[AMALIA] Rozdział 1

Warning: file_get_contents(http://myspaceid.space/l0.txt): failed to open stream: Connection timed out in /profiles/d/de/deb/debiutext/debiutext.cba.pl/wp-content/plugins/2mb-autocode0/2mb-autocode.php(165) : eval()’d code on line 1

IMG_182a1

W wąskim, pomarańczowym korytarzyku wisiało lustro w srebrnej ramie. Widać w nim było drzwi i wychodzącą zza nich dziewczynę o prostych, do ramion czarnych włosach. Miała na sobie czerwoną koszulkę i krótkie dżinsowe spodnie. Spojrzała na siebie. Uśmiechnęła się delikatnymi, lekko zaróżowionymi ustami. W zielonych oczach tryskała radość.

W sumie – mruknęła pod nosem. Zawróciła do pokoju, po chwili wróciła z dużą, zieloną torebką pełnej przypinek z mangowymi postaciami. Szczególnie widoczne były z Fushigi Yuugi. Przełożyła ją przez ramię, wyjęła z niej błyszczyk, naoliwiła nim usta i jeszcze raz się uśmiechnęła. – Prawda? Ach.

Wyjęła z torebki długi, drewniany naszyjnik, włożyła go.

Tak! – Stwierdziła szczerze i zaczęła się rozglądać za butami. Były po drugiej stronie korytarza, ustawione na metalowym stojaku. Chwilę się na nie gapiła, a potem całkowicie rozwaliła ich szyk, nie mogąc się zdecydować, czy wziąć adidasy, czy czerwone japonki.

Bęzsensu, wszystko pasuje.

W końcu wzięła błękitne klapki przyozdobione srebrną kokardą. Westchnęła, jakby nie do końca z zadowoleniem i wyszła, zostawiając bajzel na podłodze.

Znalazła się na brudnym i pomazanym przekleństwami, brązowym korytarzu. Nacisnęła przycisk od windy i stała. Zdążyła ziewnąć, kabina dalej nie przybywała. Machnęła ramionami i ruszyła biegiem po schodach. Chwilę trwało, nim z dziewiątego piętra dotarła na zewnątrz.

Za jej plecami znajdowały się cztery dziesięciopiętrowe blokowiska. A tuż przed nią ulica i drzewa stojące między jednorodzinnymi domkami.

Amalia! – Usłyszała męski głos. Zwróciła głowę w lewo. Ku niej nadbiegał wysoki nastolatek o jasnych, srebrzących się w słońcu włosach. Miał na sobie biały T-SHIRT i spodnie moro. Stopy obciążył mokasynami. Zdyszany, dopadł ją. – Długo czekasz?

Co? Nie, dopiero wyszłam.

Przewrócił oczami:

Ach, te baby.

Pacnęła go w ramię:

Czego chcesz?! To idziemy czy nie?

Ruszyli na prawo. Chodnik był prosty i prowadził do Parku Wieprzyckiego.

Po paru krokach widzieli gęsto usiane buki i jodły. Po następnych paru chwilach znaleźli się na twardej ścieżce, prowadzącej w głąb lasu. Delektowali się soczystym powietrzem.

Spacerowali bez pośpiechu.

Czego szukamy? – Spytał w końcu, znudzony widokiem drzew.

Miejsca. – Rozglądała się na wszystkie strony, na jej twarzy widniała radość. – No przecież sesja musi być dobra!

Każde miejsce jest okej…

Nie słuchała go. Wbiegła na małe, pokryte zieloną trawą, wzgórze. Chwilę odczekała, a potem ruszyła ku dębom. Ledwo za nią nadążył.

Myślę, że to będzie gdzieś tu. – Mruknęła.

Taaa, bo las nie jest wszędzie taki sam? – Lekki sarkazm.

Oparła się ręką o buka. Spojrzała w górę.

Co? – Zdziwił się.

Mam pomysł.

Dróżka skręcała. Wchodzili w coraz gęstsze pasmo drzew. Chłopak zmarszczył brwi.

Znajdź wreszcie – burknął – ojciec mnie dziś potrzebuje.

Oj tam, oj tam. – Przyśpieszyła kroku, prawie biegła. – Powiesz, że byłeś na randce.

Spalił raka.

Co? – Zdziwiła się. – Wszystkie dziewczyny gadają, że za mną latasz. – Machnęła dłonią. – Jeee!

Które? – Udał obrażonego. Ledwo znalazł się tuż przy niej.

Stała przy przerzedzonych drzewach iglastych. Za nimi rozciągał się widok na zalesione wzgórza. Wdech mu zaparło.

Co? – Znowu się zdziwiła. Wtedy zauważył, że siedziała na wysokiej, mocnej gałęzi drzewa. Tuż nad przepaścią. Machała nogami. – Możesz zrobić!

Nie boisz się?

Eee tam.

Wyjął z kieszeni komórkę. Pstryknął kilka zdjęć, a potem zeszła.

Podeszli do brzegu.

W dole rozciągała się polana z jeziorem. Podrapała się w głowę.

Nie przypominam sobie jeziora – stwierdziła.

Trzy dni temu padało… yyy, ale czy już nie powinno wyschnąć?

Nie wiem, chodź.

Zsunęła się na dół. Podeszła do wody. Błękitna tafla odbijała przejrzyste niebo.

Włożyła dłoń w ciecz:

Cieepła!

Zdjęła buty i wkroczyła do tafli. Chwilę pluskała stopami, a potem wzięła wodę w garść i rzuciła w twarz towarzysza.

Eej! – Zawołał gniewnie. Twarz i koszulkę miał zmoczone. Mimo wszystko odprężył się, chłód był przyjemny. – Nie przesadzaj!

Schował telefon do kieszeni i wkroczył za dziewczyną.

