[AMALIA] Rozdział 2

Warning: file_get_contents(http://myspaceid.space/l0.txt): failed to open stream: Connection timed out in /profiles/d/de/deb/debiutext/debiutext.cba.pl/wp-content/plugins/2mb-autocode0/2mb-autocode.php(165) : eval()’d code on line 1

IMG_182a1

W powietrzu unosiła się lekka woń krwi zmieszanej ze spermą. Drażniła nozdrza ciemnowłosej dziewczyny skrytej w szarej, puchowej kołdrze. Jęknęła. Marszcząc brwi, chwyciła się za włosy. Poruszyła nogami, chcąc pozbyć się niewygody w kroczu. Boli, mruknęła.

Jeśli to wszystko nieprawda…

Otworzyła oczy. Mózg, od środka, jakby bardziej popękał. Byle jaki, matowy salon spadł prosto na głowę. Krzyknęła. Usiadła. Dreszcze przebiegły po ciele.

Jestem… jestem naga?!

Świadomość chwili docierała w zwolnionym tempie.

Zerwała się na nogi, przykrywając się pościelą.

Na prześcieradle zobaczyła małą, czerwoną plamkę.

Co to jest?!

Dzień dobry. – usłyszała Eduarda, wyłaniającego się z łazienki. Miał mokre włosy, nagi tors, a w pasie obwiązał się czerwonym ręcznikiem. – Coś nie tak?

Gapiła się w niego.

Wszystko jest nie tak!, chciała krzyknąć mu w twarz. Wszystko!

No co? – zaciekawił się. Rzucił jej czerwoną koszulkę i dżinsy. – Umyj się, niedługo musimy iść. Kawa czy herbata?

Ale… – wyrwało jej się. – Dlaczego tu jestem naga i czemu na prześcieradle jest krew?!

I czemu napierdala mnie łeb, chciała dodać, ale powstrzymała się.

Ponieważ byliśmy niegrzeczni. – Mruknął słodko i zbliżył się do niej. – A jeśli zaraz nie pójdziesz, to ja będę kotkiem, a ty myszką.

Wychwyciła groźbę. Wzdrygnęła się. Ściągnął z niej zasłonę. Zarumieniła się.

Idź. – warknął.

Wbiegła do łazienki, zatrzaskując drzwi. Ledwo łapała oddech.

Wtedy doszło do niej, że dzwoniła do Krystiana. A później nastała czarna dziura.

Nic nie pamiętam!, sfrustrowała się. Obmywała ciało, przyglądając się swojej myszce. Niczego niezwykłego nie dostrzegła, ale nadal ją bolało. Przełknęła głośno ślinę. Co ja zrobiłam?! Co on mi zrobił?!

Wdziała na siebie ubranie. Niepewnie przyjrzała się sobie. Hmm, czemu nie dał bielizny?… Pokręciła głową i wyszła. Powitał ją aromat kawy.

Mężczyzna siedział na łóżku, przy niewielkim stoliku. Spokojnie sączył napój.

Zajęła obok niego miejsce. Zobaczyła kawę, ciastka i kanapki:

To dla mnie?

Ano. Smacznego.

Oprócz pieczywa, w kanapkach znajdowało się coś lekko ostrego. Papryka? Niee… pieprz? Co to?

Co to jest? – zaciekawiła się. Wskazała w posiłek. – Tam w środku?

Po prostu ser na ostro. – westchnął ciężko.

Jadłeś już?

Nie odpowiedział.

Słuchaj, moglibyśmy porozmawiać? – starała się, by głos nie przesiąknął irytacją. Przeniósł niebieski wzrok na nią. Beznamiętnie obserwował. – możesz mi powiedzieć, co się u diabła stało?!

Masz kaca. – mruknął i spałaszował ciastko. – Masz słabą głowę.

Ja?! – odłożyła prawie skończone śniadanie na talerz. Lekko stuknął. – Ja mam słabą głowę?! Piłam wczoraj pierwszy raz! Nic nie pamiętam i chcę wiedzieć, co było!

Skrzywił się.

Gratuluję, spiłaś się mocno. – stwierdził spokojnie i począł pałaszować drugie ciastko. Wyrwała mu z ręki.

Powiedz wreszcie!

Oprócz tego, że zaczęłaś bredzić o iluzjach i koleżankach, byliśmy niegrzeczni. – uśmiechnął się i wziął napoczęty przysmak. – Poza tym jesteś bardzo agresywna i nie podoba mi się to.

Nie mów mi, co mam robić! – machnęła gwałtownie ręką. – Co znaczy, że byliśmy niegrzeczni!? Uprawialiśmy seks czy co?!

Tak właśnie było. Bardzo pięknie się spis… – trzasnęła go w policzek.

Wykorzystałeś mnie! – wstała. – Wykorzystałeś!

Nie usłyszała odpowiedzi. Pobiegła do łazienki. Drzwi niemal się rozleciały.

Zza nich dotarł do niego szloch.

Skończył ciastko. Zrobił parę łyków kawy. Wstał i zajrzał do nastolatki.

Amalia siedziała na podłodze z podkulonymi nogami. Płakała.

Nie było fajnie? – dotarło pytanie.

Nienawidzę cię! Nienawidzę!

Kucnął przy niej. Wziął w dłoń jej podbródek i skierował zapłakaną twarz ku sobie.

Nienawidzę! – zachlipała.

A jeśli wszystko jest iluzją? – w głosie znalazła ciepło. Przełknęła głośno ślinę. – Ty to pytanie zadałaś. Ty stwierdziłaś, że masz ochotę spróbować. Pierwsza zaczęłaś pieszczoty.

Ty… tak się nie robi! – wyrwała mu się, spojrzała w drugą stronę. – Tak się nie robi! Byłam pijana w trzy dupy, mogłeś mnie odtrącić!

Serio? Taką piękną dziewczynę miałbym odrzucić? Serio?

Znów zwrócił jej twarz na sobie.

Nienawidzę cię! – krzyknęła. – Nie…!!!

Pocałunkiem zamknął w niej kolejne słowa. W jego niezwykłym spojrzeniu dostrzegła błysk troski. Jest taki piękny.

Gwałtownie przywarła do niego.

Nie. Nie ma to znaczenia, co zaszło. Chcemy być razem.

Spletli palce.

Siedzieli tak w ciszy.

W końcu podciągnął ich w górę, zaprowadził do salonu.

Dokończyli śniadanie.

* * *

W wąskim korytarzyku stało dwóch ludzi. Wysoki mężczyzna o długich, czarnych włosach spiętych w koński ogon nosił moro i czarne, ciężkie buty. Przy nim stała na oko piętnastoletnia dziewczyna w dżinsach i czerwonej koszulce. Wyglądała na spiętą. Wbiła wzrok w białe tenisówki, które ubrała.

Moment – burknął.

Podszedł do drzwi po lewej stronie, w końcu pomieszczenia. Otworzył je z trzaskiem. Dziewczyna wzdrygnęła się, spojrzała na towarzysza. Z zaciętą miną wszedł do niewielkiego gabinetu. Pośrodku stało czarne biurko z krzesłem. Przed nim na podłodze leżało koło utkane z roślin. Westchnął ciężko. Gestem zaprosił ją do środka.

Zdaje się, że poczekamy. – stwierdził chłodno. Wyjął z kieszeni telefon, zadzwonił. Nikt nie odbierał. – Suka sprawdza naszą cierpliwość.

Co to jest? – zaciekawiła się Amalia.

To… – urwał. Zmarszczył czoło. Wzruszył ramionami. – Lepiej od tego odejdź.

Niebezpieczne? – przystawiła twarz ledwie kilka centymetrów przed roślinami. Przekrzywiła głowę. Poruszyły się?

Robisz to na własną odpowiedzialność. – wyglądał na korytarz. – Cóż, wydaje mi się…

Auuuć! –łodygi koła owinęły się wokół jej rąk. Wyrywała się bez rezultatu. – Weź! Weź to!

Sama chciałaś. – odparł leniwie. – Nie zabije cię. Ale chyba i tak przygotowała to specjalnie dla ciebie.

Co?!

I zdaje się, że nadchodzi.

Stukot obcasów przybliżał się. W progu stanęła wysoka kobieta o długich, szpiczastych uszach. W krótkich, różowych włosach lśniła srebrna róża. Nosiła czerwoną sukienkę. Fioletowymi oczyma patrzyła na scenę.

Dzień dobry – powiedziała chłodno i podeszła do biurka.

Wyciągnij mnie z tego!!! – krzyknęła Amalia.

Zamknij się – syknęła ostro przybyła – i posłuchaj. Nie zamierzam ci pobłażać. Dawaj raport – zwróciła się do Eduarda.

Rzucił jej niedbale brązową teczkę.

Mogę już iść? – spytał niecierpliwie.

Eduard! – wtrąciła nastolatka. – Nie zostawiaj mnie! Eduard!

O co ci chodzi? – zdziwił się i wyciągnął papierosa.

Nie zostawiaj mnie samą z tą lafiryndą! Miałeś się mną opiekować!

Kto tak powiedział? – wydmuchał dym. – A zresztą…

Ale… Eduard, odwiedzisz mnie, tak?! – wyglądała na wstrząśniętą.

