Reminiscencje bachusowe – Marcin Królik

matryoshka-970943_640Lektorat z angielskiego wydawał się zbyt oczywisty. Z kolei pomysł zapisania się na hiszpański odstręczył mnie perspektywą uczenia się od podstaw. Może i przejawiałem jakiś talent do języków, ale przede wszystkim byłem leniwy. Pakowanie się od zera w coś, co było mi potrzebne głównie do zaliczenia roku, uznałem za interes niewart poświęconego czasu. Zastanawiałem się nad niemieckim. Trochę liznąłem go w liceum. Tyle że nigdy specjalnie go nie lubiłem. Wybór padł więc w końcu na rosyjski. Jego również – choć bez większej gorliwości – uczyłem się w liceum.

Zajęcia miały się odbywać w piątkowe popołudnia w niewielkim budyneczku na tyłach instytutu slawistyki. Gdy w pierwszy październikowy piątek wszedłem do sali, zastałem tam grupkę przypadkowych osób, zagubionych dokładnie tak samo jak ja. Nie znałem nikogo. Usiadłem w przedniej ławce, żeby dobrze widzieć tablicę, i wyjąłem zeszyt.

Po paru minutach zjawił się nasz nauczyciel. Był to niski, drobny, łysiejący mężczyzna z wąsami i w swetrze o bliżej nieokreślonym kolorze. Pomyślałem, że wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać typowy rusycysta. Postawił na biurku swoją torbę, spojrzał na zegarek i przywitał się z nami. Oczywiście po rosyjsku. Odbąknęło mu nieśmiało kilka pojedynczych głosów. W tym również mój. Ponieważ siedziałem naprzeciw niego, chyba zwrócił na mnie uwagę.

– Czy ktoś z państwa miał już do czynienia z językiem rosyjskim? – zapytał po polsku. – Chciałbym wiedzieć, na czym stoimy.

Tym razem nie odpowiedział nikt. Nauczyciel popatrzył na mnie wyczekująco. A w każdym razie tak mi się zdawało.

– No… ja… trochę – wydusiłem. – Ale na bardzo podstawowym poziomie – zastrzegłem się natychmiast. – Sporo rozumiem, trochę mówię, ale średnio ogarniam alfabet.

– Nu haraszo – skwitował. – To może zaczniemy od przedstawienia się. Mienia zawut Wojciech – uderzył się palcem wskazującym prawej dłoni w chudy tors – Wojciech Stanisławowicz Porębski. Wie ktoś, co oznacza to drugie imię? – I tym razem nie miałem wątpliwości, że pytanie kieruje bezpośrednio do mnie.

– Tak zwane nazwisko patronimiczne, czyli popularnie patronimik. – Zacząłem czuć się niebezpiecznie pewny siebie. – Utworzone od imienia ojca. Znaczy, że pana ojciec miał na imię Stanisław.

Czy już awansowałem na grupowego lizusa?

– Dokładnie tak – pokiwał lśniącą w bladym świetle jarzeniówek jajowatą czaszką. – Teraz każde z państwa przedstawi się w taki sam sposób: imię, patronimik, nazwisko, skąd państwo pochodzicie i na jakim wydziale studiujecie. Więc jeszcze raz od początku. Uwaga. Mienia zawut…

Kiedy nadeszła moja kolei i wymieniłem nazwę rodzinnego miasta, niespodziewanie się ożywił.

– O, a to dopiero zbieg okoliczności! Na studiach trochę kręciłem się u was za robotą. Fajne miasteczko. Cośmy z chłopakami z hotelu robotniczego wypili, to nasze – rozmarzył się. – Była tam u was taka całkiem niezła knajpa z dancingiem. W ryja można było dostać za ładne oczy, ale za to jaką golonkę podawali! Nigdzie takiej nie było. Nie w tej cenie. Nawet w Warszawie. Zaraz… jak ona się nazywała? – podrapał się w ledwie zaciemnioną kępką rzadkich włosów skroń.

– Słoneczna? Przyjaźń? – podsunąłem.

– Te też kojarzę. Ale nie o żadną z nich mi chodziło. – Zmarszczył brwi. Zaraz… O, wiem! – strzelił triumfalnie palcami – Bachus! Stoi jeszcze?

– Tak szczerze mówiąc to nie za bardzo się orientuję – przyznałem. – Większość życia spędziłem poza domem.