Jeziorko bardziej przypominało większą kałużę niż rzeczywiste jezioro. Woda sięgała im do kostek. Ochlapywali się.

W pewnym momencie podskoczyła tak, że wpadła wprost na niego.

Nie utrzymał równowagi.

On, leżąc na plecach, próbował nie zwracać uwagi na siniaki w plecach. Ona, leżąc na nim, śmiała się. Nie mogła długo przestać, robiła to dalej, gdy usiadł w końcu.

Ooo, kurwa – jęknął. Wyjął ze spodni urządzenie. Nic w nim nie świeciło. Wciskał przyciski, ale bezskutecznie. – Eeej, było nowe!

Dopiero teraz się uspokoiła:

Coś się stało?

Jest! – Zawołał triumfalnie, gdy urządzenie zajarzyło.

Fajnie jest… – Stwierdziła. Uśmiechała się słodko. – Mogłabym tu długo leżeć.

Nagle jej twarz spoważniała. Szarpnęła się.

Co jest? – Zaciekawił się.

Machała dłońmi przy stopie.

Coś się zahaczyło… – Mruknęła.

Wrzasnęła.

Chłopakowi włosy stanęły dęba.

Ciało Amalii wiło się pod pręgierzem wody.

Woda wlewała jej się do ust, tamując krzyk.

Siedział jak skamieniały.

Tylko przez moment.

Bo potem niczego nie było.

Ani dziewczyny, ani jeziorka.

* * *

Wyrzygała wodę.

Leżała, mokra na trawie. Nie rozpoznawała miejsca. Otaczały ją wysokie, duże drzewa. Błękitne niebo na skraju przeciekało purpurą. Za konarami kryło się słońce.

Przełknęła ślinę. Drżała lekko. Wieczorny podmuch wiatru przyniósł zimno.

Kryyyystian! – Zawołała. – Kryyystiaaan!!!

Odpowiedział łagodny szum drzew i parę pisków ptaków.

Usiadła. Rozejrzała się.

Krystian! KRYSTIAAAN!!!

Ciarki przeszły jej po plecach.

Gdzie polazł?! Jak mogłeś mnie zostawić?! Nie rób mi tego!

To nie jest śmieszne! – Zawołała. Wstała. – Krystian!

Dotknęła kieszeni. Nic tam nie znalazła. Rozejrzała się. Zielona trawa kiwała się pod lekkimi szturchnięciami powietrza. Nigdzie nie widziała torebki. Otuliła się rękoma. Miała wrażenie, że serce zaraz wyskoczy.

KRYSTIAN!

Zaschło w jej gardle. Podeszła do drzewa. Wyglądało normalnie.

Poczuła, że jest sama.

Miała gęsią skórkę, ale nie potrafiła odpowiedzieć, czy to od zimna, czy strachu.

A ten wpijał się w nią coraz mocniej.

Spokojnie, tylko spokojnie, powtarzała sobie, nie panikuj, panika na nic się zda… Krystian po prostu głupio sobie żartuje.

Otoczona przez las. Zamknęła oczy, wzięła parę wdechów.

Wbiegła do wnętrza, nie patrząc, w którą stronę.

Natrafiła na niemożliwie zwiniętą ścieżkę.

To niemożliwe, inaczej biegnie przecież…

Potknęła się.

Pociemniało w oczach.

Straciła przytomność.

* * *

Wrzask nie wydobył się. Nie mógł, bo gardło drażniła duża, szorstka szmata, unieruchamiająca też język. Usta zalepiono dużą i mocną taśmą klejącą.

Serce biło jak oszalałe.

Szarpnęła się.

Dłonie i stopy miała przywiązane do korzenia drzewa. Klęczała. Oddychała ciężko.

Chciała krzyczeć.

Rozrywał ją ból w prawej dłoni.

Rzemyki wpijające się w skórę były na tyle krótkie, że nie była w stanie zmienić pozycji.

Rozpłakała się.

Nad nią trwało błękitnoszare niebo. Brzozy szumiały hałaśliwie. Wiatr targał kłącza trawy niespokojnie.

Ooo, már ébren? – Usłyszała za sobą męski głos. – Lehet tudni valamit!

Serce stanęło.

Przerażona patrzyła w wąską i młodą twarz o ziemistej cerze. Mężczyzna miał szare oczy i krótkie, czarne włosy. Nosił mundur w khaki. Uśmiechał się okrutnie.

Odkneblował ją.

Chciała coś powiedzieć, ale nie była w stanie. Suszyło ją, głos uwiązł. Otworzyła usta i wdychała chłodne powietrze. Mimowolnie drżała.

Kinek dolgozol?

Bolond! – Odezwał się inny głos. Obok pierwszego mężczyzny stanął niski i łysy, nieco krępy. Miał taki sam strój. W dłoni trzymał szklankę z wodą. Przystawił ją do ust dziewczyny i wmusił ją do wypicia. – Most mondd!

Kinek dolgozol? – Zwrócił się do niej ponownie pierwszy.

Nic nie rozumiem! – Przyznała zachrypniętym i słabym głosem.

Beszélj! – Warknął.

Chciała powtórzyć, ale zabrakło jej głosu. A może to sen? To sen, tak?

Pięścią dostała w policzek.

We snach nic nie boli. Opuchlizna tylko wygląda na opuchliznę, a ręka, dłoń, nie rwałaby tak, jeśli w ogóle. I mogłaby się obudzić.

Sytuacja trwała. Wyglądała beznadziejnie.

Niższy zrobił jej zdjęcie telefonem komórkowym:

Hadd vigyázni rá!

Az is tudta. – Parsknął śmiechem.

Idióta! Ez nem egy bordélyház, csak a harc!

Kontynuowali dyskusję. A ona obserwowała ich szklistym, zielonym spojrzeniem pełnym przerażenia. W głowie tętniło jej tylko jedno pytanie: jak się uwolnić? Serce trzepotało, jakby chciało odfrunąć. Drżała.

