[AGAFE] Rozdział 26

Trzy niewysokie budynki w złotej barwie mieściły się parę metrów od szyn kolejowych. Na jednym z nich zawieszono transparent WYCHOWANIE WOJSKOWE, KONFERENCJA NAUKOWA. Spotkanie to odbywało się w małej, łososiowej sali z drewnianymi ławkami. Trzydzieści osób w różnym wieku i płci, zasiadło na krzesłach.

Do wnętrza weszła kobieta o długich, kręconych rudych włosach. Miała na sobie błękitno-czarną sukienkę przyozdobioną złotymi różami. W jej zielonym spojrzeniu było coś dziwnego. Goście poruszyli się nerwowo. Likame stanęła przy tablicy i uśmiechnęła się. To nie był przyjazny wyraz twarzy.

Do środka wkroczył brunet w wojskowym mundurze. Zamknął drzwi, podał partnerce mikrofon.

Dobrze mnie słychać?

Tak.

Dziękuję, że zechcieliście przybyć na tę konferencję. Mam nadzieję, że będziemy się dobrze bawić. Bo tak naprawdę nie przyszliśmy tu rozprawiać o wojskowym wychowaniu.

W drzwiach zgrzytnęło.

Naukowcy zamarli.

Ale jak to? – Wydusił ktoś z siebie. – Przecież…

Spokojnie. Jestem właścicielką Dragon Arch i tak, pozwoliłam sobie stworzyć projekt szkoleniowo-wojskowy o nazwie Phobos, przeznaczony dla trudnej młodzieży. Ale nie zamierzam się nad tym rozwodzić, bo wszystko macie państwo w papierach. Chciałam z wami załatwić inną kwestię. Być może ci, którzy nie znają mojej przyjaciółki jakoś przetrwają, ale reszta…

Ktoś się zerwał do wyjścia, spróbował je otworzyć, ale bezskutecznie.

Co jest?!

Zawiedliście państwo moją przyjaciółkę. I nie, nie mam tu na myśli tego, że była ciągle oblewana. Państwo po prostu prowadziliście tak marny poziom nauczania, że dziewczyna właściwie musiała tylko przychodzić na zajęcia, by zaliczyć. I traktowaliście ją źle.

W ostatnich słowach ludzie wyczuli groźbę. Możliwe, że nie wszyscy, bo niektórzy jeszcze przetrawiali poprzednie informacje. Na większości twarzy malowało się pytanie, o co tu chodzi.

A ktokolwiek ją źle traktuje – odchrząknęła – musi za to zapłacić.

Nawet nie wiemy o kim mowa. – Wtrącił ktoś.

Nie musicie. Wystarczy, że na tej sali znajdują się osoby, które ją nauczały.

Cisza jak makiem zasiał.

I im chciałabym zasugerować, żeby w kolejnym życiu, jeśli oczywiście będą je miały, przemyślały sobie swoją głupotę. Odpowiedziały na pytanie: skoro są tacy genialni, dlaczego dopiero po dwóch latach zauważono, że ktoś się nie nadaje do zawodu? Dlaczego cała reszta była przepuszczana na piękne oczy? As, dawaj.

Wręczył jej pistolet.

Ruszyła między ławki.

Pani jaja se robi, prawda? – Zapytała czarnowłosa kobieta w białej sukience. – Jesteśmy w ukrytej kamerze?

Zamilkła. Na skroni poczuła zimny dotyk pistoletu.

Ja nigdy nie żartuję z przyjaciół.

Ale to nie powód, by nas zabijać! – Krzyknął ktoś z sali.

Może to wy ją zabiliście. A przynajmniej robiliście to bardzo powoli.

Strzeliła. Pomieszczenie przesiąkło hukiem, a po chwili ludzie zrywali się z ławek z wrzaskiem. Ktoś próbował wykonać telefon.

Kurwa – mruknął – zasięgu nie ma?!

Chcesz być następny?

Ja jej nie uczyłem!

Jak miło.

Likame rozejrzała się po zszokowanych ludziach. To bez sensu. Pierwszy strzał wyciągnął ze mnie jakąś złość… Ale nic nie dał. Może za mało? Bo, cholera, dalej jest mi źle.

W przeciągu piętnastu minut pomieszczenie zaśmierdziało krwią i fekaliami wypływającymi z martwych ciał. Rzuciła pistolet i usiadła na biurku.

Dalej mi niedobrze. – Mruknęła smutno. – Pozbyłam się tych dziadów i co?

I nic, będą pogrzeby. – Odparł spokojnie Astaroth, ziewając. – Dziwnie się czułem patrząc na twoją masakrę. To do ciebie nie pasuje.

Pocałował ją.

Chciałabym, żeby ona tu była… nie wiem, co dalej…

Albo wyjdziesz i będziesz kontynuować masakrę piłą mechaniczną dla odmiany, albo będziesz uprawiała ze mną seks.

Zamruczała słodko. Pozwoliła, by rozerwał materiał sukienki.

* * *

Siedziała przy krawędzi. Podkuliła nogi. Patrzyła w pustkę. Niby gwiazdy ją otaczały, ale ciemność na której widniały była niewypełniona. Zupełenie, jak czarna dziura.

