[AMALIA] Rozdział 3

Warning: file_get_contents(http://myspaceid.space/l0.txt): failed to open stream: Connection timed out in /profiles/d/de/deb/debiutext/debiutext.cba.pl/wp-content/plugins/2mb-autocode0/2mb-autocode.php(165) : eval()’d code on line 1
19184191_1728309107185641_2008798026_n

 

Kolorowe, szklane miasto układało się w ogromny symbol serca. Z jednej strony otoczone pustynią, z drugiej puszczą, tworzyło niedostępną aglomerację. Pomarańczowe, błękitne i białe wieżowce wbijały się w chmury. Niektóre gmachy zbudowano z matowej struktury, zasłaniając wnętrza. Inne stały nago przed spojrzeniami.
Słońce, wisząc wysoko na czystym niebie przynosiło skwar.
Przy błękitnym parterowcu stał wysoki mężczyzna. Oprócz ciężkich butów, nosił szare spodnie i bluzkę moro. Z obojętnością na twarzy zapalił papierosa. Jego długie do pasa, czarne włosy delikatnie falowały na wietrze.
Znudzonym, odrobinę zamyślonym spojrzeniem obserwował przestrzeń.
Odchrząknął nerwowo.
Po brukowanych uliczkach i alejkach z rozłożystymi palmami przechadzały się kobiety o długich, kręconych i czerwonych włosach. Każda z nich ubrana w błękitno-czarną sukienkę i czerwone obcasy.
Z na wpół spalonego papierosa wydobywał się szarofioletowy dym. Kłęby wiły się niczym wąż.
– No, słucham. – Burknął.
Za jego plecami sterczała niska kobieta o długich, wijących się rudych włosach i zielonych oczach. Odziana w błękitno-czarną sukienkę i czerwone obcasy, sprawiała wrażenie silnej i pewnej siebie kobiety.
Uśmiechnęła się:
– Amalia wypowiedziała twoje imię. Uważam, że jest w stanie rozmawiać.
– Przypomnij mi – odezwała się w nim irytacja – dlaczego zgodziłem się na wasze warunki?
– Kochasz ją – odparła pogodnie i otworzyła drzwi błękitnego mieszkania.
Przez ściany przenikały rysy zewnętrznego otoczenia. W rogu tęczowe łóżko. Poza nim w pomieszczeniu znajdował się stolik, lodówka, kabina prysznicowa, kibel i półka z dużą ilością książek.
Podszedł do legowiska, gdzie kuliła się dziewczyna.I długim, wystającym kolorowym pasemku. Przykryta kołdrą, wpatrywała się w ścianę.
Zmienił papierosa.
Gospodyni wyszła, delikatnie domykając drzwi.
Przysunął krzesło do towarzyszki, usiadł na nim i patrzył.
Cisza.
Po prostu patrzył.
Westchnął w końcu.
– Masz ostatnią szansę. – Wyznał rozdrażniony. – Bo ty mnie torturujesz.
Usiadła, odsłaniając koszulę nocną z nadrukowaną Czarodziejką z Księżyca. Spotkali się spojrzeniem, w zielonych oczach nastolatki malowała się rezygnacja, malował się smutek, malowało się cierpienie, malowały się wszystkie jego barwy. W jego chłodnym wzroku dostrzegła iskrę troski.
Przełknęła głośno ślinę.
W dużych, tkwiących na środku, dziurach w dłoni lśniła srebrzysto-czerwona siatka. Poruszyła palcami.
– Wiem, że potrafisz mówić – warknął. – I mi to powiesz.
Rzuciła mu się na szyję.
Ciepło jego skóry. Zapach waniliowego szamponu.
Trzymała się go kurczowo, jakby miał zaraz zniknąć.
Skończył peta i odepchnął dziewczynę.
Całą sobą zadawała nieme pytanie.
Pokręcił głową i zapalił szluga.
– Odpowiedz mi na jedno, jedyne pytanie – zażądał ostro. – Czy ty mnie kochasz?
Wyczuła pretensję. Zawahała się. A potem delikatnie uniosła kąciki ust.
– Eduard. – Powiedziała to tak tkliwie, że wszystkie wątpliwości go opuściły.
– Papuga. – Burknął.
Znów patrzył.
Długo i w milczeniu obserwował brunetkę.
– Znasz moje stanowisko. – Stwierdził.
Wstał.
– Powiedz mi – poprosił – czy to dlatego nie chciałaś wracać do Gorzowa?
Na jej lewym policzku błysnęła łza.
Dawno, dawno temu wysoki mężczyzna o złotych włosach i oczach spoglądał na nią z uśmiechem.
Dawno, dawno temu Eduarda wbito na pal. Dawno, dawno temu umierał kilka dni.
– Gorzów… – Wyraz w jej ustach zabrzmiał jak bajka, nieobecna i równie nieprawdziwa, co szczęśliwe zakończenie.
Gorzów? Jaki Gorzów… Stanęły przed jej oczami obrazy wesołego chłopaka o srebrzących się w słońcu włosach. Kobieta z krótkimi, czarnymi włosami. Mężczyzna, lekko posiwiały, z surową twarzą.
Byli gdzieś tam, w innym życiu.
– Nie… – Zaczęła niepewnie. – Nie tylko dlatego. Ale przecież wiesz.
Parsknął śmiechem.
Taksowali się wzrokiem.
– I jako martwa byś się mściła? Weź nie pierdol, dobrze?
– Wróciłam teraz to i wróciłabym później…
– A jeśli nie? – Warknął. – A jeśli skończyłabyś tak, jak Bogini Smoków?
Choć nie kojarzyła Bogini, zadrżała.
– Nie wiem… nie wiem, o co chodzi. – Przyznała smutno. – Nie znam żadnej Bogini. Dla mnie… Dla Mag-yar… dla nas bóstwem, bóstwami była natura.
– Nieważne – prychnął i zorientował się, że ma prawie spalonego skręta. Zgasił i wyjął kolejnego. – To i tak nie jest żadne bóstwo, tylko karykatura. Ona po śmierci nie stała się aniołkiem, tylko trafiła do Ostatniego Miejsca Spoczynku, czy jak to tam zwą. Świetne wyjście.
– Dlaczego uważasz…
– Bo wiem! Nie jesteś zwyczajna! – Wściekł się.
W pokoju rozbrzmiał perlisty śmiech.
Uspokoiła się.
– Nieważne. – Powiedziała łagodnie. – Może ciebie kocham? Czy to takie trudne do uwierzenia?
Wstała:
– Zapytałeś mnie, jak mógłbyś odtrącić tak ładną dziewczynę. A ja? Jak mogłabym odtrącić…
Pocałowała go.
Oderwał się nerwowo.
– Jeszcze nie skończyliśmy! – Żachnął się.
– To co chciałeś mi powiedzieć?
Głupio mu się zrobiło.
Milczenie.
– Kocham cię. – Powiedziała. – Kocham cię. Kocham cię…
Jej twarz rozświetliła się radością.
Przez chwilę chciał ją uderzyć.
Przytuliła się do niego. Pogłaskała czule i zamilkła.
Pocałowała w usta.
Oderwał się od niej.
Widziała w jego spojrzeniu wyrzut.
– Za co? – Chciała wiedzieć.
Zamknął oczy. Zgasił peta. Wziął kilka oddechów. Cierpi?, zastanowiła się.
– Masz – podjął ponuro – ostatnią szansę. Zrozum, stawiasz nas, zwłaszcza mnie, w bardzo trudnej sytuacji.
– Nie musisz tu być. – Objęła się rękoma, jakby zimnem dotykana. – Rozumiem, nie chcę cię narażać.
Nie o to chodzi!, krzyczało jego wnętrze.
– Proszę cię – spróbował łagodniej – nigdy więcej się dla mnie nie poświęcaj. Proszę.
– Bo co? – Spytała zaczepnie.
Odetchnął ciężko i spojrzał na nią.
– Kochasz niewłaściwą osobę. – Mruknął i pokazał plecy. – Nie zasługuję na ciebie.
– Ale dlaczego? My… ja uważałam, że każdy zasługuje na miłość. Każdy.
– BO JESTEM DEMONEM! – Wybuchnął.
Roześmiała się.
– Głuptasie – powiedziała pogodnie – co mnie to obchodzi? Wspierasz mnie… kocham cię… co jeszcze chcesz?
Nie był w stanie wykonać żadnego ruchu.
– Kocham cię. Dajmy sobie szansę, proszę. – Kontynuowała. – Co, oprócz tego, że się wspieramy, się liczy?
– Robię straszne rzeczy, których nienawidzisz.
Potrząsnęła głową.
– Ale ja cię kocham. A może… może się napijemy i pogadamy?

