„A od tamtej kolacji” – fragment książki „Cień jabłoni” Wojciecha Szlęzaka

cień jabłoni recenzja wojciech szlęzakZachęcamy do przeczytania fragmentu książki Wojciecha Szlęzaka – „Cień jabłoni”.

A od tamtej kolacji, o której wcześniej mówiłem, tej w rynku, z nieudanymi zaręczynami na deser, między Ewką a mną zaczęło się psuć. Niby wszystko było po staremu, ale miałem wrażenie, jakby między nami stanęła niewidzialna ściana. Kiedy gładziłem ją po włosach, to jakbym futrzaną poduszkę głaskał. Kiedy patrzyłem w jej oczy, widziałem tylko pustkę. Czułe słówka wybrzmiewały obłudnie. Miłosne wyznania stały się kpiną. Nawet pożądanie wyglądało na udawane, a akt miłosnego spełnienia skarlał do rozmiarów zwykłego przyzwyczajenia, któremu oddawaliśmy się siłą rozpędu. Co więcej, w mojej głowie niezabranie z domu pierścionka, tamtego fatalnego wieczoru, przestało wyglądać jak przypadek. Pomyślałem, że być może tak naprawdę nigdy nie chciałem ożenić się z Ewką, tylko uważałem, że tak wypada.

Byliśmy ze sobą w końcu już dłuższy czas, a prawie wszyscy nasi znajomi dawno stanęli na ślubnym kobiercu. Być może nigdy jej nie kochałem i nie chciałem spędzić z nią całego życia, a zostawienie symbolu narzeczeństwa w komodzie było w gruncie rzeczy reakcją obronną organizmu. Przecież wydawało mi się, że pamiętam, jak wyjmowałem go z szuflady i chowałem do kieszeni spodni, więc jak to możliwe, że jednak w kluczowym momencie okazało się, że jest zupełnie gdzie indziej? Ingerencję sił nadprzyrodzonych wykluczyłem, w mieszkaniu byłem sam, więc o wytłumaczenie zagadki nie było łatwo. Nie dawało mi to spokoju przy śniadaniu, w autobusie, w pracy czy wieczorem, kiedy leżałem już w łóżku. A im więcej się zastanawiałem, tym bardziej
nie rozumiałem.

Godzinami wpatrywałem się w pierścionek, licząc może na to, że w końcu wyjawi sekret, lecz on uparcie milczał. Na pamięć znałem każdy detal, każde zagłębienie. Doszukałem się nawet minimalnej rysy z wewnętrznej strony obwódki. Oczko ametystu pokpiwało ze mnie. Wesoło łyskało odbitym światłem i przedrzeźniało mój niepokój. Co gorsza, śniło się po nocach, przez co budziłem się zlany zimnym potem. W końcu nie wytrzymałem. Zamknąłem ozdobę w dłoni i pobiegłem do najbliższego lombardu. Nie zaoferowali nawet trzeciej części sumy, którą zapłaciłem, ale nie miało to znaczenia. I tak uważałem, że zrobiłem wspaniały interes. Niech dalej prześladuje kogoś innego.

Mój związek z Ewką definitywnie się kończył. Widywaliśmy się coraz rzadziej, a spotkania trwały krócej. Rozmowy się nie kleiły i chyba oboje z poczuciem ulgi żegnaliśmy się, życząc sobie miłego wieczoru. Przestała zostawać na noc. Nie pamiętam, kto zaproponował, abyśmy skończyli udawać i wreszcie to ucięli. W każdym razie obyło się bez łez i awantur. Tylko już więcej nie chodziłem do kadr, nawet jeśli kierownik mnie wyznaczał. Wykluczone, mówiłem. Od prawie czterech lat chodzę. Kierownik wyśle kogoś innego, nie jestem chłopcem na posyłki. O, może młody pójdzie. I wskazywałem na chłopaczka zaraz po technikum. Obyłem się już trochę na stalowni i nie bałem się postawić.

Kiedy więc kilka tygodni temu przyjechałem do Górnych, wszystko od razu mi się przypomniało. Próbowałem w myślach dojść, co tak naprawdę stanęło nam na przeszkodzie, że nie potrafiliśmy przeżyć razem życia. Może ta myśl właśnie niepokojąca, że człowiek sam naprawdę nie wie, czego pragnie, a czasem tylko wydaje mu się, że wie. A skoro nie wie, to jak może swoje życie łączyć z innym życiem, by później na barkach dźwigać podwójną odpowiedzialność. Za siebie i za to drugie życie, które ciąży jeszcze bardziej niż własne. Może. A być może po prostu do siebie nie pasowaliśmy, i historia z pierścionkiem tylko uratowała nas przed rozwodem.

W każdym razie kiedy tu dotarłem, kolejny raz zacząłem się nad tym zastanawiać. Niedawno posprzedawałem interesy i przeszedłem na emeryturę. Wyprowadziłem się z miasta i wałęsałem się trochę tu, trochę tam. Kiedy rzucił mi się w oczy ten opuszczony dom, pomyślałem, że Górne to tak samo dobre miejsce do zamieszkania jak każde inne.

Zapukałem do sąsiadów i spytałem, czy nie wiedzą, do kogo należy chałupa. Podali telefon do córki tej kobiety, co jakiś czas temu tu zmarła. Odebrała zaskoczona, ale nawet nie próbowała się targować. Puściła za taką cenę, jaką zaproponowałem, nie spodziewając się pewnie, że tak łatwo uda się spieniężyć nieruchomość. Kilka dni pomieszkiwałem na pobliskiej agroturystyce pod lasem, zanim wszystkie formalności zostały dopięte, a dom postawiony w stan używalności. Nająłem ekipę z tego miasteczka w dolinie. Wciąż luksusów nie ma, ale jest woda, prąd, kuchenka gazowa, piec działa, dach nie przecieka. Wystarczy. Tylko opału muszę mieć dużo na zimę, bo dom nieocieplony, nieizolowany. Ale to pan już jutro resztę zrzucisz. Ciemno się zrobiło, a po zmroku to nie robota. A, bym zapomniał…

Mężczyzna wyciągnął z kieszeni pięćdziesięciozłotowy banknot i położył na stole przede mną.
– O której pan może przyjść? O dziesiątej? Dobrze, będę czekał.


Recenzja książki: [kliknij tu]

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Od pięciu lat stara się realizować swoje marzenie, by zarabiać na życie pisaniem. Prowadziła portal o kulturze Debiutext, później skupiła się na prowadzeniu bloga Wszystko od nowa. Współpracowała z wydawnictwem RW2010, obecnie szuka dofinansowania na swoje projekty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.