Pomijając jak dęcie to zabrzmiało – jakbym był jakimś Tonym Halikiem wśród dzikich plemion – było w gruncie rzeczy prawdą. Najpierw podstawówka w Warszawie – bite dziewięć lat jeżdżenia w tę i z powrotem – później liceum z internatem i wreszcie rok studiów polonistycznych w Pułtusku, po którym przeniosłem się na UW. Przez cały ten czas w domu pojawiałem się praktycznie tylko w święta i na wakacje. Nadrabiałem zaległości w spaniu i telewizji i ani w głowie było mi włóczyć się po mieście. Czułem się tam jak obcy, a poza tym nigdy nie należałem do szczególnie towarzyskich. Kiepsko orientowałem się w układzie ulic, a co dopiero w knajpach. Z kim zresztą miałbym do nich chodzić?

Bachusa, podobnie jak dwie pozostałe, które wymieniłem, pamiętałem jeszcze z dzieciństwa. Słoneczna znajdowała się niedaleko naszego bloku na Błoniach. Spaliła się parę lat temu. Musiałem wtedy być w siódmej lub ósmej klasie. Przyjaźń stała na obrzeżach parku. Ale najsłynniejszy z nich faktycznie chyba był Bachus. Też mieścił się nieopodal. Schodziło się górką między blokami z Błoni na Siennicką, skręcało pod tak zwane filary naprzeciwko rynku i właśnie tam były duże podwójne drzwi Bachusa. Z okien jednej z jego sal widziało się kościół. Kawałek dalej był sklep rybny.

Dopiero po wyprowadzce z Pułtuska – czyli nieco ponad trzy miesiące temu – poczułem, że naprawdę wróciłem do rodzinnego miasta. Sprawiał to zapewne fakt, że na dobre postanowiłem skończyć z internatami i stancjami. Po pułtuskich przygodach miałem tego serdecznie dość. Gdy już odespałem i uzupełniłem nadszarpnięte zapasy tłuszczu, zacząłem się nawet rozglądać. I nawet doceniłem skalę zmian, jakie zaszły od czasów, gdy po ulicach jeździły pamiętane przeze mnie jeszcze z końcówki lat osiemdziesiątych furmanki. Niestety Bachus jakoś umknął mojej uwadze.

– W każdym razie jakby może kiedyś pan tam się zawieruszył, proszę pozdrowić ode mnie stare kąty – podsumował to nieoczekiwane sentymentalne interludium rusycysta. – I niech pan na zęby uważa – dodał jeszcze. – Jeśli wciąż jest tam tak, jak wtedy, łatwo je stracić.

– Będę pamiętał – uśmiechnąłem się.

Przez następne półtorej godziny zajęcia toczyły się bez zakłóceń. Magister Porębski wybrał model zerowy, więc się nudziłem. Z brodą podpartą na dłoni wgapiałem się w gęstniejący za oknami sino miedziany jesienny zmierzch. Moje myśli luźno krążyły wokół Bachusa. Byłem tam najwyżej raz z matką. Wolałem Słoneczną. Serwowali tam pyszne lody w pucharkach, a w rogu stała szafa grająca z czerwonymi guziczkami. Pewnie jedna z ostatnich. Ale Bachus? Usiłowałem sobie przypomnieć, jaki miał wystrój i układ pomieszczeń. Prosto z drzwi wchodziło się chyba do takiej wąskiej szatni, a dopiero z niej na główną salę, gdzie stały okrągłe stoliki i bufet.

W moich wspomnieniach z tamtego okresu Bachus utrwalił się jako synonim wszelkiego zła. Po Błoniach co i rusz krążyły opowieści o wybuchających tam w piątkowe wieczory bójkach i tym, że znów kogoś capnęła milicja. No i oczywiście była też bufetowa Wanda – nemezis wszystkich porządnych kobiet, których mężowie i synowie w dniu wypłaty zawsze mieli kłopoty z trafieniem do domu. Owo wcielone monstrum podobno jeździło zwykłym białym maluchem i było szpetne jak listopadowa noc, a mimo to z jakichś niezrozumiałych przyczyn wszystkie chłopy – od dwudziestolatków po zgrzybiałych dziadów, którym fujara już nie stawała, traciły dla niego resztki rozumu.

Tak przynajmniej opowiadały sąsiadki – te słodkie, doświadczone przez los staruszeczki, które cieplejsze dni swych cienkich emerytur spędzały na ławkach w cieniu topól i robinii, obrabiając dupę każdemu, kto się akurat nawinął.

– A tego swojego to przecież jak wykończyła – debatowały pewnego razu – zabił się, bo już patrzeć nie mógł, jak się bladź na prawo i lewo kurwi.

– Tak, ale najpierw to ją lał i tylko patrzył, czy równo puchnie. A to raz z podbitym okiem do roboty szła?

