Kukułcze Jajo – rozdział XXVIII „Bez”

flower-701546_640Śnieg powoli topniał i powstałe z tego powodu bagno w ogródku, zwiastowało, że te święta zbliżają się, ku końcowi.

– Dawno nie było tyle śniegu na święta, co w tym roku – powiedziała lekko zadumana Pani Jadwiga. Jej myśli krążyły, gdzieś daleko. Zdradzał to jej wzrok, który utkwił w dali czającej się za oknem. Uśmiechała się, zapewne odtwarzając w pamięci film obrazów z przeszłości. Skóra wokół jej ust, pokryła się milionami mikro zmarszczek, które pojawiały się na jej twarzy w chwili, gdy uśmiechała się.

– Tymon, Jagoda – zwróciła się naszą stronę. – Chciałabym wam podziękować, że uczyniliście moje życie piękniejszym – zbliżyła filiżankę aromatycznej kawy do ust. Wypiła jej spory haust. Uśmiechnęła się ponownie, i jeszcze łagodniejszym głosem niż chwile wcześniej, rozpoczęła z nami dialog, a raczej monolog, który szczerze nas wszystkich wzruszył.

– I za Konstancin Wam dziękuje. Nawet nie macie pojęcia, jaka byłam tutaj kiedyś szczęśliwa. Dlatego, na tą wizytę czekałam z ogromną przyjemnością. Ostatni raz byłam tutaj 47 lat temu. Był to okres Świąt Bożego Narodzenia. Zimy były wtedy bardziej białe i surowsze,niż teraz. Ale właśnie w tamte święta, też na znajomym mi podwórku utworzyło się bagno. Dlatego, dzisiejszy widok za oknem, spowodował u mnie napływ tych miłych wspomnień, które od lat wyrzucałam z głowy, bojąc się o to, że – że spowodują, że zapomnę o nim. Bo przecież w bólu pamięta się bardziej. Miał blond grzywkę, którą zaczesywał na bok. Brązowe oczy. Śniadą cerę i perlisty uśmiech. Zawsze wyprostowany, jak żołnierz stojący na warcie. Buty nienagannie wyczyszczone, zawsze czysta, wykrochmalona koszula. Kazimierz Chojnacki był starszym bratem mojej licealnej koleżanki Dzidki. Mieszkali niedaleko stąd. Boże! Jak ja szaleńczo kochałam Kazimierza a i on, odwzajemniał w ten sam sposób moje uczucie. W tamto Boże Narodzenie Kazik poprosił mnie o rękę. Dostałam od niego złoty pierścionek z malutkim niebieskim oczkiem. Do tej pory mam go w domu. Nie potrafiłam się z nim rozstać. Choć po jego śmierci samo patrzenie na niego sprawiało mi ogromny ból, to z upływem czasu miało niezwykłą w sobie moc leczniczą, na połamane serce. – mówiła to z trudem, dławiąc się słowami jak łzami, które o dziwo nie pojawiały się w jej oczach.

– Mieliśmy tyle planów. Ja miałam iść po maturze na studia, a Kazik miał zająć się ojcowizną. Miał być mały, biały domek z ogródkiem, z którego miał rwać dla mnie kwiatki każdego ranka. A potem budzić mnie pocałunkiem i wręczać mi ten przed chwilą zerwany bukiet. Tak mi obiecywał – otarła spływającą po policzku łzę. Podeszła do okna, odsunęła firankę. Wzrok miała smutny, przygaszony. Rozświetlały go tylko, zjawiające się w jej oczach łzy, które mozolnie spływały po policzkach. Tymon wstał, aby podejść do niej i ją przytulić.

– Tymon, nie teraz! – zawróciła go. Usiadł znowu na kanapie. I poddał się temu, co pani Jadwiga chciała nam przekazać w swojej opowieści.

-Na czym to ja skończyłam? – zastanowiła się. – A tak. Miał być ślub, mały domek i gromadka dzieci. Nawet imiona mieliśmy wybrane. Córka miała mieć na imię Helenka a syn Izydor. – uśmiechnęła się – Była też lista imion rezerwowych, bo planowaliśmy mieć szóstkę lub siódemkę takich szkrabów. – posmutniała. – Kochaliśmy się za bardzo. Tak myślę, że to kara, że nasza miłość nie była czysta przed ślubem. Rozumiecie, co mam na myśli? – zapytała retorycznie. – Dlatego to nie mogło się dobrze skończyć. Taka miłość na wariata, zawsze jest nietrwała. Najdłużej trwa ta, co rodzi się powoli. Bo co nagle, to po diable. I to się zawsze sprawdza.

