Wędrujący duch

Chłodne powietrze okalało wszystko wokół. Pod wysokimi świerkami, rosnącymi w dalekich odstępach od siebie, leżały jeszcze pozostałości śniegu. Mimo, iż był środek wiosny, w tych stronach zawsze było tak chłodno. A jednak miejsce to miało swój urok. Pomiędzy potężnymi grudami śniegu, przebijając się przez ściółkę z igieł, rosły przepiękne, fioletowe kwiaty, o małych, dzwoneczkowatych kielichach.

Trzech wędrowców jechało na swych koniach, właśnie przez ten las. Wszyscy w szarych, skórzanych płaszczach. Na głowach mieli kaptury. Dwóch z nich posiadało jednoręczne miecze, przypięte do pasa. Trzeci zaś był bezbronny,  niezwykle niski. Zgarbiony. Stary. Nie miał żadnej broni, a do jego siodła, prócz kilku toreb, przypięty był długi kij, zakończony z jednej strony czymś w rodzaju szklanej kuli. Kula cały czas świeciła. Migotała, wypełniona rozbijającymi się wewnątrz o ścianki świetlikami. Dobry, sprawdzony sposób na rozjaśnienie sobie nocą drogi.

Teraz był dzień. Mimo, iż słońce nie zdołało przebić się swoimi promieniami przez gęste chmury. A może to szerokie korony świerków nie przepuściły ich blasku?

Wędrowcom ukazała się pierwsza chata. Niechlujnie zbita z drewnianych desek rudera, uszczelniana różnej maści kocami, gałęziami i sianem. Żaden z przybyszów nie chciałby w czymś takim mieszkać. Zatrzymali konie. Staruch spojrzał na obu towarzyszy.

– Tu was zostawię. – rzekł. – Znacie swoje zadanie. Zostaliście wy dwaj, Jednak tylko jeden może je wykonać.

– Jak mamy znaleźć tego Wędrującego Ducha? – spytał pierwszy, zdecydowanie młodszy.

– Pytajcie, szukajcie tropów, słuchajcie otoczenia.

– A jak już go znajdziemy? – spytał starszy, wysoki, o barczystej sylwetce.

– Wtedy sprowadźcie do grodu. – odparł starzec, po czym uderzył konia w bok i pozostawił swych towarzyszy samych.

Obaj młodzieńcy spojrzeli po sobie. Wyższy uśmiechnął się drwiąco, po czym popędził konia i ruszył ku zabudowaniom.

Młody pozostał wraz ze swym wierzchowcem przy tej zaniedbanej chacie. Spokojnym ruchem uzd nakazał mu ruszyć. Koń prychnął niezadowolony.

– Co jest, Grace? – spytał troskliwie. – Spragniona?

Koń pokiwał głową jakby z aprobatą. Chłopak uśmiechnął się. Od niedawna towarzyszyła mu ta siwa, pstrokata klacz, a jednak już poznał się na jej nietypowym charakterku.

– Dobrze. W takim razie poszukamy ci wody.

Zeskoczył z niej, po czym ciągnąc ją za uzdę, ruszył ku chacie. Jeszcze gdy pozostało mu kilkadziesiąt metrów, przywitało go ujadanie psa. Był to jakiś mieszaniec. Niewielki, aczkolwiek niezwykle głośny i agresywny. Kłapał swoją uzębioną paszczą, plując śliną na wszystkie strony. Na szczęście od rzucenia się do gardła przybysza, powstrzymywał go łańcuch, którym przywiązany był do prowizorycznej budy.

Słysząc ujadanie psa, właściciel wyszedł na zewnątrz. Był to chłop. Podarte ciuchy, wielokrotnie łatane, oraz słomiany kapelusz mówiły najwięcej. Dodatkowo, umorusany był na twarzy, a przybysz miał nadzieję, że brunatny, zaschnięty ślad na policzku, był jedynie błotem.

– Czego? – spytał chłop, mierząc wzrokiem młodzieńca.

– O wodę dla konia przyszedłem poprosić. – odparł chłopak, próbując przekrzyczeć psa.

– W studni. Częstujcie się.

– Dziękuję, panie. – odparł grzecznościowo chłopak. – Mam jeszcze jedno pytanie.

Chłop skrzywił się w grymas, jakby zdziwiony, że przybysz kontynuuje rozmowę. Nie odpowiedział jednak, a więc chłopak rzekł.