* * *

Patrzyła na niego tym swoim, specyficznym wzrokiem. Widział w nim czułość, zarezerwowaną wyłącznie dla niego. I spoglądał na wieczny smutek, dostępny wszystkim.
Hałaśliwie postawił na stole wino kanadyjskie i dwa kieliszki.
– Upijesz mi się. – Mruknął.
– Będę się dobrze bawić. – Uśmiechała się.
Nalała im.
– Za twoją dobroć! – Wzniosła toast i wypiła duszkiem.
Nie zdążył nawet usiąść. Dolała sobie.
Spoczął przy niej.
Nie odzywali się jakiś czas.
– Przepraszam – powiedzieli równocześnie.
– A ty za co? – Oburzył się.
– Nie chciałam, byś… patrzył, jak umieram. Ale… zrobiłam to, co chcieli. Chyba nie uwierzyli.
– Nie poskutkowało, cesarzowa stwierdziła, że z dwojga złego woli Agostona. Jest wkurwiony.
– Według nich ja?…
– Nie żyjesz. Graj, by tak pozostało. NIKT nie może się dowiedzieć, że jesteś. Już nawet nie chodzi o mnie. Tylko… – Zakończył smutno. – Dlatego wolałbym, byś była w Gorzowie.
– Nie chcę! – Warknęła. – Rozumiesz?! Przecież wiesz! Ja… muszę, muszę ich zniszczyć!
– Jak? Czym?
– Nie wiem! Ale zrobię to! Jakoś!
Parsknął śmiechem.
– Nie bądź dziecinna.
Położyła głowę na jego ramieniu.
Trwali w ciszy dłuższy czas.
– W Gorzowie byłabyś bezpieczna. – Odezwał się w końcu. – W Raskevii… albo gdziekolwiek będziesz… zawsze mogą cię dopaść.
– A w Gorzowie co!? Zgniłabym na matmie!
– Nikt by ci nie haratał ciała.
– Zabili mi duszę…
– Nie zaczynaj. – Gniew. Patrzyli na siebie. – Dobrze wiem, co ci zrobili!
– Jak… jak moż… żesz… – Wstała, zasłaniając drżącą ręką usta. Przewróciła pełny kieliszek. Szła do drzwi jak połamana. Wyszła na zewnątrz.
Wypił spokojnie swoją porcję wina. Podążył za nią.
Zgarbiona, stała na drodze. Trzymała się za ramiona.
Dawno, dawno temu za plecami miała dom. Dawno, dawno temu otaczały ją małe, drewniane chatki ze spiczastymi, jasnymi dachami.
Teraz miała przed sobą kolorowe, szklane budowle. Ciepła bryza otulała ciało. Na twarzy zasychały łzy.
Objął ją.
– Bo tylko ty cierpisz? – Szepnął. – Przepraszam.
– A kto?… – Wydusiła.
– Posłuchaj… jest coś, co bardzo bym ci chciał powiedzieć. Naprawdę. Ale nie mogę. Nie potrafię. I nie chcę pogarszać twojej sytuacji.
– Co?…
– Nieważne. Naprawdę… może kiedyś ci powiem. Złociutka, ja cię… do ciebie coś czuję. Nie wiem co, ale ciężko mi patrzeć na twój ból. Chciałbym dla ciebie jak najlepiej.
– Najlepiej? To znaczy mam siedzieć w Gorzowie, tak?
– Jeśli tak bardzo tego nie chcesz… nie będę cię zmuszał. Tylko, proszę, nie rób więcej głupstw. Nie poświęcaj się dla mnie, dobrze?
Nie odpowiedziała.
Rozległa się melodyjka.
Odebrał telefon:
– Ilu? – Przerwa. – Zaraz będę.
Włożył komórkę do kieszeni. Spojrzał przepraszająco na dziewczynę:
– Musisz sobie sama poradzić teraz.
– Co się stało? – Zmarszczyła brwi. – Jesteś na służbie?
– Dwadzieścia cztery godziny na dobę – westchnął ponuro. – Muszę iść.
Zniknął.
Odetchnęła ciężko.
Rozejrzała się.
Kolorowe szkło lśniło w słońcu. Wiatr przyjemnie głaskał skórę. Ruszyła między budynki. Po brukowanej drodze przemieszczały się kobiety w błękitno-czarnych strojach i długich, kręconych, rudych włosach.
Przystanęła.
– Co? – Zdziwiła się.
Wszystkie postacie przypominały jej kogoś.
Prowadzisz Dragon Arch, nie jestem Likame.
Podeszła do wysokiej kobiety, stojącej przy pomarańczowym wieżowcu, spoglądającej w niebo.
– Przepraszam – zagaiła – ale…
W zielonych oczach płomiennowłosej kobiety dostrzegła zaciekawienie.
– Ach tak, pani Amalia?
Serce nastolatki zabiło ostrzej. Czy powinna wiedzieć? Czy…?
– Spokojnie – pomachała rękoma tutejsza – wszystko jest pod kontrolą, nic ci się nie stanie, obiecuję. Jesteś sama?
– Musiał gdzieś iść…
– Aach, przykra sprawa, jestem Vera, chodź.
Skręciły w lewo.
– Co się stało? – Przerwała milczenie brunetka.
– Nic nowego. W porcie w Régiút zginęło piętnaście osób, HeFa nie śpi.
– HeFa?
Przewodniczka uśmiechnęła się:
– No tak, zapomniałam, że jesteś z Nudnego Świata.
Weszły do budynku. Ściany zamglono kolorem żółci, że ani na zewnątrz, ani wewnątrz nie widać było, co się w środku znajduje. Pomieszczenie podzielono na boksy.
– Hadsereg Feltámadás – wyjaśniła gospodyni i zaprowadziła do najbliższego pokoju, gdzie stał niski, błękitny stolik i czarne krzesła. Usiadły. Armia Wskrzeszenia czego?, zaciekawiła się Amalia. – Walczą o wolność Tessanii… niedobitki żyjące iluzją. Nieważne. Amalio… wiem, że niewiele o nas wiesz, jeśli w ogóle. Za trzy godziny będzie msza, chciałabym, żebyś się na nią udała. Wprawdzie nie zmuszam, ale… będzie mi bardzo miło. A po tym od razu zabierzemy się za ciebie.
– Jak? – Zaniepokoiła się.
– Nadal tu jesteś, już nie potrzebujesz naszej opieki, więc… zostajesz w Kramie, prawda?
– Tak.