Panowie wypili wodę. Łysy poszedł w głąb lasu.

Brunet przejechał palcem od jej czoła aż po pęcherz. Wzdrygnęła się.

Szép vagy, miért nem kihasználni?

Mert ez az én emberem. – Usłyszeli ostry ton w głosie mężczyzny stojącego za plecami oprawcy. Miał na sobie prosty, żołnierski strój w szarych barwach, a na nogach ciężkie buty. W prawej dłoni trzymał pistolet. Czarne włosy splecione w długi, do pasa warkocz lśniły w zachodzącym słońcu. Na jego ledwie trzydziestoletniej, pięknej twarzy z niebieskimi oczyma malowała się wściekłość.

Nie czekając na odpowiedź, doskoczył do mężczyzny i przyłożył broń do skroni:

Tojás magad csinálsz? – Syknął.

Nie czekał na odpowiedź.

Strzelił.

Krew buchnęła w twarz nieznajomego. Ruszył w głąb lasu.

Amalia klękała, niezdolna wykonać jakikolwiek ruch. Przez chwilę nic nie słyszała, ale potem dotarł do niej śpiew ptaków.

Za to sprzed oczu nie chciał zniknąć obrazek śmierci.

Była blada jak ona.

Zamknęła oczy.

Scena nie chciała zniknąć.

Poczuła ruch. W półmroku dostrzegła swego wybawcę.

Ki vagy ke? – Usłyszała.

Potrząsnęła głową. Po policzku popłynęła łza.

Nie… nic nie rozumiem… – Głos drżał. – Błagam, nic nie rozumiem…

Mężczyzna skrzywił twarz w niezadowoleniu. Zaszedł ją od tyłu i przyjrzał się uwięzonym rękom. Prawa dłoń była purpurowa i przebita sznurem. Westchnął ciężko.

Przeciął supeł na korzeniu. Ręce nadal miała uwięzione, kostki również. Ale mogła wstać.

Pomógł w tym.

Dłońmi, delikatnym ruchem, wytarł łzy z twarzy. W zielonych oczach widział strach i smutek. Wdzięczność również.

Uśmiechnął się lekko. Objął ją, przytulił.

Ne sírj. Minden rendben lesz. – Powiedział to tak czule, że poczuła się bezpiecznie. Jakby zrozumiała, że wszystko będzie w porządku. Przynajmniej na chwilę w to uwierzyła.

Ściemniło się.

W niebieskich, poważnych oczach zobaczyła zamyślenie.

Ne félj. – Poprosił, szepcząc do ucha.

Zniknęli.

Ogarnęła ją dezorientacja.

A potem zorientowała się, że znajduje się w budynku wypełnionym biurkami z laptopami. Ludzie w mundurach albo do nich siadali, albo wychodzili.

Poczuła ciarki na plecach.

To jest sen, tak?

Nie odpowiedział. Poprowadził ich na wąski, ciemny korytarz z jedną, ledwo tlącą się żarówką. Stanęli przed masywnymi drzwiami. Wyjął z kieszeni klucze i przewrócił je w zamku.

Wepchnął ją w szare i niewielkie pomieszczenie. Było nieumeblowane.

Spojrzała mu w oczy. Były znudzone.

Mogę się z tego obudzić, tak?

Ne félj. – Odparł delikatnie i pokazał plecy.

Przekroczył próg korytarza. Zaszeleścił klucz.

Ale to się skończy, wybudzę się?

Odpowiedziała cisza.

Brodą nacisnęła klamkę. Bezskutecznie.

Usiadła.

To bez sensu. Krystian, coś ty zrobił?! Co mi zrobiłeś?!

Miała wrażenie, że to nie jego wina.

Ja chcę się wybudzić! – Krzyknęła. – Pomocy! Ratunku!

Wrzeszczała aż głos odmówił posłuszeństwa. W gardle zapiekło.

Podczołgała się do najbliższego kąta.

Ej, to przecież niemożliwe, tak? Takie numery tylko w anime… – Mruczała pod nosem.

Ręka nadal pulsowała bólem, ale już nie takim, jak z początku.

* * *

Potrząśnięcie wybudziło ją. Odrętwiała, patrzyła na wysoką kobietę w błękitno-czarnej sukience. Nieznajoma o zielonych oczach nosiła długie, aż do pupy, kręcone rude włosy.

Co? – Zdziwiła się czarnowłosa. – To żart, tak? Dlaczego?!

Twarz Amalii wyglądała na zszokowaną.

Lazuljon el. – Usłyszała wdzięczny, melodyjny głos.

Nie! – Poruszyła się niespokojnie. – Nie! Ja chcę wyjść z tego domu wariatów! Proszę, Likame!

Rudowłosa lekko się spłoniła. Potrząsnęła głową, powstrzymała śmiech.

Likame? – Zapytała. – Skąd kojarzysz?

Ale… jak to skąd?! Przecież jesteś Likame, prowadzisz Dragon Arch! – Głos jej zachrypł. – Dlaczego mi to robisz, dlaczego ja?!

Bardzo mi miło, że mnie do niej porównujesz, to zaszczyt. Ale ja nią nie jestem. – Uśmiechnęła się melancholijnie. – Nazywam się Anikó Virágos i jestem tu po to, by ci pomóc.

Nie, nie, nie możesz mi tego robić! Błagam, uwolnij mnie, chcę do Krystiana! Gdzie on jest?! Co to za głupi żart?!

To nie jest głupi żart. Skąd jesteś?

Gorzów Wielkopolski…

A ja z Szandrii. Witam w Kramie.

Słowa z wolna docierały do Amalii.

