Kukułcze Jajo – rozdział XXXI „Tuż przed”

Przewracałam się z boku na bok, niecierpliwie czekałam ranka. Miałam go wreszcie zobaczyć, po tylu dniach rozłąki. Na pewno, jutrzejszej nocy dane mi będzie wtulić się w niego i zasnąć. Chyba na to właśnie czekam najbardziej. Tej nocy będę wreszcie czyjaś. Wtulona w mojego Tomasza, zasnę snem spokojnym i twardym. I tak wtuleni w siebie spać będziemy do rana, albo nawet do południa. Nie ważne. Najważniejsze jest to, że, będziemy razem.

Słyszałam jak po kuchni krzątała się Wanda. Słyszałam jak razem z nią był tam Krzysztof. Był trzydziesty pierwszy dzień grudnia. Ostatni dzień tego roku. Roku, w którym tak dużo się zdarzyło. Śmierć babci, przeprowadzka, Tomasz, nowi znajomi. Rodzeństwo, na które zaczęłam niecierpliwie czekać. Przerażający biegacz w szarej bluzie z kapturem. Piechoccy, oraz Pani Jadwiga. Faktycznie, dużo tego wszystkiego. Zwłaszcza, że wszystko zdarzyło się zaraz, po pewnym mglistym, listopadowym poranku.

Z łóżka wybawił mnie zapach kawy. Choć jej nie popijałam, lubiłam ten zapach. Babcia zawsze parzyła dwie łyżki, świeżo zmielonej kawy. W przepięknej białej filiżance ze złotym delikatnym zdobieniem na górze. Właśnie tą filiżankę trzymał w ręce Krzysztof, gdy wkroczyłam do kuchni. Stał w białej starannie wyprasowanej koszulce, w dresowych spodniach oparty o lodówkę i popijał z babcinej filiżanki mała czarną z dwoma łyżeczkami trzcinowego cukru.

– Cześć mała – powiedział w moim kierunku.

Faktycznie, przy tym dwumetrowym dryblasie wyglądałam na filigranową laleczkę z porcelany, tak kruchej, jak filiżanka z której sączył czarny, aromatyczny płyn.

– Cześć duży – odpowiedziałam uśmiechając się w jego kierunku. A potem usiadłam na kanapie. Otuliłam się leżącym na niej kocem i przyciągnęłam kolana do brody.
– Herbaty? – zapytała Wanda.- Jajecznice zaraz nam zrobię na śniadanie, może być? – dodała po chwili nie czekając na moją odpowiedź.
– Dobrze- westchnęłam cicho.

Siedziałam skulona, kołysząc się delikatnie w mojej sierocej chorobie i pierwszy raz od wielu dni, tygodni miałam uroczą pustkę w głowie. Nie myślałam o niczym. Po prostu siedziałam zapatrzona w to, jak Wanda krząta się w kuchni. I z tym widokiem zdecydowanie było mi – dobrze.

Jeszcze nie dokończyliśmy jeść śniadania, gdy do mojego domu zaczęli powoli schodzić się ludzie. Przychodzili tylko po to, aby spytać, czy potrzebujemy czegoś jeszcze. Niczego nie potrzebowaliśmy. Mieliśmy już wszystko. I efekty wizualne w postaci balonów, czy kolorowych, papierowych serpentyn, oraz co najważniejsze dla męskiego grona zapas alkoholu, który schładzał się w lodówce. Jedzenia też było pod dostatkiem. Brakowało tylko ludzi z Warszawy, ale oni mieli się zjawić za trzy godziny. Część miał przywieść tato Krzysia, a resztę mój brat.

Jako pierwsi zjawili się Aneta Szyjak, Magda Gotowicka, Monika Kasza i Kamil Kozłowski. Przywiózł ich Tymon. Parę minut po nich przyjechał pan Laskowski, a razem z nim mój Tomasz i Ala. Tomasz podszedł do mnie i delikatnie musnął mnie w policzek, choć szerze mówiąc, miałam nadzieję, że rzuci mi się na szyje i szaleńczo zaczniemy się całować. Chyba speszył go, bacznie przyglądający się naszemu przywitaniu – Tymon. Chyba taka rola starszego brata.

Wiedziałam, że gdy tylko zostaniemy sami, nasze przywitanie będzie bardziej czułe.

Dlatego czas wlókł mi się w nieskończoność w towarzystwie pana Laskowskiego i Tymona. Wszyscy zaczęli zwiedzać dom, jakby był on obiektem muzealnym. Zaglądali dosłownie w każdy jego kąt. A ja stałam i odliczałam w głowie upływające sekundy. Czas płynął wolno, jakby stał w miejscu. Z ulgą odetchnęłam, gdy dwa stojące na podjeździe samochody, zniknęły za bramą i oddaliły się w kierunku Warszawy.

To był znak, że imprezę czas zacząć! Ostatnia noc tego roku, dla nas rozpoczęła się około godziny 13. Nie wiem, czym rozpoczęliśmy ta noc. Czy był to namiętny pocałunek z Tomkiem, czy dźwięk otwieranej puszki z piwem. W każdym bądź razie – rozpoczęło się. I po tej noc, już nic nie mogło być takie same, jak dzisiejszego poranka.

Post Author: Magdalena Dziedzic

Zimna staurnowa Pani. Matka swojej córki oraz córka swojej matki. Fanka gumowego krążka oraz wypełnionych kibicami trybun. Lubi czarny kolor, zwłaszcza w poczuciu humoru. Kocha Baczyńskiego oraz Hłaskę. Zasypia słuchając jazzującego Komedę. Lubi czarno-białe stare filmy oraz wszystko co stworzył: Stanley Kubrick, Pablo Almodovar,Woody Allen, Quentin Tarantino... Fascynuje ją Polska za czasów Piastów z Świętosławą Sygrydą na czele oraz Powstanie Warszawskie. Mało śpi, mało mówi,dużo obserwuje. Lubi nocą patrzeć na gwiazdy a w dzień po prostu patrzeć: na drzewa, chmury, ludzi... Jej życiowe motto to fragment z wiersza Baczyńskiego pt. Świat Sen: " ...tonąc po brzegi spojrzenia w rzeczywistość..." niezmiennie od lat w tych spojrzeniach tonie, bo zwyczajnie to prostu lubi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.