Gdyby między nami, nie było tego szaleństwa, nigdy nie straciłabym Kazimierza, ani szansy na szczęśliwe życie – zamilkła. Złapała głęboki oddech. I na wydechu znowu zaczęła do nas przemawiać. W czerwcu miał być nasz ślub. Krawcowa szyła mi koronkową suknie. Miała mieć perełkowe guziki przy szyi i na mankiecie. Prosta, długa i skromna. Taką chciałam. We włosy chciałam wpleść białe kwiaty, które zakrywałby długi welon. Kazimierz, miał założyć czarny, klasyczny garnitur. Założył go trzy tygodnie przed naszym ślubem, do trumny. – twarz ukryła w dłoniach i głośno zaszlochała. Tymon poderwał się z kanapy. Szmer, który się stworzył wyrwał Panią Jadwigę z emocjonalnego otępienia.

– Jeszcze nie teraz – powiedziała. I znowu skryła twarz w dłoniach.

– Jak już mówiłam, nasza miłość była nieczysta. Dzisiaj, to już nie ma takiego znaczenia, jak kiedyś miało dla ludzi. Na pięć tygodni przed naszym ślubem, źle się poczułam. Trafiłam do szpitala. Ciąża. 8 tydzień. Gdyby nie to, że musiałam leżeć w łóżku Kazimierz ze szczęścia nosiłby mnie na rękach. On chciał dziewczynkę. Opowiadał jak będzie wyglądała. Miała mieć po mnie usta i nos, a po nim oczy i całą resztę. Moją inteligencje i jego siłę, aby dawała sobie radę z natrętnymi adoratorami. Bo miała być przepiękna. „ Z prawdziwej miłości rodzą się piękne córeczki i przystojni synowie” tak mówił Kazik i całował mnie w ręce, a gdy nikt nie widział, to całował po brzuchu. W szpitalu tego zabraniali. On był w tej kwestii niepokorny. Czasem kładł głowę na moim brzuchu i nasłuchiwał. Jedynie co mógł usłyszeć, to jak mi z głodu kiszki marsza grają. Jedno przez lata się nie zmieniło, jedzenie w szpitalu jest okropne – uśmiechnęła się – Oczywiście Kazimierz upierał się, że to maleństwo z nim rozmawia, a nie że ja głodna jestem. Bo jak ja mogłam być głodna, gdy on mi takie smakołyki przywoził. Drożdżowe baby, makowce, swojska kiełbasa i mleko prosto od krowy. Mną targały mdłości, więc jadłam mało lub wcale. Ale jeśli to dawało mu szczęście, to chciałam, aby wierzył, że to, co słyszy w moim brzuchu – to nasze dziecko. Lubiłam widzieć go szczęśliwym, a odkąd dowiedział się, że będziemy mieli dziecko, to jego szczęście było ogromne, a sam on, wyglądał na najszczęśliwszego człowieka na całym świecie. I wierze, że taki był.

– Był bardzo ładny dzień. Słońce świeciło, na niebie chmurek brak. Po prostu piękny, majowy dzień. W noc, która go poprzedzała było mi duszno. W środku czułam taki niepokój, jaki odczuwa się, tuż przed egzaminem maturalnym. Rano bolało mnie w krzyżach i pobolewało w dole brzucha. Poprosiłam pielęgniarkę, aby zadzwoniła po Kazimierza. Czułam, że tracę nasze dziecko. Wsiadł na motor i jechał do mnie na skręcenie karku. Rozbił się o drzewo. Trup na miejscu – ucichła. – Myślałam, że umrę z rozpaczy. Nagle moje życie straciło sens. Miałam być silna dla dziecka. Nie płakać, nie rozpaczać. Nie potrafiłam. Z bólu łamało mnie w kościach. W piersiach brakował tchu. Brzuch bolał bardziej, w krzyżu łupało nie do zniesienia. Wieczorem pielęgniarka przyszła i otwarła okno. Do szpitalnej sali wpadł mdły zapach bzu. Bzu, który tak Kazimierz kochał, i właśnie w tej chwili straciłam ich oboje – łzy spływały po jej policzkach.

– Tymon, teraz już możesz. – wyszeptała najciszej jak potrafiła.

Post Author: Magdalena Dziedzic

Zimna staurnowa Pani. Matka swojej córki oraz córka swojej matki. Fanka gumowego krążka oraz wypełnionych kibicami trybun. Lubi czarny kolor, zwłaszcza w poczuciu humoru. Kocha Baczyńskiego oraz Hłaskę. Zasypia słuchając jazzującego Komedę. Lubi czarno-białe stare filmy oraz wszystko co stworzył: Stanley Kubrick, Pablo Almodovar,Woody Allen, Quentin Tarantino... Fascynuje ją Polska za czasów Piastów z Świętosławą Sygrydą na czele oraz Powstanie Warszawskie. Mało śpi, mało mówi,dużo obserwuje. Lubi nocą patrzeć na gwiazdy a w dzień po prostu patrzeć: na drzewa, chmury, ludzi... Jej życiowe motto to fragment z wiersza Baczyńskiego pt. Świat Sen: " ...tonąc po brzegi spojrzenia w rzeczywistość..." niezmiennie od lat w tych spojrzeniach tonie, bo zwyczajnie to prostu lubi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.