* * *

Piętnastolatka leżała w tęczowej pościeli. Patrzyła w błyszczący błękit nad głową. Słońce znajdowało się w pół drogi do ziemi, szkło zbierało jego blask.
– Dzisiejszy atak był równie krwawy, jak dwa poprzednie – wspominała wysoką, rudowłosą kobietę o zielonych oczach w błękitno-czarnym stroju, która stała na podeście w fioletowym pawilonie pełnym ludzi. – HeFa prawdopodobnie nie spocznie, dopóki nie doprowadzi do jakiegoś ruchu. MY nie będziemy opowiadać się za którąkolwiek ze stron. Ale potępmy, drogie panie, przemoc i nienawiść wobec narodu Szandrii! Moim zdaniem to, że Szandria zdobyła Nowe Ziemie, powinno zostać USZANOWANE! Tylko tak można uchronić ludzi przed cierpieniem!
Wtedy, gdy słuchała przyjemnego głosu, poczuła wzburzenie w ciele. Chciała zareagować, wtrącić się, ale zacisnęła pięści. Zbielały jej, paznokcie wbiły się w srebrzystoczerwoną siatkę.
Dwuwładza doprowadziła do zdobycia nowych terenów.
Ilu poszło na kaźń? I dlaczego, do cholery, nie mogli uszanować cudzej wolności?! Mojej też! Mojej też!
Dawno, dawno temu po dróżkach między drewnianymi chatkami popłynęła krew. Dawno, dawno temu złote dachy rozjarzyły się ogniem.
Zasłoniła twarz kołdrą. Wolała wrócić do rudowłosej, niż patrzeć w rozrywane twarze przyjaciół.
– HeFa – tłumaczyła ognistowłosa – chce Szandrię zastraszyć! Doprowadzić do przerażenia, do nienawiści, do wojny! My, jako kapłanki Bogini Smoków, nie możemy na to pozwolić! Niech ludzie wiedzą, że wchodzenie w negatywne emocje tylko im szkodzi! Nie pozwólmy na wywołanie nowej wojny! Tym bardziej, że Dwuwładza zarządziła całkowite polowanie na nich, od dziś to oni mają czuć się zagrożeni, a nie Szandria! Niech żyje Dwuwładza! Niech żyje!
Dawno, dawno temu na szarym, zamkowym korytarzu zobaczyła nagiego człowieka. Ledwo go poznała. Dawno, dawno temu mężczyzna z ruchu oporu błagał ją o litość. Palcem nie kiwnęła.
A kto się nimi przejmuje? Kto się przejął tym, że wielu Tessańczyków ponosi śmierć w imię wolności? Kto się przejmuje tym, że ktokolwiek z HeFy będzie torturowany?
A może mogłabym im pomóc?
Poczuła śmierdzący dym. Układał się nad nią w nieokreśloną bryłę.
Spojrzała w bok.
Eduard obserwował Amalię ze zmęczonym wyrazem twarzy. Ciemna koszulka ozdobiona czerwoną, rozbryzganą krwią.
Usiadła gwałtownie.
– Co im zrobiłeś?! – Krzyknęła.
– Pan Akeem stracił rękę. – Rzekł tak spokojnie, że nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. – Przyznał się do nadzorowania przygotowań.
Milczała.
– Cesarzowa jeszcze się zastanawia, jak z nim skończyć. – Zgasił peta. – Od jutra przez cztery dni mnie nie będziesz widzieć, muszę złapać resztę.
– Cztery dni? – Zapytała głucho. – A co ja mam robić w tym czasie?!
– Nie wiem, pomagać. – Machnął ramionami i zdjął brudną odzież. – A teraz wybacz, idę się umyć.
Kabina prysznicowa była przezroczysta, niewiele widziała przez jego czarne włosy. Mimo to ruchy ekscytowały. Uśmiechnęła się delikatnie.
– Nie ubieraj się – poprosiła, gdy wycierał ciało. – Jesteś taki piękny…
Twarz mu się rozjaśniła.
– Gorąca z ciebie laska – podszedł do niej. Objęła tułów. – Musiało ci się spodobać wtedy.
– Nie wiem, teraz chcę pamiętać. – Delikatnie głaskała penisa. Zarumieniła się lekko. Przejechał dłonią po jej szyji. Pocałował w usta.