– Nie słyszeliście może o Wędrującym Duchu?

Chłop podrapał się po głowie, rozejrzał głupkowato, po czym wskazał gród, znajdujący się w oddali.

– W mieście popytajcie. Tam wam wszystko powiedzą.

– Dziękuję.

Chłopak ruszył do studni. Widział, że chłop nie skory do rozmowy. Napełnił wiadro wodą, po czym podał klaczy.

– Pij mała. – rzekł, gładząc ją po pysku.

***

Szedł przez ubłoconą ulicę miasta. Wszystko wokół niewiele odbiegało stanem od chaty chłopa. Smród, bród i ubóstwo. Grace zostawił w wielkiej stajni, przy wejściu. Zapłacił solidna cenę za przechowanie jej i miał nadzieję, że zastanie ją tam, gdy tylko wróci.

Stąpał powoli, rozglądając się w poszukiwaniu jakiejś karczmy. W takich miastach nie ma lepszego miejsca na zdobycie informacji. Godfryd pewnie już dawno zmierzał do kryjówki Ducha. I on musiał się pospieszyć, o ile chciał zwyciężyć.

Czuł na sobie spojrzenia ludzi. Nie dziwiło go to. Jakie uczucia wśród tłumu mógł wzbudzać uzbrojony mężczyzna, ukrywający twarz pod kapturem. Zatrzymał się przy najbliższej karczmie. Spojrzał na tablicę z nazwą. Nie miał pojęcia, co było na niej wygrawerowane. Była zniszczona, porośnięta grzybem.

Chłopak wszedł do środka. Zdjął kaptur, ukazując swoje brązowe, rozczochrane we wszystkie strony włosy. Rozejrzał się. W środku dnia nie było tu zbyt wielu ludzi. Głównie pijaczyny, nie umiejący zrobić nic ciekawszego ze swoim wolnym czasem. Było tu też kilku robotników, którzy przyszli coś zjeść w przerwie. Zapewne drwale. Czym innym można parać się w tych stronach? Handlem z elfami? Wypasaniem kóz? Ziemia nie była tu zbyt żyzna, na uprawę pól.

Chłopak nic nie zamówił, siadł przy jednym ze stołów i rozejrzał się. Niemal natychmiast podeszła do niego kelnerka. Rumiana, cycata. Blond włosy splecione w warkocze opadały na jej ramiona.

– Co podać? – spytała.

– Jadło jakieś. – odparł chłopak. – Jakiekolwiek. Byle dobre.

Kelnerka wzruszyła ramionami, po czym ruszyła do baru. Chłopak rozejrzał się. Kto mógłby wiedzieć coś o Wędrownym Duchu? Nim dostrzegł kogoś godnego rozmowy, kelnerka wróciła do niego i oparła się jedną ręką o blat stołu.

– Mamy tylko kuropatwy w sosie albo kotlety z dzika. – odparła jakby znużona już tą pracą.

– Kuropatwy. – Zatrzymał ją ręką. – Może pani wie, gdzie znajdę Wędrującego Ducha.

Kobieta spojrzała na niego zaskoczona. Schyliła się nad nim, po czym półszeptem odparła.

– Głupiś ty, jeśli szukasz zjawy. Pojawia się i znika, kiedy chce. Ale pytaj dalej, a znajdziesz nie ją, lecz kłopoty.

–  Kłopoty? – powtórzył zaciekawiony.

– Nie lubi się tu takich, co szukają zjawy. – odparła. – Zawsze przynosi to kłopoty.

– Rozumiem. – odparł, po czym zastanowił się chwilę. – Mimo to, ja muszę znaleźć tą istotę.

Kobieta westchnęła głęboko, rozejrzała się, po czym również szeptem rzekła.

– Szukaj na makowej polanie. To jego ulubione miejsce.

Po tych słowach odeszła. Chłopak uśmiechnął się. Wreszcie wiedział gdzie się wybrać. A skoro ludzie tak nie chętnie mówią o duchu, to może Godfrydowi nie udało się jeszcze dowiedzieć, gdzie znajdzie istotę. Młodzieniec oparł się wygodnie o obręcz krzesła, po czym rozprostował ręce. Poczuł ulatujący zapach pieczonego mięsa z kuchni.

Był głodny.