Wiedziałam, że nie da rady. Po prostu… zwariowała. To nie moja Likame… ja… chcę do niej wrócić, ale nie mam jak. A Sheez? Proszę, przyjdź. Przyjdź, proszę… wiem, bez sensu. A może to nauczka?

Spojrzała za siebie. Fadwa radośnie pluskała się w stawie o wodzie tak lśniącej, jakby była samym srebrem.

Fadwo…

Muzułmanka podeszła do swej pani i objęła jej szyję.

Przepraszam, że… że cię tak źle traktowałam.

W porządku, moja pani jest taka cudowna. – Ścisnęła mocniej. – Wiesz… może sobie zasłużyłam na to wszystko, bo nie bardzo ci służyłam.

To ja powinnam ci dać więcej miłości… szukałaś jej całe życie.

W porządku, to już za nami. Cieszmy się chwilą obecną!

Nie potrafię… właśnie patrzę, jak Likame stacza się na samo dno.

Oj. Mogę coś dla ciebie zrobić?

Agafe machnęła ramionami. Położyła się. Co mi pozostało? Jeśli Sheez zrezygnował… ja nie chcę tu być sama… choć, może, z Fadwą by mi było dobrze. Ale brakuje mi jej uścisku, jego włosów… Boże, jak tęsknię. Jakbym znowu była w Piekle.

W Piekle? – Usłyszała znajomy głos.

Zadrżała.

Pytanie dobiegło z daleka. Wstała. Serce szybciej zabiło. Jak… koniec. To już będzie koniec.

I tak szłam na śmierć.

Uśmiechnęła się smutno, po swojemu i ruszyła w stronę głosu. Nim się zorientowała, stała przed ogolonym na łyso dzieckiem w stroju Hitlerjugend.

W Piekle. – Powiedziała słabo. – Bo nikogo nie mam.

Masz siebie i Fadwę.

Klęknęła.

Widzę… Likame, która ma doła… nie potrafi się pogodzić z moją śmiercią. A ja nie umiem patrzeć na jej szaleństwo.

To nie patrz.

Ona na to nie zasługuje! Chciałam, żeby była szczęśliwa z Astarothem! Tylko tyle! Nie prosiłam, żeby się nade mną użalała!

A o co prosisz?

Co? – Zdziwiła się.

Jesteś magią. Masz w sobie potęgę prawie wszystkich bogów a mimo to tak niewiele z niej korzystasz. I masz rację, taka potęga nie jest ci potrzebna. A Bogini Wojny się to nie podoba.

– …

Wybrałaś byt. Chciałaś pamiętać o swoich ukochanych, pławić się we wspomnieniach. A ty się tylko użalasz.

To zbyt boli. – Głos jej się załamał.

Hasło.

Nagle zrozumiała.

Uśmiechnęła się. Muszę porozmawiać z Boginią Wojny… jakie hasło do tego prowadziło? Pamiętasz, masz to w sobie… masz…

Trwała w bezruchu, spokojnie oddychając. Złap to hasło, złap. Przecież to twoja szansa… na normalne funkcjonowanie. Mnie też magia nie jest do niczego potrzebna…

Miała.

Qwerty! – Krzyknęła radośnie.

Zamiast dziecka miała przed sobą wysoką kobietę o białoróżowych włosach do łokci. W bursztynowych, kocich oczach zobaczyła miłość. Postać ubrana w błękitną sukienkę westchnęła:

W końcu się widzimy, Władczyni Smoków. Gratuluję pamięci do haseł… – Uśmiechnęła się. – Tak dawno je nakładałyśmy.

Pani… – Skądś wiedziała, że nie znajduje się przed Nyssą.

Tak, jam jest Bogini Wojny. Moja siostrzyczka bliźniaczka wszystkich wykończyła… tylko ja przetrwałam, może jednak nie była tak wiernym odbiciem zła, jak mi się wydawało… – W głosie smutek. – Tak czy inaczej, nasza umowa się skończyła. Tylko jest jeden problem.

Jaki?

Ta cała magia… nie mogę zabić magii. To niemożliwe. Nikt tego nie potrafi. Ale ty przybrałaś postać, w której się męczysz. Zrezygnuj z tego.

Nie mogę.

Bo?

Nie chcę… Ja… Ja chcę do Likame i Sheez’a. Zwłaszcza jemu powiedziałam, że jeszcze się spotkamy.

Czeka na ciebie u bram, ale akcja, którą podsunęła Karina, to akcja… no, przestarzała. Dałam nowe zabezpieczenia.

Więc jednak…

Tak. Musisz coś ze sobą zrobić. Rozumiesz?

Chcę tam wrócić.

Chciałabym, żebyś wybrała inne rozwiązanie.

Bo co? – Wstała. – Kocham ich i chcę ich wspierać… może powinnam nad sobą popracować, ale przez CAŁY TEN CZAS NIE MIAŁAM SZANS BY PRAWDZIWIE ŻYĆ! Mogłam im okazywać miłość, robiłam to jak najlepiej umiałam, ale… nie było czasu na nic. Nyssa musiała zginąć i obie to wiemy.

