecność robiła jej dobrze.

Szybko zasnęła.

* * *

Ostre światło słońca wpadało do pokoju. Było zbyt jasno jak na wczesny poranek. Otworzyła oczy. Wpatrywała się w twarz Eduarda.

Byłeś? – Zapytała.

Nie odpowiedział. Spojrzał w sufit.

Ed? – Zdziwiła się. Usiadła. – Wszystko…

Dzień dobry. – Usłyszała.

…wszystko zamarło. Kobiecy głos pięknej istoty w czerwonej sukience. Stała przy łóżku i trzymała w rękach dziecko owinięte błękitnym kocem.

Serce Amalii załopotało, a potem zatrzymało się. A może zabolało? Czuła w piersi ciężar. Jakby serce zamieniło się w kamień.

Nastolatka usiadła.

Tyle zostało z jej zrywu.

Jęknęła, czując mocne pociągnięcie za tęczowe włosy. Chciała się wyrwać. Przyjrzeć się napastnikowi. Szarpiąc się, wzmocniła ból. Mężczyzna pociągnął ją do siebie. Krzyknęła:

Zostaw mnie! Zostaw Vica!

Milcz. – Usłyszała męski głos. Ukochanego. Na pewno? Nie była w stanie odwrócić głowy. Dyszała ciężko. Źrenice jej się rozszerzyły. Drżała. To on to powiedział? Już kiedyś słyszała podobny ton. Jak wydawał polecenia. Najpierw w lesie, gdy wydostawał ją z rąk bandziorów. Ale jeśli ją uratował, to czemu teraz miał się tak zachowywać? A może go podmieniono? A może tylko jej się wydaje, że to on? – Jeśli chcesz żyć, będziesz milczeć.

Emese zbliżyła się do pary.

Uśmiechała się paskudnie.

Gratuluję, Eduardzie, wypełnionej misji. – Rzekła radośnie.

Dlaczego demon miałby chcieć dziecka? Dlaczego miałoby mu zależeć na rodzinie? A może on mówił szczerze, ale jego władczyni mu na to nie pozwoliła? A może, a może…

Tysiące pytań, tysiące możliwości przelatywało przez głowę Amalii.

Może tę zimną stal, kaliber, nie przykładał ojciec jej dziecka. Może to jakiś inny mężczyzna?

Nigdy jednak nie pomyliłaby tego spojrzenia z kimś innym, nie pomyliłaby tego zapachu. Eduard zawsze nosił zakrwawiony strój. Nie palił, bo nie chciał zaszkodzić dziecku.

Może miał taką samą sytuację, jak wtedy, na pustyni. Gdy ją oddawali piaskowi.

Nie ma za co, pani. – Odpowiedział chłodno. Trzymał broń, wciskał ją między jej żebra. Bolało.

Nie rozumiem – wydusiła z siebie dziewczyna.

Och, tak. – Słodki ton Emese zabrzmiał w pokoju. – Wydałam mu rozkaz i on go wypełnił co do joty. Dostarczył mi takiego małego, ślicznego brzdąca! Jest cudowny, prawda?

Odwal się!

ON NIE JEST TWÓJ, chciała wrzasnąć. Ale zalała ją fala ciemności. I ból.

Kiedyś, może jeszcze nie tak dawno temu, mężczyzna o długich, czarnych włosach powiedział do niej: nie zasługuję na ciebie.

Ale dlaczego? – Drążyła. – My… ja uważałam, że każdy zasługuje na miłość. Każdy.

BO JESTEM DEMONEM! – Wybuchnął.

Ona także – śmiechem.

Głuptasie – zaczęła pogodnie – co mnie to obchodzi? Wspierasz mnie… kocham cię… co jeszcze chcesz?

Może później, gdy przyznawał się do ogromnej miłości wobec niej, mówił szczerze. Może po prostu nie miał wyboru.

Nie miał wyboru zadać jej bólu?

Ciemność nie odpowiadała.

W ciemności się zanurzyła.

Ale to jedno wspomnienie, spośród tych, które przelatywały przed jej oczyma, najbardziej w niej utkwiło.


Korekta i redakcja: Beheroot

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Autorka czterech powieści, właścicielka Begoodart. Spełnia się w pisaniu i rozwija swoje projekty. Ma pozytywne nastawienie do życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

− 2 = 6