Ile jest cukru w cukrze? – recenzja „Oh My My” OneRepublic

oh-my-my-deluxe-edition-u-iext44941591Oh My Mygod – aż chciałoby się dopisać po pierwszym przesłuchaniu tego krążka. Amerykańska grupa zaprezentowała bowiem album, którzy jedni uwielbiają, drudzy zaś nie pozostawiają na nim suchej nitki. Co budzi takie kontrowersje? Ano może to, że Ryan Tedder ze swoją świtą wydał coś tak przebojowego, że to aż nie przystoi.

Powyższa kwestia z pewnością wymaga wyczerpującego wytłumaczenia i takie też się pojawi, bo OneRepublic nie dość, że lubię, to jeszcze szanuję. W tym przypadku przysporzyło mi to nie lada kłopotów, bo sprawiło, że już z założenia byłam przekonana, o wysokiej jakości, tego, co zespół z Colorado Springs ma nam do zaoferowania. Później nastąpiło zderzenie z rzeczywistością. Po kolei.

OneRepublic rozpoczęli swoją działalność w 2002 roku i do tej pory wydali cztery albumy. Już pierwszy z nich zawierał gigantyczny – i co najlepsze – wciąż „żrący” hit – Apologize. Jak na debiut – mocne wejście, trzeba im to przyznać. Kolejne, nie mniej przebojowe, krążki z pogranicza popu, rocka i indie udowodniły, że amerykańska kapela ma ogromny potencjał, który zresztą z powodzeniem wykorzystuje. Punktem kulminacyjnym tej kariery okazało się zaś Native z 2013 r., które niemal w całości składało się z numerów szturmujących listy przebojów. Za przykład niech posłużą tutaj chociażby takie piosenki, jak: Counting Stars, If I Lose Myself Tonight, I Lived, czy Something I Need.

W przypadku najnowszego krążka grupy sprawa nie jest już tak oczywista. Wydawnictwo można uznać za niezwykle bogate, bo dostajemy szesnaście kawałków, czyli nieco ponad godzinę słuchania. Nietrudno zauważyć, że to naprawdę sporo, jak na album z gatunku pop. Krążek powstawał w kilkunastu krajach i gołym okiem widać, że panowie się napracowali. Mimo to, nie mogę pozbyć się wrażenia, że Oh My My, w swojej finalnej formie przypomina składankę z cyklu the best of. Taką, na którą śmiało można wrzucić wszystko, co się ma, bez przemyślenia całości. Żeby była jasność – na tym krążku nie brakuje świetnych produkcji, ale to nie zmienia faktu, że nagromadzenie utworów tego pokroju przyprawia o lekki zawrót głowy.

Album otwiera Let’s Hurt Tonight, czyli kawałek z chórkiem i gitarą akustyczną. Klimat ogniska zostaje tutaj przełamany mocnymi wokalami w refrenach i rozwinięciem w kierunku, który śmiało nazwać można potencjałem stadionowym. Cały efekt psuje jednak niemal wilcze zawodzenie. Dalej pojawia się nieco Coldplay’owskie Future Looks Good czy tytułowe, oparte na basach i wokalnych popisach Oh My My.

Zmianę klimatu funduje nam Kids, będące zarazem drugim singlem promującym krążek. Razem z Wherever I Go, czyli singlem numer jeden. Kawałek ten najbardziej wpisuje się w klimat, do jakiego przyzwyczaili nas OneRepublic na Native. Hiciory pełną gębą, których przebojowości nie sposób kwestionować.

Dream gwarantuje ciekawy efekt, osiągnięty dzięki połączeniu pokombinowanych basów z elektroniką i beatem. Fantastyczna kompozycja, która stanowi niezwykle mocny punkt na całym krążku. Dalej pojawia się funkowe A.I., stworzone z Peterem Gabrielemczy radiowe Lift Me Up z powtarzanymi frazami, które choć nadają specyficznej rytmiki, to jednak nie wykorzystują w całości potencjału kawałka. Ze słabszych numerów wymienić można Human, All These Things, przekombinowane NbHD, Born, czy Heaven. Na uwagę zasługuje natomiast ładne, balladowe Fingertips z początkiem przywodzącym na myśl The XX i absolutnie zachwycającymi falsetowymi popisami Ryana oraz kawałek Better. Ten ostatni realizuje cięższe, około hip-hopowe klimaty w stylu twenty one pilots.

Na pozór to, co oferują nam OneRepublic powinno sprawić, że będziemy bić przed nimi pokłony. Ja jednak mam z tą płytą pewien problem. Dostałam dużo gitary, zarówno basowej, jak i akustycznej. Panowie uraczyli słuchaczy wokalnymi popisami, w tym rewelacyjnymi falsetami. Jest wielowarstwowo, gospel’owo, funkowo, synth-pop’owo a nawet klubowo. Cały album sprawia zaś wrażenie stworzonego niby z najlepszego przepisu. I to chyba – paradoksalnie – działa na jego niekorzyść. Oh My My zdaje mi się po prostu nie przystawać do tego zespołu, a konkretniej nie mieć jego ducha. Winą za to częściowo obarczam frontmana, który znany jest również z tego, że komponuje piosenki dla innych artystów. Ryan Tedder pisał kawałki dla m.in. Beyoncé, Adele, czy Ellie Goulding i jego najnowszy krążek trochę tak właśnie brzmi – jakby został stworzony dla kogoś innego. Gdyby się jednak od tego zdystansować, to trzeba przyznać, że Oh My My jest niezłe. Album ten zdecydowanie zyskuje po kilku przesłuchaniach i jest wart tego, by poświecić mu czas. Choćby po to, by samemu się przekonać o tym, ile OneRepublic znalazło się w najnowszym OneRepublic.

Wykonawca: OneRepublic
Album: Oh My My
Gatunek: pop/rock

oh-my-my-deluxe-edition-u-iext44941591

Data premiery: 7.10.2016
Dystrybutor: Universal Music Polska
Cena: 42,99 zł
Ocena: 4/6

empik.com_logo_pop2

Post Author: Kinga Rosińska

Studentka i psiara. Nieustannie poszukuje piosenek, które mogłyby być soundtrackiem codzienności. Od wielu lat darzy Briana Maya nieodwzajemnioną (póki co!) miłością. Nie wie, czy istnieje życie na Marsie, dysponuje natomiast informacjami o tym, kto zabił Laurę Palmer. Chciałaby móc uczestniczyć w jak największej liczbie koncertów. I oczywiście pokoju na świecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.