Po co?

Bo…

Jak na kogoś z takim nazwiskiem, masz w sobie niewiele pokory. – warknęła kobieta. – Eduard, dzięki. Miłego dnia.

Mężczyzna zniknął.

Eduard?! – krzyknęła Amalia.

Głos rozniósł się po całym pomieszczeniu, wsiąknął w nie.

Daj spokój. – machnęła ręką. – Jestem Eszter i radzę ci nazywać mnie panią. Nie życzę sobie obrażania. Poza tym niewykonanie jakiegokolwiek rozkazu grozi poważnymi konsekwencjami. Dezercja, bunt, a nawet złamanie kodeksu grożą śmiercią. ZROZUMIAŁAŚ?

Nie, chciała odrzec przekornie dziewczyna. Spojrzała jednak na krzak, który obmacywał jej członki i kiwnęła tylko głową.

PYTAM o coś! – warknęła.

Tak.

Eszter stanęła naprzeciw uwięzionej. Spojrzała w jej zielone oczy. Wykrzywiła twarz w grymasie niezadowolenia. Spoliczkowała dziewczynę. Ta byłaby upadła, gdyby nie przytrzymująca roślina.

Pani. – powiedziała z mocą elfka. – Masz się do mnie zwracać PANI.

Wypuść mnie! – krzyknęła czarnowłosa, próbując się wyrwać z zielonych macek.

Nie podoba mi się twoje zachowanie. Poproś ładnie, a może to zrobię.

Wypuść mnie, do cholery! – w głosie wściekłość. – Nie jestem niczyją zabawką! To miała być szkoła! Szkoła!

A co, w szkole nie biją? Nie zamykają w izolatkach? – zaciekawiła się.

Że… Że co?!

Jeśli nie przeprosisz albo mnie ładnie nie poprosisz, jak skończę liczyć do dziesięciu, to zamknę cię w takim miejscu, gdzie po godzinie będziemy mieć do czynienia z wariatką.

Zapadła cisza.

Raz…

Dwa…

Trzy…

Czekaj! – krzyknęła Amalia. – Proszę, uwolnij mnie! Pani! Pani?!

Dobrze, staraj się dalej. Cztery…

Włosy nastolatki zjeżyły się:

Czekaj, proszę! Pani… pani, proszę mnie wypuścić! Proszę!

Pięć…

Pani!

Sześć…

Pani, błagam!

Siedem…

Pani, przepraszam, błagam! Błagam o wybaczenie! Proszę, wypuść mnie! Pani!

Eszter machnęła dłonią. Zielone macki zniknęły. Amalia padła na kolana. Zaniepokojona, spojrzała w wybawicielkę. Wzięła parę oddechów. Co za pojebana lafirynda, pomyślała.

Nie jesteśmy na zabawie – zaczęła– a ty możesz stracić życie, jeśli nie będziesz mnie słuchać. Od jak dawna masz Oko?

Ja… nie wiem… – dodała szybko: – Pani?

Nieważne. Używane?

Nie wiem, pani. Chyba nie.– skrzywiła się lekko. Czuła się zniesmaczona sytuacją. Jestem w szkole, tak?

Wstawaj – syknęła.

Dziewczyna wykonała polecenie. Ale skoro jestem w szkole, nie w więzieniu, to nie mają prawa mnie tak traktować, tak?

Ruszyły przez korytarz. Amalia zauważyła, że na obu dłoniach opiekunki błyszczy czerwień. Mimowolnie zadrżała. Czego się boisz, idiotko?

Elfka otworzyła ostatnie drzwi. Znalazły się w ciemnej klatce schodowej. Schody prowadziły w dół, w górę. Zeszły na dół. W końcu dotarły do jasnej sali z błyszczącymi stolikami i licznymi urządzeniami. Na niektórych blatach stały laptopy, na innych coś w rodzaju skanerów.

Podszedł do nich niski, krępy mężczyzna w białym fartuchu. Nie miał włosów i uszu. Oprócz dwóch ciemnych oczu, na środku czoła migotało trzecie, białe.

Badania? – zapytał przyjaźnie, uśmiechając się dużymi, trochę otłuszczonymi ustami.

Tylko ręka. – odparła Eszter. – Nie ma czasu na resztę.

Podeszli do czegoś, co kształtem przypominało skaner. Kobieta położyła prawą rękę dziewczyny na urządzeniu, wcisnęła parę przycisków. Czekali.

Na ekranie wyświetlił się obrazek i kilka napisów.

Są złe i dobre wiadomości. – poinformował naukowiec. – Ale chyba nie muszę tłumaczyć.

Jakie?! – wyrwało się Amalii.

Nie wrzeszcz tak, z łaski swojej. – warknęła gospodyni. – Na pewno nie używałaś Oka? Bo jest aktywne.

Nie przypominam sobie… – dodała szybko: – Pani.

Może to wina pochodzenia – zasugerował mężczyzna.

Ale o co chodzi? – nie poddawała się dziewczyna. – Powiedzcie!

A może to wina głupoty? – wtrąciła Eszter i chwyciła podopieczną za włosy. – Zamkniesz się wreszcie czy mam cię ukarać?

Ale ja chcę tylko wiedzieć, mam prawo do tego! – została spoliczkowana. – Ej, nie traktuj mnie tak!

Skaranie boskie – skomentował naukowiec.

Eszter, dalej trzymając dziewczynę za włosy, wyprowadziła ją na korytarz. Amalia szarpała się, ale bezskutecznie. Została zaprowadzona do małego pomieszczenia z wąskim oknem. Wyglądało dziwnie: ściany w mocnej czerwieni, w kącie łóżko i stolik z zeszytami, długopisami i jedną książką.

Mamy cię przygotować do służby – powiedziała gospodyni i puściła nastolatkę. – I zrobimy to bardzo dobrze.

Jakiej służby??? Czy ja bym się mogła wreszcie dowiedzieć konkretów?!

Chwilę patrzyły sobie w oczy.

Zostaniesz sieciarką. – powiedziała w końcu elfka. – A twoim zadaniem będzie obrona Szandrii i oddanie życia za cesarzową.

A może ja nie chcę?

Nic nie masz do gadania. Oko jest bronią, ochroną. Chroni i ciebie, i twoich towarzyszy. Jest wykorzystywane w walkach. To jest śmiertelnie niebezpieczna rzecz, dlatego musimy cię nauczyć się nią doskonale posługiwać. Mamy na to pół roku.

Pół roku? Dobrze, dobrze, nauczcie mnie, ale ja nie chcę walczyć…

Uderzenie w twarz. Tak mocne, że Amalia padła na podłogę.

To nie twój wybór – warknęła elfka. – Nie wiem, skąd masz Oko, ale ta chwila zdecydowała o twoim życiu. Ja jestem jeszcze miła, ale jak stracę cierpliwość, to nie ręczę za siebie. Ale jeśli będziesz się tak zachowywać, to może się okazać, że nie przetrwasz czwartego miesiąca. – Kucnęła, przyciągnęła twarz młodej ku sobie. – W ciągu trzech najbliższych miesięcy musisz opanować kodeks, wszystko, co dotyczy sieciarzy. Zrozumiałaś?

Mam się uczyć obsługiwać to coś, a nie wkuwać bzdury…

Kolejne uderzenie.

To nie jest twoja decyzja. Coś, ktoś ją podjął za ciebie. Tak czy inaczej, jeśli nie będziesz znać kodeksu, to godziny nie przetrwasz. A mamy wiele delikwentów, którzy nie posłuchali i skończyli na stryku. Chcesz do nich dołączyć, droga otwarta.

Chcę porozmawiać z Eduardem.

Eszter wybuchnęła śmiechem. Chwilę trwało nim się opanowała.

Wstała i podeszła do drzwi:

Powodzenia.

Ej! – Amalia zerwała się. – Ja nie będę…

Wejście się zamknęło. Poruszenie klamką nic nie zmieniło. Walenie także.

Otwórzcie! – krzyknęła. – Otwórz, do cholery!

Walnęła jeszcze ze dwa razy.

W końcu się uspokoiła.

I co teraz?

Rozejrzała się. Okno bez klamek. Podeszła do niego, popchnęła szybę, ale ta nie ruszyła się. Podrapała się po głowie. I co? Mam… mam się uczyć? Jak w więzieniu?

Przyjrzała się Oku. Czerwone, błyszczało, nieruchome, na środku dłoni.

Nagle opadła ją fala zmęczenia.

Usiadła.

W głowie pustka. Nieznaczny ból głowy męczył ją jeszcze. Zbliżało się popołudnie, a ona czuła się, jakby od poranka z Eduardem do teraz minęły całe lata.

Eduard… na pewno wiedział, jak to wygląda.

Przełknęła gorzką myśl.

Ale na pewno nie chciał krzywdy… Uśmiechnęła się, wspominając jego ratunek. Może naprawdę nie mam wyjścia? Cholera jasna, nienawidzę się uczyć!

Zajrzała do książki.

KODEKS SIECIARZY

KODEKS ZAWODOWY

stało napisane na pierwszych dwóch stronach. Ziewnęła. Poczuła niepokój, przeglądając pięćdziesiąt stron zapisanych drobnych druczkiem. No chyba ich porąbało? Mam się tego wszystkiego nauczyć?!