***

Makowa polana nazywała się tak nie bez przyczyny. Otoczona ogromnym lasem, rozległa, czerwona. Prócz kwiatów o czerwonych płatkach, delikatnie tańczących w na wietrze, nie rosło tu chyba nic innego. No, może kilka białych kaszek, na cienkich, zielonych łodyżkach. Polana kąpała się w promieniach słońca, które nareszcie wyjrzało zza chmur. Chłopak zeskoczył z klaczy. Pogładził ją po pysku, po czym poprowadził za uzda przez łąkę.

Wokół słychać było bzyczenie wielu pszczół, pracujących w pocie czoła w rozwartych kielichach maków. Wędrowiec rozglądał się za czymś, co mogłoby dać mu jakąś poszlakę. Polana była ogromna, a przez jej wzniesioną powierzchnię, chłopak nie mógł dostrzec końca. Wspiął się na wzgórze, znajdujące się na jej środku. Rozejrzał. Makowa polana była całą doliną. Rozciągała się daleko w dół. Był stąd przepiękny widok na wzbijające się w oddali góry, oraz iglaste lasy. Na dole, wśród maków stała mała chatka. Pojedyncza. Bez żadnych innych kondygnacji. Jeden, samotny domek, koło jednego, samotnego drzewa. Chłopak zbiegł z wzniesienia, po czym ruszył w tamtym kierunku.

Stanął przed drzwiami. Chatka wyglądała na dosyć zadbaną. Chłopak uniósł dłoń, by zapukać w sosnowe, wygładzone drzwi.

Grace parsknęła niespokojnie. Chłopak rozejrzał się. Zamarł. W pobliżu domu, po kwiatach maków delikatnie stąpała biała, niewyraźna postać. Kobieta. Jasna. Nierealna. Była wielkości człowieka, a jej lekkość sprawiała, że płatki kwiatów, po których skakała swymi bosymi nogami nie uginały się nawet. Była niczym motyl, przelatujący z kwiatka na kwiatek. Nie zwracała uwagi na przybysza. Błędnymi oczyma wodziła po łące, jakby szukając tego, co w niej najpiękniejsze. Oddalała się.

Chłopak ruszył powolnym krokiem za nią. Tak, aby jej nie spłoszyć.

– Piękna, co? – usłyszał za sobą czyjeś słowa.

Odwrócił się. Pod drzewem stał oparty o pień mężczyzna. Ubrany był w koszule, proste spodnie. Ogolony, o białych włosach i niezwykle jasnych oczach. Na szyi i nadgarstkach miał ślady po dawno zerwanych łańcuchach. Mimo, że nie wyglądał staro, Chłopak był pewien, że bije z niego niesamowita mądrość i doświadczenie.

– Czy to Wędrujący Duch? – spytał chłopak.

– Jedynie cień jego wielkiej miłości. – odparł mężczyzna.

– Skąd pan się tu wziął? – spytał wędrowiec.

– Ja? – zdziwił się mężczyzna. – Ja tu mieszkam.

– Nie. – poprawił się chłopak. – Nie widziałem skąd pan przyszedł.

– Cały czas tu stałem. – odparł nieznajomy.

Chłopak zmrużył oczy. Jakim cudem przedtem go nie dostrzegł? Nawet w cieniu drzewa nie da się tak idealnie skryć. Nie w tak słoneczny dzień.

– Zapewne przybyłeś zobaczyć Wędrującego Ducha?

– Nie zobaczyć, a upolować. – odparł chłopak.

– Powodzenia. – uśmiechnął się mężczyzna. – Dopiero był tu taki. Kilka godzin przed tobą.

– Godfryd! – zafascynował się chłopak.

– Nie przedstawiał się.

– Gdzie poszedł?

– We wskazane przeze mnie miejsce. Do kryjówki Ducha. – odparł mężczyzna.

– Wiesz gdzie to jest? – spytał chłopak.

– Owszem.

– Powiesz mi?

– Nie wiem.

Obaj zamilkli. Mężczyzna o białych włosach zdecydowanie nie był łatwym rozmówcą. Chłopak odwrócił się w kierunku zjawy. Dziewczyna wciąż hasała po łące. Niczego nie świadoma. Radosna, nieobecna.

– Jak cię zwą? – spytał białowłosy.

– Arten. – odparł chłopak. – A ciebie?