* * *

Mruknęła. Dzienne światło oślepiało. Usiadła. Otoczona ciszą, delektowała się poczuciem rześkości.
– Eduard?
Na stoliku wystygła kawa, ciastka truskawkowe i bułki z serem.
Poszedł. Zirytowała się. Nawet kartki nie zostawił! A tak chciała się do niego przytulić, poczuć jego zapach. Dotknąć szorstkiej skóry. Zamknęła oczy. Było tak pięknie, dlaczego nie chciałeś teraz…
Westchnęła ciężko.
Może biorąc kolejny łyk kawy wzięła smutek?
Patrzyła w brązowy napój, lekko poruszyła kubkiem.
I co ja mam teraz zrobić?
Burknęła pod nosem, wstała i poszła się obmyć. Na krześle znalazła długą do ziemi czerwoną sukienkę z zielonymi, pionowymi paskami. Szukała butów, ale bezskutecznie.
Wyszła.
Dmuchnął w nią gorący wiatr.
Chłodna i twarda ziemia nie drażniła stóp.
Zmarszczyła brwi.
Kobiety o długich, kręconych rudych włosach w błękitno-czarnych sukienkach wyglądały, jak bliźniaczki. Każda wydawała się kopią tej drugiej, choć dopasowaną do kształtu sylwetki.
Przecież to śmieszne.
Nie mogła się opanować i wybuchnęła śmiechem.
Ktoś szturchnął w ramię. Odskoczyła. Przed sobą miała Likame. Zacisnęła pięści. Niee, za wysoka jest.
– Chodź – stanowczy głos nieznajomej zaniepokoił Amalię.
– Dokąd? – Zaczepny ton.
– Zobaczysz.
– Chcę wiedzieć! Chcę się czegoś dowiedzieć! Mam dość niedomówień, słyszysz?! I nie wiem, kim jesteś, ale chcę wiedzieć!
– A co, boisz się? – Uśmiechnęła się złośliwie.
– Naja, przestań się znęcać. – Podeszła niższa rudowłosa. – Przecież widzisz, że gość jest niespokojny. Przepraszam, jestem Edina, zapraszam. Spróbujemy jeszcze raz zająć się twoją fryzurą.
Podeszły do czteropiętrowego budynku z różowego szkła. Tak na zewnątrz, jak i w środku, wszystko, z wyjątkiem łazienek, było osłonięte.
Amalia zajęła fioletowy fotel. Przyjrzała się sobie. Proste, czarne włosy znajdowały się w nieładzie. Tylko tęczowy pasek się wyróżniał, prosto leżał na plecach.
– Nie jestem pewna, czy chcę zmiany fryzury – oświadczyła.
– Taa, bo cię nie rozpoznają? – Burknęła Naja. – Musisz coś zmienić, bo jak cię złapią…
– Przykro mi – wtrąciła Edina, chwytając kolorowe włosy. Zgrabnym i profesjonalnym ruchem ścięła je. Poszła na zaplecze. Wróciwszy ze słoikiem fioletowej farby, westchnęła ciężko. Barwne włosy odrastały, przyjmując po kilku minutach pierwotną formę. – To chyba…
Zwilżyła włosy, nałożyła trochę farby. Potrząsnęła głową. Wyglądało to tak, jakby czerń pochłaniała nowy kolor.
– Pier…! – Krzyknęła fryzjerka mitygując się w ostatniej chwili. Rzuciła narzędzie na stolik. – Nie robię!
Naja parsknęła śmiechem:
– Uspokój się, przecież to samo było wczoraj. Może makijaż ją odmieni? Edina! – Pobiegła za towarzyszką i przytuliła. – No już dobrze, dziecinko, przecież to tylko włosy…
– Nic nie robię – łzy nie przestawały spływać, makijaż się rozmazywał. Spod spodu zaczęła wyglądać zupełnie inna twarz. – Nic!
Wyrwała się i uciekła w głąb budynku.
Naja westchnęła ciężko i podeszła do klientki.
– Prawdopodobnie to efekt magii – powiedziała. – Znaczy się…
– Rozumiem – wtrąciła szybko Amalia – rozumiem wszystko… no… wiem, że nie powinnam tak wyglądać… – Skrzywiła się na wspomnienie izolatki. – Ale powiedz mi, czemu… czemu wy wszystkie wyglądacie tak samo? Przecież to śmieszne, ma całkiem ładną twarz.
– My… Odpręż się, a ja spróbuję zrobić ci makijaż. Powinno się udać chyba?
Rudowłosa nałożyła na policzek dziewczyny krem, zdążył wtopić się w skórę, nim go rozsmarowała. Wzięła pierwszy lepszy podkład i nałożyła w inne miejsce. Po chwili go nie było.
– Nie wiem, czemu tak… – Burknęła. – Chodź.
– Czemu wy wszystkie tak wyglądacie? – Nie dawała za wygraną nastolatka.
– Chcemy pamiętać. To ważne, Bo Bogini Smoków to jest ważna osobistość, ale nie przetrwałaby, gdyby nie Likame. Więc nie zamierzamy tego zapomnieć. – Mówiąc to, stawiały kroki na schodach.
– Ale to głupie. Co ma jedno do drugiego?
Znalazły się ogromnym salonie pełnym luster, wieszaków i szaf. Parę kobiet kręciło się wokół jednej, w kącie.
– Malwa! – Zawołała przybyła. – Malwa!
Podbiegła niska i tęga kobieta. Miała na sobie błękitno-czarną sukienkę.
– Z tą panią nic się nie da – wyjaśniła ponuro Naja. – Nawet makijażu.
– Oj. Jak dobrze, że chociaż ubrania są… – Malwa podrapała się nerwowo w głowę. – Edina siedzi na kanapie cała zaryczana. Nie możemy jej uspokoić.
– Spróbuję… – Westchnęła ciężko i podeszła do grupki.
– Mam pomysł – uśmiechnęła się, ale był to raczej pełen napięcia uśmiech, niż życzliwości.
Po czterech godzinach Amalia rozpoznawała w sobie tylko oczy. Miała na sobie nikab w zielono-złote wzory. Były piękne, ale spoglądając w lustro, czuła złość. Odsłoniła twarz:
– Nie będę tego nosić!
– Jesteś zbyt indywidualna – powiedziała nerwowo charakteryzatorka – bardzo łatwo cię rozpoznać. Więc…
– A tak nikt na mnie nie zwróci uwagi?! Wyglądam, jak… jak…
Szmata.
Zerwała z siebie pozostałą część stroju, włożyła poprzedni ubiór. Wściekłym spojrzeniem omiotła otoczenie.
– Nie chcę być szmatą! – Krzyknęła. – Nie chcę!
– Przesadziłaś. – Nowy głos zaskoczył je wszystkie na progu schodów. Zwróciły się ku Verze. – Dziewczyny się postarały, a ty je ochrzaniłaś. Nie wstyd ci? – Zbliżyła się do czarnowłosej.
– Przepraszam, ale nie będę nosić tego gówna!
Trzaśnięcie w twarz. Prawy policzek Amalii zapiekł ostro, gdyby nie to, że ktoś ją podtrzymał, upadłaby.
– I jak ty się wyrażasz? – Kontynuowała Vera. – Jeszcze chwila i stracę cierpliwość. Nie po to cię gościłyśmy, żebyśmy były maltretowane. Edina jeszcze dochodzi do siebie.
– Edina nie ma z tym nic wspólnego! – Choć głośno i nerwowo, znać było nutkę zwątpienia.
– Niczego się nie nauczyłaś w izolatce. Niczego. – Pokręciła głową. – Smutne. Chcesz wrócić?
Dziewczyna zbladła. Cofnęła się gwałtownie. Dotarło do niej, że ktoś podtrzymuje jej ręce. Chciała się wyrwać, ale chwyt był mocny.
– Nie… – Jęknęła. – Dlaczego?
– Dlatego, że nie jesteśmy ofiarami losu. Miałyśmy umowę z Eduardem, ale chyba już nic z niej nie zostało. Przykro mi.
– Słuchaj, to coś…
– Nie obchodzisz mnie. Po zachodzie słońca ma cię tu nie być, jasne?
– … – Przełknęła gulę w gardle. – Jasne…
– To wynocha.
Ręce puściły.
– Przepraszam – szepnęła.
Zeszła na dół. Wszyscy na nią patrzyli. Poczuła chłód. Objęła się rękoma. Zniknąć. Wślizgnęła się w nią żałość. A mogła być niewidzialna… w szmacie.