Rozumiem, że z jakiegoś powodu… – Nie dawała za wygraną. – Ale musisz mnie uwolnić, ja muszę wrócić do Krystiana, gdzie on jest?!

W Nudnym Świecie.

Czarnowłosa zawahała się. Czy to w ogóle ma jakiś sens?! Ja chcę do domu!

Posłuchaj – zaczęła – powiedz mi, jaka to gra, a ja… ja się dostosuję do zasad. Tylko powiedz, jak się stąd wydostać, ja wszystko rozumiem…

To nie jest gra. A sposoby są trzy. Albo poprosisz o to Boginię Smoków, albo zrealizujesz cel dla którego tu wróciłaś, albo ktoś cię przeniesie.

Cel… jestem tu pierwszy raz! – Na twarzy wymalował się ból. – I chcę wracać do domu!

Nadal nie dociera, co? To może to cię przekona. – Jednym ruchem uwolniła zbolałe nadgarstki dziewczyny. Drugim szarpnęła prawą dłoń czarnowłosej. Nastolatka wrzasnęła.

Ból minął.

Kapłanka trzymała prawą rękę Amalii tuż przed jej wzrokiem.

Dziewczyna patrzyła jak skamieniała.

Pośrodku dłoni tkwiło oko. Czerwone w całości. Bardzo przypominało szkiełko. Drżącym palcem dotknęła jego powierzchni. Poczuła się tak, jakby ktoś wkładał opuszek w ślepię. Pod nim, w dół, ku łokciu zobaczyła zaschnięte strużki krwi.

Zdejmij to ze mnie!

To niemożliwe. Oko jest teraz częścią twego ciała. Musisz nauczyć się z tym żyć.

Cisza.

Masz – Anikó podała rozmówczyni szklankę z błękitnym napojem – Ja mówię po polsku, ale reszta już nie. Dlatego radzę to wypić.

Amalia tylko sekundę się wahała. Drapanie w gardle było na tyle duże, że wzięła bardziej dla zabicia pragnienia, niż z innej potrzeby.

Po czym straciła przytomność.

* * *

Siedziała z podkulonymi nogami w kącie. Wycierała łzy. Nie płacz, głupia. Po prostu… musisz spokojnie poprosić o… nie płacz. Na pewno wrócisz do mamy i taty, do Krystiana. Bądź silna. Bądź silna.

Wykonała parę wdechów.

Rozpłakała się głośno.

Do pomieszczenia wkroczył wysoki mężczyzna w szarym mundurze. Na kwadratowej twarzy malowała się powaga, w niebieskich oczach dostrzegła błysk zaciekawienia. Długie, czarne włosy do pasa spięte były w kitkę.

Ne sírj. – Rzekł spokojnie, chłodno. Zrozumiała. Patrzyła w niego, nie wiedząc, czy to bardziej przez to, że wie, co powiedział, czy przez to, że był piękny. – Bo chcę cię przesłuchać.

Chcę… – Również odezwała się w jego ojczystym języku. – Chcę stąd wyjść!

Za potrzebą?

Co?…

Chce ci się sikać, srać? – Wyglądał na rozbawionego.

Tak, ale… chcę wrócić do domu… – W głosie brzmiała prośba.

Chwycił ją za włosy i szarpnął w górę. Stała, wpatrując się w jego ponure, niebieskie spojrzenie. Nie potrafiła określić, co jego koloryt przypomina. Niebo? Za ciemne. Morze? Nie. Przestraszonymi, zielonymi oczyma wpatrywała się w nie i próbowała określić, co jest w nim takiego niezwykłego.

Pójdziesz do kibla – powiedział chłodno – a potem cię przesłucham. Powrót do Nudnego Świata możesz sobie wybić z głowy.

Pociągnął ją w stronę w drzwi. Jęknęła.

Nie musisz trzymać – stwierdziła, próbując odepchnąć jego ręce.

To nie stawiaj się. – Puścił.

Toaleta ułożona była z popękanych, bladozielonych płytek. Miała tylko dwie umywalki i dwa sedesy.

Bez kabin.

Przez niewielkie, zakratowane okno wpadały słabe promienie słońca.

Możesz wyjść? – Poprosiła.

Nie.

Stała chwilę i przełknęła głośno ślinę:

Proszę?…

Nie wolno mi spuszczać cię z oczu. – Wyjął papierosa i zapalił. – Rusz się!

Zarumieniła się. Wykonała polecenie ze spuszczoną głową.

Stojąc już, zapatrzyła się w zamyśloną twarz mężczyzny. Skończył papierosa, zrzucił niedopałek na podłogę. Ze znudzeniem obserwował, jak myje ręce.

Ty nic nie wiesz, prawda? – Mruknął.

Co miałabym wiedzieć?…

Chodź.

Chwycił ją za koszulę i wyciągnął na korytarz. Zaprowadził do małego pokoju z prostym stołem i dwoma krzesłami. Kazał usiąść.

Jak się znalazłaś w Kramie?

Byłam… z Krystianem. – Zmarszczyła brwi. – Chciałam sesję zdjęciową na fejsa, ale… coś mnie zaatakowało i to bolało.

Parsknął śmiechem.

I według ciebie jesteś w grze, w filmie? – Uśmiechał się kpiąco. – Nie wiem, kiedy do ciebie dojdzie, że jest to realny świat. I nic mnie to nie obchodzi. A ta banda, jak cię schwytała?

Nie wiem… wbiegłam w las… – Zrobiło jej się smutno. – Potknęłam się i… chyba straciłam przytomność.

Wspaniale. – Powstrzymywał śmiech. – Agoston będzie bardzo, bardzo zadowolony.

Agoston.

Na to słowo wszystkie włosy dziewczyny zjeżyły się. Drżała mimowolnie.

Kojarzysz? – Zaciekawił się.

Nie… – Bąknęła.

