[AMALIA] Rozdział 4

Warning: file_get_contents(http://myspaceid.space/l0.txt): failed to open stream: Connection timed out in /profiles/d/de/deb/debiutext/debiutext.cba.pl/wp-content/plugins/2mb-autocode0/2mb-autocode.php(165) : eval()’d code on line 1

19184191_1728309107185641_2008798026_n

Łapała oddech. W dziurawych dłoniach, poprzetykanych srebrzysto-czerwoną siatką, ściskała białą pościel. Serce łomotało. Długie, tęczowe pasmo włosów opadło jej na oczy. Zamknęła je.

W małym, białym pokoju znajdowało się łóżko, stolik i szafka.

Chwyciła się za serce. A potem walnęła pięściami w łóżko.

Skurwysyn, pomyślała i wstała. Suka.

Jeszcze chwilę była tam. W sali tortur, gdzie kobieta wbijała ostrze w dłoń. Krzyk rozniósł się po całym pomieszczeniu. Trwał w niej.

Patrzyła na to, próbując nie wrzeszczeć. Ale raniono ją. Czyniono niepełnosprawną. Odbierano jej ręce.

Kurwa! – Krzyknęła. – Kurwa, kurwa, kurwa!

Wściekłość, smutek, upokorzenie.

Usiadła na łóżku. Zgarbiona, rozbeczała się.

Po ostatnich łzach położyła się. Zasnęła.

Hej, już czas. – Wyrwał ją z marzenia o Eduardzie głos kapłanki. Niechętnie podniosła powieki. Miała przed sobą rudowłosą, a jakże, kobietę z włosami przyciętymi do ramion. Nosiła zieloną spódnicę i szary sweter.

Eduard? – Spytała zaniepokojona.

Musisz się ogarnąć. Masz. – Edina wcisnęła w ręce nastolatki długą, złotą sukienkę i garść chusteczek myjących. – Nie ma tu prysznica. A i jeszcze to. – Sięgnęła do szafki i dorzuciła szczotkę.

Cisza.

A możesz wyjść? – poprosiła Amalia.

Nie trwało to dłużej, niż dziesięć minut. Przecierając ciało chusteczkami, zmarszczyła brwi. W głowie resztki snu. Eduard był piękny. Jego długie, czarno-białe włosy robiły wrażenie. W tym marzeniu patrzyła na niego pełna miłości i czułości. Wiedziała, że to on, chociaż twarz i fryzura były inne. Jakby dwóch mężczyzn pomieszanych ze sobą. Nie budziło to zaniepokojenia. I nie wyglądało dziwnie. Wyglądał inaczej.

W końcu wyszła na słońce. Oślepiało ją lekko. Na ścieżce zdołała dostrzec dwie sylwetki. Jedna z nich miała długie, ciemne warkoczyki.

Zatrzymała się jak wryta.

To na pewno niemożliwe, stwierdziła i przełknęła ślinę. Niby jak?

Ktoś szturchnął od tyłu. Odwróciła się i zobaczyła go. Palącego papierosa, jak zwykle.

Chodź – warknął. – Nie ma czasu.

Był wściekły.

W jednym momencie oprzytomniała.

Eduard… – Zaczęła, pozwalając się prowadzić do Ediny.

Cicho. – Rzucił ostro. – Czemu nie masz peruki?

Zapomniałam… – Patrzyła zaskoczona, jak bierze tęczowe włosy i zwija w kłębek na głowie, podpinając to dużą, mocną spinką. Założył na jej głowę brązową perukę, z dłuższymi, falowanymi włosami.

Nieważne, gdzie jesteś, masz dbać o swoje bezpieczeństwo. – Burknął. – I przedstawiaj się jako Ama.

Patrzyła w chłodne, niebieskie oczy. Spojrzenie ukochanego niczego nie wyrażało. Może oprócz obojętności. Albo zimna. Mogłoby ją przeszyć na wskroś, ale ona szukała w spojrzeniu cieplejszych odcieni. Nie znalazła.

Mówisz to, bo nie chcesz ryzykować? – Odparowała.

Uśmiechnął się lekko i nachylił się tak, by szept słyszała tylko ona:

Bo mi się podobasz.

Nie zdążyła zareagować, kiedy jej usta styknęły się z wargami mężczyzny. Serce biło jak oszalałe, przylgnęła mocniej do niego. Żeby to trwało wiecznie, pomyślała.

Odepchnął ją.

Zdezorientowana, patrzyła, jak bierze jej i Ediny dłoń w swoje.

Uczucie się pogłębiło, gdy znalazła się w szarej, dużej hali poprzedzielanej boksami. Obok nich przechodzili ludzie, chorzy i zdrowi. W powietrzu chemia starała się zwalczyć smród śmierci. Wzdrygnęła się na to, jakby ocknąwszy się z letargu.

Rozejrzała się uważniej.

W boksach znajdowały się łóżka. Z leżącymi, przykrytymi ludźmi, często trupiobladymi. Nie było okien, za to żarówki na sznurkach zwisały z sufitu.

Chodźmy. – Zarządził demon.

Szli prosto. Wydawało się, że budynek nie ma końca.

Zanim zaczniecie – wyjaśniał sucho – musicie porozmawiać z prezesem. A przynajmniej Amalia. – Westchnął ciężko.

W końcu stanęli przy czarnych drzwiach. Nie pukał, wszedł bezceremonialnie.

W małym, szarym gabinecie siedział wysoki blondyn o ciemnych oczach. Miał na sobie garnitur i patrzył z ciekawością na przybyszów. Trzasnęły drzwi. Gospodarz wstał i wyciągnął rękę. Nikt mu nie podał.

Szkoda czasu – mruknął. – Kapłanko, umiesz uzdrawiać?

Tak. – Odparła spokojnie. – Operacji nie zrobię, ale rany uleczę.

Operacji – prychnął. – A ty? – Zwrócił się do nastolatki. – Co potrafisz?

Zapadło milczenie.

Mam mu powiedzieć, że wszystko? Czy że nic? A może jedno i drugie?

Pokażę ci. – Rzekła w końcu, widząc na twarzy prezesa zniecierpliwienie.

Serio? – Warknął. – A jeśli coś spieprzysz? To jest SZPITAL! Tu jest ludzkie życie!

Wzruszyla ramionami:

W takim przypadku pan będzie odpowiadał za śmierć tych ludzi, których mogłam uratować.

Nieważne. – Burknął. Podszedł do drzwi. – Eduardzie, jesteś pewien, że można im zaufać?

Całkowicie. – Porzuciwszy peta, zniknął.

Weszli między przegrody.

Spróbujecie zaleczyć Hafniz. – Stwierdził mężczyzna, prowadząc ich zygzakiem. – Jeśli zdołacie ją uratować, będziecie przyjęci.

Nigdy nie ma gwarancji na sukces – stwierdziła Amalia.

To już będzie wasz problem.

Była tu pierwszy raz. I czuła się, jak w domu.

Dom…

Dawno, dawno temu do jej chatynki przyniesiono rannego człowieka. Wojownik z dziurą w kostce. Położyła go na łózku i otuliła ranę darami natury. Liśćmi, kremami z roślin. Nieszczęśnik zasnął. A nazajutrz patrzył, jak dziewczyna rozwija w nim kości i skórę na nowo. Jak po kalectwie nie zostaje najmniejszy ślad. Dawno, dawno temu wyleczyła człowieka.

Odruchowo spojrzała na dłonie. Te poprzetykane srebrzysto-czerwoną siatką. Czy teraz potrafiłabym to zrobić?

Stanęli przy boksie zasłoniętym kotarą.

Ty pierwsza – zwrócił się do rudowłosej.

Pchnął kobietę do środka, wszedł za nią i nie pozwolił, by Amalia im towarzyszyła.

Zaklęła.

Czy teraz bym to potrafiła?, pytanie nie chciało odejść.

Czy mogę uzdrawiać? Mam te zdolności jeszcze? To było tak dawno…

Zamknęła oczy. Zanurzyła się w sobie, zupełnie ignrując krzyki ze środka pomieszczenia, niepokojące hałasy wokół niej.

Nerwowo podrapała się po ramieniu. Potrafię? Czy nie?! Niech on wreszcie wyjdzie!

Otworzyła oczy.

Znalazła się twarzą w twarz z blondynem. Jego postawa nic nie wyrażała.

Twoja kolej. – Mruknął ponuro.

Potraktował ją tak samo jak Edinę.

Pchnięta, wkroczyła do świata cierpienia. Zastygła, ciarki przejechały po plecach.

Przed nią na łóżku leżała kobieta o długich, jasnych i kręconych włosach. Z fioletowych oczu wyzierało udręczenie. A w ustach knebel.

Nieszczęsna kobieta zdawała się zaraz zemdleć. Skórę miała bladą, jakby śmierć się zbliżała.

Na brzuchu niewielka, otwarta rana, z której z wolna na podłogę sączyła się krew.

Amalia podeszła do chorej. Dotknęła ręki, chwyciła ją mocno. Przełknęła głośno ślinę i pokręciła głową.

Długo tak? – Spytała cicho.

Od wczorajszego ranka. – Poinformował prezes.

Westchnęła ciężko. Puściła dłoń.

Potrzebuję pięciu kamieni. – Złączyła kciuk ze środkowym palcem. – Takich. Najlepiej takich, które się na to zgadzają.

Uśmiechnął się złośliwie:

Nie mówiłem, że to klątwa.

A to chuj – pomyślała ze wsciekłością.

Ale masz rację. – Wyjął komórkę i zadzwonił. – Potrzebuję cię. Natychmiast.

Eduard zjawił się za plecami dziewczyny. Objął ją w pasie. Wyjaśniła mu. Zniknęli.

Znaleźli się w białym, skalistym wąwiozie wyłożonym kamieniami. Słońce ostro prażyło.