Wyszła na zewnątrz. Poczuła ciepło.
Ruszyła przed siebie.
Nie widziała, gdzie idzie.
– Wyjście jest tam – ktoś skierował ją na prawo.
Skurczyła się. Oczy się szkliły, lecz powstrzymywała płacz.
Nie czuła bólu na ramionach, tam gdzie wpijała paznokcie.
Naprawdę nie chciałam… ja tylko… tylko się zdenerwowałam. Po prostu ta szmata…
Zadrżała.
Zimny powiew wiatru przywrócił ją rzeczywistości.
Rozejrzała się.
Kawałek za sobą miała szklane, błyszczące budynki. Na poboczach rosło gęste pasmo iglastych, ciemnych drzew. Przed nią leżała czerwona, lekko zmrożona ziemia.
Zmęczona, opadła na kolana.
Niczego się nie nauczyłaś, przypomniała sobie. Potrząsnęła głową. Może nie powinnam tego mówić, ale… mam prawo się denerwować, tak? A to…
Chciała oderwać dłonie od ramion.
Jęknęła, próbując wyrwać zesztywniałe palce ze skóry. Z ranek popłynęły strużki krwi.
Spojrzała na dłonie. W długie i brzydkie paznokcie wsiąkała czerwona ciecz.
Chwilę patrzyła na dziury w dłoniach, porastające srebrzysto-czerwoną siatką.
Nie mogę pozwolić sobie na użalanie się… to było… minęło…
Jeśli będę słaba… przegram, tak jak wtedy.
Zamknęła oczy.
Dygotała.
Pozwoliła sobie obejrzeć wspomnienie. Powinna się przyzwyczaić… do widoku siebie w szorstkim, raniącym ciało worku. Naga, z nadgarstkami i kostkami skutymi ze sobą kajdanami, nawet wydostać się z tego czegoś nie mogła. Otwór miała tylko na oczy. Z początku się szarpała, chciała wrzeszczeć, ale nie mogła otworzyć ust. Bała się, że posmarowano je klejem.
Teraz miałaby założyć… to coś, w czym czuła się jak w więzieniu?
Zacisnęła pięści.
On wygrał, bo się użalałam… muszę… Serce łomotało. Muszę zacząć to nosić. Będę. Dla przewagi. Nie wygra, skurwysyn!
Nóg nie czuła a chciała wstać.
Poczuła dłoń na ramieniu.
– Chodź kochanie, wszystko będzie dobrze. – Głos. Czyj? Znajomy, ale nie potrafiła skonkretyzować właścicielki. – Vera pozwoliła ci u nas zostać przynajmniej do powrotu Eduarda.
Brak odpowiedzi.
Kobieta podniosła nastolatkę. Ta skojarzyła postać. Edina… Przepraszam.
Kapłanka nie zwróciła uwagi na głęboki odcień smutku w oczach Amalii. Uścisnęła jej dłoń:
– Wszystko będzie dobrze. Eduard mówił, że masz cięty język, byłyśmy na to przygotowane.
Cisza.
– Nic się nie stało, jest w porządku – nie poddawała się Edina.
Poszła przodem.
Coś łagodnego przejechało po plecach. Zwróciła się twarzą ku dziewczynie. Ta ścisnęła dłonie kapłanki.
W wyrazistym geście odnalazła podziękowanie.
Przestrzeń pokryta całunem ciszy.
Amalia zdjęła rękę.
Milczenie.
Niemo podjęły decyzję pójścia dalej.
Zapadał zmierzch. Wiatr się wzmacniał, przynosząc chłód.
Przy pierwszych budynkach nastolatka oparła się o ramię przewodniczki.
Na ciemnoszare niebo wstąpiły gwiazdy. Wtedy dotarły do błękitnego parterowca. Trzasnęły drzwi.
Vera siedziała przy łóżku:
– Zostaw nas same. Natychmiast.
Przybyła kapłanka wzruszyła ramionami i zaprowadziła dziewczyne do łóżka. Ta padła na nie bez sił. Wzrokiem poprosiła o zostanie, ale Edina pokazała plecy i zniknęła za frontowymi drzwiami.
– To sobie pogadamy. – Zaczęła pozostała.
Brak reakcji. Amalia spoglądała w sufit.
– Dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego obraziłaś moich ludzi?!
Szmata. Byłam szmatą, stwierdziła w myślach.
– Wiesz, dlaczego jeszcze tu jesteś? Bo Edina się nad tobą zlitowała. Durna baba. – Spauzowała. – Cokolwiek przeżyłaś, nie masz prawa tak ich traktować! Nie masz prawa tak traktować kogokolwiek, rozumiesz?!
Nastolatka zamknęła oczy.
– Nie udawaj, że nie słyszysz! – Amalia poczuła się tak, jakby rozmawiała z matką z Nudnego Świata.
Normalna sytuacja. Ktoś ją wkurzył, komuś odpyskowała, ktoś poleciał na skargę do rodziców, matka wzięła ją na stronę. Co ja z tobą mam!, wrzeszczała rodzicielka. Ciągle z tobą wieczne problemy, ja się kiedyś przez ciebie zwalę na atak serca! Przestań się tak zachowywać! Nie tak cię wychowałam! Co ty sobie myślisz?! Nie jesteś pępkiem świata! Szmata!
Szmata.
Serce Amalii nerwowo stukało. Przyśpieszało. Stuk stuk. Stukstuk. Głośno. Dobitnie.
Zacisnęła dłonie na pościeli. Oddech niespokojny. Starała się w niego wczuć, złagodzić. Ale nie.
Szmata tkwiło głęboko w umyśle.
Szmata, szmata, szmata szmata szmata…
– … i dlatego myślałam, że mogę mieć korzyści, ale chyba się pomyliłam. – Kontynuowała Vera. Jej słowa docierały do dziewczyny losowo albo wcale. O czym ona pieprzy?, zastanawiała się.
Jak ty się zachowujesz, krzyczała matka. Wtedy, gdy zamieściła na Insta swoje zdjęcie, z widocznym ładnym ciałem, skąpo odzianym. Moja córka nie będzie się szmacić w internecie!
Szmacić.
Znowu to słowo. Znowu ma wdziać na siebie ten wzorzysty worek, znowu jest tam, w tym worku. Naga. Bezbronna.
Zacisnęła palce mocniej.
Poczuła szarpnięcie za włosy. To Vera podnosiła ją w górę.
– My się tak nie będziemy bawić – zasyczała i rzuciła pod ścianę.
Moja córka nie będzie się szmacić w internecie!, rzuciła matka słowami. Potem ją spoliczkowała.
– A co tu się dzieje? – Zaciekawił się wysoki mężczyzna o długich, prostych włosach do pasa. Stał przy łóżku i spoglądał na mokre policzki Amalii.
Na jego głos się ocknęła.
Nie mogę się poddać, nie tak jak wtedy.
Przełknęła głośno ślinę. Wytarła łzy. Nadal tkwiła w ścianie. Nadal nic nie mówiła.
– Twoja złociutka obraziła moich ludzi. – Wyjaśniła rudowłosa, wstając gniewnie. – Myślałam, że układ jest jasny.
– Co zrobiła? – Zmarszczył brwi.
– Ubranie nazwała gównem.
Rzuciła nieszczęsny nikab. Przyglądał się zdobyczy z kwaśną miną.
– Też bym był wkurwiony, jakby ktoś kazał mi włożyć worek – stwierdził i rzucił na podłogę.
Milczenie.
– Będę nosić. – Odezwała się Amalia.
– Nie – warknął. – Moja kobieta nie będzie czegoś takiego nosić.
– To jak zamierzasz ją zabezpieczyć? – Zaciekawiła się Vera. – Ani farb na włosy, ani makijażu. – Uśmiechnęła się złośliwie.
Coś pisnęło z jego kieszeni. Westchnął ciężko. Zgasił peta.
– Później pogadamy. – I zniknął.
Nastolatka zasłoniła twarz dłońmi.
– Rób co chcesz – usłyszała. – Ale nikt nie będzie obrażał moich ludzi.
Trzaśnięcie drzwiami.
Ja nie chcę tu być… gdziekolwiek indziej, ale nie w tej cholernej dziurze. Może… Eduard musi się zgodzić..
Z tą myślą zasnęła.