– Dotrian. – podszedł do młodzieńca i podał mu dłoń w geście powitania. – Po co ci Wędrujący Duch?

– Godfryd nie powiedział?

– Nie był zbyt rozmowny.

– U nas w grodzie jest taki rytuał. Co pokolenie wybierana jest osoba, która wyruszy w świat, spełniać wolę bogów.

– Brzmi dosyć staroświecko. Jaka to wola? – spytał Dotrian.

Arten skrzywił się zniesmaczony reakcją rozmówcy. Postanowił jednak puścić jego uwagę mimo uszu i wyjaśnić mu, o co chodzi.

– Nieznana. – kontynuował. – Nigdy nie wiadomo, czego zechcą bogowie. Wybraniec musi słuchać, szukać śladów. Dać się ponieść w nurt przeznaczenia, a gdy nadejdzie czas, być gotowym na wypełnienie zadania, jakie dostanie.

– I ty zostałeś do tego wybrany? – spytał białowłosy.

– Jeszcze nie. – odparł Arten. – Spośród młodzieży w jednym wieku starszyzna wybiera tych, którzy będą przechodzić kolejne testy: wiedzy, sprawności, siły woli i na koniec właśnie słuchania woli bogów.

– I to jest ta próba? – spytał nieco drwiącym tonem Dotrian. – Bogowie kazali ci upolować Wędrującego Ducha?

Arten pokiwał głową.

– Spośród wszystkich kandydatów zostałem tylko ja i Godfryd.

– A co, jeśli nie zostanie żaden?

– Szukają kolejnych. W następnych pokoleniach. – odparł Arten.

Nastała chwila ciszy. Obaj spojrzeli w stronę znikającej w świetle słonecznym zjawy, wciąż skaczącej po kwiecistej łące.

– To na pewno nie ona? – spytał Arten.

– To byłoby zdecydowanie za proste. – odparł Dotrian w zadumie. – Albo za trudne. Może wpadniesz na herbatkę? Posiedzimy, pogadamy. I tak na razie nie znajdziesz Ducha. Blisko tu do jego kryjówki, a pojawia się w niej dopiero nocą.

Arten wzruszył ramionami. Czemu nie? W końcu i tak nie miał nic lepszego do roboty.

***

Woda w kociołku zawrzała. Dotrian zgasił płomień, po czym chwycił kociołek przez ścierki i zalał zmielone zioła. W powietrzu uniosła się niesamowita, nieznana jak dotąd Artenowi woń.

Chatka może nie była wielka, ale jej wystrój sprawiał wrażenie przestronnej. Na półkach, wśród słoiczków wypchanych po brzegi różnymi ziołami, stały całe sterty książek. Nad kominkiem zaś wisiał wypchany orzeł, o rozpiętych skrzydłach. W koncie stało jednoosobowe łóżko. Dotrianowi w tej całej samotni towarzyszył jedynie pies. Piękne stworzenie o białej sierści i przyjaznym pysku. Coś na kształt labradora, lecz mniejsze i bardziej wełniane. Kundel. Przyjaźnie podszedł do Artena i powąchał go po nogawce. Potem skoczył radośnie przednimi łapami opierając się o kolana chłopca.

– Złaź natychmiast! – wrzasnął na niego właściciel. – Nie dokuczaj gościowi.

Pies skulił się i poszedł w kąt. Zwinął się w kłębek i położył smutno łeb na łapach.

– Nie przeszkadzał mi. – odparł Arten.

– Nie szkodzi. Szybko się przyzwyczai, że może skakać na gości i potem się go nie poskromi. – odparł Dotrian, po czym uniósł szklankę i upił łyka. – Zdrowie.

Arten powąchał specyficzny napój. W żadnym wypadku nie przypominało to zapowiedzianej herbaty. Jednak skoro Dotrian się tego napił, to nie mogła to być żadna trucizna. Arten posmakował specyfiku. Natychmiast poczuł rozpalający go żar. Pozytywnie. Żadne żrące płyny, a jedynie coś, co rozbudzało jego zmysły, powodując niezwykły efekt rozpalenia.

– Co to jest? – spytał zaskoczony.

– Mieszanka ziół. – odparł gospodarz. – Specjalność elfów. Mieszkają tu niedaleko, w lasach.

– Handlują z tobą?

– Niekoniecznie. – odparł Dotrian. – Przynoszą mi różne ciekawe drobiazgi. W ramach wdzięczności… a może by przetestować ich działanie.