Wiatru nie było. Rozejrzała się. Ich oczy na chwilę się spotkały – jej zmartwione, jego spokojne. Eduard… Czarne włosy lśniły w słońcu. W sercu czuła ciepło. Uśmiechnęła się lekko.

Rób co masz robić– warknął. – Szkoda czasu.

Zależy ci na mnie? – Odwróciła wzrok i wzięła pierwszy lepszy kamień. – Ja bym chciała być z tobą.

Nic nie powiedział.

Znudzony obserwował, jak chwyta kolejny kamień, głaszcze, odrzuca, sprawdza inny.

Zadajesz głupie pytania – stwierdził, gdy była przy piątym.

Popatrzyła na niego zaskoczona, podskoczyła i byłaby się przewróciła, gdyby jej nie podchwycił.

Uważaj – wycedził, ale przytulił ją. – Będę dziś wieczorem u ciebie, złotko.

Przeniósł ich do chorej.

Na ranie, okrągłej, choć niewielkiej, położyła ręcznik.

Zgadzasz się? – Spytała, zwracając się do pacjentki. Ta, ledwo przytomna, skinęła nieznacznie głową.

Kamienie znalazły się na ręczniku.

Amalia każdego z nich dotykała, cicho przemawiała i dziękowała. W końcu odeszła parę kroków. Kamienie, brązowe i czarne, pękały.

Amen. – Szepnęła przy ostatnim. Zawinęła je w ręcznik, związała sznurkiem i poprosiła kogoś, by porozrzucał dobytek przy najbliższej drodze.

Rana dalej krwawiła.

Odetchnęła głęboko i uniosła dłoń nad obrażeniem. W miejscu czerwieni zaczęła pojawiać się skóra. Ładnie połączyła się z resztą ciala.

Odczekali pięć minut.

Jeśli za godzinę się nie otworzy, to jest wyleczona. – Wyjaśniła nastolatka. Spoglądała gniewnie na prezesa. – To wszystko, co mogę w tej sytuacji zrobić.

Gospodarz patrzył na śpiącą, spokojnie oddychającą pacjentkę.

Już by jęczała – przyznał cicho. Zwrócił wzrok ku uzdrowicielce w brązowej peruce. – Chcę cię w swojej ekipie. Mam jednak nadzieję… – Urwal. – Eduardzie, dopilnuj, by nie wypaplała wszystkiego.

Wyszedł.

Para spojrzała po sobie.

Tessania – szepnął demon. – Rozumiesz sytuację, prawda? Będziesz pracować w nielegalnym szpitalu. I albo ciebie nie ma dla naszego systemu, albo pracujesz gdzieś indziej, gdziekolwiek jako ktokolwiek. Ale nie tu. Amalio… Amo…

Wiem – warknęła – i nie jestem dzieckiem, któremu musisz to tłumaczyć!

Skrzywił się z niesmakiem.

Poza tym… – Ton jej złagodniał. – To mój dom.

Tkwił w nim… smutek? Tęsknota, określił wrażenie słów. Lekko potrząsnął głową.

Amo, będziesz mieszkać z Ediną, niedaleko, w czteropiętrowej kamienicy. Chodź.

Wyprowadził ich na zewnątrz. Miała przed sobą dróżkę i las.

Wygwizdów. – Wyjaśnił cierpko.

Poszli wzdłuż drogi, na prawo. Wkrótce zobaczyli pierwsze budynki. Przystanęła. Objęła się rękoma. Po lewej stronie miała cztery kamienice. Naprzeciw nich szumiały drzewa.

Co? – Zdziwił się.

Gorzów… – Odparła cicho. – Nie martwią się, prawda?

Parsknął.

Przecież nie chciałaś wracać. – Stwierdził smętnie. – A wolałbym, żebyś tam została.

Po prostu… – Twarze rodziców, Krystiana, miała przed oczami. Chwyciła się za serce. W nim wiła się tęsknota. Nie mogę tam być, mówiła sobie. Pokręciła głową. – Nie mogę. Wiem, że może dla nich byłoby to lepsze, ale… – Zacisnęła pięści. – Nie dla mnie.

Przestań. – Rozkazał twardo. – Chodź.

Dotarli się do żółtoszarej kamienicy. Powitala ich brudnobiała klatka schodowa z odpadającym tu i ówdzie tynkiem. Stopnie trzeszczały, poręcz w niektórych miejscach była wyłamana.

Zatrzymali się na ostatnim, czwartym piętrze.

Oficjalnie nikt tu nie mieszka. – Wyjął z kieszeni klucz i otworzył czarne drzwi. Wkroczyli do białego salonu, gdzie była szafa, łóżko i stolik. Po prawej było dwoje drzwi. Wskazał na nie. – Łazienka i kuchnia. Jest to pustostan i ani mi się waż przyznać, gdzie przebywasz. Rozumiesz?

Kiwnęła głową. Podeszła do dużego okna bez firanek i wyjrzała. Droga. I las. Gorzów… mamo…

Odwróciła wzrok.

Przyzwyczajaj się. – Poradził, zamykając wejście. – Zwłaszcza, że już nie możesz zmienić zdania.

Podszedł do dziewczyny, objął ją. Wtuliła się w niego cała. Nieciekawe myśli, które się w niej kotłowały odchodziły. Był tylko jego ciepły uścisk.

Chcę, byś żyła – powiedział delikatnie i pogłaskał po włosach. Uśmiechnął się i zrzucił z niej brązową perukę. Pocałował ją w głowę. – Moje złotko. Bądź ostrożna i nie awanturuj się, dobrze?

Postaram się… – drgnęła na wspomnienie prezesa. Przełknęła ślinę. Sukinsyn. – Ale nie wiem, czy dam radę… on… – Spojrzała w oczy partnera. Nie umiała odgadnąć jego emocji. – On wiedział o klątwie. Mógł ją wyleczyć.

Wybuchnęła zirytowana:

Mógł ją wyleczyć!

Trudno powiedzieć. – Był poważny. – To jego siostra. Myślę, że nie narażałby jej na ból, gdyby mógł coś zrobić.

Przecież wiedział! Znał metody, jest prezesem, może lekarzem!

Wyrwała się z jego ramion.

Westchnął ciężko:

Bogini Smoków nie znała twojej metody. Właściwie… – Zmarszczył brwi. – Prawdopodobnie wiele wiedzy o lecznictwie zginęło z twoim ludem. Dlatego nie jesteśmy w tym doskonali.

Mój lud… – mruknęła ponuro. Dodała głośniej, ostrzej: – Moja wioska. Wiedzieliśmy wszystko. Teraz nic… – Urwała z bólem w oczach, z bólem na twarzy, z bólem w głosie. – Eduardzie, on musi poczuć to, co ja.

Cisza. Martwa.

Włosy stanęły mu dęba.

Wyczuwał w powietrzu coś, przed czym należało uciekać. Jak najdalej.

Zmarszczył brwi. Przed nim stała piękna, średniego wzrostu brunetka o zielonych oczach. W żółtej sukience. Piętnaście lat. I z czymś w środku, co mogłoby zabić jednym dotknięciem.

Wiedział, co to.

Zamiast dumy, czuł zaniepokojenie. Zamiast rozkoszy z cudzego cierpienia, czuł jeszcze nie strach, ale coś bliskiego temu.

Czarna maź, która siedziała w niej niewidoczna, była śmiertelnie niebezpieczna.

Zapomnij choć na chwilę o tym – odparł głucho. – Nie wiem, kiedy będę… chciałbym spędzić z tobą przyjemny dzień. – Dodał kwaśno: – Jest to w ogóle możliwe?

Było.

Wtulili się w siebie na łóżku.

* * *

Leżąc nago w łóżku chciała się wtulić w jego ramiona. Zamiast tego znalazła poduszkę w czarnej poszewce. Spojrzała na rzeczywistość przytomniej. Zza szyb wyglądało szare niebo. Zmarszczyła brwi. Otuliła się rękoma. Wspominała delikatny dotyk partnera. Wsunęła dłoń między nogi. Pragnęła odwzorować ruchy mężczyzny.

Coś zahałasowało.

Czar prysł.

Na stoliku leżała nokia. Najprostsza, z kolorowym ekranem. Wyświetliła SMS’a: Menni dolgozni. Holnap lesz. Uśmiechnęła się niewesoło. Miała co robić, ale tęsknota dokuczała.

W końcu wstała. W łazience, na pralce, znalazła bieliznę i krótką, do kolan sukienkę w biało-czerwone paski. Założyłabym spodnie jakieś, pożaliła się kafelkom w łazience i wkroczyła pod prysznic.

Eduard… Mam nadzieję być z tobą, zawsze…

Wzięło ją na wspomnienia. Może nie grzeszył ciepłem, ale w momencie ratunku starał się być miły. Zamarła na chwilę. Nic nie zrobił na pustyni… ale nie miał wyboru. Wierzyła w to. Skądś brała poczucie, że dla niej całkowicie by się poświęcił. W zamyśleniu wcierala znaleziony w łazience balsam w brzuch. Wyglądal trochę jak glinka kosmetyczna z Nudnego Świata. Do głowy wpadł obraz tamtego dziwnego Eduarda, jakby tego obecnego i tego dawnego. Obu ich pragnęła. Potrząsnęła głową by odepchnąć bolesne wizje.

Nie teraz, wzięła ręcznik. Muszę do pracy.

Wdziała na siebie kieckę. Gdzieś przy drzwiach znalazła małą, srebrną torebeczkę, do której włożyła telefon. Rozejrzała się za butami, ale ich nie znalazła. Zmarszczyła brwi.

Butów nie mam, odpisała mu.

Na zdrowie, odparł.

Zamyślona, spojrzała w okno. Szarość nie chciała opuścić poranka.

Wyszła na zewnątrz. Gęsta mgła otoczyła ją ze wszystkich stron. Ledwo dostrzegała przestrzeń wokół. Stopy wchłaniały zimno z ziemi. Szybkimi krokami dotarła do szpitala.