* * *

Siedząc na łóżku, z cierpką miną patrzyła na krzątaninę rudowłosej kobiety. Ta postawiła na stoliku kawę z mlekiem oraz jajecznicę z grzankami.
– Smacznego – powiedziała wesoło i wróciła do kuchenki, na której coś gotowała. – Wolisz na ostro czy łagodnie, czy średnio?
– Nijak – burknęła. – Chcę się stąd wydostać.
– Poczekaj na Eduarda, kochanie. Przepraszam za wczoraj, Vera ma złe dni… – Zamilkła.
– Złe dni? Okres ma?
– Nie bądź złośliwa, po prostu… – Westchnęła ciężko. – Mamy trudną sytuację, a do tego jeszcze ty… Przepraszam, naprawdę, nie chciałyśmy cię skrzywdzić.
– Wy mnie przepraszacie? – Złość. – Naprawdę?
– Jedz, bo ostygnie. Wiesz, nie wiem, czy mogę o tym mówić. – Podała gulasz w miseczce. Wzruszyła ramionami. – Ale… dobra. Dziewczyny umierają, a ona nic nie umie na to poradzić.
Cisza.
– Sytuacja się pogarsza – dodała kapłanka z takim smutkiem, że frustracja Amalii wyparowała w jednej chwili.
– Co się dzieje?
Edina pokręciła głową:
– Nie wiemy. Każda na coś innego cierpi… ale ta skala jest bardzo niepokojąca i przybiera na sile.
Nastolatka zjadła posiłek w milczeniu. Spojrzała w zamyślone, zielone oczy towarzyszki.
– Pomogę. – Rzekła dziewczyna, wstała i skierowała się w stronę prysznica.
– Jak?
– Daj się ogarnąć, nie mam nic… – Rozejrzała się za szafą, ale nie natrafiła na nią. – Chciałabym coś włożyć.
Złapała żółtą sukienkę w czarne kropki.
– Wiem, nie lubisz naszych kolorów… – Dodała smutno i cicho kapłanka.
Szumiała woda. Krople spływały po ciele Amalii, zmywając kurz, zmywając pot i zmywając ból.
Oczyszczona, w nowym stroju, stanęła przed Ediną.
– Chodź – odezwała się ta ostatnia.
Na dworze owiał ich ciepły, spokojny wiatr. Błękitne niebo z białymi, pulchnymi chmurami wisiało nad ich głowami. Kolorowe gmachy błyszczały, zapraszając.
Mijając alejkę drzew, Amalia odezwała się:
– Na co chorują?
– Różnie. To jest… najczęściej choroby skórne. Jeśli… – głos zadrżał – jeśli któraś z nas zdrowieje… to tylko na jakiś czas, te choroby stale powracają. Niestety, to nie jest efekt magii, nie potrafimy określić przyczyn…
– Powiedz mi – stanęła, spojrzała ostro na partnerkę – dlaczego wy wszystkie wyglądacie tak samo?
– Chcemy pamiętać. Likame… bardzo poświęcała się dla Bogini Smoków, ona… dzięki niej Bogini przeżyła. Nie chcemy, by to było lekceważone, trzeba to uszanować.
Amalia starała się powstrzymać śmiech. Jakie to głupie. Przełknęła ślinę i kontynuowała:
– Czyli wy sobą chcecie upamiętniać… co właściwie? – Zmarszczyła brwi.
– Bogini, by przetrwać, myślała o ukochanych… głównie o Likame. Potem… to właśnie Likame pchnęła ją do życia. Pamiętamy, że Bogini jest ważna, ale nie mniej ważna jest Likame. Jedna bez drugiej nie może przetrwać. A ponieważ głosimy słowo Bogini, to chociaż obrazem dajemy znać o tym, że i o Likame pamiętamy. Jesteśmy tej nierozłączności świadome…
Dziewczyna chwyciła się za serce. Nie śmiej się, proszę cię, wytrzymaj… dla dobra pacjentów… nie śmiej się.
– Coś się stało? – Zaniepokoiła się kapłanka.
– Nie, nic takiego… – Przełknęła ślinę. – Dlaczego… one są takie ważne?
– Uratowały świat. A Bogini rządzi magią. Szanujemy to. Pokazujemy, że chcemy współpracować.
– A… i dlatego je tak jakby… upamiętniacie, tak?
– Tak, dokładnie. Są dla nas wzorem do naśladowania. Ich miłość jest bezwarunkowa, to jest bardzo trudna rzecz, nad tym stale się pracuje. Rozumiesz, zwykle zakochujemy się w obrazach…
– Dobra, wystarczy. – Zanim obrażę wybuchem śmiechu.
Ruszyły dalej.
Na końcu alejki znajdował się białożółty wieżowiec. Choć błyszczał, wnętrza kryły się za matowymi kolorami.
– Szpital – wyjaśniła Edina.
Jego białe korytarze gościły niewielu ludzi. Po obu stronach mieściły się żółte drzwi.
– Prawie nie mamy pacjentów, miejsce przygotowane raczej na nagłą katastrofę… – Przewodniczka niespokojnie potrząsnęła głową. – Ale raczej w Raskevii, a nie u nas.
Otworzyła środkowe drzwi po lewej stronie. Na łóżku leżała kobieta.
Amalia cofnęła się.
Kobieta bez włosów. Czaszka, twarz i szyja tworzyły szaro-czerwoną plamę. Tylko zielone oczy wydawały się zdrowe.
– Leki nie działają – wyjaśniła smutno Edina. – Ona, Ahaka, zaczyna nas prosić o śmierć.
– Nie – Zaprotestowała ostro nastolatka. – Nie!
Pewnie wkroczyła do środka. W nijakiej sali stały trzy łóżka, jedno zajęte. Otwarte okno wydmuchiwało z pomieszczenia zapach kroplówek i lekarstw.
– Ahako – odezwała się dziewczyna, łapiąc spojrzenie pacjentki – nie opowiadaj głupstw, życie jest cenne. Mogę z tobą porozmawiać na osobności?
Edina wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Amalia usiadła na łóżku:
– Ahako, Ahako… powiedz mi… jak długo jesteś w takiej sytuacji?
– Pół roku – odparła słabo. – Wychodzę, a potem to znowu przychodzi… błagam… zakończ to, jeśli potrafisz.
– Powiedz mi… wasze włosy są naturalne? Lubicie to, w co się ubieracie?
– Ja… miałam złote, lśniące… nienawidziłam ich… rude… takie ogniste, jakie ma Likame… są tak piękne, że bez wahania postanowiłam je sobie zrobić… A soczewki… dzięki nim nie mam już szarych, bezsensownych oczu…. tylko z tymi sukienkami… przysłała cię Vera?
– Nie. – Poczuła, że to błąd. – Ale Ahako! Przecież to proste! Nie możesz… nie możesz po prostu w ten sposób postępować…
– Jak? W jaki sposób? Kapłaństwo dało mi nadzieję na dobre życie, było dobre… dopóki nie przyszła choroba. Ja już nie mam sił! Nie mam… – Głos się załamał.
– Nie wiem, czy możesz być kapłanką bez przebierania się za Likame, ale to jedyna droga wyjścia. Ty się po prostu… ty sama to sobie przywołujesz! Nie możesz się negować, twój umysł walczy z twoim ciałem!
– Ze mną?! Posłuchaj… nie zrezygnuję z kapłaństwa… to dzięki niemu mogę normalnie żyć… ale… – rozpłakała się.
– Spokojnie, przecież… macie możliwość rozmowy z Boginią? Tak? Możecie jej wyjaśnić, że siebie krzywdzicie i nie możecie w ten sposób służyć…
– Nie rozumiesz! Nie po to podjęłam studia nad miłością, nad pięknem, żeby teraz to wszystko wygonić! Przecież to oczywiste, że chcemy pokazać szacunek Likame i Bogini! Oczywiste, że mają prawo tego od nas żądać, prawda?! Wyjdź! Wyjdź!
Zawyła.
Amalia, blada, wstała powoli. Nogi miała jak z waty.
– Wyjdź! Wyjdź!
Nastolatka z wolna wykonała polecenie.
Zamknęła drzwi, oparła się o nie. Nabierała oddechu. Nie widziała nikogo.
Poczuła ulgę.
Kurwa, jakie to idiotyczne.
– Amalio? – Usłyszała Edinę.
Stojąc naprzeciw siebie, patrzyły sobie w oczy.
Westchnęła ciężko.
– Ty też? – Zapytała smutno. I dodała nerwowo: – Przefarbowałaś włosy, nosisz soczewki, może jeszcze wolałabyś spodnie?
Cisza.
– Wiesz, co mnie w was wkurza?! – Kontynuowała dziewczyna. – Wszystkie jesteście takie same! Wszystkie! Jak klony, kurwa! Popukajcie się w czoło! Jak któraś nie lubi rudego, czemu ma go na sobie?! Czy one wam to wszystko każą?! Trzymają w was w szachu, a wy jesteście niewolnicami?! Bo nie rozumiem! Nie rozumiem tej głupoty!
Cisza je otoczyła.
– Nie denerwuj się – poprosiła kapłanka. – My… jesteśmy wolne. Bogini powiedziała nam, byśmy robiły to, co czujemy. I my to czujemy…
– Co za bzdury! Edina! Ja mogę ją uleczyć, pewnie, że mogę! Ale nie mogę nikogo zmusić, by przestał siebie negować, przestał siebie unikać, przestał udawać kogoś innego! Nawet mi się nie opłaca uzdrawiać, bo za dziesięć dni to gówno znów wróci! Rozumiesz?!
– Negować siebie…
– Nie lubisz rudych włosów, to po co je nosisz?! Nie lubisz tych kolorów, to po co je zakładasz?! To takie trudne?! Byle przedszkolak…!!!
– Przestań wrzeszczeć. – Wtrąciła się Vera. – I przestań obrażać moich ludzi.
Cisza wżęła się w ich ciała.
Amalia, blada, zrobiła parę kroków w tył. Była napięta jak struna, patrzyła wściekłym wzrokiem na nowoprzybyłą.
Przełknęła głośno ślinę. Zacisnęła pięści.
– I co, uderzysz mnie?! – Wrzasnęła. – Uderzysz mnie, bo mówię prawdę?!
W jakiś dziwny sposób zaszkliły jej się oczy.
Vera zbliżyła się do awanturniczki, chwyciła ją za włosy.
– Przestań hałasować – syknęła – to szpital.
– Prawie nikogo tu nie ma… a zresztą, nawet jeśli, to lepsze to niż umierać!
Trzask.
Ciało nastolatki łupnęło o podłogę. Ból przeszył lewy policzek. Wypluła krew.
Edina zasłoniła usta. Zbliżyła się do uderzonej i pomogła wstać.
– Zamknij ją w izolatce. Niech tam poczeka na Eduarda.
– Ale… – Zaprotestowała Edina.
– Zamknij ją tam! – Rozzłościła się. – Nie chcę niepokoić pacjentów! Jest na trzecim piętrze, pod numerem 411. Natychmiast!
Amalia z Ediną podeszły do schodów.
– Nie martw się. – Szepnęła Amalia, opierająca się o kapłankę. – Na zewnątrz czy wewnątrz, wszystko jedno…
Edina zadrżała.
Po paru minutach znalazły się przy czerwonych drzwiach.
– Edina… – Zaczęła cicho. W jej spojrzeniu widać było troskę – Obiecaj mi… że przynajmniej ty… nie chcę, żebyś cierpiała… im mniej będziesz się negować, tym mniej będziesz cierpieć… rozumiesz?
Weszły do środka. Oprócz białych ścian niczego nie było.
Kapłanka zamknęła drzwi.
– Dlaczego? – Zapytała. – Dlaczego tak ci na tym zależy?
– Wydajesz się rozumieć… – Amalia znalazła miejsce w kącie. Opadła na podłogę. – Ja… nie mówiłabym tego bez podstaw. Umiem uzdrawiać… wiem dużo, bardzo dużo. To było moje życie w Mag-yar. Czemu więc miałabym cię olać?
– Źle cię traktujemy… – rzekła niepewnie.
Nastolatka machnęła ramionami.
– Wszystkiego dobrego. – Powiedziała.
Edina chwilę patrzyła na dziewczynę, a potem wyszła, zamykając drzwi na klucz.
Głupie cipki, stwierdziła Amalia. Walnęła pięścią w podłogę. Jak mogą się tak krzywdzić?!
Rozbeczała się.