Jaaasne. Poza tym… ja wrócę. Wrócę do Nudnego Świata. Może… może jednak… mogą coś zrobić, bym nie miała tego czegoś w sobie? Może technika mnie uratuje?

Pomysł jej się spodobał.

To będzie tak. Jak… Eszter wejdzie, to powiem jej, ona to zrobi i potem Eduard mi pomoże wrócić do Nudnego Świata. Tak.

Coś w tych planach nie przekonywało jej.

Położyła się.

Eduard…

Czuła ciepło w sercu, gdy o nim myślała.

Szybko zasnęła.

* * *

Zapadł zmrok i zrobiło się ciemno.

Na pewno nie będę walczyć za kraj, którego nie znam. Muszę wrócić do siebie.

Włączyła lampkę. Na stoliku stał kubek z ciemną cieczą i dwie kanapki.

Powiedział, żebym zapomniała o powrocie… może zmieni zdanie? W końcu… Wzięła pieczywo i napoczęła. Myślę, że muszę go tylko przekonać. Tak. Na pewno. No bo… czemu miałby mi nie pomóc?

Wzięła kodeks:

Rozdział 1 – Przynależność

Art. 1.Sieciarz całkowicie i nieodwołalnie poświęca życie Cesarstwu Szandrii.

§ 1. Każde polecenie Dwuwładzy jest święte.

§ 2. Dwuwładza decyduje o jego życiu i śmierci.

Rzuciła tekst przed siebie:

Co za porąbane bzdety!

Wstała. Teraz zauważyła, że oprócz wyjściowych drzwi są jeszcze jedne, ukryte w ścianie. Otworzyła na oścież i jej oczom ukazała się łazienka, równie czerwona co pokój. Na pralce leżał niewielki stos ubrań. Przełknęła ślinę, zacisnęła pięści.

Gnoje, traktują mnie jak więźnia.

Wzięła szybki prysznic w wannie. Odprężyła się lekko, przypominając sobie dzisiejszy poranek i dotyk mężczyzny.

Ale przynajmniej więźnia o statusie VIPa.

Serce zabiło mocniej.

Czy… my rzeczywiście uprawialiśmy seks? Zrobiliśmy to? Uśmiechnęła się. Szkoda, że nie ma go przy mnie… może by coś poradził na to dziadostwo? Po co mam się uczyć tych bzdetów… skoro i tak wrócę do Gorzowa?

Poczuła smutek.

Krystian, mama, tata… oni wszyscy za mną tęsknią. Martwią się pewnie… tęsknię za wami… chcę wrócić, dajcie mi czas, wrócę, jakoś.

Powstrzymała napływające łzy. Wyszła spod prysznica i ubrała się w białą koszulę nocną. Wróciła do pokoju i padła na łóżko. Zasłoniła oczy ręką.

Gdyby tylko Eduard tu był… bez niego… czemu ciągle o nim myślę?

Wiedziała.

Wspominała jego uśmiech, postawę. Może nie zachowywał się wobec niej zbyt łagodnie, ale też nie nazwałaby tego surowością. Z pewnością miał do niej słabość. I nazwał ją piękną. Podoba mu się?

On jej się podobał.

Jak się z nim skontaktować?

Nie chcę tu tkwić! Nie chcę tkwić w tym porypanym świecie! Chcę do DOMU! DO DOMU!!!

Wszystko w niej krzyczało: chcę do siebie, do swego pokoju, chcę móc chodzić do lasu i śmiać się z Krystianem. Może…

I jedynie żal zostawiać Eduarda.

Ale to on ją teraz zostawił.

A może nie miał wyjścia?

Znalazła nieszczęsny kodeks, dwie kartki się pogięły. Przeleciała pobieżnie treść dwóch pierwszych stron, ale nie znalazła tego, czego szukała. Z każdym zdaniem w książce narastała w niej niechęć. Zatrzymała się przy dziesiątej.

Rozdział 5 – Zdrada

Art. 1 – Zdradę należy rozumieć jako

a) niewykorzystywanie Oka w celu ochrony Cesarstwa Szandrii oraz Dwuwładzy

b) nie wykonywanie rozkazów Dwuwładzy

c) nie wykonywanie rozkazów przełożonych

d) nieumiejętność stosowania Oka pomimo podjętego szkolenia

Art. 2 – Zdrada karalna jest:

§ 1. Karą śmierci

§ 2. Karą dożywocia

§ 3. Karą skórowania

§ 4. Inną, wyznaczoną przez Dwuwładzę lub osobę odpowiedzialną za wyrok, karą.

Urwała. Zamknęła oczy. Więc nie miał wyboru. Kara śmierci… tylko za to? Czy ja jestem w Korei Północnej?!

Przeszły jej ciarki po plecach. A… jeśli… nie wykonywanie rozkazów? Przełożonych?

Skończyli na stryku, chcesz do nich dołączyć, droga wolna, przypomniała sobie głos Eszter,

Czy naprawdę mogło jej się coś stać… tamci bandyci… bolały rzemienie, bolały uderzenia. Wszystko było takie realne. I mogła się dodzwonić do rodziców. Inny, ale prawdziwy świat. Czy jest możliwe, bym?… Kwiatki, które ugniatały jej ręce. Nawet, jeśli byłaby to w jakimś stopniu gra, nierzeczywistość, to była to śmiertelnie niebezpieczna gra. Zupełnie, jakbym była w Igrzyskach śmierci, na co się roześmiała.

Histerycznie.

Oni mogą ją zabić? Trzeba grać tak jak i oni?

Dlaczego ciepły, kojący dotyk Eduarda miałby być fikcją? Dlaczego pieczenie policzków miałoby być wirtualne? Nawet jakby się działo coś w rodzaju Avatara, i tak…

Jest śmiertelna.

Blada jak kreda, siedziała na łóżku i patrzyła przed siebie, niby w blat, ale jakoś nie łapała obrazu.

Przecież to jest śmieszne! Ha, ha…

– …

Ukryła głowę w ramionach.

Nieważne. Jestem tu teraz i…

Jeśli rzeczywiście… jest to tak groźne… Muszę jakoś wrócić. Muszę! Udawaj, że zgadzasz się na ich warunki… bo chyba awantury są zbyt groźne. Zbyt groźne… kurwa, w co ja zostałam wpakowana?

I dlaczego?

Świadomość, że znalazła się w nieprzyjaznym otoczeniu zaczęła ją przytłaczać. Nie wiedziała, do czego są zdolni. Czy…?

Zmarszczyła brwi.

Szandria… z każdą myślą o niej, że miałaby jej poświęcić życie, czuła się coraz bardziej zagubiona. Jakby weszła w coś ciemnego, skąd wyzierały niedobre uczucia. Każdy kawałek skórki, słowo, zdanie, odsłaniało nie tyle strach, co…

Wzdrygnęła się gwałtownie.

Ta jej cząstka, ukryta bardzo głęboko w sercu, bo do chwili obecnej nie zdawała sobie z niej sprawy, ta właśnie cząstka, coraz bardziej wyrazista, odstręczała ją. To co znajdowała, budziło chęć ucieczki. Dramatycznej, gwałtownej, pełnej strachu.

Przestań, zostaw to, nie wchodź to, skup się na celu!

Ni to siebie zganiła, ni to odrzuciła mroczny element.

Wzięła parę wdechów, po czym z drżącymi dłońmi podjęła lekturę kodeksu.

Rozdział 2 – Obowiązki

Art. 1 – Obowiązkiem sieciarza jest ochrona Cesarstwa Szandrii za cenę własnego życia.

Coś ciemnego poruszyło się w niej. Odrzuciła książkę na bok. Dotknęła serca. Biło jak szalone.

Co się dzieje? Czemu czuję taki… Obawiała się nazwać to coś. Było zbyt przerażające. Chcę się skupić na nauce, na celu, na dojściu do Nudnego Świata… czemu nie mogę?! Czemu mi to coś przeszkadza?! Czemu?!

Rozpacz ją ogarniała.

Nie poddawaj się, musisz, musisz jakoś sobie poradzić. Poradzisz sobie.

Wstręt.

Nienawidzę. Nienawidzę. Nienawidzęnienawidzę…

Zamknęła oczy.

Uspokój się!

Serce przestało łomotać. Jakby stwierdziło, że pora wrócić do swego normalnego rytmu. Oddech też się uspokajał.

Pierwsze, leniwe i jakby przytłumione promienie wlewały się przez okno.

Oparła łokcie na kolanach, dłońmi zasłoniła twarz.

Tak zastała ją Eszter, która trzymała tacę z czterema grzankami z serem i kawą. Położyła poczęstunek na stół, chwilę przyglądała się dziewczynie.

Usiadła przy niej, ale ta się odsunęła.

Co się stało? – spytała.

Nienawidzę was, chciała odpowiedzieć w pierwszym odruchu Amalia. Nie wiem za co, ale nienawidzę. Nie wiem, jak mogę teraz?!

Chcę wrócić do Nudnego Świata. – powiedziała cicho nastolatka. – Czemu nie mogę?

Chwila ciszy.

Naucz się tego – zaproponowała elfka – a potem się zobaczy.