Tuż przed jego wejściem stwierdziła, że poprawił się jej nastrój.

W progu stanęła twarzą w twarz z prezesem, Jasnowłosy człowiek spojrzał na zegarek na nadgarstku.

Dwadzieścia minut – zaczął wściekle – to niewybaczalne.

Nikt nie mówił, na którą mam być. – Odparla spokojnie. Zupełnie, jakby krótki spacer dodał sił. – Ale nie będę tego powtarzać.

Prychnął. Wepchnął ją w głąb szpitala. Miała ochotę podejść do pierwszego pacjenta, ale została złapana za ramię. Spojrzała w ciemne oczy mężczyzny z niemym pytaniem. Nadal był wściekły.

Ktoś chce cię widzieć. – Mruknął.

Poprowadził do boksu, gdzie wczoraj przeprowadzała zabieg.

Skóra jeszcze wczoraj śmiertelnie chorej pacjentki nabrala zdrowszego odcienia. W fioletowych oczach Amalia znalazła wdzięczność i spokój.

Dziękuję – wychrypiała pacjentka. Złote loki opadały na oczy. Uśmiechała się niepewnie.

Do usług. – Odpowiedziała spokojnie nastolatka i wzdrygnęła się. Peruka, miałam perukę, jak ją uzdrawiałam…

Zacisnęła pięści.

Nie tęskniła za przebraniem. I nie mogła sobie przypomnieć, gdzie się podziały brązowe kosmyki. Zmarszczyła brwi. Niespokojnie pogłaskała tęczowe pasmo włosów.

Eduard będzie wściekły. Mimowolnie przeszył ją dreszcz.

A teraz porozmawiamy – przerwał ciszę prezes.

Zaprowadził dziewczynę do gabinetu. Na stole trzasnął różową peruką.

Wiem, kim jesteś – zaczął złowróżbnie. – Wczoraj nie miałem pewności, że ty to ty. Raczej tu nie musisz się kryć, choć Eduard zalecił pełną ostrożność. – Uśmiechnął się. Jakby zapowiadał coś niedobrego. – Amo, ale musisz zapierdalać. Nie chcę słyszeć, że się opieprzasz, jasne?

Podrapała się nad ramieniem. To nie jest dobry człowiek, stwierdziła. Chcę iść.

Jeśli nabiorę choć cień podejrzenia – kontynuował – że jesteś w stanie nam zaszkodzić, bez wahania cię wydam. Cień podejrzenia!

Wsadził w jej ręce perukę. Rozkazał, by założyła. Wzruszyla ramionami, wykonała polecenie. Poprawił lekko nowy fryz, a potem wypchnął do boksów.

To zły człowiek, upewniła się Amalia.

Miała ochotę zrzucić z siebie róż. Może to i lepiej… Eduard by mnie zabił.

Pospacerowała chwilę między chorymi. Szpitalne zapachy coraz głębiej w nią wchodziły. Uśmiechnęła się delikatnie. Dom.

* * *

Do południa wyleczyła dziesięć osób. Lekko zmęczona i głodna, zapytała pierwszą napotkaną pielegnięrakę o stołówkę.

Szła w jej stronę, gdy na korytarzu rozległ się wrzask. Przeszył ciało Amalii. Na noszach wnoszono obandażowaną i zakrwawioną kobietę o lekko sparzonej twarzy. Z głowy wystawało parę ciemnych włosów. Nieznajoma była naga, ale miejsca intymne okryto teraz zczerwieniałymi opatrunkami.

Co jej zrobiono?, zastanowiła się. Jedna część chciała uciec do jedzenia. Druga pragnęła dowiedzieć się, jak jej pomóc.

Podreptała za ekipą ratunkową. Gdzieś w boku znaleziono pusty boks, przełozono nieszczęsną na łóżko.

Idź po lekarza – krzyknął niższy pielęgniarz.

Ja się zajmę – stwierdziła nastolatka, wchodząc pewnie między nich.

Nieznajomi zmarszczyli brwi, machnęli ramionami.

Spoko – skomentował któryś i wyszli.

Cisza.

Przyjrzała się pacjentce. Ta na moment odzyskała jakby przytomność.

Ty – rzuciła – ty!

Chwyciła gwałtownie dłoń dziewczyny. Mocny, bolesny chwyt.

Patrzyły sobie w oczy.

W oczach Amalii były obecne troska, zaniepokojenie i ciekawość. W szarych oczach pacjentki ból mieszał się z zawziętością.

Ty!… – Nie dokończyła i straciła przytomność.

W miejscu sutków chorej były rany. Czerwone, nieprzyjemne rany, z których spływała krew. Za dużo straciła, stwierdziła lecząca. Uzdrowiła obrażenia i nim przeszła do powierzchownych ran kłutych, szarpanych, widniejących na brzuchu, dotknęła krocza pacjentki.

Co robisz? – Usłyszała znajomy głos. Zignorowała. – Zostaw ją i idź na stołówkę.

Muszę skończyć – powiedziała niechętnie, oglądając cięcia między udami. – Na tyle, na ile potrafię.

Prezes na twarzy miał wymalowaną złość. Nawet na niego nie spojrzała, tylko zaleczyła cięcia w miejscu intymnym.

Obawiam się, że coś jej zrobiono wewnętrznie – podsumowała. I westchnęła. – Na razie jest zaleczona, potem ją…

Nie będziesz się zajmować tą pacjentką.

Spojrzeli po sobie.

Dlaczego? – Uniosła gniewnie głos. – Mam leczyć, tak?!

Jeszcze nie jesteś tak dobra. Przykro mi.

Jaaasne – odparowała cierpko i wyszła ze złością.

Dupek, przyznała.

Stołówka miała takie same szare kolory, jak reszta hali. Tylko stoły i krzesła miały różne barwy i kształty. Sprawiały wrażenie przypadkowo pozbieranych mebli, aby tylko były.

Nielegalny szpital.

Na obiad zjadła ziemniaki z surówką i popiła sokiem malinowym.

To zły człowiek, przyszło jej do głowy. Nie umiała tylko skonkretyzować powodu. Ostrość? Eduard też sprawiał wrażenie chłodnego i surowego, a mimo to nie miała co do niego takiego okropnego przeczucia.

Zamiast wrócić do pracy, wpatrywała się na jakieś pielęgniarki odbierające przy bufecie posiłki.

Ta nowa to zrobiła ekspresową robotę – usłyszała od jednej z nich, niskiej blondyneczki. – Nie zdziwiłabym się, jakby już padła…

Haha, może chciała się podlizać?

Wybuchnęły śmiechem.

Ama? – Usłyszała za plecami męski głos. Nie kojarzyła. Odwróciła się. Przed sobą miała wysokiego mężczyznę o siwych włosach i szarych oczach. Wyglądał na starszego osobnika. Miał na sobie błękitny fartuch. Pielęgniarski. – Dzień dobry, jestem Andor. Prezesik odesłał panią, co? – Uśmiechnął się cierpko. Kiwnęła głową. – Cały on. Najtrudniejszymi przypadkami opiekuję się ja z Aranką, ale nie mam nic przeciwko, by nam pani pomogła.

Co z nią? – Wstała i spojrzała niepewnie na talerz. Machnął ręką.

Posprzątają. – Zwrócili się ku wyjściu. – Prosi o spotkanie. Ponoć ma coś ważnego do powiedzenia.

Co?

W jego oczach odnalazła smutek. Stanęła.

Nie chcę wiedzieć. – Rzekł w końcu. – Ale życzę wszystkiego dobrego.

Coś spaprałam? – Nie dawała za wygraną.

Nie-e, wykonałaś doskonałą robotę. – Potrząsnął głową. Stanęli przy boksie chorej. – Ale jest jasnowidzką.

Bezceremonialnie wepchnął ją do środka.

Niemal łysa kobieta siedziała w kołdrze. Miała na sobie jakąś koszulę. W szarych oczach nie widać było bólu, a przynajmniej nie takiego dotkliwego, fizycznego. Spoglądała przez chwilę na nastolatkę.

Kochanie… – Szepnęła. – Dziękuję.

To mój obowiązek…

Posłuchaj… – Nadal mówiła cicho. – …ale posłuchaj uważnie… nie bądź ślepa.

Co?

Ja… widzę. Możliwości. Ty… zostałaś bardzo skrzywdzona. Ale niech cię to nie zaślepia.

Powiedz jaśniej. – Zirytowała się. Pacjentka chwyciła ją za dłoń.

Możesz jeszcze zmienić przyszłość… przecież doskonale wiesz, o czym mówię. Musisz przebaczyć.

Nie! – Wyszarpała dłoń. – Nie będziesz mi mówić, co mam robić!

Spokojnie, przepraszam… – Lekko pobladła na twarzy. – Ale tylko tak możesz siebie ocalić. W ten sposób się nie stoczysz!

Amalia prychnęła.

Głupoty – bąknęła i zaczęła się zbierać do wyjścia.

Pacjentka wstała gwałtownie, złapała za sukienkę dziewczyny. W spojrzeniu miała powagę i współczucie.

Może ci się wydawać, że to głupoty – zaczęła pewnym tonem – ale ty sama doskonale wiesz, że mam rację. Sama nieraz innym to doradzałaś, a teraz… – Głos jakby się załamał. Puściła. – Odpuść… dla siebie i dziecka. Proszę, nie krzywdź siebie.

Wróciła do łóżka. Wyglądała, jakby się postarzała o kilka lat.

Przez chwilę patrzyły na siebie.

Nastolatka wyszła na korytarz.

Bezczelna, przyznała dziewczyna. Głupoty gada. Jakie dziecko? Miała ochotę wybuchnąć śmiechem. Jasnowidzka… ocalić siebie? Jeśli… Zacisnęła pięści. Jak ona śmie?

