Mniej eyelinera, mniej charakteru – recenzja płyty „The Shadow Side” Andy’ego Blacka

the-shadow-side-b-iext34612213

The Shadow Side to debiut Andy’ego Blacka, ale debiut solowy. Nie mamy bowiem do czynienia z muzycznym żółtodziobem, a artystą, który wypracował już sobie pozycję na rynku, co pozwoliło mu na mały skok w bok.

Pod pseudonimem Black kryje się Andy Biersack, czyli wokalista Black Veil Brides – amerykańskiej kapeli z pogranicza heavy metalu i glam rocka, która ma na swoim koncie cztery albumy studyjne. The Shadow Side jest więc solowym projektem, na który macierzysta grupa muzyka chyba by się nie zdobyła, bo brzmienie krążka jest znacznie lżejsze od tego, do którego Biersack nas przyzwyczaił.

Na płycie jest mniej eyelinera, mniej teatralności i więcej przestrzeni eksperymentalnej – i to mi się podoba, bo w tym wydaniu dużo łatwiej jest docenić niebanalny wokal Blacka, który dość zgrabnie balansuje na granicy popu i rocka. Ale co trzeba przyznać – temu krążkowi brakuje charakteru. Jako całość stanowi nieco mdłą kompozycję, na której poszczególne utwory zlewają się w jeden Nie znaczy to wcale, że płyta nie zasługuje na swoją szansę i pozbawiona jest potencjału. Wręcz przeciwnie – choć nie podoba mi się w swoim ostatecznym kształcie, muszę docenić pojedyncze perełki, które dźwigają wydawnictwo. To, co przemawia na korzyść tego albumu, to również warstwa tekstowa, bo Black z łatwością ogrywa trudną tematykę i nie boi się zestawiać jej nawet z nieco bardziej tanecznymi podkładami.

Nad płytą pracowało szerokie grono znanych i lubianych. Producentem jest John Feldmann, a w utworach gościnnie pojawiają się m.in. Patrick Stump, czy Joel Madden. Dziwi zatem, dlaczego na The Shadow Side tak mało się dzieje. Krążek zawiera 13 kompozycji. Całość otwiera Homecoming King, które zaczyna się ciekawie – intrygująco i niepokojąco, by przejść w łagodniejsze tony i powrócić z nową energią. I o ile początek zapowiada się naprawdę dobrze, o tyle efekt ten szybko zostaje popsuty, bo piosenka sprawia wrażenie zwyczajnie przekombinowanej – tak, jakby Black zbyt wiele chciał upchnąć w jednym utworze.

Dalej mamy promujące cały album We don’t have to dance, które bez dwóch zdań jest kawałkiem radiowym, co wcale nie stanowi zarzutu. To energetyczna piosenka, która łatwo wpada w ucho, i której potencjał został dobrze zaakcentowany i wykorzystany, ale która nawet nie umywa się do Ribcage.

Trzecia pozycja na krążku, to w moim odczuciu najmocniejszy akcent na całej płycie. W tej piosence tkwi jakaś energia, przebojowość, a wokalne eksperymenty są naprawdę przyjemne i zaskakujące. Jest moc i charakter, których brakuje większości numerów na The Shadow Side. Od Stay Alive, która stanowi efekt współpracy z Mattem Skibą, zwyczajnie wieje nudą. Zdwojone siły nie przynoszą oszałamiającego rezultatu. Jest tanecznie, a mimo to nijako, bo przez całą piosenkę czeka się na przełom, który ostatecznie nie następuje i pozostawia z poczuciem rozczarowania. Love Was Made to Break przynosi poprawę. Romantyczny wręcz kawałek nie jest przeładowany efekciarstwem, co pozwala skupić się na wokalu i klimacie. Ponadto nie mogę pozbyć się wrażenia, że w tym utworze tkwi jakiś filmowy potencjał – jest w nim coś, co aż prosi się o warstwę wizualną, której bardzo byłabym ciekawa. Zdecydowanie na plus, tak, jak i niezłe Beautiful Pain. Put the Gun Down przynosi już wrażenie utraty tej cennej wielowymiarowości.

Im dalej, tym większa nuda, coś zgrzyta, całość traci na wyrazistości, a piosenki zlewają się ze sobą. Drown Me Out i Paint it Black w swojej przewidywalności nie przynoszą żadnych emocji. Od tego mdłego klimatu uwalnia nas ostatecznie Break Your Halo, które daje tak przyjemny efekt, że łagodzi to, co ma nastąpić później, bo Louder Than Your Love oraz Broken Pieces to kawałki, które stanowią powielenie klimatu z wcześniejszych numerów. Całe szczęście, że album kończy The Void, bo choć sama kompozycja mnie nie przekonuje, to muszę przyznać, że pozostawia po sobie pozytywne wrażenie zmiany.

To, co w The Shadow Side na pewno trzeba docenić, to warstwa wizerunkowo-wizualna i fakt, że Biersack próbuje stworzyć coś innego, od tego, co dotychczas pisał ze swoim zespołem. Innego, ale nie kompletnie oderwanego, co daje jakiś efekt spójności i wiarygodności. Na tym albumie bywa mrocznie i klimatycznie, ale właśnie – tylko bywa. Kompozycje są zbyt mało zróżnicowane, bo choć każda z piosenek słuchana oddzielnie może być przyjemna dla ucha, o tyle te numery odtwarzane jeden po drugim, kompletnie się rozmywają. A szkoda, bo ten muzyczny eksperyment ma spory potencjał.

Album nie jest zły, ale nie plasuje się też w gronie ulubieńców. The Shadow Side po prostu nie porywa. I nie wiem czy to kwestia tego, że na tym krążku czegoś brakuje, czy może tego, że nie czuję się targetem tego wykonawcy. A może zwyczajnie nie ciągnie mnie na ciemną stronę mocy? Przynajmniej nie taką, jaką pokazał mi Andy Black.

 

Wykonawca: Andy Black

Album: The Shadow Side

the-shadow-side-b-iext34612213

Gatunek: pop/rock

Data premiery: 10.06.2016

Dystrybutor: Universal Music Polska

Cena: 54,99 zł

Ocena: 3,5/6

empik.com_logo_pop2

Post Author: Kinga Rosińska

Studentka i psiara. Nieustannie poszukuje piosenek, które mogłyby być soundtrackiem codzienności. Od wielu lat darzy Briana Maya nieodwzajemnioną (póki co!) miłością. Nie wie, czy istnieje życie na Marsie, dysponuje natomiast informacjami o tym, kto zabił Laurę Palmer. Chciałaby móc uczestniczyć w jak największej liczbie koncertów. I oczywiście pokoju na świecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.