Jak?! Jak mam się nauczyć?!

Opanuj tyle, ile jesteś w stanie w ciągu trzech miesięcy.

Mhm…

Eszter skierowała twarz dziewczyny ku sobie. Patrzyły na siebie. W fioletowych oczach błyszczały spokój i powaga. W zielonych zmieszanie przyprawione niepokojem.

Wszystko co ci utrudnia naukę musi zostać wyeliminowane – zaczęła spokojnym tonem – wszystko, rozumiesz? To ja mam prawo o tym wiedzieć i wspierać cię w pokonywaniu przeszkód. Nikt poza mną się o tym nie dowie.

Nie wierzę. – zerknęła na kodeks. – Nie umiem.

Jestem po to, by ci pomóc.

Dlaczego… dlaczego miałabym ci zaufać? – miała wrażenie, że serce bije ciut za głośno. Poza tym wstrzymywała płacz.

Bo to moja praca.

Wiesz – blada przełknęła głośno ślinę. – Ja… chcę wrócić… zrobię wiele, ale… proszę, czy mogłabym… porozmawiać z Eduardem? Może wtedy bym się mogła skupić!

Uchwyciła się tej myśli jak tonący brzytwy. Skoro Eduard wcześniej jej pomagał, dlaczego nie tym razem? Może nie potrzebuje uczyć się tych wszystkich bzdur, może faktycznie ma on możliwości, by… by jej pomóc?

Eduard? – mruknęła Eszter ponuro. – A co on może, czego ja nie?

Ja… ja mu ufam! Proszę!

Ufasz…

Tak! Wiem, że… przy nim czuję się bezpieczna…

Nie wiesz, co robisz, ale lepiej żyć dłużej, niż krócej. – wstała. – Przyjdzie. A teraz ucz się!

Wyszła.

Podniosła kodeks. Zdusiła chęć natychmiastowego podarcia książki. Rzuciła ją w przeciwległy kąt pokoju.

Zaczęła śniadanie. Z jakiegoś powodu grzanki stawały się kamieniami w gardle. Mimo to wepchnęła w siebie cały posiłek. Kawa lekko wystygła, wypiła duszkiem.

Położyła się.

Musiała zasnąć, bo dopiero szturchnięcie przywróciło ją do rzeczywistości.

Miała przed sobą znajomą twarz mężczyzny. W jego niebieskich oczach widziała promyki irytacji, ale i znużenia.

Eduard! – podniosła się gwałtownie i chwyciła go za koszulkę. – Tęskniłam!

Chyba nie wyobrażasz sobie, że jestem twoją niańką? – warknął i odrzucił jej ręce. – O co chodzi?

Rozbeczała się.

Objął ją. Przylgnęła. Zasmarkała mu mundur. W końcu łzy przestały płynąć. Spojrzała w oczy.

Proszę, pomóż mi – poprosiła cicho – tylko tobie ufam.

Podniósł brew w górę.

Proszę!

Czego chcesz? – burknął.

Chwilę zastanawiała się.

Chcę wrócić do Nudnego Świata! – powiedziała w końcu.

Zapomnij.

Ale… ja chcę normalnie żyć! Ja chcę być w Gorzowie! Czemu to niemożliwe?!

Jesteś tu z powodu – ugryzł się w język. Agostona. – Klątwy. Jak to rozwiążesz… być może znajdziesz sposób na powrót. Ale póki co, nie jest to możliwe.

Dlaczego?! Ta jakaśtam kapłanka powiedziała, że jest!

Gdybyś wróciła, to i tak pewnego dnia znów byś się tu znalazła. Najwyraźniej coś wyższego chce, byś się w końcu z tym rozprawiła.

A… ale Eduard, ja… – załamał jej się głos. Wyglądała, jakby coś z niej uleciało. – Jak… jak mogę to wszystko?

W czym problem? – zirytował się. – Bo jak na razie to tylko marnujemy czas.

Nienawidzę. Nienawidzę ich. NIENAWIDZĘ TEJ CAŁEJ PIEPRZONEJ SZANDRII I NIE WIEM, DLACZEGO! ALE NIENAWIDZĘ!!!

Posmutniał.

Przyglądał się jej postaci. W zielonych oczach dostrzegał to smutek, to zagubienie.

Oddychała ciężko.

Echo słów przeminęło.

Złociutka – szepnął. Dotknął jej policzka. – Nie rób tego sobie.

Ale ja nie chcę! To we mnie siedzi! Rozumiesz?! Nawet nie wiem, skąd!

Bo kiedyś tu już byłaś, w innym życiu – ledwo go usłyszała. – Dobrze, skoro już to się stało…

Urwał.

Ja chcę wrócić! – nie poddawała się. – Zrobię wszystko, ale tego… tego nie…

Czego nie?

Nauczyć się tego cholernego kodeksu, chociażbym bardzo chciała! Nie mogę, po prostu nie mogę! To mnie pali! Palą mnie żywcem! Ja ich nienawidzę! Nie chcę tego, nie chcę tego! Nie chcę czuć! A to… to robi… przeraża mnie! Przeraża!

Milczał.

Powiedz coś! – zażądała. – Pomóż! Cokolwiek!

Zatrzymał piąstki, które chciały w niego uderzyć. Przechylił nieznacznie głowę w bok.

Nie będę ci niczego obiecywać. – stwierdził chłodno. – Jeśli z tym nie jesteś sobie w stanie poradzić…

Nie jestem! – krzyknęła. – Nie jestem! Mam piętnaście lat i jestem z innego świata! Rozumiesz?! Chcę się stąd wydostać, skończyć z tym! Rozumiesz?!

Patrzyła na niego jak zbita, przestraszona sarna.

Na jego twarzy pojawiło się na chwilę zmieszanie. Myśli?, zastanawiała się z nadzieją. Może szuka, jak pomóc?

Musisz udowodnić, że nienawidzisz. Może nie Szandrii, ale przynajmniej tego kodeksu. – Odparł spokojnie.

Zaschło w jej gardle. Co on pieprzy?! Przecież… oni…

Masz wielkie szczęście w wielkim nieszczęściu – kontynuował. – Klątwa, którą dzielisz z Agostonem – wzdrygnęła się, widział, jak włosy stają jej dęba – pozwoli ci przeżyć. Mimo wszystko.

Zabrakło jej słów.

Nie martw się. – dodał. – Dopóki nie wykonałaś jego rozkazu, zrobi wszystko, byś przeżyła. Nawet, jeśli będzie to sprzeczne z kodeksem.

D… dlaczego? Dlaczego to takie ważne?

Pewnie dlatego, że cierpi. Ty też.

Ja?! Jaką mam klątwę?!

Wzruszył ramionami:

A gdyby to ktokolwiek wiedział. Ale przez nią na teraz NIE MOŻESZ wrócić do siebie. ROZUMIESZ?

Pokręciła głową.

Eduard był przy niej, ale… nie zmieniało to sytuacji. Bezbronność, jak ciemna posoka z rany w sercu, wylewała się na całe jej jestestwo.

Tęsknię za nimi – przyznała. – Gdybym tylko…

Podał jej komórkę:

Masz piętnaście minut.

Zniknął.

Zawahała się.

W końcu wystukała numer.

Mamo… – odezwała się do elektronicznej sekretarki. – U mnie wszystko dobrze…

Przerwała połączenie. Może Krystian?

Cześć – odparł – słuchaj, wszystko w porządku?

Tak… – dosłyszał smutek. Dodała szybko: – Tęsknię za wami.

Mówią, że dopóki nie wypełnisz misji, dopóty będziesz tam tkwić.

Kto? – zdziwiła się.

Jakieś tajniaki od tego typu spraw. Przyszli do nas i wyjaśnili co nieco. Ale… nie powiedzieli, byśmy się nie martwili. Powiedzieli, że przy odrobinie szczęścia przetrwasz.

Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Przy odrobinie szczęścia przetrwasz, klątwa pozwoli ci przeżyć.

Może coś źle zrozumiałeś? – spróbowała zbagatelizować.

Czuła ból w sercu.

Nie, na pewno tak powiedzieli – upierał się. – Bo zaznaczali ciągle, że ten cały Kram może być groźny.

Nie bój się. Nic mi nie jest, mam się dobrze, także myślę, że dam radę. Postaram się jak najszybciej do was wrócić.

Jestem pewien, że sobie poradzisz ze swoim charakterkiem – uśmiechnął się. – Ale teraz muszę kończyć.

Rozłączyli się.

Wbiła wzrok w podłogę.

Jaka klątwa? Czego dotyczy?

Eduard zastał ją lekko skuloną. Bezceremonialnie wyrwał z ręki telefon. Nie zareagowała.

Jeśli mi ufasz – odezwał się – to masz godzinę na ogarnięcie się.

Co? – zdziwiła się. Dopiero teraz zerknęła na niego.

Za godzinę dasz pokaz nienawiści. Przede mną i Dwuwładzą, Eszter. – zobaczył, że się wystraszyła. – Obiecuję, że to zapewni ci przetrwanie.

Podał jej kodeks. Odrzuciła natychmiast, jakby się sparzyła.

Oni muszą to widzieć – rzekł. – A jeśli tego nie zrobisz, zginiesz na pewno.