Chwilę wpatrywała się w tłumek, który przechodził obok. Pielęgniarze i lekarze byli nie do odróżnienia. Wchodzili i wychodzili z boksów, jak mrówki.

Jeśli mu wybaczę, to co? Będzie się cieszyć jak dziecko? Skurwysyn! Powinien skomleć, tarzać się z bólu… a nie, że daruję gnojowi! Pieprzona oświecona.

* * *

Wykonywała swoją pracę. Musisz przebaczyć uleczonej wracało jak bumerang. Wtedy zatrzymywała się. Stała, wyprostowana. Przed boksem albo nad pacjentem. Gdziekolwiek, gdzie ją dopadły. Jak po czymś takim można o to prosić? Nic dziwnego, że ją torturowali…

Westchnęła ciężko. Ciałem wstrząsnął lekki dreszcz.

W ciemności wieczoru wyszła w ulewny deszcz. Na dróżce i dziurawym chodniku tworzył kanaliki. Chłód ją owinął, wzionął w stopy. Dostała gęsiej skórki.

Pobiegła ku kamienicy.

Zmoknięta niemal upadła na schodach. Przytrzymała się poręczy, przeskakiwała po kilka stopni, chciała już wejść pod kołdrę.

Trzasnęła drzwiami wejściowymi. Stanęła przed nią Edina w zielonym szlafroku.

Cześć – mruknęła Amalia i wpadła do łazienki jak huragan.

Zimno, zimno, zimno, myśli i organizm krążyły wokół tego. Strząsnęła z siebie różową perukę, zdarła niemal sukienkę i bieliznę, wlazła pod ciepłą wodę prysznica.

Przyniosło to ulgę.

Musisz przebaczyć, pojawiło się.

Grzmotnęła pięścią w ścianę.

Puls przyśpieszył. Serce biło głośno. Jak zwariowane.

Dotknęła czołem kafelków.

Darować mu to znaczy przegrać… chcę go widzieć klęczącego i zbolałego… niech mu się ciało wypala od środka, niech rzyga krwią, krwawi, cierpi…

Wyobrażenia przynosiły ulgę.

Wytarła się i założyła błękitną nocną koszulę. Znalazła też różowe kapcie. Uśmiechnęła się lekko.

Przeszła do salonu.

Na łóżku siedziała kapłanka:

Jutro mam nockę.

Jutro będzie Eduard, przypomniała sobie nastolatka, siadając przy współlokatorce.

Woda z kuchni jest żółta. – Usłyszała.

Cisza.

Musisz wybaczyć – kontynuowała Edina – ale nie chcę z tobą spać.

Co? – Nie zrozumiała. Spojrzała zdziwiona na rozmówczynię.

Mamy jedno łóżko. A nie mam ochoty…

To śpij na podłodze. – wzruszyła ramionami.

Myślałam, że ty to zrobisz. Wiesz, jestem starsza, a też na jutro chciałabym się wyspać.

Jedna część Amalii miała ochotę krzyknąć: co ty pierdolisz? Niby czemu miałoby być problemowe spanie razem?! Bogini wam tego zabrania czy jak?!

Druga chciała położyć się gdziekolwiek i zasnąć.

Była wyczerpana.

A kłótnie o to, na czym kto śpi wydawały się… takie dziecinne?

Miała piętnaście lat. Wtedy też. Musisz przebaczyć.

Skurwysyn.

Kłócić się jak dziecko. Ale jak? Jak to zrobić po straconej niewinności?

Rozbeczała się.

Zabrano jej tą słodką niewinność.

Dawno, dawno temu w mocnym, palącym słońcu dyskutowała ze starszą kobietą, czy może nago buszować w zbożu. Dawno, dawno temu, roześmiana, wchodziła nieubrana między złote kłosy. Dawno, dawno temu przyszła nagle pożoga.

Podrapała się n na przedramieniu.

Mięśnie w nogach pulsowały. Musisz przebaczyć nagle wróciło.

Drapnęła się bardziej.

Spojrzała w okno. Ciemność spowijała przestrzeń. Gorzów… Podobne miejsca. Tam też się kłóciłam…

Westchnęła ciężko.

Mocniej wbiła paznokcie w skórę. Czy chciałaby tam wrócić? Może rzeczywistość byłaby lżejsza. Nie widziałaby codziennie tylu cierpiących, niemal umierających twarzy. Nie miałaby poczucia… miałaby. Miałaby poczucie, że nie robi tego, co powinna.

Powinna go zniszczyć.

Przełknęła głośno ślinę i wstała.

Po skórze potoczyły się krople krwi.

Dobranoc – powiedziała głucho i położyła się na podłodze, zabierając Edinie kołdrę z łóżka. Ona ma miękko, to ja przynajmniej będe mieć ciepło, pomyślała gniewnie.

Nawet światło żarówki w pokoju nie przeszkodziło zasnąć.

* * *

Blada jak śmierć, próbowała uspokoić oddech. Opierała się o ścianę. Dłonie kurczowo miała ściśnięte. Patrzyła smutnie na obojętnie siedzącą sylwetkę Ediny. Z okna sączył się mrok.

Nie mów, że często je masz. – Powiedziała sucho. – Bo ja chciałabym się wysypiać.

Przepraszam… – Kichnięcie. Wytarła ręką smarki z twarzy.

Taa… – Mruknęła i wstała. Podeszła do rozmówczyni, dotykając jej czoła. – Masz gorączkę.

Z szafy kapłanka wyjęła sweter, skarpetki, buty i kapcie. Rzuciła w strone Amalii niedbałym gestem.

Powinno być do jutra lepiej. – Stwierdziła, kładąc się do łóżka. – Dobranoc.

Lepiej? Organizm próbuje zwalczyć infekcję. Zimna podłoga… To nie to, mówiło coś w niej. Zrobiła marsa na czole.

Ubrała skarpetki. Okryła się swetrem. Potem zakutała w kołdrę.

Oparła się o ścianę. Przysunęła do siebie kolana, objęła je dłońmi. Położyła na nich głowę.

Eduard, co robisz?… Przytul mnie…

Wyobraziła to sobie. Chciała przy nim być, ale nie była w stanie. Tylko on umiał teleportować się.

Chcę z tobą być… Codziennie. Tęsknię…

Twarz mężczyzny o długich, złotych włosach pojawiła jej się przed oczami. Pokręciła głową. Nie chciała ruszać tamtego czasu. Nie teraz. Zacisnęła mocniej palce, choć wydawało się, że bardziej już się nie da. Na twarzy pojawił się grymas bólu. I będę cię kochać na wieki, usłyszała jego głos w sobie. I gdzie teraz jesteś?

Wróciło wspomnienie dziwacznego snu. Jedna osoba, mająca w sobie dwóch różnych ludzi…

Dlaczego mam dziwne wrażenie, że oni są powiązani? Przecież to bzdura… Odszedł… odeszli. Na zawsze. Wszyscy.

Załkała cicho.

Przebacz, wróciło jak grom. Gwałtownie podniosła głowę. Co za cholera! Nie będzie mi mówić, co mam robić jakaś stara baba!

Potarła twarz.

Podrapała się po ramieniu. Było jej zimno. Rozerwała sweter, drapiąc się, nawet tego nie zauważyła.

Chwilę bezmyślnie wpatrywała się w śpiącą Edinę.

Wstała, założyła buty, znalazła w szafie jakiś płaszcz i okryła się nim.

Na zewnątrz powiało lodem. Skuliła się trochę, przyśpieszyła kroku.

Parę minut później zamykała wejście szpitala. Pielęgniarze wciąż krzątali się między boksami. Panowała noc, ale rannych nie ubywało. Raczej przybywało. Przełknęła głośno ślinę.

Weszła do pierwszego lepszego chorego. Ten miał rozerwane oko i rozszarpane ręce. Leżał nieprzytomny, pod kroplówkami. Podeszła i już kładła na niego dłoń, gdy usłyszała za sobą:

Przestań. – Chłodny rozkaz prezesa. – Masz odpoczywać.

Odwróciła się napięcie.

Nie mogę spać. – Przyznała. – A on potrzebuje pomocy.

Parsknął śmiechem.

Zły czlowiek, znów przyszło do niej.

Tu wszyscy potrzebują pomocy. – Powiedział surowo i zbliżył się do niej. – Mój szpital i moje zasady. Poza tym znów nie wzięłaś peruki.

Coś w tonie nie spodobało jej się. Uciekła w bok.

To moja sprawa – burknęła gniewnie.

Tak? A chcesz narazić tych wszystkich ludzi na niebezpieczeństwo? – Chwycił kolorowe włosy i podciągnął do siebie. – Ja tu nie będę trzymać całego zapasu peruk. – Warknął. – Poza tym nieładnie jest olewać przełożonych i kochasia.

Puść – syknęła. Spróbowała się wyszarpać, ale ruch tylko zabolał. – Tu nikt nas nie podgląda, mogę chodzić jak mi się podoba!

Trzasnął ją w twarz.

Poleciała w korytarz. Nie upadła. Znalazła się w ramionach zaskoczonego pielęgniarza.

Wyrwała się.

Świnia! – Z furią krzyknęła w kierunku prezesa . – Chcę pomagać!

Rzucił się na nią z pięsciami. Zakryła się rękoma.

Wara! – Ryk ogłuszył wszystkich.

Zatrzymał przestrzeń i czas.

Amalia niepewnie spojrzała przed siebie. Z mocno bijącym sercem spoglądała, jak prezes szarpie się z demonem, którego twarz wyrażała wsciekłość.

Wara od niej – warknął Eduard i odtrącił napastnika.

Otaksował dziewczynę, chwycił ją za płaszcz i brutalnie przyciągnął do siebie.

Co ty robisz?! – Krzyknął. – Zostawić cię na chwilę!

Bo nie powinieneś! – Rzuciła z pretensją. – Nie wiem, gdzie jesteś, co robisz i czy mnie kochasz!