Po cholerę ci postać, w której tak niewiele z siebie czerpiesz?

Po to, by poznać w końcu smak miłości. By nauczyć się siebie kochać. I innych. Po to, by budować piękny świat.

Hmm… w sumie, sama byś nie dała rady. Znaczy się – zmieszała się – jestem ci coś winna, bo niepotrzebnie zaufałam wtedy, tam, Kosashiemu. Spełnię jedno twoje życzenie.

Wracam do nich.

* * *

Miała na sobie błękitną sukienkę. Rude włosy ułożyła w kok. Bosymi stopami weszła do wody. Przyjemny chłód oceanu dodawał jej odwagi. Zanurzyć się w głębi akwenu i nigdy nie wyjść. Spojrzała w niebo. Pośrodku przebiegała jasna poświata, jakby dzieliła je na pół. Wszędzie widać było gwiazdy. Nie mogła od tego widoku oderwać. Dlaczego jej już nie ma? Czy tak musi ciągnąć całe życie?

Usiadła na brzegu. Nie chciała odczuwać tej samotności, ale ją odczuwała. Czy Karina może zastąpić Agafe? Nie. Wiedziała o tym doskonale. Jak kiedyś mogło jej przyjść do głowy, że Karina może zastąpić kogoś niezastąpionego?

Agafe, dlaczego mnie opuściłaś? Czy nie mogłaś poczekać, aż umrę? Czy… jakoś byśmy dały przetrwać to piekło, prawda? Jak zawsze.

Położyła się na boku i pozwoliła, by delikatne fale wody dotykały jej ciała. Tak, jakby miały ją pochłonąć.

Pochłoń mnie.

Proszę.

To tak boli.

Rozpłakała się.

Czy to musiała odczuwać Agafe, siedząc w więzieniu? Taką dolinę samotności i pustoty?

Zamknęła oczy. I zasnęła.

* * *

Zobaczyła niebo. A na nim chmury układające się w bezmyślne wzory. Ona była w stanie niczego. Nic nie przychodziło jej do głowy. Usiadła. Gdyby była tu Agafe, otuliłaby ją ciepłym ramieniem. Ale Agafe tu nie było. I nie będzie. Nie będzie?

Wstrzymała płacz. Przestań się mazgaić.

Wstała.

Musisz być silna dla Astarotha. Musisz… jakoś sobie dać radę.

Agafe by tego chciała. Tak bardzo by chciała, żebym była szczęśliwa. Ale nie jestem.

Zachwiała się i upadła. Woda znów ją otoczyła. Tyle przeszłyśmy razem i to wszystko na darmo? Dlaczego?

Mogłabym się przestać nad sobą użalać.

Wciąż miała nadzieję, że podejdzie do niej ukochana. Ale wiedziała, że to złudzenie.

Mam dość.

Wstała.

I zniknęła.

* * *

Pojawiła się w swoim prywatnym apartamencie. Na stole leżała czerwona róża i kartka:

Wejdź na dach.

Astaroth ♥

Z wolna, obojętnie wyszła na korytarz, wdrapywała się po drabince na dach. Ku niebu? Skąd ta głupia myśl…

Wyszła na zewnątrz. I stanęła jak wryta.

To teraz możemy zostawić je same – powiedział Sheez.

Pocałował partnerkę w czoło i z przyjacielem zniknął.

Na dachu znajdowały się tylko one. Średniego wzrostu kobieta o czarnych włosach i brązowych oczach, ubrana w fioletową sukienkę. Uśmiechała się.

I ona, Likame, która patrzyła na martwą postać, ukochaną zbliżającą się do niej.

Dzień dobry. – Powiedziała łagodnie Agafe.

To jest sen?

Nie.

Zielone oczy rudowłosej jakby ożyły. Wody oceanu zafalowały, zabłyszczały.

Powiedz, że to nie sen. – Poprosiła.

To nie sen.

Likame dotknęła policzka Władczyni Smoków. Skóra jak żywa.

Agafe… błagam, powiedz, że nie muszę się budzić…

Nie musisz się budzić. To nie sen. Żyję. I jestem twoja… kocham cię.

Przytuliły się.

Agafe?

Tak?

Nigdy więcej mnie nie opuszczaj. Błagam, nigdy więcej tego nie rób.

Nigdy więcej cię nie opuszczę. Przysięgam.

Splotły dłonie. Rudowłosa dotknęła ustami warg przyjaciółki.

K O N I E C

Jeśli chcesz podziękować autorce za książkę – możesz ją wesprzeć finansowo. Kontakt prywatny: https://www.facebook.com/aleksandra.jursza lub aleandrasn@gmail.com
Dzięki! <3

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Od pięciu lat stara się realizować swoje marzenie, by zarabiać na życie pisaniem. Prowadziła portal o kulturze Debiutext, później skupiła się na prowadzeniu bloga Wszystko od nowa. Współpracowała z wydawnictwem RW2010, obecnie szuka dofinansowania na swoje projekty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.