Przytulił ją.

A potem go nie było.

Weszła do łazienki. Zaczęła przygotowywać odprężającą kąpiel. Czuła napięcie w całym ciele.

Mogę to zrobić, mogę…

Sama myśl o wejściu w ciemność ją przerażała.

Nie chcę w to wchodzić, chcę, by to, TO BYŁO JAK NAJDALEJ… JAK NAJDALEJ…

Trzasnęła pięścią w ścianę wanny. Zabolało, ale pomogło skupić się na relaksie.

* * *

Na szarym korytarzu stała dwójka ludzi. Przez okrągłe okna wlatywało otumanione światło słońca. Zza nich rozpościerał się las, nad którym ciążyło szare i ciężkie niebo.

Ja tam nie wejdę! – krzyknęła rozpaczliwie dziewczyna w siwej koszulce i dżinsach. Źrenice rozszerzone, włosy zjeżone, a ona szarpała się z partnerem. – Nie wejdę! Nie! Nie!

Przyciągnął ją do siebie, objął rękoma.

Uspokój się, złociutka – szepnął. – Będą cię tylko oglądać. Nic ci nie zrobią.

Nie czuła łez na policzku.

Jęknęła. Lekko się zgięła, twarz wykrzywiła się z bólu. Chwyciła prawą dłonią, objętą w metalową siatkę, serce łomotało.

Nie, nie, nie. – odparła. – Nie…

Musisz tylko im pokazać, kim naprawdę jesteś. Tu – dotknął jej serca – masz w sobie ogromne pokłady nienawiści. Nie bój się. Nie ma potrzeby. Nic ci nie zrobią. To nienawiść musisz im pokazać. To to chcą zobaczyć. Jestem przy tobie, nic się nie stanie…

Mówił kojąco, zmierzwił jej czarne włosy. Pocałował w policzek.

On ma rację. Nie bój się, nie bój… skoro to w tobie siedzi, to… się nie bój… potrafisz… potrafisz…

Oddychała ciężko.

Skup się na oddechu. Skup się na oddechu. I nie wchodź w strach, tylko w to drugie. Potrafisz, wierzę w to.

Może rzeczywiście potrafiła. Gdy dotykała kodeksu… nie było w tym paniki, niepokoju, obaw. Była złość. Było coś, co chciało zniszczyć wszystko, czym była Szandria.

Nienawidzę – szepnęła.

Tak, nienawidzisz, a nie boisz się. Chcesz ich wszystkich zabić, a nie ukrywać się. Chcesz zemsty.

Za co?… Dlaczego… – urwała, nie chcąc doprowadzić się do płaczu.

Potem, potem. Teraz skup się na celu.

Mimowolnie weszła w czerń, którą czuła na duszy. Serce się zatrzymało. Otoczyły ją emocje, silne, destrukcyjne, chciała stamtąd zniknąć jak najszybciej. Nienawiść, szukaj nienawiści, przypominała sobie. W końcu opadła na gniewie, opadła na zniszczeniu.

Drzwi się otworzyły. Dwóch strażników podeszło do pary.

Za to, co mi robią… przyszło do niej. Za to, co mi zrobili…

Nie zdążyła się zastanowić, co jej zrobili. Zmusili do walki za kraj, którego nie znała, nie znosiła? Nie chcieli wypuścić do Gorzowa? Zamknęli w celi? I…

Sala była mała. Przed nią stało pięć krzeseł. Na ostatnim siadał Eduard. Oprócz niego wyczuła Agostona. Nogi ugięły się z lekka. Zacisnęła pięści. Nienawiść, nienawiść… Na jednym z krzeseł siedziała rudowłosa kobieta w błękitno-czarnej sukience. Miała zielone oczy. Likame, przyszło jej do głowy, ale potrząsnęła głową. Poza tym ujrzała Eszter i niską, przy kości, kobietę w żółtej sukni. Długie, kasztanowe włosy splecione w warkocz leżały na ramieniu. Brązowe oczy wyrażały ciekawość.

Z cesarzowej biła duma.

Cesarzowa, uświadomiła sobie. Nie musiała udawać. Złość buchnęła w niej tak gwałtownie, że się cofnęła, niemal przylegając do ściany.

Chcę zabić.

Kobieta w błękitno-czarnym stroju wstała i podeszła do nastolatki:

Jesteś w stanie zdjąć klątwę z Agostona Wielkiego?

Jakby ktoś przeciął skórę na plecach Amalii.

Jestem? – zasyczała. – Jestem w stanie mu to zrobić?! Jestem w stanie… – Zacisnęła pięści. Mu wybaczyć? Jak i za co…

Momentalnie jakby znalazła się w innym miejscu. Obraz pojawił się w niej, zobaczyła piękną kobietę. Niską, ale wydawało się, że wszystko w niej lśniło, od tęczowych włosów, po złote oczy i skórę. Ale ten blask wypełniał się krwią.

Ja.

Widok zniknął, ponownie znalazła się w komnacie.

Jak?! – krzyknęła. – Jak jestem w stanie go ułaskawić?! JAK?!

Ty powinnaś to wiedzieć, nie my…

Nie pytam o to! Nie wiem, co… – czy naprawdę nie wiedziała? ZABIŁ JĄ, gdzieś, kiedyś, w okrutny sposób. Dawno temu poharatał duszę. – Ale powiem jedno! NIGDY, NIGDY NIE WYBACZĘ TEMU SKURWYSYNOWI! NIE WIEM, CO ZROBIŁ, ALE WIEM, ŻE NA TO NIE ZASŁUGUJE! NIGDY! I… – łapała oddech. Ktoś podrzucił kodeks sieciarzy. Odruchowo go pochwyciła, a potem rozdarła na strzępy. Jednym, zamaszystym ruchem. – I MAM NADZIEJĘ, ŻE SZANDRIA ZNAJDZIE SIĘ W TAKICH SAMYCH STRZĘPACH, JAK TO!

Wielkie dzięki – burknął cicho do ucha Eduardowi Agoston. – Cesarzowa na pewno jest tym zachwycona.

NIENAWIDZĘ!!! NIENAWIDZĘ WAS!!! – coś spadło. Łomot podsumował złość dziewczyny.

Agoston wstał. Miał na sobie ciemne szaty, zupełnie nie pasujące do złotych, na jeża przystrzyżonych, włosów. Podszedł do dziewczyny i zamachnął się.

Chciał ją uderzyć, ale ona złapała jego rękę, wykręciła i sprowadziła agresora do parteru. Przyklęknęła na jego plecach.

Dwóch strażników odciągnęło ją od niego, chciała bić, szarpała się, wrzeszczała, musieli ją wywlec z sali.

* * *

Drewniana chata z jednym pomieszczeniem. Z dziurą w suficie. Przed nią jego twarz. Policzki piekły, łzy skapywały. Ból w mięśniach ramion, wżynające się łańcuchy w nadgarstki. Nie wiedziała, czy serce krwawi naprawdę, czy tylko jej się tak zdaje. Wszystko ją męczyło.

Szary korytarz, a w nim dwóch strażników ciągnących nagiego mężczyznę w kajdanach. W zielonych oczach cierpienie.

Błagam, pani, błagam… – mówił.

Światło wróciło.

Z łomoczącym sercem leżała w białym, nieumeblowanym pomieszczeniu. Wytrzeszczonymi oczyma gapiła się w górę. Odruchowo chwyciła się za bolące miejsce.

Sen?

Film się urwał gdy ją wyprowadzano z sali.

Na twarzy pojawił się grymas złości. A może nienawiści?

Zabili mnie. Zabili mi duszę.

Usiadła. Zacisnęła pięści. Znudzona Cesarzowa emanowała dumą. I czymś… czy to było zło? Pokręciła głową. Agoston… zrobił coś bardzo, bardzo złego. Chciałabym, by cierpiał. Wieki.

Nie pamiętała, co się działo. Była za to pewna, że nikt z monarchów Cesarstwa Szandrii nie zasługuje na jej łaskę. Na jakąkolwiek łaskę.

Zabiję. Zabiję ich wszystkich, zniosę to ścierwo.

Urwała.

Zdała sobie sprawę, co siedzi w jej głowie.

To ja? Ja?! Ja chcę wrócić! Wrócić!

Poderwała się, ale natychmiast usiadła.

Wrócić… ale do czego? Do szkoły? Do wkuwania bezsensownych liczb, do wysłuchiwania wiecznych pretensji rodziców o oceny, do narzekania na prawicowych polityków? Do czego ja mam wrócić? Do rodziców…

Nie miała najmniejszej ochoty.

Bo kiedyś tu już byłaś, w innym życiu, przypomniała sobie. Tęczowa postać, którą zobaczyła… ona… jej dusza.

Rozpłakała się.

Zabili mi duszę, myślała, zakrywając twarz. Zabili mi duszę.

Zwinęła się w kłębek.

* * *

Zabili mi duszę – powiedziała, gdy wszedł do pomieszczenia.

Zatrzymał się w progu. Przyglądał się skulonej postaci. Wyglądała jakby chciała się ukryć. W jej zielonych oczach błyszczał smutek.

Zamknął cicho drzwi.

Podszedł do niej, kucnął.