Arten spojrzał ze strachem na kubek. Dotrian zaśmiał się.

– Nie martw się. Ten produkt jest już dawno sprawdzony. Choć bywało, że zmieniali mieszankę. – upił kolejny łyk. – Dziś nie wyczuwam nic nowego.

– Wspominałeś coś o ich wdzięczności. – zauważył Arten. – Za co ci są wdzięczne?

– Stare dzieje. Nawet już bardzo nie pamiętam.

– One pamiętają.

– I mi to nie przeszkadza. – uśmiechnął się Dotrian. – Wracając do Wędrującego Ducha. Jak chcesz go schwytać?

– Nie wiem. – odparł Arten. – Muszę najpierw go zobaczyć, poznać.

– Nie będzie łatwo się do niego zbliżyć. – odparł mężczyzna. – Lepiej, żebyś miał jakiś plan ucieczki. Szczególnie, jeśli chcesz iść z bronią. Nie lubi jej.

Arten spojrzał na swój miecz. Stal raczej nie była na ducha. W końcu jak miałby się nią bronić przed zjawą? Miecz raczej był na wilki i niedźwiedzie, których w tych lasach jest ponoć sporo.

– Mogę go tu zostawić. – odparł. – Jeśli pozwolisz.

– Nie boisz się tam iść bez broni?

– Ducha i tak nią nie powstrzymam.

– Też prawda. – Dotrian wzruszył ramionami. – Twój poprzednik nie myślał w ten sposób. Poszedł tam z bronią. Myślał, że usieka nią stwora.

– Nie poczekał do nocy? – spytał Arten.

– Wolał się przygotować na miejscu. – odparł Dotrian. – Swoją drogą, nie ma znaczenia, jakie tam pułapki na ducha przygotuje, i tak nic mu to nie da. Takie jest moje zdanie.

Nastała chwila ciszy. Arten upił kolejny łyk elfickiego napoju. Dotrian podniósł się.

– Chodź. – rzekł. – Jeśli chcesz zdążyć do kryjówki, przed duchem, lepiej już się zbierajmy.

Arten podniósł się.

– W takim razie, prowadź.

***

Dotrian zostawił Artena na skraju lasu. Zdradził mu jedynie, by szedł przed siebie i szukał zjawy. Duch dziewczyny miał doprowadzić go do Wędrującego Ducha. Szedł przed siebie, rozglądając się uważnie. Powoli się ściemniało. Nareszcie dostrzegł białą zjawę. Hasała po leśnej ściółce, nie zważając na igły, które mogłyby okaleczyć jej bose stópki. Arten ruszył za nią. Nie dotarł daleko, nim usłyszał przerażający huk. Coś połamało drzewo, które przewaliło się gdzieś w pobliżu. Potem dało się słyszeć przeraźliwy ryk. Arten usłyszał także krzyki uciekających w panice kobiet.

Spojrzał na uciekającą mu zjawę. Jeśli pobiegnie ratować ofiary tajemniczego stworzenia, na pewno nie odnajdzie już zjawy. Będzie musiał czekać kolejny dzień, a w tym czasie Godfryd na pewno dotrze do celu. Już dotarł…

Arten wahał się chwilę, jednak ruszył w kierunku dobiegających odgłosów. Biegł po nierównej ściółce, głównie z iglic, oraz nie jadalnych grzybów i porostów. Dostrzegł jedną z uciekających w panice kobiet. Była to elfka. Ubrana dosyć skąpo, jak to elfy z północnych lasów. W dwie przepaski. Jedna na biodrach, drugą na wysokości klatki piersiowej. Biegła z koszem w ręku, machając nim tak, że wypadła już z niego niemal cała zawartość. A więc zapewne była elficką zbieraczką.

Arten zastawił jej drogę. Dziewczyna wpadła w jego ramiona, zdezorientowana. Spojrzała na niego wielkimi oczyma.

– Uciekaj. – rzekła, po czym dalej ruszyła do ucieczki. – Uciekaj!

Arten przełknął ślinę, po czym powolnym krokiem zbliżył się w kierunku bestii. Dostrzegł ogromny, jaszczurzy ogon. Potem masywne, jaszczurze ciało, utrzymujące się na niewielkich łapkach i o ogromnym pysku, uzbrojonym w malutkie ślepia i rzędy ostrych, jak u rekina, zębisk.

