Kukułcze Jajo – Rozdział XXVII „Kiedyś Ci wybaczę”

angel-1500972_640

Śniadanie upłynęło nam w radosnej atmosferze. Wszyscy mieli ubaw, gdy Tymon opowiedział historie przypływu moich uczuć do Pana Rokickiego. Na nic się zdało moje tłumaczenie, że trawiła mnie gorączka i sprawiała, że byłam wtedy bardzo niepoczytalna. Pani Jadwiga nadal się upierała, że Wojtek byłby idealnym kandydatem dla mnie. Stwierdziła, że to jest znak z nieba i że przeznaczenia nie da się oszukać. Ja upierałam się, zaś przy stanowisku, że w głowie mi tylko Tomek i jego bujna blond czupryna.

– Dziewczyno, wspomnisz jeszcze kiedyś moje słowa – Pani Konarska mówiąc to, uśmiechała się tajemniczo.
– Mamy do obiadu jeszcze trochę czasu. Jagoda chodź na spacer. Musimy porozmawiać – powiedział ojciec i wstał od stołu.
– Dobrze, tylko tym razem jak ma wyjść z domu, to ciepło się ubiorę – powiedziałam i pobiegłam w stronę mojego pokoju. Za minutę stałam na przedpokoju opatulona starym szalikiem, który był prezentem od Tomka. Ojciec ucałował Larę na pożegnanie i za chwilę kroczyliśmy razem po ulicy Tulipanów.

– Może pójdziemy na cmentarz? – zapyta.
– Dobrze- pokiwałam głową dając znak, że się zgadzam.

Całą drogę szliśmy w milczeniu. Czułam, że nie wie, jak ma rozpocząć rozmowę. Zapewne w swoich myślach szukał odpowiednich snów. Jeszcze stojąc nad grobem mamy, stał chwilę milcząc. Nie wiem na co czekał, może liczył, że to miejsce doda mu odwagi. W końcu prawie szeptem zaczął monolog, który trwał i trwał i miał na celu wyjaśnienie mi moich zawiłych relacji z ojcem.

– To jest dobre miejsce Jagodo, aby rozpocząć tę rozmowę. W zasadzie to tutaj wszytko się rozpoczęło, a właściwie zakończyło. Wiesz, że do szaleństwa kochałem twoją matkę i nawet po jej śmierci się to, nie zmieniło. Do szaleństwa, to dobre słowo. Jej śmierć doprowadziła mnie do rozpaczy, tak wielkiej, że straciłem chęć do życia. A wszystko, co było z nią związane sprawiało, że niechęć do życia powiększała się we mnie. To nie jest tak, że wyjechałem bez pożegnania. Ja byłem wtedy chory, bardzo chory – do jego oczu spłynęły łzy, a następnie te zaczęły spływać po jego policzku. Łamał mu się głos. Trząsł się, jak osika na wietrze.

– Byłaś wtedy w szkole. To było kilka tygodni po śmierci mamy. Nie wytrzymałem. Poszedłem do lasku koło naszego domu. Miałem już upatrzone drzewo. Przez ostatnie tygodnie, dojrzewałem do tego co chciałem zrobić. Wszystko miałem zaplanowane. Spisałem testament. Wybrałem ubranie do trumny, a nawet drzewo i gałąź, na której miałem zawisnąć. Przywiązałem sznurek do gałęzi, pętle założyłem na szyi. I obudziłem się dopiero w szpitalu. Szczęście w nieszczęściu było takie, że akurat leśniczy przechodził tamtędy i zdążył mnie w porę odciąć. Dlatego nadal tu jestem. Gdyby nie on – schował twarz w swoich dłoniach i zaczął płakać jak dziecko.

– Tato  – podeszłam i głaskałam go po ramieniu.

Chwilę jeszcze płakał, a potem znowu zaczął mówić.

– Jagodo. Kilka tygodni spędziłem w szpitalu psychiatrycznym. Tymon i babcia uznali, że nie powinnaś wiedzieć, o tym, co zrobiłem. Dlatego stwierdzili, że najlepiej będzie Ci powiedzieć, że wyjechałem do Berlina. I tak też uczynili. A musisz wiedzieć, że nie było to dla nich łatwe. Bo jak powiedzieć dorastającej dziewczynce, która dopiero straciła ukochaną matkę, że porzucił ją jej własny ojciec? Prawda ta była okrutna, bo faktycznie Cię porzuciłem – znowu schował twarz w swoich dłoniach i trzymał ją w nich dłużej, aniżeli chwilę wcześniej.

– Ale chyba lepiej powiedzieć dziecku, że ojciec je porzucił, tylko na chwilę. Niż miałoby się dowiedzieć, że gdyby nie zrządzenie losu, została by porzucona na zawsze? – czekał, aż mu przytaknę. Nie uczyniłam tego. Sparaliżowana stałam na wprost niego i nie umiałam go ani dotknąć, ani powiedzieć jakiekolwiek miłe słowo. Chyba tego nie wymagał, bo za chwilę znowu wrócił do swojego monologu.

– Ja wiem, to było jawne skurwysyństwo. Ale nie mogliśmy postąpić inaczej. Dlatego, jak wypuścili mnie ze szpitala, postanowiłem wyjechać do Niemiec. Znajomi pomogli mi się tam urządzić. Cały czas chodziłem na terapie, uczyłem się, jak cieszyć się z życia na nowo. Larę poznałem na terapii grupowej. Też nie miała w życiu lekko. Zaprzyjaźniliśmy się. Dbała o mnie. Robiła mi zakupy, sprawdzała czy sprzątam, czy się myje. Była kimś na wzór anioła stróża. Nawet nie wiem, w którym momencie stała mi się bliższa. Ona od samego początku chciała, abym Cię ściągnął do Berlina. Uważała, że tak trzeba. Ja się tego bałem. Czułem za każdym razem, gdy przyjeżdżałem do Konstancina, że masz do mnie ogromny żal i stajesz się mi coraz bardziej obca. Miałaś do tego prawo, i nigdy z tego powodu nie miałem do Ciebie żalu. Jedyny żal, jaki mam to ten do siebie. Że pozwoliłem na to, że jesteś mi teraz bardziej dalsza, aniżeli bliższa. Jedyne, o co mogę Cię prosić to, o to, abyś kiedyś mi wybaczyła. – znowu skrył twarz w dłoniach i zapłakał.

Podeszłam. Przytuliłam się do niego i wybuchłam płaczem.

– Kiedyś Ci wybaczę, obiecuję, ale jeszcze nie teraz.

Post Author: Magdalena Dziedzic

Zimna staurnowa Pani. Matka swojej córki oraz córka swojej matki. Fanka gumowego krążka oraz wypełnionych kibicami trybun. Lubi czarny kolor, zwłaszcza w poczuciu humoru. Kocha Baczyńskiego oraz Hłaskę. Zasypia słuchając jazzującego Komedę. Lubi czarno-białe stare filmy oraz wszystko co stworzył: Stanley Kubrick, Pablo Almodovar,Woody Allen, Quentin Tarantino... Fascynuje ją Polska za czasów Piastów z Świętosławą Sygrydą na czele oraz Powstanie Warszawskie. Mało śpi, mało mówi,dużo obserwuje. Lubi nocą patrzeć na gwiazdy a w dzień po prostu patrzeć: na drzewa, chmury, ludzi... Jej życiowe motto to fragment z wiersza Baczyńskiego pt. Świat Sen: " ...tonąc po brzegi spojrzenia w rzeczywistość..." niezmiennie od lat w tych spojrzeniach tonie, bo zwyczajnie to prostu lubi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.