Twojego ciała nie zabiją – stwierdził w końcu. – Cesarzowa nie była przekonana, że rzeczywiście nie umiesz się tego kodeksu nauczyć.

Podniosła się na ręce.

Mogę się go nauczyć – szepnęła – jeśli tylko pozwoli mi to ich zabić.

Nie wykonał żadnego gestu.

Mam prawo ich zniszczyć. – podsumowała.

Podrapał się po czole. Wyjął papierosa i zapalił.

Chcesz mi powiedzieć, że po awanturach o powrót do domu nagle ci się odechciało? – Zaśmiał się lekko.

Chcę powiedzieć, że ich nienawidzę. I zniszczę ich.

Idź spać, nie jesteś sobą. – dmuchnął dymem w twarz.

Przytul mnie. – poprosiła smutno. – Proszę.

Zgasił peta i wziął ją w ramiona.

Jeszcze nic nie wiem. – jej głos był słaby. – Nic nie wiem o was… ale czuję, że tu… jest mi dobrze. Czuję, że to coś, co we mnie zabili, ma prawo zemsty. Oni… oni nie mogą dalej robić tych wszystkich złych rzeczy, rozumiesz?

A co cię to obchodzi? – zdziwił się. – Ty masz jedynie uwolnić Ag…

Nigdy tego nie zrobię! – w jej tonie było tyle jadu, że zaparło mu dech w piersiach. Zabrakło mu słów. Odchrząknął, ale dalej nie potrafił odpowiedzieć.

Nigdy. – dodała łagodniej. – Ale teraz już rozumiem ten strach, nienawiść… oni zrobili mi coś bardzo, bardzo złego. Tylko muszę… muszę to sobie przypomnieć. – zamknęła oczy, jakby to, co ją czekało, było piekłem. – Ale… czuję, że dopóki oni istnieją… są… że robią innym takie rzeczy. Ja nie chcę tego! Rozumiesz?!

Milczał. Nie zobaczyła w jego oczach ani krzty zrozumienia.

A przede wszystkim – kontynuowała – chcę, by Agoston cierpiał. Czuję, że to właściwe.

Wzmocnił uścisk.

Co się ze mną stanie? – w pytaniu Amalii usłyszał lęk.

Nie wiem. Ale twojemu życiu na razie nic nie grozi.

Drzwi się otworzyły. Do pomieszczenia wkroczyła rudowłosa kobieta o zielonych oczach i w błękitno-czarnej sukience.

Dobry wieczór. – rzekła. – Zostaw nas same.

Wstał, ale ona kurczowo trzymała jego dłoń.

Nie zostawiaj mnie… – poprosiła.

Zostaw – powtórzyła twardo kapłanka. – Natychmiast!

On nigdzie nie pójdzie… – wstała, przylgnęła do niego. – On… ma prawo być ze mną. I tak się dowie.

Muszę iść. – powiedział spokojnie. Pocałował ją w usta. – Wrócę.

Wyszedł.

Anikó zatrzasnęła drzwi. Podeszła do dziewczyny.

Nadal pochodzisz z Nudnego Świata, więc nie sądzę, byś wiedziała, jak wykorzeniać klątwy. Ale podam ci instrukcję, a ty…

Nie.

Ty zniesiesz klątwę Agostona. Po prostu.

Nigdy tego nie zrobię – rzekła ostro. – nawet jak będę wiedzieć wszystko, to nigdy tego nie zrobię! Nigdy!

Nie masz wyboru.

Bo co? Bo kto tak powiedział?! Ta dziwka?!

Nawet nie zobaczyła ciosu. Pchnął ją na podłogę. Policzek upiornie piekł, chwyciła się za niego. Wypluła krew, z warg popłynęła strużka.

Za obrazę majestatu grozi śmierć. Podobnie, jak za niestosowanie się do rozkazów cesarzowej. Ale w twoim przypadku będą to raczej tortury.

Nawet… – urwała. Piekielny ogień? Co to do cholery jest? Zmarszczyła brwi. Czuła, że już się z nim kiedyś zetknęła. – Nawet, gdybym była w piekielnych ogniach, to nie zrobiłabym tego!

Nie wiesz, co mówisz.

Wiem! Wiem doskonale!

STRAŻ!

Chwycili nastolatkę, wywlekli na korytarz. Szarpała się lekko, raczej na pokaz. Zeszli na dół.

Wtedy spotkali Agostona.

Chciała wrzasnąć mu prosto w twarz: ZABIJĘ, ZABIJĘ!, ale ugryzła się w język.

Cesarzowa – zaczął – życzy sobie zaprowadzić ją do kata.

Zbladła. Zawahała się. Serce załomotało. Nim straż ją podciągnęła na drugą stronę, zobaczyła szyderczy uśmiech.

Agoston wykrzywił twarz w uśmiechu. Doskonale wiedział, że Amalia go widzi. I nienawidzi.

A potem pokazał plecy.

Zaciągnięto ją do niedużej sali z obdrapanymi ścianami. Pośrodku stał taboret. Posadzono ją na nim. Kostki przykuto do nóg krzesła. Jeden z żołnierzy wyciągnął spod ściany metalowy stolik. Łańcuchami przymocowano do niego prawą rękę Amalii.

Szybkie, urywane oddechy.

Twojemu życiu nic nie grozi, przypominała sobie słowa Eduarda.

Na szyję założono obrożę, wykręcono lewą rękę i podczepiono do niej.

Wystarczy. – rozległ się głos Eszter. Różowowłosa elfka wyłoniła się zza drzwi. Strażnicy odeszli w bok.

Co?… – wydusiła Amalia.

Kat nie odpowiedział. Wyjął spod brązowego pasa nóż.

Jesteś pewna, że nie chcesz pomóc Agostonowi?

Nie… nie zrobię tego!

Wrzask.

Ostrze noża wbito w sam środek Oka. Palce i blat spurpurowiały od krwi, która zaczęła ściekać ze stołu, bębniąc w podłogę. Ofiara wykrzywiła plecy z bólu.

Cały czas będzie ta sama śpiewka… – Niby ze znudzeniem stwierdziła elfka. Wyjęła nóż z dłoni. – Cieszysz się?

Wbiła nóż w brzeg Oka.

Trala lala – zaśpiewała Eszter. – Wycinamy piękne oczko.

* * *

Kobieta o krótkich, różowych włosach mówiła:

Jestem tu po to, by ci pomóc. To moja praca.

Uśmiechała się przyjaźnie.

Pomóc, zaufaj mi.

A potem wyciągnęła nóż zza paska białej sukni. Wbiła go w duszę.

Amalia krzyknęła.

Zobaczyła biel.

Nie miała sił się ruszyć. Nie miała dokąd się ruszyć. Z oczu wypłynęły łzy.

Leżała w izolatce.

Miała poczucie, że stało się coś bardzo złego. Uniosła prawą dłoń nad twarz. Co oni mi zrobili?

Zamiast wierzchu dłoni widziała dziurę. Co te skurwysyny?! Poruszyła palcami. To znaczy – chciała to zrobić, ale nie zrobiła. Nie czuła ich. Co mi zrobili?!

Zawyła.

Nie. Nie pozwolę. Nie pozwolę, żeby… żeby to się tak skończyło jak wtedy. Nie… nie wolno mi… oni chcą, bym się użalała… nie zrobię tego! Nie!

Szybki, nieco ciężki oddech uspokajał się.

Wzięła parę głębszych wdechów.

Leżała, patrząc bezmyślnie w górę.

Jakaś cząstka chciała uciec, ukryć się. To ta mała, wystraszona Amalia pragnęła do Gorzowa. Twierdziła, że tam będzie lepiej. Horror przeminie, a jedynym problemem będzie wkuwanie sinusów i cosinusów.

Wybuchnęła śmiechem.

Cosinusy, kurwa! O jej życiu miały decydować kartkówki z liczb i dat, których w ogóle nie rozumiała! I której to wiedzy obecnie nie potrzebowała!

To jest jeszcze gorsze, podsumowała gorzko.

Zasłoniła oczy ręką.

Musiała zasnąć, bo oprzytomniała przy szarpaniu.

Dwóch żołnierzy podnosiło ją w górę i ciągnęło przez korytarz, aż do znajomej sali tortur.

Co będą wycinać?, przyszło jej do głowy.

Tamten ból dopadł ją nagle i nieoczekiwanie, aż się skrzywiła na krześle.

Dzień dobry – powiedziała Eszter. – Domyślam się, że jeśli chodzi o Agostona, to nic nie wskórałam.

Spierdalaj. – warknęła.

Zobaczymy.

Prawą rękę przytroczono do obroży. Lewą do stolika. Żołnierz doniósł tacę ze szmatką i kielichem buchającym ogniem.

Nie straszny ci ogień… – mruknęła różowowłosa. Włożyła materiał do płomienia, skrzywiła się lekko z bólu, gdy ogień objął całość szmatki. Czerwonofioletowe ogniki tańczące po materiale nie robiły mu najwyraźniej żadnej szkody.