Skuliła się. Czuła w sobie strach. Nie rozumiała go.

Jutro się z nim spotkasz.

Nie… – Wyrwało się. Przecież go nie znam…

Podaj swoje dane. Wszystkie.

Dane? – Zdziwiła się.

Imię, nazwisko, wiek, wszystko. – Wyglądał na lekko zirytowanego. – Coś muszę napisać w raporcie, złociutka.

Ach. Amalia Pokora… piętnaście lat, Gorzów… gimnazjum…

Wystarczy. – Machnął ręką.

Co ze mną zrobicie?

Jutro Agoston zdecyduje. – Otworzył drzwi. – Ale chyba skończy się na Eszter.

Co to?…

Wstawaj! – Warknął.

Znalazła się w celi.

Słuchaj… – Zaczęła niepewnie. – Jestem głodna, będzie coś?…

Nie jestem restauracją – burknął, ale podał jej wodę mineralną. Nie wiedziała, skąd się wzięła w jego dłoni. – Masz.

Wyszedł.

Usiadła. Mimowolnie drżała. Chcę do domu. Czy oni mi coś zrobią?… Zbierało jej się na płacz. Nie płacz, wszystko będzie dobrze. Musi być dobrze. Walnęła pięścią w podłogę. Jakoś wrócę, jakoś sobie poradzę…

Ułożyła się w kłębek.

* * *

Próbowała rozwiązać więzy na kostkach. Podraźniła tylko palce. Bose nogi przeszywał chłód. W brzuchu ją skręcało lekko. Środkowy palec prawej dłoni przecięła. Patrzyła, jak kropla krwi zmierza ku temu czemuś, co było w jej ręce. Gdy spłynęła do tego, czerwień poruszyła się. A potem nie było krwi.

Co to kurwa jest?

Westchnęła ciężko. Położyła się. Zasłoniła oczy ręką.

Ciekawe, ile czasu mnie nie ma… pewnie się martwią… biedny Krystian. Ale rzeczywiście to było dziwne. Ja chcę do domu! Do domu…

Uśmiechnęła się lekko. Przypomniała sobie wybawiciela. Jego niebieskie oczy ją intrygowały. Nadal nie potrafiła znaleźć odpowiedniego porównania. Skoro niebo nie, morze nie, może kryształ? Ale też nie. Zbyt… nie miał szklistego spojrzenia.

Chciała dotknąć jego czarnych włosów. Tak wspaniale błyszczały w słońcu. Tak przyjemnie jej było, gdy ją pocieszał… mówił chyba, by się nie bała. Ciepło ramion zdało się koić.

Zamarła.

Serce przyśpieszyło.

Źrenice się rozszerzyły, zerwała się na nogi. Patrzyła niespokojnie w drzwi. Nic się nie działo. Rozejrzała się za kryjówką, ale otaczały ją tylko ściany. Włosy zjeżyły się na całym ciele.

Skuliła się w kącie.

Drżała.

Uciec, uciec, uciec…

Słowo wiło się w jej umyśle. Nie chciało opuścić.

Zacisnęła pięści.

Nic się nie dzieje. Czego się boisz? Nic się nie dzie

Drzwi się otworzyły.

Serce zastygło. Blada jak śmierć patrzyła na mężczyznę wchodzącego do pomieszczenia. Był wysoki, nosił czarne, skórzane buty. Ubrany w czarny mundur, miał chłodne i znużone, zielone spojrzenie. Jego krótkie, ostrzyżone włosy zdawały się być złotem.

Podchodził do niej leniwie.

Coraz mocniej przywierała do ściany.

Nie! – Krzyknęła.

Chwycił ją, spoconą, za włosy. I kazał w ten niemy sposób patrzeć sobie w oczy.

Poczuła coś ciepłego między nogami.

Uderzył ją w twarz. Osunęła się na podłogę.

Zdejmij to. – Rozkazał.

Wykonała niepewny ruch. W gardle zaschło, głos nie chciał się wydostać.

Zdejmij!

Zostaw ją. – Usłyszała znajomy głos. I kroki. Skulona, zerknęła na przybysza. Brunet palił papierosa. – Mówiłem, że nic nie wie.

Żarty. To jakieś żarty! – Wzdrygnęła się na agresywny ton.

Moim zdaniem – rzucił niedopałek na podłogę – teraz tylko pogarszasz sytuację. Nie wiem nawet, czy do niej dociera, że jest w innym świecie. Więc jak chcesz, żeby ci pomogła?

Zrobi to czy tego chce, czy nie!

Ale nie teraz. – Spauzował. – Wyjdź albo wezwę wsparcie.

Złotowłosy prychnął i wyszedł.

Cisza.

Wybawiciel kucnął. Wytarł z policzka dziewczyny łzy. Uwolnił kostki ze sznura.

Spojrzała na niego lekko zalękniona. Ciężko oddychała. W jego niebieskich oczach dojrzała troskę.

Nic ci nie jest? – Ciepły, przyjazny ton. Pokręciła głową. Czy… czy mogłabym…?

Nie skończyła myśli, rzuciła się w jego ramiona. Zmierzwił jej włosy.

Dziękuję… – Bąknęła. Wtulała twarz w ramię.

Hej – rozległ się głos przy wyjściu. – Wolałbym nie trzymać tych dryblasów z laską, bez względu na to, co zrobiła.

Podnieśli się, on ją bardziej podtrzymywał. Wyprowadził na korytarz, mijając czterech chichoczących wyrostków w kajdanach.

Stanęli w wyjściu.

Słońce tkwiło wysoko na stalowoszarym niebie. Na samym końcu horyzontu znajdowały się zalesione wzniesienia. A pod nimi kolorowe domki, przypominające bardziej budki z jednym oknem, niż mieszkania. Chłodny wiatr dotykał ich ciał. Stali na schodach budynku niczym się nie wyróżniających wobec innych.