Arten sięgnął po miecz. Przeklną pod nosem. Zapomniał, że zostawił broń w chacie Dotriana. Teraz jeszcze bardziej bał się podejść. Był bezbronny, więc jego poświęcenie mogło okazać się bezsensowne. Obejrzał się za siebie. Może, jak teraz zawróci, odszuka jeszcze zjawę.

Usłyszał rozpaczliwy krzyk. Stwór podchodził do przewróconej elfki, bladej ze strachu, jak śnieg. Arten nie zastanawiał się długo. Chwycił leżącą obok gałąź i jeszcze w biegu zaczął łamać ją w takich miejscach, by nadała się jak najlepiej na broń. Gdy oderwał większość niepotrzebnych gałązek, przełamał największą na pół, po czym tą cieńszą część rzucił, niczym włócznią w stwora. Kij wbił się ostrym końcem prosto w oko stwora. Arten prześliznął się po ściółce, aż znalazł się pomiędzy dziewczyną a jaszczurem. Niczym włócznią, wymierzył ostrą częścią kija w stwora.

– Uciekaj! – zawołał do dziewczyny.

Elfka natychmiast zerwała się na nogi i ruszyła w popłochu. Jaszczur przestał się miotać, gdy uderzeniem w jeden z pni, wyrwał sobie gałązkę wraz z okiem z głowy. Wyszczerzył wściekle zębiska. Jego pysk przypominał bardziej krokodyla, niż jaszczura. Podłużny, lecz znacznie masywniejszy. Jak u kości, które czasami znajdują badacze głęboko pod ziemią.

Kłapnął raz paszczą, próbując pochwycić Artena. Chłopak odskoczył. Jego noga zahaczyła o korzeń. Przewrócił się na plecy, uderzając głową o coś twardego. W ostatnich chwilach dostrzegł blask, rozświetlający otoczenie.

***

Obudził się w chacie Dotriana. Miał zabandażowaną głowę. Dotknął rany z tyłu głowy. Syknął z bólu.

– Nie ruszaj się gwałtownie. – rzekł Dotrian, siedzący obok. – nieźle oberwałeś.

– Co to było? – spytał chłopak.

– Boglin. Masz szczęście, że pojawił się Wędrujący Duch. Zginąłbyś, gdyby cię nie uratował.

– Wędrujący Duch mnie uratował?! – Arten aż zerwał się z łóżka.

Natychmiast zakręciło mu się w głowie, a potem uderzył go pulsujący ból w ranie. Położył się ponownie.

– A co z Duchem? Godfryd go schwytał?

– Nie wrócił z jaskini. – odparł Dotrian. – Nie wraca od trzech dni.

– Nikt go nie szuka? – zdziwił się Arten.

– Nikt nie jest na tyle głupi, by wchodzić do kryjówki Ducha.

– Ale skoro duch mnie uratował, to nie może być taki zły. – odparł Arten. – Czemu ludzie się go boją?

– Może przesądy, może strach przed mocami z zaświatów.

– A ty? Czemu się go boisz? – spytał Arten.

Dotrian spojrzał na niego. Z jego wzroku nie dało się nic wyczytać. Arten obrócił się. Spojrzał na regały, na których dostrzegł nowe słoiki przypraw. Takie, jakich na pewno tu wcześniej nie było.

– Elfy znowu cię odwiedziły?

– Zaraz po ataku. – odparł Dotrian. – Przyniosły cię tu. Część z tych ziół jest dla ciebie. Pewna elfka bardzo zachwalała twoja odwagę.

– Głupotę. – poprawił go Arten. – Kiedy będę mógł ponownie ruszyć do kryjówki ducha?

– Pojawia się co noc. – odparł Dotrian. – Ale twój stan nie prędko pozwoli na to, byś znów mógł stanąć do walki.

– Nie chcę z nim walczyć. – odparł Arten, po czym zamknął oczy.

***

Obudził się w lesie. Księżyc świecił swym blaskiem, przeciskając promienie pomiędzy gałęziami drzew. Bandaż wciąż okalał jego głowę. Arten podniósł się. Nie miał przy sobie nic. Ani miecza, ani bagażu? Nie wiedział nawet, gdzie jest Grace, bądź chata Dotriana. Dostrzegł jedynie przemykającą między drzewami postać białej dziewczyny. Tej samej, która przedtem skakała po łące. Podniósł się, po czym ruszył za nią. Dziewczyna, tak jak przedtem, nie zwracała na niego uwagi.