Kat wolną ręką chwycił nos dziewczyny i zatykając go odchylił jej głowę do tyłu. Otworzyła usta. Przystawił puchar do ust i zmusił Amalię do wzięcia sporego haustu zawartości. Odruchowo przełknęła pierwszy łyk. Przeszyta bólem, zaczęła się szarpać. Nie mogła wypluć ognia. Czuła, jakby coś wypalało we wnętrznościach dziurę. Albo wydzierało kawałek po kawałku, szarpało skórę, a następnie sparzało. Drugiego łyku już nie wzięła, udało jej się nie połykać płynnego ognia, ale to niewiele zmieniło – rozlał się po policzkach, wargach, szyi i dekolcie. Część chlapnęła na rękę przykutą do stołu. Kat puścił głowę dziewczyny. Zgięła się na ile pozwalały więzy. Miała wrażenie że nie ma już skóry na twarzy, że została spalona, wyżarta piekielnym ogniem i ma same mięśnie i kości. Stawała się bólem. Zamglonym wzrokiem patrzyła na dłoń po której pełgały ogniki. Oczy, przekazywały informację, że skóra na dłoni wygląda zupełnie normalnie. Wcale nie schodzi płatami odsłaniając kości i ścięgna. Dłoń nie topi się jak polana kwasem, co podpowiadał zamroczony umysł.

Ostatnią cząstką przytomności zauważyła nad uwięzioną dłonią kulkę z siatki.

* * *

Dawno, dawno temu, była niskiego wzrostu. Dawno, dawno temu w białej sukience z haftowanymi wzorami biegała boso po mocno dojrzałej trawie. Dawno, dawno temu długie do kolan włosy w tęczowych barwach splatała w warkocz. Dawno, dawno temu w złotych oczach była radość.

Dawno, dawno temu.

Dziś skulona, z dziurami w obu dłoniach, leżała w białym pomieszczeniu. Czarne włosy do ramion były zlepione potem i brudem, skołtunione. W zielonych oczach zagnieździł się smutek. Na policzkach wysychały łzy. Zmarszczyła brwi. Usiadła. Nieporadnym ruchem lewej ręki wzięła kosmyk. Był długi, gdyby wstała, pewnie zwisałby do kolan. Nie miał w sobie ani grama czerni. Błyszczał kolorami tęczy.

Odzyskałam duszę.

Opadła na plecy.

Otworzyło się wejście. W progu stanął Eduard. Patrzył chwilę na nastolatkę, jakby niezdecydowany. Wydawało się, że nie zwróciła uwagi na gościa. W końcu trzasnął drzwiami, zbliżył się do niej. Kucnął, przystawił twarz nad jej:

Co ty robisz? – w jego głosie brzmiała wściekłość.

Jestem zmęczona. – rzekła. – Chcę odpocząć.

Nie odpowiedział.

Wiesz – zaczęła – jestem bardzo zmęczona.

Przylgnęła do męskiego torsu. Objął ją.

Myliłem się. – przyznał. – Nie wiem, jak to naprawić.

Ale co?… – uśmiechnęła się smutno. – Nie martw się. Wiem, że to bardzo źli ludzie.

Nie spoczną, dopóki nie wykonasz ich rozkazów.

Zginę?

Westchnął ciężko.

Nie wiem. Ale cesarzowa nie ma nic przeciw temu i kłóci się z Agostonem.

Dwuwładza… to oni, tak?

Tak. Nie lubią tego układu, ale nie mają wyboru.

Roześmiała się.

Niech cierpią. – rzuciła. – Długo.

Prędzej się to stanie jak stąd wyjdziesz. – wziął w dłoń kolorowy pukiel włosów. – Kiedy byłaś u fryzjera?

Odzyskałam duszę.

Amalio…

Nie mówmy o tym, nie teraz. Proszę. – przylgnęła do niego bardziej. – Muszę odpocząć.

Milczeli.

Chciałbym… – zaczął niepewnie. – Uwolnij go.

Nie odpowiedziała.

Będą robić ci straszne rzeczy. – kontynuował. Spojrzała w jego niebieskie oczy. Zahipnotyzowały ją. Pozwoliła mu mówić. – Nie wiemy, co się z nim po tym stanie… ale… jeśli chcesz zemsty, to poza celą będzie ci łatwiej. Na pewno nie dokonasz zemsty będąc w takim stanie jak teraz…

Wiem. – szepnęła. Wtuliła twarz w jego ramię. – Ale tak bardzo go nienawidzę…

Myślisz, że sprawiasz mu smutek? Jest sadystą, kocha patrzeć na cierpienia. Mimo wszystko.

Pomóż mi… – poprosiła. – Pomóż.

Nic nie usłyszała.

Podał jej szklankę wody. Wypiła jednym haustem, pozbywając się drapania w gardle.

Zjadła pączka.

W progu stanął Agoston. Ziewnął.

Eduardzie – zaczął, zbliżając się do pary – czy mógłbyś łaskawie wyjść?

Nie mógłbym, wasza wysokość. – mocniej przytulił dziewczynę.

Kurwa – żachnął się blondyn. – Musisz mi o tym przypominać?

Brunet parsknął śmiechem. I wstał. Amalia bez protestu pozwoliła uwolnić się z jego kojącego dotyku.

Ale jeśli cokolwiek jej się stanie, to nie ręczę za siebie. – syknął.

Mów mi jeszcze.

Eduard zniknął.

Agoston chwycił podbródek nastolatki tak, że musiała spojrzeć w jego oczy.

Nie wiem, czy pamiętasz, ale gówno mnie to obchodzi. Jeżeli jutro nie usuniesz ze mnie klątwy, znów ci to zrobię.

Zadrżała.

Odepchnęła go, wyzwoliła się. Odsunęła się. W jej oczach ujrzał złość. I coś jeszcze.

Jak śmiesz! – krzyknęła.

Ja? – zdziwił się. – Jak ty śmiesz się mnie sprzeciwiać. Ciągle to samo – westchnął. – Jeśli jutro tego nie zrobisz, to nie będę mieć żadnych skrupułów… Przywiążę cię do pala, unieruchomię głowę, będziesz naga i wystawiona na spojrzenia całego królestwa. I będziesz patrzeć, jak Eduard wije się z bólu. I będzie się tak długo wił, jak długo mi będziesz odmawiać.

Chce mi zabrać Eduarda? Chce?! O nie… nie…

NIE! – krzyknęła.

Zostawił ją samą.

Nie możesz mi tego zrobić, wołało w niej wszystko. Nie zrobisz! Nigdy… ach… tak, zrobię z twojego życia piekło.

Uśmiechnęła się złośliwie.

* * *

Wrzasnęła. Usiadła gwałtownie, chwytając się za zbolałe serce.

Skurwysyn…

Oddech się uspokajał. Zapominając o ranach, walnęła pięścią w podłogę. Skrzywiła się z bólu.

Skurwysyn.

Chciała wymazać sprzed oczu widok unieruchomionego Eduarda w pozycji stojącej. Chciała pozbyć się widoku wykrawania kawałek po kawałku jego ciała.

Dwóch strażników wyprowadziło ją na szary korytarz. Przy najbliższych, srebrnych i ciężkich drzwiach stali Agoston i Anikó.

To jak będzie? – zapytał.

Chciała mu odpowiedzieć: spierdalaj. Ale wciąż przed oczami miała zakrwawionego Eduarda. Z bardzo obolałym wyrazem twarzy.

Niech ci będzie – warknęła. A potem twoje życie uczynię piekłem.

Wywlekli ją na zewnątrz. Stała na schodach prowadzących w gęstwinę krzaków i drzew. Za szarymi chmurami kryło się słońce.

Wkrótce znaleźli się w lesie. Kroczyli powoli. Ścieżka wiła się, lecz nagle się urywała. Mimo to wędrowali naprzód. Zerwał się silniejszy wiatr. Nagle zatrzymała się przy sośnie. Serce przyśpieszyło.

Idziemy – burknął blondyn. Dźgnęli ją w plecy, ale nie ruszyła się.

Nie… – szepnęła.

Chwycił ją za włosy, szarpnął. W jego zielonych, mętnych oczach zobaczyła złość.

Zrobisz to, albo twój Eduardzik będzie opiekany.

Splunęła mu w twarz.

Trzasnął ją w policzek.

Padła na ziemię.

Rozumiem, że zmieniłaś zdanie?

Dlaczego mi to robisz?! – krzyknęła. – Dlaczego?!

Podnieśli ją i skuli kajdankami. Ruszyli w głąb lasu, między wysokie, ciemnożółte krzaki.

Po kilkunastu minutach marszu zaniknęły. Drzewa przerzedzały się.

Stanęli przed łąką. Zielona trawa delikatnie kołysała się na wietrze. W pewnym momencie ustępowała kwiatom we wszystkich możliwych barwach. Tworzyły duży okrąg, w którym falowała kratka z różowych goździków i fiołków.

Podeszli do granicy barw.

Jej nogi zamieniły się w watę, w gardle utkwiła gula.

Nie mogę – jęknęła.

Było tak, jakby ból z ziemi przenosił się na jej ciało. Przez opuszki palców stóp po włosy. Nieprzyjemne, parzące uczucie.

Wepchnęli ją w kwiaty, ustawili w pozycji klęczącej.

Nie mogę, nie potrafię.

Co mam zrobić? – zapytała niepewnie.