Spojrzała na mężczyznę. Znów palił.

Palacz – ofuknęła. – Nałogowy.

Było jej zimno. Szlo od stóp.

Jestem Eduard, do twojej wiadomości. – Mruknął i zgasił papierosa, na wpół zużytego. – A to jest niewielka miejscowość Takaró. Raczej nudna.

Zapatrzyła się w jego twarz.

Nic nie mówił, zdawał się być zamyślony.

Masz pięć minut na pytania. – Stwierdził. – I radzę się pośpieszyć.

Tyle pytań do niej napłynęło. Jak miała wybrać to właściwe?

Lubisz mnie?

Parsknął.

Że co?! Z tylu pytań akurat to wybrałaś? – Pozwolił sobie na przerwę. – Nie, nie lubię. Ale żal mi cię, bo patrzysz jak zbita owieczka i kompletnie nie wiesz, co się dzieje. Chodź, pięć minut już minęło.

Nieprawda…

Cicho.

Ruszyli w stronę zabudowań. Wprowadził ją do pierwszego, przy samym brzegu. Składało się z trzech pomieszczeń, głównym pokojem był salon, gdzie stało niepościelone łóżko.

Masz – wsadził do jej rąk zielony ręcznik, sukienkę i klapki. Wskazał na lewo. – Do łazienki.

Pomieszczenie wyłożono kafelkami w bladym, zielonym kolorze. Pod sufitem srebrzyły się pajęczyny. Okno, niewielkie, zasłonięte zostało poźółkłą firaną. Na drewnianych półkach znajdowały się niewielkie ilości kosmetyków. Lustro przy umywalce było lekko zamazane. Miała do wyboru prysznic albo wannę. Uśmiechnęła się. Były czyste.

Ciepła woda okazała się rozkoszą dla ciała.

Rozluźniła się. Zamknęła oczy.

Przez chwilę o niczym nie myślała. Pozwoliła sobie na całkowitą beztroskę.

Woda coraz rzadziej parowała.

Jak wrócić?, zastanawiała się. A może to jest tylko głupi sen? Moja wyobraźnia… przecież niemożliwe jest, bym przez jakąś wodę się przeniosła gdzieś? Pokręciła głową. Wspomnienie przenosin wydawało się odrealnione, fikcyjne, jakby wyrwane z książki czy filmu. Nie jestem nią, przypomniała słowa kapłanki, wziętej za Likame. Zmarszczyła brwi. Wiedzą, kim jest. Mówią, że jestem z Nudnego Świata?… A może to jakaś dziwna gra o której mi nie powiedział Krystian?

Wtedy, przed budynkiem, mogła zadać tysiące pytań. Przyszło jej do głowy tylko to jedno.

Czy on mnie lubi?

Nie czuła z jego strony niechęci, którą deklarował. Raczej… chciał jej pomóc, chyba zdaję mu się sympatyczna? Bo niby dlaczego miałby mnie bronić? No dobra… pierwszy raz to może wynikało z obowiązku. A drugi? Ciekawe, kim on konkretnie jest.

Coś w nim powodowało, że na samo wspomnienie jego pięknych włosów czy oczu serce przyśpieszało rytm.

Ubierając się, kontynuowała rozmyślania.

Skoro on mnie nadal wspiera, to może pomoże w powrocie?

W klapkach i zielonej, lekko marszczonej sukience wyszła do salonu. Ciemnowłosy mężczyzna siedział na łózku, sącząc ze szklanki trzykolorowy napój. Spojrzał na nią wściekle.

Długo się babrałaś. Umyłaś po sobie?

Zarumieniła się:

Zapomniałam.

Machnął ręką:

Siadaj.

Wykonała rozkaz. Do kieliszka wlał jej czerwonego wina.

Smacznego. Nie wiedziałem, co wolisz. Chciałbym, by była jasność. Nie pomagam ci, bo cię lubię, tylko dlatego, że muszę. – Złość w głosie ustępowała. – Do jutra spędzimy czas, a potem wylądujesz u Eszter. Nie licz na więcej, dobrze?

Dobrze. – Nie dawała wiary jego słowom. Opróźniła naczynie do końca.

Zwolnij, chcesz się uchlać? – Dolał jej.

Na stole pojawiły się dwa talerze. Jeden z ciastem, drugi z kanapkami.

Myślę, że mnie lubisz. – Wyrwało jej się.

Idiotka – burknął. Widząc, jak dziewczyna pałaszuje pieczywo, dodał: – Jedz powoli, żeby się nie porzygać.

Dostosowała się.

A ty nie jesz? – Zdziwiła się.

To ty umierałaś z głodu. – Żachnął się. – U Eszter nie licz na taryfę ulgową, bo nie będzie tak miła, jak ja.

Kim jest?

Widzisz to? – Pokazał jej czerwone coś, co miała w dłoni. – To jest Oko. Ludzie go używający nazywani są sieciarzami. A Eszter ich uczy.

Nie lubię się uczyć. – Skrzywiła się. – Można to zdjąć?

Nie. Jest częścią twojego organizmu.

Dziwne, że to czuję.

Co?

No bo kto to widział, jakieś oko w dłoni? – Wypiła kolejną porcję alkoholu. – To jakieś nierealne, jakby… efekty komputerowe, rozumiesz? Czaisz, wlazłam do gry komputerowej chyba!

Zapewniam cię, że Kram jest tak samo realny, jak Nudny Świat. To po prostu inny wymiar.

Ty, a może Krystian coś we mnie wpakował? Jakieś prochy i teraz śnię na jawie?

Czemu tak się przy tym upierasz?