– A co się pani dziwi, pani Kurkowska? Życie mu, bladź jedna, zmarnowała. Przecież jaki z niego elegant był!

– Bo to przez dzieciaka. Na pewno nie jego. Nijak niepodobny. Sama pewnie nawet nie wie, przed kim nogi rozłożyła.

– Tak, tego malucha to na moje oko też za same moniaki spod lady za lewy bimber sobie nie kupiła.

I tak dalej, i tak dalej. No i jakże tu nie kochać tych czarujących istot z płukanką na siwych włosach?

Doznałem ogromnego zawodu, gdy rzeczywiście pierwszy raz ją zobaczyłem. Któregoś popołudnia wstąpiliśmy tam z matką po drodze z pociągu. Ona i bufetowa Wanda dobrze się znały. Gdy weszliśmy na salę, zza baru wynurzyła się nieduża, niemłoda już – nawet w porównaniu z matką – nieforemnie pozaokrąglana kobieta o krótko przyciętych kasztanowych włosach i zmęczonej twarzy. Dała mi do picia colę, po czym zamieniły z matką kilka słów i poszliśmy do domu. I o to cały szum? To ma być niby to siedlisko grzechu, a ona ma pełnić w nim rolę naczelnej diablicy? Ktoś tu sobie poważnie leciał w kulki.

Ale czasem pozory mogą mylić. A powłoka zwykłości to często maska, pod którą kryje się prawdziwa mroczna natura rzeczy.

Wujek Darek lubił zaglądać do Bachusa. Nie żeby jakoś często. Standardowo – w piątek. No i oczywiście po powrocie z trasy. Jeździł na towarówce i nieraz nie było go przez tydzień albo więcej. Po zdaniu samochodu pierwsze kroki zazwyczaj kierował do Bachusa. W dużej mierze właśnie to podsycało moje zaszczepione przez sąsiadki wyobrażenie o demoniczności bufetowej Wandy. Wizja, że on też mógłby wpaść w jej sidła, rysowała się w mojej dziecięcej wyobraźni jako coś absolutnie przerażającego. Zwłaszcza że potwierdzenie tych obaw odnajdowałem w pełnym dezaprobaty wzroku babci Heni, gdy wtaczał się do mieszkania sam lub podtrzymywany pod ramiona przez jakichś podejrzanych typków.

W pewnym momencie jego zaglądanie do kielicha zaczęło stanowić coraz większy problem. I nie była to raczej jedynie kwestia mojej wyolbrzymiającej wszystko dziecięcej perspektywy. Zdarzało się, że z Bachusa musiała go przyholowywać matka. A wyrwanie go stamtąd bywało niekiedy dość trudne. Już w progu, ledwie trzymając się na nogach i bełkocząc, potrafił się jej wyszarpnąć. Czasem sama musiała wypić, żeby namówić go do wyjścia. Lecz najdziwniejsze było postępowanie babci Heni. Kiedy już urządziła mu karczemną awanturę i nawyzywała go od „jebuckich synów”, smażyła mu jajecznicę. Zawsze, bez względu na porę. A on ją zawsze grzecznie jadł, po czym szedł lulu.

Sporo czasu zajęło mi zrozumienie, że nie jest to żadna niekonsekwencja, lecz po prostu dziedziczony przez pokolenia fenomen polskich kobiet, które dzielnie stawiały czoła wódczanym upiorom swych polskich mężczyzn. Umiejętność radzenia sobie z nimi wysysały z mlekiem swych polskich matek, a potem przekazywały ją swoim polskim córkom, żeby sztafeta mogła trwać i by zawsze na posterunku czuwał ktoś gotów usmażyć jajecznicę, kiedy opijanie klęski kolejnego narodowowyzwoleńczego zrywu jak zwykle wymknie się spod kontroli.

Spod kontroli wymknął się także pewien jesienny wieczór w Bachusie. Zaczęło się niegroźnie – od wizyty pana Janka, kolegi wujka Darka, który ledwie przed paroma dniami wrócił z kontraktu w Libii. To było jeszcze przed pierwszą wojną w Zatoce Perskiej. Kaddafi i Husajn wydawali się nieśmiertelni, a potoczna wiedza o ich reżimach sprowadzała się do tego, że mają portfele pełne dolarów, które hurtem skupowało się od tych, co przyjeżdżali z kontraktów.

Pan Janek miał niewiele młodszego ode mnie synka, który zachorował na serce. Przeszedł już kilka operacji, ale konieczne było dalsze drogie leczenie. Dlatego pan Janek zdecydował się na kontrakt, i to aż dwukrotnie.

