Nie taki pop straszny – recenzja płyty „Surrender” Hurts

surrender-u-iext36021973

Hurts, czyli Theo Hutchcraft i Adam Anderson, to duet, którego chyba w naszym kraju nie trzeba przedstawiać. Takie odnoszę wrażenie, bo choć od czasów Wonderful Life, niespecjalnie często można ich usłyszeć w komercyjnych stacjach radiowych, to bilety na koncerty sprzedają się jak świeże bułeczki, a społeczność fanowska jest mocno ugruntowana.

Panowie powrócili w 2015 r. z nowym materiałem. Surrender to już trzecia płyta w dyskografii manchesterskiego zespołu. Po świetnie przyjętych – także w Polsce – Happiness (podwójna platyna) i Exile (złoto w zaledwie trzy dni), Hurts wydali krążek, który na pozór może wydawać się kompletnie oderwany od dotychczasowych. Tylko na pozór, bo za fasadą cukierkowo-różowej okładki i tanecznego światka, kryje się to, co słuchacze właśnie w tym zespole cenią sobie najbardziej – mix melancholii z popowym brzmieniem.

Album otwiera tytułowe intro w wykonaniu House Gospel Choir z Londynu (jedyna – przynajmniej w muzycznym sensie – kolaboracja) i już sam początek daje nam przedsmak tego, co nas czeka. Na Surrender nie brakuje bowiem dodatkowych wokali. Ważną rolę pełnią chórki, a to gospelowe zacięcie, wbrew pozorom, idealnie wpasowuje się w klimat muzyki zespołu. Po prostu nadaje mu nieco innego – bardziej przebojowego sznytu, który świetnie sprawdza się w wersjach koncertowych. Dalej trafiamy na Some Kind of Heaven, czyli pierwszy singiel z radiowym potencjałem. Chwytliwy refren i radosne wręcz brzmienie stanowią próbę dla tych, którzy od kolejnego albumu Hurts, oczekiwali całkowitego pogrążenia w depresji i mroku. Zamiast tego otrzymujemy kawałek, który po prostu wpada w ucho. Kontynuacją tej konwencji jest Why – może nieco zbyt proste w swoim tanecznym klimacie, ale z pewnością nie drażniące.

Nothing Will Be Bigger Than Us może być kompletnym szokiem, bo to utwór wręcz klubowy i przy pierwszym przesłuchaniu prędzej oddałoby się autorstwo nad nim Adamowi Wilesowi vel Calvinowi Harrisowi (z którym duet pracował już przy kawałku Under Control) niż Hurts. Taki międzygatunkowy romans daje jednak zaskakująco dobry efekt i zdradza tendencję zespołu do celowania w różne grupy odbiorców. Dotychczasową konwencję przełamuje mroczne Rolling Stone. To utwór, w którym chyba najłatwiej odnaleźć można nawiązania do typowego dla Hurts synthpopowego, może nieco patetycznego brzmienia, które potrafi jednak intrygować i uwodzić. Tym bardziej, że tekst inspirowany jest prawdziwą historią, a live’owe wykonanie zwala z nóg.

Fantastyczne Lights przynosi kolejny zwrot akcji. Utwór, o którego stworzenie nigdy nie podejrzewałabym duetu z Manchesteru, stanowi jeden z najmocniejszych punktów na całym krążku. Mamy bowiem do czynienia z funkowym (!) kawałkiem, którego – raz przesłuchanego – nie można wyrzucić z głowy. Nieprzekonanym, ale również sympatykom wielowarstwowej symboliki, polecam obejrzeć wersję z teledyskiem, który tylko wzmacnia efekt „wow” i sprawia, że piosenka jest dziełem totalnym – niezwykle przemyślanym i zaskakującym. Na korzyść video klipu niech przemówią jeszcze fakty – Berlin Music Video Award, 4 nominacje do UK Video Music Awards i boska Dawn Shadforth za kamerą. Czego chcieć więcej?

Slow, to powrót do klimatycznego światka, jaki zespół prezentował już na Exile. Bez wątpienia numer z charakterem i potencjałem na filmowy soundtrack. Dalej zmiana tempa i znacznie już radośniejsze Kaleidoscope, czyli przyjemny i dobrze „wchodzący” kawałek. Tuż za nim Wings, które śmiało uznać można za kwintesencję stylu Hurts – rozmach, romantyzm podszyty melancholią i balladowe brzmienie. Zdecydowanie warta polecenia piosenka i ponownie rewelacyjny klip, przesycony popkulturowymi nawiązaniami (chociażby do filmów Felliniego). Wersję standardową wieńczy falsetowa wręcz ballada – Wish, a ciekawostką niech będzie, że teledysk do niej stworzył Bryan Adams.