– Hej! – zawołał za nią. – Hej, proszę pani!

Żadnej reakcji. Poruszała się po otoczeniu, niczym blade wspomnienie, nieczułe na dotyk teraźniejszości. Arten ruszył za nią. Czekał, aż dziewczyna zaprowadzi go do kryjówki ducha. Tym czasem skakała bezmyślnie po kamieniach, próbując coś sięgnąć. Arten nie widział tego. Wywnioskował jedynie, że chodzi o coś małego, latającego. Umykało to jej pacom, a dziewczyna coraz nachalniej próbowała to schwytać. Skoczyła w pewnym momencie, by to sięgnąć, po czym wpadła do dziury w ziemi.

Arten podbiegł szybko w tamto miejsce. Była to jakaś jaskinia. Chłopak rozejrzał się. Nie widział już nigdzie owej zjawy. Więc to zapewne była kryjówka Ducha. Arten natychmiast wgramolił się do środka. Wokół było ciemno. Ruszył powoli, po omacku badając otoczenie. Poczuł, że jego noga stanęła na jakąś żyłkę. Natychmiast odskoczył w tył. Coś świsnęło przed nim, po czym wbiło się w ścianę. Czyżby pierwsza z pułapek, założonych przez Godfryda? Jeśli tak, to Arten był w dobrym miejscu.

Szedł dalej. Tym razem jeszcze ostrożniej zważając na otoczenie. Dostrzegł jakiś blask przed sobą. Natychmiast poznał tą sylwetkę. Zjawa hasała po wnętrzu jaskini, oświetlając trasę. Arten przyspieszył. Teraz z łatwością dostrzegał kolejne zastawione pułapki i naturalne przeszkody. Zjawa doprowadziła go do szerokiego pomieszczenia, wewnątrz góry. Wokół wszędzie znajdowały się stalagmity i stalaktyty. Przez sam środek pomieszczenia przepływał podziemny strumień. Zjawa rozejrzała się. Rozchichotała, po czym przeskoczyła strumień i rozprysła się, pozostawiając Artena w grobowej ciemności.

Chłopak przełknął ślinę. Nie był w stanie dostrzec nic wokół. Słyszał jedynie kapiące z kamiennych sopli krople wody, roztrzaskujące się na skałach. Nagle zamarł. Usłyszał czyjś oddech. Sapiący, stękający, ledwo uwalniający się z płuc. Ruszył w tamtym kierunku. Jego oczy powoli zaczęły przyzwyczajać się do mroku. Dostrzegł sylwetkę, leżącą na skalnej posadzce. Podbiegł do niej. Był to Godfryd. Ciężko ranny, ledwie przytomny.

– Arten? To ty? – spytał.

– Co ci się stało? – chłopak natychmiast poszukał czegoś, by zatamować krwotok z rany w brzuchu mężczyzny. Nic nie znalazł. Zdjął więc bandaż z głowy i zawiązał go wokół rany towarzysza.

– Ten duch… – wysapał z trudem. – On gdzieś tu jest… Miecz się go nie ima… Nie mogłem go powstrzymać.

Arten  rozejrzał się wokół. Czuł, jak krew upływa mu z głowy. Miał nie wiele czasu, na uratowanie Godfryda. Zakręciło mu się w głowie.

– Arten… Uciekaj… Nie pokonasz go.

Chłopak podniósł towarzysza, oparł go o siebie.

– Co robisz? – spytał Godfryd. – Uciekaj. Zostaw mnie tu… Będziesz ostatnim kandydatem.

– Teraz nie chodzi o to. – odparł chłopak.

– Zostaw go. – usłyszał głos dobiegający z cienia. Głos przenikliwy, mrożący krew w żyłach. Straszny. – Zostaw. Ratuj siebie. On jest nic nie wart.

Arten rozejrzał się po ciemności. Nic nie dostrzegł.

– To on. – rzekł Godfryd, po czym odepchnął Artena i upadł na ziemię.

Chłopak zachwiał się. Chciał ponownie pomóc towarzyszowi. Godfryd jednak zaczął odczołgiwać się od niego.

– Uciekaj! – rozkazał. – I tak już po mnie!