Jego niespodziewane odwiedziny uradowały zarówno wujka Darka, jak i babcię, która planowała nabyć od niego te krwawe dolary w większych ilościach.

– To co, może skoczylibyśmy na jednego? – zaproponował pan Janek, gdy już się ze wszystkimi przywitał.

Z oliwkową opalenizną, w nowej skórzanej kurtce i z masywną bransoletą zegarka z kalkulatorem połyskującą na lewym nadgarstku wyglądał jak ucieleśniony sen o wielkim świecie, który zstąpił z oglądanego na wideo amerykańskiego filmu. Pachniał też jakoś tak pewexowo – jak zresztą wszyscy wracający z kontraktów. Wszyscy oni przyjeżdżali tak odmienieni i tuż po rozpakowaniu walizek ruszali w tournee po znajomych, zapewniając, że dolce są i że opylą po korzystnym kursie. To była żelazna zasada.

Wujek Darek jak na komendę poderwał się z kuchennego taboretu i raźno ruszył do przedpokoju.

– Chyba nie myślisz iść? – sarknęła babcia Henia, podpierając się pod boki.

– Daj spokój – odburknął.

– Możemy tu coś zrobić. Zaraz nakroję wędliny. Ćwiartka też się znajdzie. Co będziecie łazić – nie poddawała się babcia Henia.

– No… – zawahał się pan Janek – może i pani Henia ma rację. Tak tylko rzuciłem. Możemy w domu posiedzieć. Jakby co, to zaraz jakąś flaszkę się zorganizuje – klepnął się po wypchanej kieszeni dżinsów.

– Weź nie pierdol! – wujek Darek już zakładał buty.

Pan Janek bezradnie popatrzył na babcię, po czym niepewnie wstał.

– Najwyżej na godzinkę – wydukał przepraszająco. – Łykniemy na przepłukanie gardła i wracamy.

– A idźcie – machnęła ręką babcia i zacięła usta w złowieszczą kreskę.

Minęły dwie godziny.

– Idź po nich! – rozkazała matce. Przez cały czas, odkąd zamknęły się za nimi drzwi, chodziła wściekła jak gradowa chmura.

W tej samej chwili trzasnęły drzwi klatki, a na schodach rozległ się piekielny rumor. Zadudniły chwiejne kroki. A potem coś jakby odbiło się od ściany do poręczy, wprawiając ją w dygot, czemu towarzyszyła seria nieartykułowanych pijackich bluzgów. Następnie huknęły drzwi od mieszkania pchnięte ciężarem dwóch szamoczących się ciał tak silnie, że niemal wysadziło je z zawiasów. Do przedpokoju wtoczyło się skotłowane kłębowisko rąk, nóg, potarganych, zlepionych potem włosów i wciąż jeszcze chlustającej krwi.

Obaj wyglądali okropnie, lecz pan Janek oberwał o wiele dotkliwiej. Jego nowa szpanerska skóra wisiała w strzępach, koszuli w zielone paski brakowało co najmniej połowy guzików, a połyskujący metalicznie sikor z kalkulatorem w ogóle znikł. Jego twarz zmieniła się w miazgę. Lewe oko było napuchnięte, usta sklejone spływającą aż do grdyki krwią, a na miejscu nosa tkwił przekrzywiony mocno w prawo, nabrzmiały fioletowy guz, z którego nieprzerwanie buchała świeża krew. Wujek miał jedynie lekko rozciętą dolną wargę, limo na czole i wywleczoną ze spodni kraciastą koszulę.

– Puść mnie! Puść mnie, kurwa! – ryczał jak rozjuszony byk. – Puść mnie, bo ci, kurwa, przyjebię!

– Darek, zostaw! – pan Janek usiłował chwycić go za łokieć i jednocześnie uniknąć zderzenia z młócącymi na oślep pięściami.

– Ja im, kurwa, dam! No puść mnie! Puść… spierdalaj! – W końcu wujkowi udało się wyrwać i zaczął się cofać w kierunku klatki.

Pan Janek, wciąż zamroczony alkoholem i bólem, wyrył plecami w szafkę i chwilę walczył, by nie upaść.

Doskoczyła do nich matka i oboje chwycili zanurzającego się już w mroku klatki wujka Darka pod ramiona.

– Puść mnie! Puść mnie, ty skurwysynu! Załatwię ich! – Zaparł się stopami o próg i wyglądał, jakby miał klapnąć tyłkiem na wycieraczkę. – Puść mnie! Do Lelka, kurwa, idę! Lelek zrobi z nimi porządek! Z Lelkiem ich, kurwa, urządzimy!