Wszystkie utwory zawarte na Surrender, tworzą moim zdaniem zgraną całość, od której nie wieje nudą, i która odwołuje się do różnych emocji. Pierwsze przesłuchanie albumu daje wrażenie jego inności od dotychczasowych krążków, ale nie posunęłabym się do stwierdzenia, że najnowsza płyta jest czymś zupełnie oderwanym od stylu, do jakiego przyzwyczaili nas panowie z Hurts. Kolejne odsłuchania udowadniają, że Surrender jest syntezą tego, co znajdziemy na Happiness i Exile, w wyważonej formie – jest trochę tanecznych kawałków, ale nie oznacza to wcale, że duet z Manchesteru, porzucił swoje skłonności do melancholii i dramaturgii, sięgającej czasem może i patetycznych tonów, ale będącej w ostateczności jednak konwencją, którą trzeba rozumieć i lubić, by słuchać tego zespołu. To krążek ze zdecydowanie większym potencjałem na duże koncerty (zapewne dzięki producentom – Stuart Price, Ariel Rechtshaid), na których, na całe szczęście, zespół nie podejmuje prób odcinania kuponów od Wonderful Life czy co gorsza – kopiowania tego utworu.

To, co temu albumowi można zarzucić, to zdecydowanie jego długość, bo nieco ponad 30 minut słuchania w wersji standard, pozostawia pewien niedosyt. Tym bardziej, że trzy dodatkowe utwory, dostępne w wersji Deluxe, to prawdziwe perełki – saksofonowe Perfect Timing, niepokojące, ale jakże w tym niepokoju pociągające, Weight of the World (jeden z moich ulubieńców!) i romantyczno-balladowe Policewoman, spinające krążek klamrą, bo ponownie słyszymy House Gospel Choir.

Surrender nie jest albumem dla każdego. Nie powinni sięgać po niego ci, którzy spodziewają się przebojów na miarę Wonderful Life czy Stay. Z pewnością ich tam nie znajdą, co w moim przekonaniu, nie jest żadną ujmą dla tego krążka. Surrender jest bowiem próbą obrania nowego kierunku. I to próbą całkiem udaną, bo przynosi kilka zaskakujących brzmień, ale też przekonanie, że mimo tych eksperymentów, każdy kawałek naznaczony jest, tym niemożliwym do uchwycenia czy nazwania, pierwiastkiem, tak charakterystycznym dla ducha zespołu. Album zdecydowanie zyskuje po kilku przesłuchaniach, trzeba mu przyznać, że stworzony został ze sporym rozmachem produkcyjnym. Jeśli do tego wszystkiego doda się też warstwę wizualną – niezwykle estetyczne teledyski czy piękne wydanie, otrzymamy godny polecenia krążek, który napawa ciekawością, co Hurts wrzucą na swój kolejny album, na który mają już w kieszeni kontrakt. Surrender, postrzegane przez pryzmat całej dyskografii, daje mi przekonanie, że cokolwiek to nie będzie, znowu zaskoczy, pójdzie w zupełnie nieoczekiwanym kierunku i podzieli słuchaczy. Panowie z Manchesteru udowodnili już, że w swoich muzycznych poszukiwaniach, nie boją się postawić wszystkiego na jedną kartę – co tylko potwierdza najnowszy album – i mnie to kupuje.

 

Wykonawca: Hurts

Album: Surrender

surrender-u-iext36021973

Gatunek: Pop

Data premiery: 9.10.2015

Dystrybutor: Sony Music Entertainment

Cena: 42,99 zł

Ocena: 5,5/6

empik.com_logo_pop2

Post Author: Kinga Rosińska

Studentka i psiara. Nieustannie poszukuje piosenek, które mogłyby być soundtrackiem codzienności. Od wielu lat darzy Briana Maya nieodwzajemnioną (póki co!) miłością. Nie wie, czy istnieje życie na Marsie, dysponuje natomiast informacjami o tym, kto zabił Laurę Palmer. Chciałaby móc uczestniczyć w jak największej liczbie koncertów. I oczywiście pokoju na świecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.