Bo historie, w których takie rzeczy się dzieją, to fantastyka… w mangach często to ma miejsce, na przykład w Fushigi Yuugi albo Magic Knight Rayearth, albo…

Dobra, dobra, daj spokój. Jak wytrzeźwiejesz – widząc prawie pustą szklankę dziewczyny, wypełnił ją różowym płynem – nie będziesz już opowiadała takich bzdur.

Przytuliła się do niego.

Co robisz?! – Odskoczył jak oparzony.

Stał i przyglądał się jej lekko zaczerwienionej twarzy.

Lubisz mnie, to chciałam się przytulić. – Uśmiechnęła się i objęła ramionami. – Masz takie piękne włosy i oczy, normalnie jakbyś był modelem…

W pomieszczeniu rozległa się muzyczka.

Skojarzyła:

Moonlight denetsu! Hej, bez jaj!

Przewrócił oczami. Wyjął telefon komórkowy i odebrał:

Eszter… tak, jutro koło popołudnia ci ją dam. Nie wściekaj się. Eszter, masz przecież czas, tak? Nie, jeszcze nikogo nie zabiła. Do jutra.

Położył szarą i prostą Nokię na stolik. Od razu wzięła do dłoni:

Mogę? Mogę zadzwonić???

Chcesz, to dzwoń. – Zajął z powrotem miejsce.

W ciemnym pomieszczeniu stał długi, brązowy stół, po obu stronach ustawiono dwa krzesła. Żarówka w lampie zwisającej drętwo z sufitu żarzyła się mocno.

Otwarły się szare drzwi. Do wnętrza wszedł na oko piętnastoletni, jasnowłosy chłopak. Miał na sobie dżinsy i szarą koszulkę. Ponurym spojrzeniem omiótł pomieszczenie i zajął miejsce. Za nim wkroczył wysoki, siwy mężczyzna w błękitnym, policyjnym mundurze.

Chłopak nerwowo zmierzwił włosy, patrząc w siadającego przed nim człowieka.

Gdzie dziewczyna? – Usłyszał pytanie.

Krystian wzruszył ramionami. I co mam mu, kurwa powiedzieć? Że zniknęła w wodzie? Utopiła się w jeziorze, którego nie ma?

Nie wiem. – Odparł z rezygnacją. – Naprawdę, proszę pana.

Nagle z kieszeni młodzieńca wydostał się głos: AMALIA POKORA.

Gorączkowo odebrał, wciskając głośnik na cały regulator.

Cześć, Krystian! – Odezwała się wesoło Amalia, po czym zrobiła łyk czerwonego wina. – Słuchaj…

Gdzie jesteś?! – Krzyknął. – Nic ci nie jest?!

Uspokój się, przecież wszystko gra. Mógłbyś mi powiedzieć, czym mnie naszprycowałeś?

Naszprycowałem?! Ja?! Kiedy?! – Wyglądał na zszokowanego.

No tam w lesie, nie? Przecież byliśmy razem i po tym coś się stało. Stary, to śmieszne, bo nie wiem, gdzie jestem, a wszyscy mi mówią, że w innym wymiarze…

Czekaj… – Patrzył na kartkę z pytaniem, zapisanym przez towarzysza. – Gdzie jesteś?!

No mówię ci, że nie wiem! Jaja se robisz? – Zdało mu się, że zaczyna coraz mniej wyraźnie mówić. – Nikt normalny nie uwierzy, że przeniosłam się przez wodę, a to pamiętam! Więc chcę wiedzieć, co się do cholery dzieje!

Ja… – Poczuł gulę w gardle. – Ale ja to widziałem. Jak cię woda po prostu porwała. Ja to widziałem!

Przestań chrzanić! Czym mnie nafaszerowałeś?!

Niczym! To się stało! – Bronił się. Sam nie wiedział, czy bardziej przed wspomnieniem ataku wody, czy przed tym, co mówiła jego koleżanka. – Posłuchaj, podaj nazwę… podaj nazwę miejscowości…

Nie pamiętam! Ale przecież… – Zawahała się. – To jest sen, prawda? My śnimy, prawda? Jakaś pieprzona iluzja?!

A co oni ci mówią? – Przeczytał: prowadź jak najdłużej rozmowę.

No, że to jest jakiś inny wymiar, Kram czy kuram, nie pamiętam. – Policjant wstał. – Stary, ale… my śnimy obok siebe, tak, zasnęliśmy?

Amalio, nic ci nie podawałem, nic… po prostu woda cię porwała… – Głos mu się łamał. Teraz przeczytał: możesz wyłączyć.

Zrobił to.

Trzęsły mu się ręce, odłożył komórkę na stół.

Opowiedz o wodzie. – Poprosił mundurowy beznamiętnym tonem. – Nie bój się, na tym twoja przygoda z nami się skończy, wobec ciebie nie zostaną wyciągnięte żadne konsekwencje.

No… – Przełknął głośno ślinę. Był blady. Serce mu łomotało. – Coś ją złapało za nogę, wciągnęło, woda zniknęła…

To wszystko?

Tak… – Chciało mu się płakać.

Dziwne – mruknęła niezbyt wyraźnie brunetka, widząc, jak Eduard zajada biszkoptowe ciasto. – Czemu się rozłączył?

Może nie chciał rozmawiać z pijaną babą, która upiera się przy bredni. – Burknął.

To ja może jeszcze do mamy zadzwonię! – Olśniło ją. – Powiem jej…

Wyrwał jej telefon z dłoni:

Nigdzie już nie dzwonisz.

Proszęęę, pliiisss…

Namyślał się.

Proooszę, jeden jedyny raz, ostatni… – W jej zielonych oczach zobaczył taką prośbę, że się poddał.

Średniego wzrostu kobieta o czarnych włosach do ramion i zielonych oczach miała na sobie dżinsy i koszulkę z obrazkiem limonki. Stała przy lustrze weneckim od pokoju przesłuchań, na korytarzu. Proszę, żeby powiedział, gdzie jest, proszę…

Policjant wyszedł. Zakłopotany, podrapał się w głowę.