Arten rozejrzał się. Nie zamierzał zostawić towarzysza. Szybko podniósł broń Godfryda, leżącą przedtem tuż pod jego nogami.

– Pokaż się! – zawołał do głosu.

Przed nim rozbłysła smuga światła. Niewyraźna sylwetka zawisła przed nim w powietrzu.

– Tym mieczem mi nic nie zrobisz! – wrzasnął duch, po czym machnął przed sobą ręką.

Potężny podmuch wiatru uderzył Artena, unosząc go w powietrze i trzaskając o skalną ścianę. Miecz wypadł mu z ręki. Chłopak wylądował na kolanach, opierając się rękoma o ziemię. Był cały obolały. Podniósł głowę i spojrzał w stronę ducha. Krew zalewała mu twarz.

Istota wyciągnęła rękę w stronę miecza. Ostrze wzbiło się w powietrze, po czym poszybowało ku niej, lądując gładko w dłoni. Duch powolnym krokiem, stąpając po powietrzu, zbliżył się do bladego, umierającego ze strachu Godfryda. Wyciągnął ku niemu ostrze. Godfryd skulił się i zaczął płakać, miotając się po ziemi, błagając o litość. Duch nie zwracał na to uwagi.

Arten podniósł się i ruszył w stronę ducha.

– Zatrzymaj się!

Duch nie reagował.

– Zatrzymaj się! – powtórzył. – Czemu to robisz?! Wiem, że nie jesteś zły! Uratowałeś te elfy! Uratowałeś mnie!

Duch obrócił się ku Artenowi. Godfryd umilkł. Chyba zemdlał. Arten zrobił kilka kroków, po czym zachwiał się i upadł na ziemię. Czuł, jak życie z niego uchodzi. Podniósł głowę. Czekał na reakcję zjawy. Obraz był nie wyraźny. Ostatnim spojrzeniem widział, jak duch ląduje obok niego. Białe światło zbladło, ukazując ludzką postać istoty. Arten zamknął oczy. Mógł się domyśleć.

***

Otworzył oczy. Tym razem leżał we własnym łóżku. W domu. Podniósł się. Poczuł ból w głowie i na plecach. A więc to nie był sen. Dostrzegł siedzącą obok niego matkę. Kobieta ucieszyła się na widok, że chłopcu wróciła przytomność. Chciała go uścisnąć, lecz powstrzymał ją mężczyzna, w ceremonialnym, krwisto-bordowym stroju.

– Niech nas pani zostawi samych. – rzekł.

Arten spojrzał na mężczyznę. Był to Dotrian. Mimo eleganckiego kubraka, nie dało się go nie rozpoznać. Białe włosy i nienaturalnie jasne oczy Arten rozpoznałby wszędzie. Matka wyszła na zewnątrz. Gdy tylko zamknęła za sobą drzwi, Dotrian zajął jej poprzednie miejsce.

– Jesteś niezwykle lekkomyślny. – rzekł, przerywając ciszę.

– Czemu od razu nie powiedziałeś? – spytał Arten. – Po co były te gierki?

– Musiałem ocenić, który z was jest bardziej godny.

– I co? – spytał Arten.

– Wybrałem tego, co z byle patykiem poszedł ratować bezbronną elfkę, przed boglinem. A potem niemal poświęcił życie, by ratować Godfryda. I tego, co dostrzegł w groźnym duchu dobrego człowieka.

Arten spojrzał w sufit i westchnął głęboko.

– Co z Godfrydem? – spytał.

– Odpoczywa w swoim domu. – odparł Dotrian. – Nie martw się, nie pozwoliłbym mu umrzeć.

– Kim jesteś? – spytał chłopak, odwracając wzrok w jego stronę. – To znaczy… ta moc, ta wiedza… To nie należy do ludzi. Jesteś Wiecznym?

– Nie. – Zaśmiał się. – Zdecydowanie daleko mi do nich.

– Ale pokonałeś boglina.

– Łatwizna dla każdego szanującego się czarodzieja, bądź druida. – wzruszył ramionami. – Dla ciebie, w swoim czasie, to też będzie pestka.

Dotrian podniósł się. Ruszył ku drzwiom.

– Teraz odpoczywaj. Przez te twoje rany trzeba będzie opóźnić ceremonię. Rytuał jest męczący.

Post Author: Karol

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.