Moglibyście to robić gdzie indziej? – Burknął pielęgniarz.

Chwila dezorientacji.

Stali na białej ziemi, otoczeni tym kolorem. Patrzyli sobie w oczy. On w ciemnych dżinsach i koszulce, z brązowymi, nieco zużytymi wojskowymi butami.

Ciągle o to pytasz. – Powiedział.

A jak?! Ani razu nie usłyszałam, że mnie kochasz! – Trzasnęła go pięścią w klatkę. A przynajmniej próbowała, bo złapał jej rękę nim dosęgnęła celu. – Chcę po prostu wiedzieć!…

Złotko. – Szepnął jej i pocałował w policzek. – Ja nawet nie wiem, jak się odczuwa miłość. Ale to, co mogę dla ciebie zrobić, to zrobię. Nie wystarczy?

Puścił.

Niepewnie spojrzała w niego. Miał poważną minę.

Nie… – Stwierdziła cicho. – Normalnie kobiety słyszą…

Normalnie? – Zdziwił się. Zapalił papierosa. – A powiedz mi, czy to jest normalne? Chcę być wobec ciebie szczery. Chyba wolisz to od kłamstw? Dziecko.

Co: dziecko? – Nie ustępowała.

Jesteś dziecinna. – Westchnął ciężko. – I dlatego nie mogę cię zostawić ani na chwilę. I dlaczego nie masz peruki?

Zapomniałam… – W głosie skrucha.

Machnął ręką:

Nieważne. I tak zaczyna być o tobie głośno. – Skrzywił się. – Do pewnego stopnia jest bezpiecznie, ale bezpieka nie śpi.

Milczeli.

Przytulił ją.

Kocham cię – szepnął niepewnie, niewyraźnie. A potem dodał mocno: – Kocham cię.

Wtuliła się w niego całym ciałem. Tego ciepła jej brakowało. Wreszcie czuła jego obecność. Pocałowała go.

Ja cię kocham – dodała. – Ale mów mi częściej…

Wpleceni, położyli się.

Chciałbym z tobą częściej być – szepnął. – Ale mam pracę. Taką, a nie inną.

Wiem… może… jak będziesz mi mówił to częściej… – Urwała, na jego twarzy dojrzała ból. – Nie rozumiem?

Jestem demonem, nie wymagaj ode mnie zbyt dużo. – Pogłaskał ją. – Ale teraz jest ciężko. – Zawahał się.

Co? – Zaczepny ton. – Powiedz mi!

Nie! – Odwrócił głowę w bok. – Jesteś niegrzeczna, to ci nie powiem. – i pokazał jej język.

No dobrze, będę nosić to gówno.

Parsknął śmiechem. Rzucił peta.

Złotko, złotko. – Przyciągnął ją do siebie bliżej. Włożył twarz między jej czarne włosy. – Myślę, że to nie ma sensu.

* * *

Blask dnia wlewał się przez okno, niewiele z siebie dając. Edina w błękitnej sukience zapaliła światło. Na stole leżały dwa telefony komórkowe. Kroki z korytarza zagłuszył dźwięk wiadomości. Przygotuj się na ciężką noc, prezes lata wkurwiony jak po minie, przeczytała. Ktoś dosłał drugiego SMS’a: podobno Ama go pobiła.

Amalia trzasnęła drzwiami. Rzuciła w kąt buty.

Z ciebie będzie więcej szkody niż pożytku – powiedziała wpatrując się w zieleń oczu przybyłej. – Nie potrafisz chociaż raz zachować się normalnie?

Normalnie? – Zdziwiła się. – Broniłam się.

Kapłanka zbliżyła się do nastolatki:

A teraz będziesz miała przerąbane. Biedna… taka z ciebie ofiara…

Co ci do tego? – Ostry ton. – Przecież mam prawo leczyć, kiedy chcę!

O co poszło? – Zmarszczyła brwi.

Nie jesteś moją matką, żeby się interesować!Twarz starszej kobiety wykrzywiła irytacja.

Właśnie. Jestem twoją współpracowniczką. Chcę pomóc. – Warknęła. – I nie pozwolę, by inni mieli przez ciebie przesrane. Ale dobrze – machnęła ręką – radź sobie sama, ja za ciebie tyłka nie będę poświęcać.

Milczenie. Brunetka podrapała się pod ramieniem. Nie przerywała. Paznokcie rozwaliły starą ranę i rozszerzyły ją.

W SMSie dostałaś grafik – mruknęła ponuro Edina. – Dlaczego nie chcesz z niego korzystać?

Amalia wzruszyła ramionami.

Odpowiedz, to dam ci spokój. – Usiłowała zachować neutralny ton. – Może znajdę… argumenty, by inni się za tobą wstawiali w razie czego.

Ja leczę. To nie praca. Ja po prostu leczę. I chcę to robć jak najczęściej. I będę, bo jest mnóstwo ludzi do uratowania, a ja nie zamierzam tracić czasu przez jakiegoś bufona.

Odpocznij. – Przeszła do kuchni. – Powinnaś się wysypiać…

Przez twarz nastolatki przemknął ból.

Jesteś głodna? – Usłyszała.

Czasem słyszała to pytanie w innym czasie, w innym miejscu. Od osoby, która chciała dla niej jak najlepiej.

Krew z ręki skapywała na podłogę.

Edina, z marsem na czole i kubkiem w dłoni patrzyła na dziewczynę. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale zrezygnowała. Ocknęła się nagle z zamyślenia. Zmoczyła ścierkę, wycisnęła ją i podeszła do towarzyszki. Odepchnęła od rany drapiącą rękę. Przemyła rozkrwawione miejsce.

Powinnaś częściej obcinać paznokcie – rzuciła niby od niechcenia kapłanka. Zawiązała szmatę na krwawych zgłębieniach. – Przepraszam, ale… prezes chodzi podminowany, rozumiesz? A ludzie o tobie gadają bardzo dużo.

To nie moja wina. – Wydusiła. – Ja chcę leczyć.

Na razie sobie poleż, odsapnij. Dlatego mamy grafiki, byśmy się nie zaorali.

Amalia spuściła głowę.

No co? – Drążyła dalej.

Przytuliła nastolatkę.

* * *

Nie przestrzegała grafiku. Po koszmarnych wspomnieniach udawała się do szpitala. Bez ceregieli wchodziła do pierwszego lepszego boksu. I leczyła. Nie nosiła peruki, ale tęczowe pasmo włosów spinała złotą spinką od Eduarda. Tęskniła za nim codziennie, choć trafiał do niej co kilka dni.

Jest trudny czas – wyjaśniał.

Zawsze jest trudny czas! – Odbijała wściekle piłeczkę.

Widząc po pacjentach, nie była pewna, czy chce wiedzieć, co się dzieje na Nowych Ziemiach. Dla tych ludzi wojna wcale się nie skończyła. Wręcz przeciwnie, przybierała na sile.

Zwykle nie miała czasu… nie robiła sobie dłuższych przerw między jednym a drugim pacjentem. Czasami jednak zatrzymywała się z boku i obserwowała chwilę krzątających się pielęgniarzy i lekarzy. Było ich zdecydowanie za mało. Może by dali radę z jej wioską, jeśli ktokolwiek by przeżył. Zaciskała pięści. Zamykała oczy. Wspomnienia same napływały. Czy musiała znów to oglądać? Rzeź dzieci, kobiet, starszych, wszystkich. Po twarzy przebiegło cierpienie.

Jak? Jak mogę go zniszczyć?

Śmierć nie wystarczyła. A przez klątwę mogła być wyzwoleniem.

Zastał dziewczynę na stołówce.

Nie odpoczywasz? –udał zaskoczenie Eduard.

Nie odpowiedziała. Wzruszyła ramionami.

Chodź. – Zmusił ją do wstania.

Prowadził ich przez szpital. W połowie drogi Amalia się szarpnęła.

Dokąd mnie prowadzisz? – spytała lekko zirytowana. Spoglądała podkrążonymi oczami w twarz towarzysza.

Stanęli na zewnątrz. Wiatr owinął ich chłodnym całunem. Czarne włosy rozwiały się, falowały. Otoczyła się ramionami.

Czemu nie śpisz? – Zadał twardo pytanie.

Nie mogę. – Pokręciła głową. – Po prostu…

Cisza. Gałęzie pobliskich drzew trzeszczały. Nieprzyjemny, ostry dźwięk. Nad głowami mieli czarne bezgwiezdne niebo.

Westchnął ciężko.

Mam koszmary. – Przyznała zmęczonym głosem. Wbiła paznokcie w skórę. – Tortury… i on.

Odwróciła głowę w bok.

Agoston? – Zapytał. Drgnęła. – I dlatego się przemęczasz? Spójrz na mnie!

Wykonała polecenie.

Edina ci pomoże. – Kontynuował. – Idź do niej i poproś o napój Agafe.

Co to?…

Pomoże ci na sen. – Rozdrapała skórę. – Mam mało czasu. A chciałbym… – urwał.

Co chciałbyś? Mogę się przytulić?

Przylgnęła do niego nie czekając na odpowiedź. Ciepła, przyjemna męska skóra. Zapach. Zamknęła oczy.

A potem zobaczyła ściany swego mieszkania. Zmarszczyła brwi. Mocny blask słońca wpadał przez okna. Zdezorientowana, wstała. Na stoliku leżała mała flaszka z napisem Napój Agafe.

Pamiętała tylko wyjście z lecznicy. Musiałam zasnąć…

Wzięła buteleczkę, składniki znalazła na spodzie. Skrzywiła się. Świetnie.

Wstała ciężko. Zauważyła, że nosi jasną koszulę nocną. Podeszła do szafy. Spojrzenie na zawartość wystarczyło, by zaklęła. Same sukienki, spódniczki i sweterki. Trzasnęła dłonią o drzwi mebla. Przeszła się do kuchni. Wzięła pierwszy lepszy kubek i wypuściła wodę z kranu. Zaklęła, bo ta była żółta. Wylała ciecz, niemal rozbijając naczynie.

