Może i nie heavy, ale nadal entertainment – recenzja „The Heavy Entertainment Show” Robbiego Williamsa

the-heavy-entertainment-show-b-iext45701160Robbie Williams wspomniał w jednym z wywiadów, że jedyne imprezy, jakie obecnie organizuje to przyjęcia urodzinowe swoich dzieci. Dość ryzykowane wyznanie, wziąwszy pod uwagę najnowsze wydawnictwo Brytyjczyka, które nie dość, że reklamowane jest jako entertainment, to jeszcze w wersji heavy. Jak to ma się do rzeczywistości? Warto sprawdzić tym bardziej, że muzyk wystąpi w Polsce w przyszłym roku, w ramach trasy promującej najnowszą płytę.

Williams swoje pierwsze muzyczne kroki stawiał z grupą Take That. Boysband rozpadł się w 1996 r., a już rok później Robbie zaprezentował swój własny materiał. Na debiutanckim albumie znalazło się chociażby nieśmiertelne dziś Angels. Do najbardziej rozpoznawalnych hitów Robbiego zaliczyć można jeszcze Feel, Let Me Entertain You czy Supreme – mój absolutny ulubieniec i poniekąd hymn polskich emigrantów na Wyspach, za sprawą wykorzystania numeru w czołówce serialu Londyńczycy. Ponadto 42-letni Brytyjczyk zgarnął siedemnaście BRIT Awards i specjalną BRITs Icon Award, którą do tej pory przyznano tylko trzykrotnie – Johnowi Eltonowi, Davidowi Bowiemu i właśnie Robbiemu Williamsowi.

The Heavy Entertainment Show jest jedenastym solowym albumem w karierze Williamsa, jednak pierwszym wydanym we współpracy z Sony Music. Na krążek w wersji standard składa się jedenaście utworów. Co warto zaznaczyć już na wstępie, pracowali przy nim m.in. Stuart Price, Ed Sheeran, czy Brandon Flowers z The Killers. Nie trudno zatem zauważyć, że Robbie otrzymał potężne wsparcie w postaci ekipy marzeń. Trudno się temu dziwić – poprzeczka zawieszona była wysoko, bo wszystkie poprzednie albumy muzyka plasowały się u szczytów list przebojów. Jak to wygląda w przypadku najnowszego wydawnictwa?

Album otwiera tytułowy kawałek. Całość zaczyna się bardzo delikatnie za sprawą subtelnych dźwięków pianina. Wrażenie to szybko zostaje przełamane dodatkowymi wokalami w postaci kobiecych chórków i wręcz orkiestrowego brzmienia z musicalowym zacięciem. Słowem – świetne wprowadzenie do zapowiedzianego show.

O Party Like a Russian, czyli pierwszym oficjalnym singlu tego krążka, można by się wiele rozpisywać. Zwłaszcza, że klimat wokół tej piosenki podsycany jest plotkami o rzekomych inspiracjach Williamsa. Miał on bowiem okazję zagrania na weselu córki pewnego rosyjskiego miliardera i naftowego oligarchy. Przypadek? Impreza zapewne była przednia, a raz zobaczonego – jak powszechnie wiadomo – nie da się odzobaczyć, dlatego teza ta wydaje mi się całkiem sensowna. Warto jeszcze tylko dodać, że artysta za swój występ zgarnął – bagatela – ponad 1,5 miliona funtów. Tyle z plotek. Fakty są takie, że Party Like a Russian, to kawałek przesycony w każdym tego słowa znaczeniu. Jest mocne uderzenie, są sekcje smyczkowe i męski chór. Jest też ukłon w kierunku Siergieja Prokofiewa, w postaci wykorzystania motywu z baletu Romeo i Julia, a w teledysku piękne kobiety, złoto, tancerki i oczywiście disco seduction. Nie ma co, Robbie przepychu uczył się od najlepszych. Całość niemal ocieka kiczem, a co najlepsze – w tym właśnie tkwi jego urok. Williams upchnął w tym kawałku wszystko, co stereotypowe. O dziwo ta konwencja i potraktowanie piosenki z przymrużeniem oka, daje dobry efekt, bo jest z nią też trochę tak, jak z memami o Rosji – nie końca wiadomo o co chodzi, ale przyjmujemy, że to stan umysłu, a to z kolei gwarantuje niezłą zabawę. Swoją drogą, ciekawe jak wyglądałaby ta ścieżka, gdyby to była polska impreza.

Od Mixed Signals aż czuć Brandonem Flowersem, który jest współtwórcą tej piosenki. Takie stwierdzenie stanowi oczywiście komplement, bo ten kawałek to chwytliwa i przyjemna kompozycja, która pozostaje w pamięci. Na uwagę zasługuje też kolejna na liście – Love My Life, będąca jednocześnie drugim singlem. To bez wątpienia piękna ścieżka, wypełniona przyjemnymi gitarami i rewelacyjnym wokalem. Piosenka ta zasługuje moim zdaniem na zdecydowanie więcej uwagi niż jej poświęcono, tym bardziej, że później impreza nieco przygasa albo raczej wchodzi w tę fazę, tuż przed świtem, kiedy na parkiecie pozostają tylko najwytrwalsi.

Na Motherfucker wolę spuścić zasłonę milczenia, bo pomimo mocniejszych brzmień, niemal wykrzyczanego refrenu i wręcz gospelowych chórków, utwór przemija niezauważony. Podobnie przedstawia się sytuacja w przypadku kolejnego kawałka. Jest gitarowo, ale piosenka kompletnie nie przykuwa uwagi. Widać nie takiego ciosu spodziewałam się po Bruce’ie Lee.

To, co dalej serwuje nam Williams, to nieco klubowe Sensitive, Pretty Woman (napisane we współpracy z Edem Sheeranem) oraz niewyróżniające się Hotel Crazy i Sensational. Na uwagę zdecydowanie zasługuje David’s Song. Jest to niezwykle poruszająca – głównie ze względu na kontekst powstania – piosenka, która stanowi hołd dla niedawno zmarłego, wieloletniego managera Robbiego – Davida Enthovena.

Były członek Take That sprezentował nam niezły kawałek popu. To, czego nie można mu odmówić, to naprawdę świetne wokale i zróżnicowane kompozycje. Z pewnością na najnowszym albumie Williamsa nie jest tak heavy, jak nam to obiecywał, niemniej jednak jest to rozrywka i dobrze, że Robbie wrócił.

Wykonawca: Robbie Williams
Album: The Heavy Entertainment Show
Gatunek: pop/rock
the-heavy-entertainment-show-b-iext45701160
Data premiery: 4.11.2016
Dystrybutor: Sony Music Entertainment
Cena: 44,99 zł
Ocena: 4/6

empik.com_logo_pop2

Post Author: Kinga Rosińska

Studentka i psiara. Nieustannie poszukuje piosenek, które mogłyby być soundtrackiem codzienności. Od wielu lat darzy Briana Maya nieodwzajemnioną (póki co!) miłością. Nie wie, czy istnieje życie na Marsie, dysponuje natomiast informacjami o tym, kto zabił Laurę Palmer. Chciałaby móc uczestniczyć w jak największej liczbie koncertów. I oczywiście pokoju na świecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.