– Jutro do Lelka pójdziesz! A teraz nie rób cyrków! – Matka nie miała w zwyczaju się patyczkować. Wykorzystując chwilę dezorientacji wujka, jednym zdecydowanym ruchem wciągnęła go do środka i wychyliwszy się nad nim, szybko zamknęła drzwi. A następnie razem z panem Jankiem wepchnęli go, wciąż protestującego i odgrażającego się, że pójdzie, kurwa, do Lelka, w głąb przedpokoju.

Babcia dała panu Jankowi zmoczony w zimnej wodzie ręcznik. Zaczął przemywać zmasakrowaną twarz, posykując z bólu.

– Nos mi, cholera, złamali – stwierdził bardziej zaskoczony niż przejęty. Teraz, gdy się nieco uspokoił, jego głos brzmiał, jakby cierpiał na mega katar. – Najbardziej zegarka szkoda. Jezu, ale spuchło. Mirka mnie zabije.

– Ale co się stało? – usiłowała dociec roztrzęsiona babcia.

– Sam za bardzo nie wiem. – Smarknął w ręcznik i odjąwszy go od zniekształconej bryły tłuczonego mięsa i pogruchotanych chrząstek, która jeszcze niedawno była jego nosem, przyjrzał się krwawemu skrzepowi zmieszanemu z glutami. – Pomylili nas chyba z kimś. Siedzieliśmy przy barze, piliśmy piwo, a oni ni stąd, ni zowąd, podeszli i zaczęli się ciskać do Darka, że niby jakieś pieniądze im wisi. Ze czterech ich było. Burdel się zrobił. Nie szło odróżnić, kto obcy, a kto swój. Dwóch mi wykręciło ręce. Jezuniu, ale spuchło. Ale mi to spuchło. Na oko nie widzę.

– Na pogotowie by z tym trzeba. Szwy jakieś założyć – oceniła babcia.

Pan Janek pokręcił głową.

– Do wesela się zagoi – wyjęczał. – Tylko ten zegarek… Tak mi go szkoda. Na lotnisku kupiłem.

– Ja ich znam! – Wujek Darek, którego w międzyczasie matka zdążyła już nieco udobruchać, poderwał się z wersalki. – To te gnoje od Dziobatego. Idę, kurwa, do Lelka! Zrobimy z nimi porządek.

– Weź już się nie wygłupiaj. Mało ci? – Matka ponownie go usadziła. Przez sekundę sprawiał wrażenie, jakby chciał wstać. Jednak dał za wygraną. Jego i matkę od zawsze łączyła niepojęta siostrzano-braterska więź.

Pan Janek jeszcze przez kilkanaście minut dochodził do siebie. Jego twarz po obmyciu z krwi dalej wyglądała jak źle narysowana karykatura tej, z którą przyszedł cały promienny, niosąc powiew luksusowego świata, który na co dzień mogliśmy sobie najwyżej pooglądać na kasetach z wypożyczalni. Wujek jeszcze jakiś czas marudził o Lelku, lecz grawitacja wieczoru ścięła go z nóg. Oczywiście przy wydatnym wsparciu jajecznicy na boczku, która przecież nie mogłaby się nie pojawić.

Tymczasem zajęcia dobiegły końca. Nasza rachityczna grupka rozpierzchła się. Było już zupełnie ciemno. Ruszyłem wzdłuż ściany płaczu ku głównej bramie uniwersytetu. Przystanek znajdował się po przeciwnej stronie Krakowskiego Przedmieścia przy księgarni Prusa. Myślałem o zawiniętych w papier śniadaniowy kanapkach, które łapczywie zjem, gdy tylko wsiądę do autobusu.

I nagle przypomniała mi się ballada o knajpie Rzędziniance. Była na jednej z tych nagranych pół amatorsko kaset z biesiadnymi przyśpiewkami, które katowało się aż do zdarcia na początku lat dziewięćdziesiątych.

Melodia była stylizowana na „Dom wschodzącego słońca”, a wokalista o głosie łudząco podobnym do Bogdana Smolenia łkał z tęsknoty za jakąś obskurną mordownią zapewne niewiele niższej od Bachusa kategorii. Spróbowałem wyłuskać z pamięci tekst.

– Gdzie jesteś, moja knajpo obrzygana – zanuciłem sobie cicho – dlaczego zabrałaś zdrowie mi? Ja pragnę paść przed tobą na kolana. I ostatni raz wylecieć z twoich drzwi. O, knajpo! O, knajpo! Żyj długo i bądź szczęśliwa…

Taa… widziałeś jedną, a jakbyś widział je wszystkie.

Post Author: Marcin Królik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.