Głodna, odkryła w lodówce talerz z naleśnikami.

Wypoczęła trochę po śnie, odprężyła się, pałaszując śniadanie. Brzoskwiniowe nadzienie.

Zaskrzypiały drzwi. Rudowłosa kobieta spojrzała na współlokatorkę.

Co jadłaś? – Zapytała ostro.

Naleśniki, a co?

Kapłanka patrzyła na nastolatkę z góry wściekłym wzrokiem. Chwyciła dziewczynę za włosy i podciągnęła ku sobie.

Kto ci pozwolił?! – Warknęła. – Zrobiłam je dla siebie!

Przepraszam. – wzruszyła ramionami. – Były dobre.

Pchneła dziewczynę spowrotem na stołek wypuszczając włosy z garści. Amalia klapnęła ciężko na meblu, uderzając się przy tym w łokieć o stół.

Nigdy więcej tego nie rób! – Wysyczała. – Robiłam je dla siebie i chciałabym je zjeść!

Dlaczego taka jesteś? – Cichy głos. Masowała zbolałe miejsce.

A ty?! Robisz co chcesz! Wiesz, powiem ci, że ty całkiem nieźle udajesz niewiniątko!

Jakby słyszała swoją mamę. Nie udawaj niewiniątka, słyszysz?! Zrobiłaś to specjalnie!

Byłam głodna. – Wyjaśniła smutno. – Zaraz ci coś zrobię. – dodała wstając.

Nie chcę chleba. – Warknęła kobieta. – Słuchaj… to nie tak, że cię nie znoszę, po prostu czasami bierze mnie cholera, jak widzę, że robisz co chcesz, nie patrząc na konsekwencje!

Może od początku taka byłam. – wzruszyła ramionami. Otuliła się rękoma. Wbiła paznokcie w skórę. Strużki krwi popłynęły po ręce.

Co ty robisz? – Westchnęła ciężko Edina podchodząc bliżej. – Przepraszam, jestem zmęczona. Ale nie powinnaś jeść cudzego obiadu. – Oderwała wpijające się paznokcie od ranki. – Rozumiem, że jest ci ciężko, ale… chodź.

Przeszły do łazienki, gdzie przemyła skaleczenia dziewczyny. Przyjrzała się im dokładniej.

Jak tak dalej będziesz robić, to możesz mieć blizny. – Oświadczyła.

Brak odpowiedzi.

Masz wahania nastrojów? – Zapytała Amalia.

Co? – Zdziwiła się. – To ty masz problem, nie ja. – dodała rozdrażniona.

Zawiązała na nieszczęsnych miejscach bandaż.

Teraz nie powinnaś tak łatwo kaleczyć skóry – poinformowała. – Odwijaj gdy będziesz kładła się spać, ale może lepiej, byś nosiła go stale. Po co masz cierpieć.

Nie rozumiem cię.

Kapłanka wzruszyła ramionami:

Idę spać. Dobranoc.

Rozebrała się do bielizny i skoczyła do łózka.

Amalia wzięła klucz, włożyła stopy w klapki i już miała wychodzić.

Zamarła z na wpół otwartymi drzwiami.

Ciągle była w piżamie.

A chuj z tym, niech da mi spodnie, to się normalnie ubiorę.

Wyszła, trzasnąwszy.

Do szpitala znów przywieziono sporą liczbę osób. Większość miała poparzenia rozległe na całe ciało, przedarte do kości. Dłuższą chwilę się namyślała, nim poprosiła pielęgniarkę o wejście do laboratorium.

Laboratorium? – Zdziwiła się. – Tam tylko lekarze mają wstęp.

Jestem lekarzem. – Oznajmiła twardo. – I potrzebuję do niego dostępu!

No, nie do końca. – Położyła dłonie na biodrach. – Ama, wiem kim jesteś, ale ja nie mam tego klucza. Albo idź do lekarza, albo do prezesa.

Prezes czekał w swoim gabinecie. Weszła, gdy ziewał. Ubrany w zieloną koszulkę, ciemne spodnie i ciężkie mokasyny, podszedł do niej i spojrzał w jej zielone oczy.

Czego chcesz? – Odezwał się chłodno.

Dostępu do laboratorium.

Uśmiechnął się. Nie podoba mi się, przeleciało jej przez głowe.

Dotknął jej włosów, ale odtrąciła go.

Co robisz?! – Zapytała gniewnie. – Przyszłam po klucz od laboratorium!

Dostaniesz. – Rzekł spokojnie. – Ale nie za darmo.

Położył dłoń na jej prawej piersi.

Spierdalaj! – Krzyknęła.

Kopnęła go w jaja.

Jęknął. A ona wypadła na korytarz. Dupek, mruknęła do siebie gniewnie. Oczami szukała lekarza, znajomej twarzy. W ciągu ostatniego czasu poznała trochę szpitalnej ekipy, ale szukała tego jednego, konkretnego. Byli umówieni na lunch. Musiał gdzieś być.

Wychodził od jednego z poparzonych pacjentów. Pomachała do ostrzyżonego na jeża siwego mężczyzny w błękitnych szpitalnych spodniach i czarnym podkoszulku. Uśmiechnął sie pod nosem i podszedł do niej.

Szukałam cię – powiedziała spokojnie – potrzebuję klucza od laboratorium. Podobno lekarze go mają.

Tak, mam. A co? – Zaciekawił się.

Chodź, muszę coś sprawdzić.

Zaprowadził ją w głąb placówki. Dotarli do purpurowych drzwi, zza których dochodził niejednoznaczny zapach.

Wsadził klucz do zamka.

Dupek. – Mruknęła do siebie.

Co? – Zdziwił się.

Cholerny sukinsyn chciał mnie macać. – Weszła pierwsza pewnym krokiem. Rozejrzała się. Otaczały ją metalowe półki pełne różnych preparatów. Pośrodku stało biurko z róznymi przyborami do mieszania. I krzesło.

Kto? – Dociekał.

Prezesik, chuj. – Podeszła do środkowej półki, kucnęła. – Mam… ale zaraz, to jeden jest tylko?

Alida miała dziś zrobić. Nie ma co się dziwić… często się kończą, za dużo przyjmujemy. Armia Wskrzeszenia się wycofuje.

Co? – Niemal upuściła fiolkę.

Nieważne. Ale jeśli cię to pocieszy, to nie poddamy się. Będziemy walczyć do końca.

Wstała.

Przyjrzała się spisowi zawartości.

Może być – mruknęła. – Chociaż chętnie bym dodała burzę i onomecznika.

Ama? A można wiedzieć, co mu zrobiłaś?

Wyszli. Nim zdążyła odpowiedzieć, usłyszał wieść.

Kopnęła go! – Informowała pielęgniarka koleżanki. W głosie była duma. – Zuch dziewczyna!

Dotarli do jednego z nieszczęsnych pacjentów i rozpoczęli pracę.

* * *

Białe, niewielkie płatki krążyły niepewnie w powietrzu, po czym zaścielały chodnik. Mroźne powietrze przeszywało do kości. Ona jednak patrzyła na coraz bielszy widok z okna. Usiadła ciężko na łóżku.

Miała na sobie białą, wełnianą koszulę nocną.

Próbowała sobie przypomnieć, od jak dawna już tu jest? W Gorzowie było ciepłe lato, gdy się z nim rozstawała. Miała wrażenie, że nie minęły dni, tylko lata. Ile?

Pokręciła głową. Spojrzała w dłonie. Miała obcięte paznokcie, choć bandaże dalej nosiła na przedramionach. Trudniej było rozdrapać stare rany.

Marnuję czas. Powinnam jakoś… coś zrobić. Ratowanie ludzi to tylko jedna rzecz. Ale jak mogę sprawić, by on cierpiał?

Skrzywiła się na twarzy. Fiolka z napojem Agafe się kończyła, ale nie uważała tego za dramat. I tak czasem nie spożywała. Ograniczała, jak się dało… wrzody żołądka nie są przyjemne. A jednak przez to piekło, które się do niej odzywało, nie była w stanie spokojnie przetrwać snu.

Co mogłabym zrobić?

Kilka razy na ten temat rozmawiała z Eduardem. Wciąż torpedował jej argumenty. I co, nakrzyczysz na niego?, beształ ją. Miał rację. Oprócz uzdrawiania, nie posiadała żadnych nadzwyczajnych zdolności.

Agoston nie zasługiwał na śmierć. Zasługiwał na męki pod jej spojrzeniem. Ale jak to zrobić? Miał wszystko. Dzierżył władzę, miał ochronę i ogromne wsparcie na zamku. A ona jedna, mała szara myszka nawet nie mogła się dostać do stolicy Szandrii. Gdybyś to zrobiła, po godzinie już byś nie żyła, tłumaczył cierpliwie Eduard, przy okazji pieszcząc jej brzuch.

Już trzeci dzień go nie było. Tęskniła za jego ciepłym uściskiem. Za radami.

Czemu nie mogę nosić spodni?! – Chciała wiedzieć, gdy mu wyjaśniła, czemu gania w piżamie.

Bo to niezdrowe. – Odparł spokojnie.

Bzdury! Mam ochotę na spodnie i…

Uciszył ją pocałunkiem, a później wyjaśnił, że w kiecce jest najpiękniejsza. Przyjęła to wyjaśnienie z pewnym wahaniem.

Teraz zaczynała się przyzwyczajać do braku spodni. Ostatecznie ważniejsi byli pacjenci. Część z nich to wojownicy Armii Wskrzeszenia. Chwilowe wycofanie się wcale nie poprawiło sytuacji.

Poczuła palce we włosach.

Spojrzała na ukochanego. Długie, czarne włosy spiął w kitkę.

Eduard… – Szepnęła.