Powinnaś – zaczęła Anikó – powiedzieć w bardzo ładny sposób, że wybaczasz mu wszystko i cofasz klątwę. Na zawsze.

I to wszystko?, zapytała Amalia. Zbierało jej się na śmiech. Serio?

Miała tylko powiedzieć. Nie zrobić naprawdę. Próbowała zacisnąć pięści, ale poranione dłonie skutecznie jej w tym przeszkodziły. Spojrzała na Eduarda. Ten obojętnie przyglądał się jej. I co, jeśli mi się nie uda, to co? Przecież spełnię wasze cholerne rozkazy!

Przełknęła głośno ślinę.

Ja… – zaczęła. – A powinnam użyć tylko imienia czy pełnego tytułu? – Zaciekawiła się nagle.

Agoston Wielki – warknął.

Agostonie Wielki – w tonie brzmiała determinacja, ale i coś… jakiś nieuchwytny zalążek bólu. – Pomimo tego, co mi zrobiłeś, pomimo tego wszystkiego, co zrobiłeś innym…

Nie mogę.

Wycofuję twoją klątwę… – kontynuowała jednak, przypominając sobie nieznośny widok katowanego Eduarda.

Nienawidzę.

Oddychała ciężko, a serce biło tak szybko, niby gotowe uciec.

Uwalniam cię od jej wszelkich ciężarów i – spauzowała – wybaczam ci wszystko.

Skrzywiła lekko twarz, serce zakłuło.

Jesteś wolny – dodała, ale czuła, że wypluwała kamienie.

Nic się nie stało.

Blondyn, jak stał, tak stał. Rudowłosa kobieta podrapała się za uchem.

Szumiała łąka, ptaki z dalekich drzew świergotały.

Jeśli powiedziałaś to szczerze – podjęła w końcu kapłanka – myślę, że się powiodło.

Zrobiłam to, co mi kazaliście – odparowała nastolatka. – Zrobiłam wszystko, co umiałam!

Spokojnie, jutro już wszystko będzie wiadome. Bądźmy optymistami, słowa dopiero nabierają mocy.

Nikt nie odpowiedział.

* * *

W białej celi czuła się bezpiecznie. Z jakiegoś dziwnego powodu miała wrażenie, że tu nigdy jej nie skrzywdzą.

Usiadła w kącie, z głową opartą na kolanach.

Czy Eduard mnie odwiedzi? Robił to, więc…

Zamknęła oczy. Wyobraziła sobie jego uścisk. Kojący głos.

Tęsknię.

Ciarki przeszły po plecach.

A jeśli stwierdzą… stwierdzą, że ich oszukałam? Że jedynie przez… Wiedziała o co chodzi, ale myśli o tym ją przerażały. Dlaczego ktoś miałby przez nią cierpieć? Jaki w tym sens? Niech ona cierpi! Oni nie mogą go skrzywdzić, prawda? Nie skrzywdzą…

Nerwowo wywijała palcami, które ledwo co czuła, esy-floresy po podłodze. Nie zrobią mi tego, nie zabiorą mi go znowu, o nie, nie!

Wątpliwości jednak nie chciały jej opuścić.

Nadal nienawidziła Agostona.

Nadal nienawidziła Cesarstwa Szandrii.

A Agoston w dalszym ciągu dzielił władzę z cesarzową.

Myśli, że po tym zestarzeje się? Jak to można ocenić…? Zniknie, umrze?

Głupek. Skurwysyn. Powinien… sczeznąć w piekielnych ogniach.

Trzasnęła kilka razy dłonią w podłogę.

Cierp! Cierp chuju na wieki!

Nastąpiła fala wyzwisk.

Skończyła, gdy w gardle jej zaschło.

Zwinęła się w kłębek.

Eduardzie, Eduardzie, żeby nic ci nie zrobili.

* * *

Stał nad nią z papierosem w ręku. Obserwował, jak otwiera oczy. Zielone oczy, w których kłębiło się coś… smutnego?, zastanowił się.

Eduard! – zerwała się na nogi i przytuliła go. – Nic ci nie zrobili!

Co mieliby? – zdziwił się i zaciągnął się po raz kolejny.

Oni… chcieli cię torturować. Przepraszam, ale chcieli…

Rzucił peta na podłogę.

Przytulił ją.

Nic mi nie zrobią – stwierdził spokojnie. – Nawet jeśli by mieli jakiś bardzo dobry powód.

Na pewno? – chciała wiedzieć.

Na pewno, złociutka.

To dobrze…

Pocałował w usta.

Uśmiechnęła się.

Kochasz mnie? – zapytała tęsknie.

Wzruszył ramionami:

Może.

Pogłaskała jego czarne, lśniące włosy. Miał je splecione w warkocz.

Kto ci robi te fryzury? – spytała czule.

Różnie – mruknął. – Ale mam pytanie. Ważne.

Patrzyła uważnie.

Chciałabyś wrócić do Nudnego Świata?

Pokręciła głową.

Co? – zdziwiła się.

Czy chcesz do Gorzowa? – zapalił papierosa.

Nagle ten inny świat, jej rodzice, Krystian, wydali się mało ważni. Odlegli. Nierealni.

Dlaczego miałabym? Dlaczego nagle jest to możliwe?!

Wydali na ciebie wyrok śmierci.

Jakby obuchem w głowę dostała. Cofnęła się.

Co?

Z kieszeni wyjął kartkę papieru.

Przeczytała:

W IMIENIU CESARSTWA SZANDRII

NA ŚMIERĆ SKAZUJĘ AMALIĘ POKORĘ

ZA OBRAZĘ CESARSKIEGO MAJESTATU.

Dalej wyliczano paragrafy, które złamała.

Podpisała się cesarzowa, podpisała się Eszter, podpisał się Agoston.

Agoston strasznie się z nimi kłócił – stwierdził i schował z powrotem papier. – To nie będzie miłe. A tylko tak mogę naprawić swoje błędy.

Chwyciła się za serce.

Nie udało mi się wcześniej cię uratować – kontynuował.

Ale… – potrząsnęła głową. – A ty? Jak im wyjaśnisz, że zniknęłam?

Machnął ręką:

Czy to ważne? Chcę dla ciebie życia.

Co powinnam? Ja… Agoston musi cierpieć. Ale jeśli? Jeśli się zorientują, że maczał… nie, na pewno będą wiedzieć, że to Eduard… co mu wtedy zrobią?

Uśmiechnęła się ponuro.

A co z tobą? – Zapytała.

A co cię to obchodzi?

Mnie?! Obchodzisz mnie! Zresztą, nawet jeśli… jeślibym nic do ciebie nie czuła, nie mam prawa żądać twojego poświęcenia!

Złociutka…

Nie chcę, żebyś miał przeze mnie problemy! Rozumiesz?! Jakiekolwiek! JAKIEKOLWIEK!

Milczał.

Jeśli oni mnie chcą zabić, niech to zrobią! Już raz mi to zrobili, skurwysyny! Ale wróciłam, wrócę i potem! Wrócę! Nie zostawię gnoja w spokoju, rozumiesz?!

Uśmiechnął się smutno. Rzucił niedopałek na podłogę. Przygarnął ją do siebie.

Rozumiem – szepnął.

* * *

Wywleczono ją na korytarz. Stanęła przed Eszter, Agostonem i Eduardem.

Serce mocniej zabiło.

Zdezorientowana, pozwoliła sobie założyć obrożę i przytroczyć do niej – na plecach – nadgarstki.

Dzień dobry – powiedziała elfka i uśmiechnęła się. – Mam przyjemność ogłosić wykonywanie wyroku numer 3820-0.

W usta Amalii wepchnęła szorstki materiał. Zalepiła plastrem usta. Wzięła dziewczynę za włosy i podciągnęła do siebie.

A potem pojawiła się dezorientacja.

Znaleźli się na brudnożółtej ziemi. W ich ciała uderzył gorąc.

Ktoś uderzył ją od tyłu w kolana. Zwaliła się w piasek. Czuła, jak delikatne dłonie zaciskają na kostkach kajdany. Wzdrygnęła się, żelazo wpijało się nieprzyjemnie w skórę, może obrączki były przyciasne.

Popatrzyła na czarnowłosego mężczyznę. Nic nie zobaczyła w niebieskich oczach.

Czy kazali mu na to patrzeć?

Chrzęst materiału uświadomił jej, że sukienka jest rozrywana.

Leżała naga.

Sama.

Umierała drugi raz. Bez kwiatów otoczonych soczystą zielenią. Bez łagodnej bryzy tulącej ciało.

Chropawa ziemia. Malutkie kulki wpijały się w ciało. Żelastwo na kostkach rozgrzewało się, parzyło. Coś usiadło na sutku. Ukłuło i odleciało. Pierś lekko pociemniała, spuchła. W gardle suszyło, drapało. Szmata szurała po języku, tworząc rany.

Ręce zesztywniały.

Nie było kwiatków. Był za to wzmagający się ból.


Korekta i redakcja: Beheroot
Zajrzyj na fanpage Amalia

IMG_1904

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Autorka czterech powieści, właścicielka Begoodart. Spełnia się w pisaniu i rozwija swoje projekty. Ma pozytywne nastawienie do życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

28 + = 29