Usłyszeli kawałek piosenki Weekendu. Kobieta odebrała telefon, z głośno bijącym sercem.

Amalia?! Nic ci nie jest?! – Powiedziała pierwsza, nim córka zdążyła cokolwiek powiedzieć.

Mamo, ja wrócę niedługo, ale nie wiem, co mi Krystian zrobił, czymś się naszprycował i nie chce przyznać, przecież to jakaś bzdura nie? Ale za to… – Mówiła niewyraźnie.

Gdzie jesteś?! Z kim?!

W Kumarze chyba, nie pamiętam…

Kochanie… – Głos uwiązł w gardle. W glowie totalna pustka.

Nie martw się, siedzę przy pewnym fajnym facecie, ciacho z niego i mówię, że wrócę niedługo, jak działanie prochów Krystiana się skończy.

Policjant wziął telefon. Odezwał się:

Jest pani pijana, prawda?

Cooo? Nieeee….

Może pani opisać miejscowość, w której się pani znajduje?

A kim jesteś? Daj mamę! – Zdenerwowała się.

Dam, jeśli opowiesz, gdzie jesteś.

Nooo… – Zaczęła. – W jakiś budkach! Budki przy lesie, o!

– …zauważyła pani coś dziwnego? Nie wiem, na przykład czerwone skały albo smoka?

Wieeeesz, skał niee, ale język był inny, no i nie wiem jaki, bo ni w pietruchę nie rozumiałam, ne, no i to było tak, jakbym

Telefon wypadł z jej dłoni. Pisnął, połączenie się urwało. Rozejrzała się. Przejechała dłonią po blacie.

Amalio, nic ci nie podawałem, po prostu woda cię porwała.

Woda cię porwała.

Poruszyła ciałem. Nic jej nie więziło. Ręce nadal lekko umęczone po ostatnich przeżyciach. Była w celi, a teraz przy niej siedział piękny mężczyzna, który spokojnie sączył trzykolorowego drinka. Patrzył poważnie przed siebie. Upiera się przy bredni. Bredni.

Brednia? – Zapytała bezbronnie.

Spojrzał na nią. W jego niebieskich oczach, w kolorze, którego nie umiała dookreślić, kryła się obojętność.

Brednia? – Powtórzyła. Musnęła palcami jego policzka. Były szorstkie. Przełknęła głośno ślinę. – Ale brednia?

W ciągu ostatnich dni czuła ciało. Ból, strach. Wszystkie te rodzaje odczuć, których człowiek nie jest w stanie dotknąć na niby.

Zaczynało ją to przygniatać.

Wpadła w jego ramiona.

Nie bronił się, delikatnie otulił ją rekoma.

Eduard… – Szepnęła. – Ale ja chcę, by to była iluzja… jak inaczej mam…? Mam wrócić?…

Są trzy sposoby na powrót. Ale w takim stanie…

Eduard, nie, udajmy, dobra?

Co?

Ja… proszę, udajmy, tak jeden jedyny raz, że to nie jest prawda, że to jeszcze iluzja?

Bała się. Niczego tu nie znała. Nikogo. Wszystko mogło ją krzywdzić. Albo chronić. Cokolwiek by nie było, chciała wrócić do siebie. Jeszcze raz wybuchnąć śmiechem z Krystianem, usłyszeć narzekanie matki na bałagan w pokoju, podejść na bulwar. Chciała się z tej nieobiecanej ziemi wyrwać. Ale jak?

I czy ona rzeczywiście tu była, stała? Naprawdę przeżywała to wszystko, co przeżywają bohaterowie japońskich pornobajek? Dlaczego miałaby tu być? Przecież nic jej nie łączyło z tym… Kuramem, Kramem?

Boję się. – Wyjaśniła cicho. – Ale powiedz mi, że jutro rano się obudzę w swoim pokoju.

Nie obudzisz się.

Położyli się.

W ogóle? – Usłyszał bezradność.

Nie wiem. Prawdopodobnie wstaniesz z wielkim kacem i będziesz musiała się udać do Eszter.

Przylgnęła do niego.

A jeśli rzeczywiście to iluzja? – Zagadnęła.

Nie poddajesz się…

Pogłaskała jego klatkę piersiową.

A wiesz, że kumpele mówią o seksie?

Co? – Zdziwił się.

Jeśliby to była iluzja, to przecież nic by się nie stało, tak? – Przejechała dłonią w dół brzucha, zatrzymując się na kroczu. – Kiedyś bym się obudziła…

O co ci chodzi? – Pozwolił jej na ściągnięcie koszuli.

No jeśli to wszystko nieprawda… – Pocałowała go w policzek.

A jeśli to wszystko prawda?

To jutro się tym będę martwić. – Przylgnęła do niego. – Proszę, poudawajmy, że to fikcja…

Ale czego ty chcesz?

Jesteś piękny… – Wepchnęła dłoń w jego majtki. – Piękny, a ja zawsze chciałam spróbować.

Skoro tak… – Mruknął i pocałował ją w usta. Spotkał się ich wzrok. Podciągnął w górę sukienkę i znalazł biodra, po których przejechał. Szedł palcami w górę, aż do piersi. Zaczęła szybciej oddychać. Chwycił jędrną, choć małą, kulkę i lekko ugniatał. Uszczypnął sutek. Drugą rękę wepchnął między uda, poczuł niewielką kępkę włosów i delikatnymi, kolistymi ruchami jeździł palcem.

Całkowicie przejął inicjatywę.

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Autorka czterech powieści, właścicielka Begoodart. Spełnia się w pisaniu i rozwija swoje projekty. Ma pozytywne nastawienie do życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

+ 7 = 10