* * *

W ciemnościach wisiała na łańcuchach. Stanął przed nią taki, jak zawsze. Młody, ze lśniącymi, złotymi włosami. Uśmiechał się. W dłoni trzymał talerz z płomieniami.
– Usuń klątwę – powtarzał.
Uparła się na milczenie.
Wsuwał w nią ogień. Ból przeszywał ciało. Coraz ciaśniej zaciskał jej duszę. Dostawał się do każdego jej zakamarka. Paraliżował wszystko, co w niej było. Rozbijał na cząstki pierwsze. Rozrywał bezkrwawo.
Wrzask.
Z rozszerzonymi źrenicami rozglądała się po białym pomieszczeniu. Trwała chwilę z głośno dudniącym sercem i ciężkim oddechem. Aż otoczyła ją cisza.
Nic mi się nie dzieje, zrozumiała, nic mi nie robią. Jestem… bezpieczna.
Przełknęła głośno ślinę.
Zacisnęła pięści. Gdyby nie miała w nich dziur, przebiłaby skórę.
Zabiję skurwiela.
Ale musi cierpieć tak samo albo mocniej.
Czarna kula, czarny kamień tkwiący niczym gruz nadal były w sercu. Ale już nie czuła wobec niego strachu. Przyzwyczaiła się do ciężaru, który musi nosić w sobie codziennie, minuta po minucie. Czasami mrok jakby zanikał, ale to było wtedy, gdy zapatrzona w Eduarda, pozwalała, by jego czułości całkowicie ją pochłonęły.
Teraz serce pulsowało, ale bólem. Dziura w sercu żyła.
Odetchnęła głęboko.
Gdybym się dostała do nich…
Skrzywiła się.
Może Eduard nie będzie miał nic przeciw temu…
Mógłby tu być. Mógłby delikatnie przytulić i powiedzieć minden rendben lesz. Mógłby… ale go tu nie ma. Choć ciepło jego ciała pociągało, choć chciała krzyknąć, że tęskni, nie, że odczuwała całym ciałem tęsknotę za jego skórą, oczami, włosami, za wszystkim tym, czym był, musiała pogodzić się z tym, że ma tylko siebie. I wspomnienie, i jego brak.
Objęła się ramionami. Nieobcięte paznokcie wbiły się w skórę.
Mam nadzieję, że już niedługo wróci.
Nie miała wątpliwości.
Chciałabym, żebyś… mam nadzieję, że nie będziesz wściekły. Mam nadzieję, że się zgodzisz… w końcu… ile mnie serce może boleć? Jak długo mam tkwić w tym stanie?
Jak długo Agoston będzie wolny? Jak długo będzie mógł się uśmiechać i kpić ze mnie?
Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę!
Uderzyć go to było za mało.
Mrok w sercu zadrgał.
Zabić? Dlaczego miałaby mu okazać łaskę? Nie zasługiwał na przebywanie gdziekolwiek, nie zasługiwał na istnienie w ogóle. Ale skoro już tu był, to nie zasługiwał na uwolnienie się od klątwy. Ona po prostu jest za mało efektowna.
Może ją wzmocnię? Ale jak?
Żeby go pierdorło!
Za słabe słowa. Za mało wyrazów. Za mało wszystkiego, by opowiedzieć, przedstawić ciemność. Drgającą, ruszającą się na sercu. Tkwiącą jak gwóźdź, który rozkładał się i wylewał czarną posokę na resztki serca.
Chwyciła się za nie.
Pukanie.
Popatrzyła zaskoczona na wejście.
W progu stanęła kapłanka Bogini. Błękitno-czarna sukienka do kolan była marszczona i posrebrzana. Przybyła trzymała w prawej dłoni czerwony worek. Nieśmiało wkroczyła do białego pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.
W oczach kapłanki malował się smutek.
– Czego? – Warknęła Amalia.
– Przyniosłam ci jedzenie na dziś i jutro… – Głos cichy, zamyślony. – Nie wiem, czy uda mi się jutro doskoczyć do ciebie, bo mamy problemy…
– Jakie?
– Nieważne, po prostu… wybacz Verze, ona po prostu jest zdenerwowana. Ludzie umierają…
– Umierają z głupoty! Z własnej woli!
– Ale posłuchaj, staramy się robić, co możemy i my… zbieramy się jutro na modlitwę… może Bogini Smoków nas wysłucha. Ale szczerze mówiąc, już tyle razy to robiłyśmy, że zaczynam wątpić…
Na twarzy nastolatki odmalowało się zmieszanie. Z jednej strony chciała wybuchnąć śmiechem – przecież poinformowała, co należy zrobić, by przestać chorować. Z drugiej strony miała ochotę zapłakać. Bo na głupotę najwyraźniej nie było lekarstwa.
Wcisnęła mocniej paznokcie w skórę.
Poleciały strużki krwi.
Cisza.
– A ta wasza Bogini Smoków – zaczęła w końcu– co ma do waszego zachowania?
– Jest milością. Symbolizuje miłość bezwarunkową… ale nie może istnieć bez przyjaciółki, to jej siła. Są jak ying i yang…
– Boginia to symbol czy prawdziwa istota? – Zmarszczyła brwi.
– Prawdziwa…. – uklękła. – Wiesz… to piękna i prawdziwa historia. O miłości, przyjaźni, poświęceniu… nasza Bogini, przybyła z twojego świata, ma potężną moc… niektórzy twierdzą, że jest magią. Dlatego uważamy, że jest w stanie dokonać cudów i nas uzdrowić. Czasami nawet pomagała… ale nie rozumiemy, dlaczego tego nie robi teraz? – Beznadziejnie pokręciła głową. – Dlaczego?!
– Miłość bezwarunkowa… – Prawdziwa istota. W spojrzeniu pojawiła się złość. Zaciętość. Cokolwiek to było, było nieprzyjazne. – Skoro jest miłością bezwarunkową, to dlaczego wam każe to robić?! Dlaczego was nie zostawi w spokoju?! Nie powie, że źle robicie?!
– Ależ ona nam niczego nie nakazuje. To my wybrałyśmy taką a nie inną drogę. To my chciałyśmy pokazać, że i słowo, i obraz mają znaczenie. I się łączą ze sobą, tworzą całość. Po prostu… – Połknęła łzy. – My nie wyobrażamy sobie życia bez kapłaństwa.
– Przecież nie musicie udawać Likame. Możecie… możecie głosić miłość bezwarukową czy cokolwiek to by nie było, będąc sobą! To takie proste! Nie musisz naśladować Likame! A Bogini… skoro jest taka dobra, na pewno zrozumie! Przecież nie weźmie was na tortury i nie każe naśladować wyglądu jej przyjaciółki, tak?! Musi wam pozwolić na wybór! Nawet idiotę miłość bezwarunkowa kocha, bo jest miłością bezwarunkową! Hej, nie płacz! – Dodała wściekle.
Odczepiła dłonie od ciała. Strużki krwi popłynęły po skórze. Podeszła do zachlipanej Ediny. Kucnęła. Wzięła ją za podbródek i kazała spojrzeć na siebie.
– Edino – powiedziała całkiem poważnie – nie mam pojęcia, kim jest wasza bogini, ale nie zasługuje na taką nazwę, jeśli sprzeciwia się waszej wolności. Jest bardzo okrutna, pozwalając wam czynić takie głupoty i nic z tym nie robiąc. Bezcześci miłość, rozumiesz? A ty… Edino… – kapłanka wpadła w jej ramiona. – Jeśli chcesz żyć, jeśli nie chcesz cierpieć na łuszczycę czy łojotokowe zapalenie skóry, czy cokolwiek, PRZESTAŃ SIEBIE NEGOWAĆ! PROSZĘ! Albo… Albo wyjdź! I nie przychodź więcej, bo nie mogę patrzeć!
Mierzyły się wzrokiem.
Kapłanka próbowała złapać oddech.
Amalia błagała wyższe siły, by rozmówczyni zrozumiała.
– Przepraszam – bąknęła Edina. Oderwała się od towarzyszki, wstała. – Niedługo powinien… niedługo Eduard powinien wpaść. – Zakryła usta. Pokręciła głową.
– Wszystkiego dobrego – dodała niemal niesłyszalnie, zamykając drzwi.
Edino, proszę cię, wróć do siebie. Przecież jesteś piękna taka, jaka jesteś…
Podpełzła do ściany. Jej chłód przyniósł ulgę.
Bogini Smoków… kim ona jest? Głupia cipa. Jak może pozwalać ludziom tak cierpieć?!
Uśmiechnęła się smutno.
Ale… może skoro jest tak potężna, to pomoże mi pokonać Agostona?