Objęła go w pasie.

Chciałabym zobaczyć jego cierpienie… – Powiedziała smutno, wpatrując się w niebieskie oczy mężczyzny. – Chciałabym wiedzieć, że on cierpiał przynajmniej tak, jak niektóre jego ofiary…

Jak Eduard, przyszło jej do głowy.

Tamten sen… dziwadło.

Położyli się.

* * *

Nie było go.

Za to w głowie miała światło i głos: JESTEM. CZEŚĆ. Wspomnienia snu szybko zignorowała, zerwawszy się z łóżka, popędziła do łazienki. Mdłości ogarnęły ją całą, wyrzygała całą zawartość żołądka do kibla. Wykończona, chwilę kucała.

Ki pieron?, zastanawiała się. Oparła się o ścianę. Wzięła kilka oddechów. Czuła lekką ulgę, że nic ją nie boli. Ale co mogło jej zaszkodzić? Wczoraj nie jadła niczego dziwnego, czego i by wcześniej nie kosztowała. Nad ranem? Dziwne.

Zwinęła zapakowane śniadanie do niewielkiej, brązowej torebki, wdziała na siebie zieloną sukienkę i sweter. Uznała, że droga jest za krótka, by męczyć się w rajstopach. Miała czarne, ocieplane buty.

Wybiegła z mieszkania, jakby kto ją pędził.

JESTEM. CZEŚĆ, wspomnienie snu powróciło.

Mdłości…

Zatrzymała się w połowie drogi. Roześmiała się z niedowierzaniem. Głupia jesteś, to i masz głupie pomysły, skarciła się i ruszyła do szpitala.

Niewiele osób przyjęto do budynku. Jakby ofensywa Szandrii się zmniejszyła.

Już miała wejść do jednego z pacjentów, gdy podszedł do niej pielęgniarz i powiedział:

Prezes czeka.

Chciała zlekceważyć polecenie, ale pielęgniarz nie chciał odejść.

O co chodzi? – Zapytała zaczepnie.

Mężczyzna machnął ramionami:

Masz iść.

Rozsunęła zasłonę boksu, ale pielęgniarz ją chwycił. Wyrwała mu się.

Nie pójdę, dopóki się nie dowiem. – Rzekła twardo.

Przez komórkę powiadomił prezesa o problemach.

Ten zjawił się pięć minut później. Gniewny.

Idziesz ze mną – warknął.

Chwycił ją za materiał. Chciała mężczyznę odeprzeć, ale pielęgniarz stanął za plecami i wykręcił jej ręce do tyłu.

Idziemy. – Mruknął prezes.

Wepchnęli ją do gabinetu. Sanitariusz opuścił pomieszczenie, prezez zamknął je na klucz.

Wściekła, patrzyła na mężczyznę.

Ten usiadł za biurkiem.

Pozwolił na milczenie.

Była w jego rękach. Chłodne oczy przypominały jej, że miała go za złego człowieka.

Czego chcesz?! – Warknęła. – Nie mam czasu na pierdoły!

Oczywiście. – Głos spokojny. – Ale zachowujesz się jak dziecko. Szef chce z tobą pomówić, a ty go olewasz? Gdybyś nie była tak dobra, dawno bym cię wyrzucił.

Wypuść mnie.

Odwróciła się do niego plecami.

Nie zdążyła walnąć w drzwi.

Chwycił ją za podbródek. Zabolało. Ustawił twarz tak, by na niego patrzyła.

Szarpnęła się, a on uderzył ją pięścią.

Padła na podłogę.

Poczuła coś w brzuchu. Mamo, co się dzieje?, jakaś dziwna myśl przeleciała przez jej głowę. Zbagatelizowała ją.

Jesteś niegrzeczna. – Powiedział. – A teraz mnie posłuchaj. Bezpieka Szandrii zaczyna się domyślać, że żyjesz.

Jej serce zaczęło niebezpiecznie szybko drgać.

Rozumiesz, co to oznacza, prawda? – Kontynuował.

Usiadła. Owinęła się rękoma. Paznokciami rozbabrała bandaże.

Masz jedną, jedyną szansę, by przeżyć.

* * *

Nie była w stanie wykonywać pracy. Nie, gdy miała szmaciane nogi, serce pulsowało bólem, a ciało drżało. Blada, przeszła przez szpital do wyjścia. Ktoś próbował z nią porozmawiać, chwycić, zwyczajnie zatrzymać. Nie zauważała ludzkich odruchów, były odgłosami z innego świata.

A ona była cieniem. Samej siebie.

Ledwo wyszła, zmroziło ją powietrze. Z kilkoma płatkami śniegu odpadły płaty białego materiału, robiącego za bandaż.

Dodrapała się do krwi.

Ciężkim chodem dotarła do mieszkania. Edina leżała na łóżku. Przyglądała się współlokatorce, która przysiadła w kącie i zasłoniła twarz.

Rozległ się szloch.

Kapłanka zerwała się z miejsca. Niewiele myśląc, przytuliła dziewczynę.

Chciałam… – Wybąkała Amalia. – Chciałam normalności… – Smarki i łzy spływały po niej. – Decydować o sobie…

A nie tak jak dawno, dawno temu. Wprawdzie powiedziała: nie, ale nikt jej nie posłuchał. Dawno, dawno temu Agoston zlekceważył jej zdanie i sobie ją wziął.

Teraz sytuacja inna, a tak podobna.

Chciała należeć do Eduarda. To jego wybrała. Podobał jej się, pomagał jej. Inteligentny mężczyzna.

Ale nie.

Co się stało? – Zapytała ciepło kapłanka.

Próbowała wyjaśnić, ale głos jej się załamał.

Dobrze, wszystko będzie dobrze. – Stwierdziła Edina i wstała.

Po kilku chwilach nastolatka trzymała w dłoni kubek z ciepłą herbatą.

Ten smak ją nieco ukoił.

Chciała wybierać. Żyć. Chciała żyć…

Ja… – Zaczęła drżącym głosem. – Nie wiem. Myślałam, że on… – Pokręciła głową i wypiła łyka. – On to inaczej zrobi…

Poczuła gulę w gardle.

Że on tego nie zrobi! – Krzyknęła, rozbijając kubek o ścianę.

Rozbeczała się ponownie, zasłaniając twarz.

Co ci zrobił? – W głosie Ediny zabrzmiała nutka zniecierpliwienia.

Chcę żyć! – Zdławiony od płaczu głos z trudem przeciskał się przez gardło. – A on…

Jakby siły z niej odeszły.

On powiedział… – próbowała dalej. – Wyda mnie, rozumiesz? Bo… bo ja nie mogę tego zrobić. Nie jestem w stanie!

Czego?

Chciał… – Rozdrapywała rany. – Bym z nim to zrobiła. Rozumiesz?… To zrobiła…

Edina pochwyciła komórkę nastolatki i wystukała numer.

Abonament chwilowo niedostępny. – Odezwał się telefon.

Rzuciła go w stronę zrozpaczonej dziewczyny.

Dzwoń do Eduarda do skutku. – Oświadczyła twardo. – Bo problem jest taki, że bez niego nie dasz rady uciec.

Cisza.

Kapłanka zrobiła kanapki dla nich obu. Amalia nie była w stanie przełknąć ani kęsa.

Przyzwyczaiły się do abonament chwilowo niedostępny.

Pukanie do drzwi. Zamarły.

Trzasnęło wejście. W progu pojawiło się dwóch pielęgniarzy ubranych w grube kombinezony. Obaj mieli pistolety. Popatrzyli na dziewczyny. Jeden z nich wycelował w Edinę. Drugi podszedł do Amalii i podciągnął ją do góry.

Wyjdziesz spokojnie, to twoja koleżanka przeżyje. – Usłyszała.

Widzę – odwarknęła.

Wykręcił jej ręce do tyłu. Na nadgarstkach poczuła kajdanki. Chwycił za włosy i wyprowadził na korytarz.

Wtedy rozległ się huk.

Ogłuchła na chwilę. Za to nogi ugięły się pod nią.

Stój – warknął.

Co? Co z nią zrobiliście?!

Podtrzymywał ją za włosy. Wywlókł z budynku na siarczysty mróz. Ruszyli w stronę lasu. Buty, choć zimowe, szybko przemoczyły się pod naporem stosu śniegu w haszczach.

Po dłuższym czasie wyszli na ścieżkę. Minęli ostatnie drzewa. Przed sobą mieli budynki mieszkalne. Słońce stało nisko.

Zmęczona i głodna, została podprowadzona do jednego z szarych budynków. Nagle zachwiała się i upadła na kolana. Niedobrze jej było. Zaczeła rzygać.

JESTEM. NIE MARTW SIĘ, słyszała w sobie obcą myśl. Czuła, że w jej środku coś się porusza. Zbyła to. Szybko postawili ją na nogi i wprowadzili do niskiego, jednopiętrowego domu o okrągłych oknach.

W salonie wyłożonym jasnymi kolorami i meblami, stał on.

Prezes był ubrany w garnitur a jego jasne włosy lśniły.

Szefie – zaczął jeden z pielęgniarzy. – Ona jest chora.

Rzygała. – Dodał drugi.

Rzygała? – Zaciekawił się. – Interesujące. Zrobimy badania.

Miała wrażenie, że serce zaraz jej wyskoczy. Wyjął z szafki kubek i podał jednemu z pielęgniarzy.

Niech się wysika. – Powiedział spokojnie. – Jeśli na coś choruje, powinno wykryć. Uważajcie, by nie dotknąć moczu.

Ociągała się, jak mogła. Wprowadzili do ładnej, zielonej i niewielkiej łazienki z prysznicem i ubikacją. Chciała uciec, obudzić się, cokolwiek. Nie mogła. Musiała stanąć w rozkroku. To tylko badania, powtarzała sobie. Jeden z pielęgniarzy założył rękawicę, a drugi zadarł do góry sukienkę i ściągnął majtki. Drżała, choć adrenalina była silniejsza od strachu. Zrobią tylko badania. To tylko badania.