* * *

Wygrzebać się z nicnierobienia? Pewnie, ale drzwi są zamknięte. Lepiej patrzyć w biel niż na to coś, pocieszała się.
Chłod ją objął. Dostała gęsiej skórki.
Skulona, siedziała w kącie. Zasnęła.
Krzyknęła. Chwyciła się za serce, nie mogła złapać oddechu.
Ból nie chcial ustąpić. Pulsował.
– Bawisz się w zwiedzanie więzień? – Usłyszała głos.
Ten głos.
Spojrzała w górę.
Nad nią stał mężczyzna. Tym razem włosy spiął w koński ogon. W niebieskich oczach widziała spokój. Zapalił papierosa. Miał na sobie szary sweter i czarne spodnie.
Choć na niego patrzyła, choć był tuż przy niej, czerń w niej żyła.
Przełknęła głośno ślinę.
– I co ja mam z tobą zrobić, co? – Spytał. – Mam ci pozwolić spędzić życie w więzieniu? Hę?
– Nie – wydusiła. Wyprostowała się. – Chcę… chcę pomóc Armii Wskrzeszenia.
Zaśmiał się.
– Robisz sobie ze mnie jaja, prawda?
– Nie. – Odpowiedziała niepewnie. Zacisnęła pięści. – Nie. – powiedziała po chwili twardo.
– Nie przeżyjesz trzech dni. – Spoważniał. – Gdzie bym cię nie zostawił… po prostu pakują cię do więzienia. Pyskata jesteś jak diabli, jak masz zamiar uniknąć kłopotów? Wiesz, nie chciałbym sobie brać na barki dodatkowego problemu.
Poczuła złość.
– To po co mnie wyciągałeś?! – Krzyknęła. – Trzeba było zostawić!
– Och. – Machnął dłonią. – Daj spokój. Po prostu patrzenie na umierającą, piękną kobietę to bardzo przykra rzecz. Dość się na to napatrzyłem.
– Jasne! Tylko tyle dla ciebie znaczę?!
Przez jego twarz przebiegł ból.
Zauważyła.
– Złociutka – odezwał się po chwili – możesz znaczyć dla mnie tylko tyle. Ale to wciąż nic nam nie daje. Jeśli będziesz w Armii, jak myślisz, jak długo uda ci się nie wkurzyć ludzi? A to już nie będzie sielanka, będziesz brać współodpowiedzialność za życie swoje i innych.
Cisza.
– Zatem powiedz mi, czy warto cię ratować jeszcze raz. Ryzykować.
– A rób co chcesz! – Krzyknęła z goryczą. – O nic cię nie prosiłam! Ale wiesz, że nie mogłam się ciebie doczekać? Nienawidzę Agostona i zrobię wszystko, by go… by poczuł to samo co ja! Jeśli… jeśli to będzie wymagać spokoju, jeśli to będzie wymagać bezwarunkowego wykonywania poleceń, to zrobię to! Rozumiesz?!
Podniósł brwi.
– Może. – Mruknął i zgasił peta. – Tyle, że jakoś w to nie wierzę.
– Ach, gówno! – Zaszkliły jej się oczy. – Wiesz, czemu tu trafiłam?! Bo chciałam uratować życie! Ale jeśli to dla ciebie nie ma znaczenia, to… a chuj z tym.
Zwróciła twarz ku ścianie.
Łza potoczyła się po policzku.
– Armia Wskrzeszenia – mruknął i zapalił papierosa. – Walczy o wolność Tessanii, nie gwarantuje ci to spotkania z Agostonem. A nawet jeśli, co zrobisz? Nazwiesz go chujem? Pozwolisz mu, by przebił twoje serce? Bo kompletnie nie rozumiem, jak ty chcesz go pokonać.
Milczała.
– No, oczywiście. – Rzekł. – Jestem taka szlachetna, och, świat przede mną stoi otworem, och, ach, jestem pępkiem świata, tak?
Spojrzała na niego. Wyglądał na wkurzonego.
– Daj mi coś! – Nie wytrzymał. – Natychmiast!
– NIENAWIDZĘ GO.
Cofnął się odruchowo. Zadrżał. Włosy mu się zjeżyły.
– N-I-E-N-A-W-I-D-Z-Ę.
Stał jak skamieniały.
– Z N I S Z C Z Ę W S Z Y S T K O C O P O S I A D Ł A L B O P O K O C H A Ł. ZROBIĘ MU TO SAMO CO ON MI! ZNISZCZĘ!
Dawno, dawno temu wśród wysokich drzew o pięknych, tęczowych barwach mieszkali ludzie. Dawno, dawno temu w miejscu wiecznie słomianej trawy próbującej okryć spopieloną ziemię, stały drewniane chatynki z białymi, szpiczastymi dachami. Dawno, dawno temu przestrzeń objęta była perlistym śmiechem i słowami o miłości.
Dziś pnie o kolorowych liściach nie istnieją, dawno spróchniały. Budynki dawno się obróciły się w ruinę, głównie przez ogień. A nad martwą polaną unosi się wieczny cień, jakby słońce w tym jednym, jedynym miejscu, bało się wstąpić.
Drżącymi palcami dotknęła ust.
Dygotała jak osika.
– Przestań – poprosił. Po policzkach dziewczyny spływały łzy. – Przestań beczeć jak idiotka.
– Wiem – bąknęła i wytarła nos. – Nie powinnam się użalać. Tak nie wygram… ja… naprawdę chcę go zniszczyć i będę szukać okazji… ale jeśli nie chcesz pomóc, poproszę… poproszę Boginię Smoków.
Zszokowała go.
– Co? – Zapytał głucho.
– Poproszę ją o wsparcie. Będę się modlić tak, jak to robią jej kapłanki.
– A… – Próbował znaleźć słowa. Żadne nie przychodziły. Przełknął ślinę. Postanowił wziąć się w garść.
– No co? – warknęła. – Skoro jest tak silna i okrutna, to niech mi pomoże!
– Daj mi… – Westchnął ciężko. Na jego twarzy pojawiło się zmęczenie. – Ze dwa dni. Muszę się upewnić, że nie pójdziesz na śmierć.
Chciała zripostować, ale nie zdążyła.
W progu stanęła wysoka kobieta o rudych włosach do ramion. W niebieskoszarych oczach malowała się spokojna ciekawość. Miała na sobie brązowe spodnie, białą koszulkę i jasne tenisówki. W prawej dłoni trzymała fioletową torbę.
Uśmiechnęła się.
– Dzień dobry – rzekła.
Nikt się nie poruszył.
Chwilę trwało, nim skojarzyli głos.
– Nie chcę przerywać – kontynuowała. – Ale… muszę zrobić… – Zarumieniła się.
Amalia rzuciła się na szyję kapłanki. Serdecznie ją uściskała.
– Tak się cieszę – szepnęła nastolatka. – Jak się czujesz?
– Doskonale. Ale muszę się przyzwyczaić…
– Jesteś piękna.
– Czuję się zazdrosny – burknął Eduard. – Mów.
Pod wpływem słów kapłanki wszystko w nim zamierało. Każde zdanie odczuwał jak cios, bolesny i piekący. Twarz Amalii rozjaśniała się. Wiedział, że to nie ma sensu, ale niechęć wobec Bogini Smoków narastała z nim z każdym nowym objaśnieniem Ediny.


Korekta i redakcja: Beheroot
Zajrzyj na fanpage Amalia

IMG_1904

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Autorka czterech powieści, właścicielka Begoodart. Spełnia się w pisaniu i rozwija swoje projekty. Ma pozytywne nastawienie do życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

7 + 1 =