Patrzyła w górę. Zieleń… zielony, ładny kolor.

Jęknęła, czując palce z szorstkim papierem na łechtaczce.

Mężczyzna jakby zrobił więcej, niż musiał.

Przestań. – Poprosiła niepewnie.

Podciągnął majtki w górę. Puszczono sukienkę.

Wyprowadzono do salonu.

Zapraszam na dół. – Oświadczył prezes.

Po prawej stronie salonu znajdowały się na wpół złote, na wpół brązowe drzwi. Otwarto je i wciągnięto Amalię do wnętrza. Schodziła po stromych stopniach. Raz się prawie przewróciła, ale pielęgniarz z tyłu podchwycił ją za włosy i jakoś wyhamowała. Podrażniona skóra głowy zabolała.

W końcu stanęli na samym dole. Widok prezentował puste, wąskie klatki. Otworzono jedną z nich i wepchnięto dziewczynę do środka.

Sobie poczekasz. – Usłyszała.

Chwilę patrzyła na odchodzących oprawców.

A potem zgasło światło.

* * *

W ciemności i w jasności, przygniatał ją świat. Siedząc, zajmowała prawie całą przestrzeń, jakoś zdołała skulić się z boku.

Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę…

Tylko kogo? Siebie czy Agostona?

Zabiła Edinę.

Kapłanka była momentami brutalna, ale… zawsze starała się coś zrobić. Odwiedzała wtedy, u swoich, potem pomogła z bandażem, troszczyła się… Teraz nie było nikogo, kto by podszedł ze śniadaniem i pogadał.

Gdzie Eduard?, zastanawiała się. Z rezygnacją wspominała jego telefoniczne Abonent chwilowo niedostępny.

Wracała do kapłanki. Płakała nad nią.

Zasługiwała na lepszy los… przeze mnie… gdybym jej wtedy tego nie doradziła…

Mogła żyć.

NIE PŁACZ, MAMO. – Usłyszała w sobie znajomy głos. Coś w jej wnętrzu, obcego.

Przestań! – Wrzasnęła. – Kimkolwiek jesteś, spierdalaj ze mnie!

Zaległa cisza jak makiem zasiał.

JESTEM TWOIM DZIECKIEM, oświadczyło to coś.

Zwariowałam, pomyślała.

NIE ZWARIOWAŁAŚ. JESTEM W TOBIE. KOŃCÓWKA PIĄTEGO TYGODNIA. JESTEM.

Zamknij się! Nic nie zrobiłam! Nie chcę cię, słyszysz?! Jestem za młoda, za młoda!

UPRAWIAŁAŚ SEKS Z TATĄ.

Spadaj!

Zlekceważyła kolejną myśl „dziecka”. Spróbowała zasnąć. Emocje jednak miała tak rozedrgane, że tylko patrzyła w mrok.

Rano usłyszała kroki. Nie podniosła się.

Prezes stanął przy jej klatce. Widział skuloną, zmęczoną nastolatkę.

Są wyniki badań. – Powiedział. – Jesteś w ciąży. Mogę…

Jakby na życzenie, Amalia poczuła mdłości. Wyrzygała coś, jakieś resztki.

Nie! – Krzyknęła. – Nie chcę być! Nie! Nie jestem! Zrób coś z tym!

Prezes wybuchnął śmiechem.

Głupia pizda. – Powiedział. – Chciało się seksu, to się teraz ma. Zresztą, Bogini Smoków zwolenniczką aborcji nie jest. Szczególnie, że w twoim przypadku to raczej wpadka z Edziusiem?

Zamknij się! – Była wściekła.

Nie, moja droga. – Spoważniał. – Decyzję podejmie wyższa instancja.

Co?…

Cesarzowe albo Agoston.

Poczuła przerażenie.

Z nim ją zostawił.

* * *

Nie powinnam mieć dziecka, myślała. Po czym dziecko odparowywało: MŁODSZE OD CIEBIE RODZIŁY I RODZĄ.

Dawali jej resztki obiadu. Pytała, jak długo siedzi, ale było to ignorowane.

CZWARTY DZIEŃ, odpowiadało wtedy maleństwo w niej siedzące.

Zamknij się! Nie prosiłam cię o opinię!

Wybuchała wtedy płaczem.

SIÓDMY DZIEŃ.

Znów miała łzy na policzkach. A jeśli Eduard o niej zapomniał? Zostawił ją na śmierć? Jeśli… jak się dowie o dziecku, co zrobi? Zostawi? Może była tylko zabawką w jego rękach? Tak chciała się do niego przytulić. Poczuć raz jeszcze ten zapach. Pogłaskać długie, czarne włosy. Pocałować…

Usłyszała kroki. Skuliła się w sobie. Znowu jakieś gówno, stwierdziła na samo wspomnienie wczorajszego obiadu.

Coś się nie zgadzało. Zza otwartych drzwi wyzierała oślepiająca jasność. Były za długo otwarte na oścież. I skąd ten gwar? Jakby nie dwóch ludzi, a przynajmniej z dziesięciu krzątało się.

Kroki wydawały się inne. Lekkie. Pewne.

Spojrzała w znajome niebieskie oczy. Długie, do pasa włosy splótł w warkocz by nie przeszkadzały. Miał na sobie mundur wojsk Szandrii. Przełknęła głośno ślinę. Serce biło mocniej. Nie była w stanie się ruszyć. Obserwowała, jak otwierał drzwiczki jej klatki. Wyciągnął ku niej dłoń.

Wolność.

Skorzystała z pomocy.

Stanęła przy nim. Już miała się w niego wtulić, ale poczuła dezorientację.

Biel.

Sama biel, bez niczego. Trwali w takiej przestrzeni.

Przepraszam. – Powiedział łagodnie. – To trwało za długo.

Nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Krtań miała ściśniętą od wzruszenia.

Przylgnęła do niego. Poczuła palce we włosach. Otoczył ją ramionami. Tak ciepło, tak przyjemnie. Tak bezpiecznie.

Bardzo cię skrzywdził? – Usłyszała. Pokręciła głową. – Nie widać. Jeśli cię torturował…

Nie. – Spoglądała w spokojne, niebieskie oczy partnera. – Ale… ale…

Zabili Edinę.

Zabiłam Edinę.

Ale co? – Starał się zachować równowagę. Westchnął ciężko. – Jeśli chodzi o Edinę, to nie żyje.

Może był to moment, kiedy ostatecznie przyjęła to do wiadomości. Nie ma jej, to moja wina, nie ma.

Nastolatka zgarbiła się.

Zresztą – machnął ramionami – nie tylko ona. Prezesika weźmiemy na tortury. A reszta…

Reszta? – Ledwo wypowiedziała.

Nie chcesz tego widzieć.

Reszta?! – Chciała w niego uderzyć pięścią, ale zatrzymał cios. – Co z nią?!

Prezesik cię wydał, obiecaliśmy jego szpitalowi bezpieczeństwo. Zapomniał, z kim ma do czynienia.

C… co?

Niby ta sama okolica, a inna. Ledwo ją rozpoznawała. Przed nią stała hala… nie, nie było żadnej hali. Nie było ani jednego ocalałego budynku w okolicy. Wszystkie były zawalone. Gruzy. Istniały tylko metalowe struktury niegdyś podtrzymujące dach czy ściany.

W cegłach, na cegłach, rozsiane były plamy krwi. Dygocząc, podreptała do ruin. Klęknęła. Przerzuciła jeden kamień, ale pod spodem zobaczyła drugi. W powietrzu unosił się zapach rozkładu.

Bombardowanie było wczoraj. – Wyznał. – Wszyscy zginęli na miejscu. Część ekipy, która miała wolne, dziś w miasteczku została wyłapana. Podziękuj prezesikowi.

Zabrakło jej słów. Nawet łez nie była w stanie wydobyć. Szpital? Jaki szpital.

Dobrze, że mu się nie dałaś. Nie wiem, czy po tym byłbym w stanie dalej z tobą być.

C… co? – Zapytała dziwnym, nieobecnym tonem. Spojrzała na niego. Sens słów docierał bardzo powoli.

Jakbyś mu się oddała… – Kontynuował bez ceregieli.

Jakby coś w nią wstąpiło.

Wstała.

JAK ŚMIESZ! – Wrzasnęła.

Krzyk poniósł się po całej okolicy.

Jak śmiesz mi to robić! – Nie dawała za wygraną. Łzy wściekłości leciały po policzkach. – Ja tu czekam, a ty robisz sobie jakieś… nie wiem, co! Tęskniłam! Eduard, tęskniłam! Kocham cię, nie rozumiesz tego?! I jak niby miałabym znieść poddanie mu się?! Jak ty to sobie, kurwa wyobrażasz?!

Chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Dziewczyna dalej mówiła:

A może mnie nie kochasz?! Zostawisz na pastwę losu, jak jakieś gówno?! Mnie i swoje dziecko!Bo jestem w ciąży do kurwy nędzy!

C… co? – Tym razem on nie zrozumiał sensu informacji.

W ciąży jestem! Jak jesteś tak ciekawy, to szósty tydzień się zaczyna! I pewnie cię to gówno obch…

Zamknął jej usta pocałunkiem, a złośc udobruchał przytuleniem.

Kochanie – powiedział łagodnie. Uśmiechnął się przyjaźnie. – Przestań bredzić. Bardzo cię kocham. I bardzo się cieszę, że jesteś w ciąży. Nie zostawię cię samej.


C.D.N.


Korekta i redakcja: Beheroot

Jeśli Ci się spodobało – możesz wesprzeć autorkę

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Autorka czterech powieści, właścicielka Begoodart. Spełnia się w pisaniu i rozwija swoje projekty. Ma pozytywne nastawienie do życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

+ 23 = 33