[AGAFE] Rozdział 23

Siedziała na błękitnym kocu obok ukochanej. Przyglądała się chwilę rudowłosej, która zamknęła oczy. Jeszcze się nie przyzwyczaiła, pomyślała Agafe, biorąc w palce pukle ognistych włosów. Choć może po prostu przyjemnie spać z ukochaną osobą.

Przyciągnęła do siebie kolana, owinęła je rękoma. Słyszała lekkie, nieco zaspane trele ptaków, które przysiadły na drzewach. Jeszcze słońce przez konary, liście grzebiące gałęzie, nie przedostawało się. Zapach drzew uspokajał.

Likame, tak chciałabym ją zabić. Żeby… żeby nie musieć ponownie tego przeżywać.

Skrzywiła się. Przełknęła głośno ślinę. Ona czeka. Czeka, aż popełnię jakiś błąd.

Gdzie jesteś, Fadwo?

Wstała.

Arch wypowiedział pierwsze słowo. – Usłyszała.

To cudownie.

Bo ja wiem? – Usiadła. – Jeniec, powiedział. Chyba coś w obozie się stało.

Jeniec… – Westchnęła ciężko. – Sprawdźmy.

A śniadanie? Chyba, że już jadłaś.

Nie… eee…

Pamiętam, że nie dbasz o posiłki. Ale ty jeszcze żyjesz, więc musisz mieć z czegoś siłę. Na co masz ochotę?

Likame… – Nie jestem głodna. Naprawdę.

Przytuliła się do niej:

Jesteś moim aniołem…

Tylko czemu mam wrażenie, że nasz czas się kończy? Dlaczego czuję, że to… że niedługo nie będę mogła być w jej ramionach? Czy ona znów mi kogoś zabierze? Ja nie chcę. Nie chcę…

Może to tylko strach, a może głębsze uczucie jakby oddechu. Coś czyhało, kryło się w zakamarkach przestrzeni rzeczywistości. Gotowe wyleźć w najmniej odpowiednim momencie. To nie był niepokój. To była informacja. Coś się stanie.

Coś takiego, jak śmierć.

Tylko jeszcze nie wiedziała, komu.

Gdy próbowała to odkryć, odkrywała jedynie strach. Strach przed utratą ich wszystkich. Nie zniosę kolejnej straty, myślała. I szukała muzułmanki. Bezskutecznie. Kazała dwóm smokom przeszukiwać tereny Kramu i Piekła. A mimo to, w chwilach przeczesywania krain, miała odczucie, że coś ważnego w niej samej leży na dnie, może serca, ale jeszcze nie potrafi tego czegoś wyłapać. Takie wrażenie, jakby sprawa dotyczyła tylko jej samej.

* * *

W pobliżu niskich budynków z gliny, zwieńczonych dachami z wodorostów, ustawiono szereg szarobłękitnych namiotów. Między nimi spacerowali ludzie w wojskowych mundurach. Niektórzy dorośli, inni nieletni jeszcze.

Nastolatka o krótkich, na chłopaka ściętych złotych włosach, z zielonymi pasemkami, stała przed średnim namiotem i dłubała w nosie.

Zobaczyła szatyna w generalskim uniformie. Natychmiast przybrała baczność. Uśmiechnęła się na widok jego czarnowłosej partnerki w szarej spódniczce i czerwonej bluzce.

Spocznij. – Powiedział Sheez znudzonym tonem. – Co to za gościówa?

Karina twierdzi, że miała u nas robić przeszpiegi. – Machnęła ramionami. – Wedle informacji teraz łatwiej będzie zdobyć Nos’prach.

Tłumacz nam potrzebny?

Nie, to jeszcze nasze językowe regiony. Obrzeża, ale nasze.

No to jazda.

We wnętrzu zastali leżącą kobietę o krótkich, siwych włosach. Miała na sobie jasne bikini. Dłonie i kostki miała ze sobą związane. Zielonymi oczyma obojętnie spoglądała na przybyszów.

Mów. – Nakazał mężczyzna.

Pieprz się. – Warknęła.

Albo gadasz, albo pozwolę dzieciakom robić z tobą, co tylko zechcą.

Żałosne. – Prychnęła. – Za kogo wy mnie tu kurwa macie, co?

Tracę cierpliwość. – Wystawił przed siebie rękę i przywołał nad nią duży płomień. – Albo zaczniesz gadać, albo nie będę miał litości i potraktuję cię tym badziewiem.

Myślisz, że nie umiem odróżnić iluzji?

Agafe odwróciła wzrok.

Jeniec wrzasnął.

Iluzja, co?

Dobrze… chcę rozmawiać tylko z Władczynią Smoków. Myślę, że się dogadamy.

Myślę, że nie. Czego chcesz?

Myślę, że ma pewne informacje, wymińmy się nimi! Co wam szkodzi?! I tak później pewnie zginę, ale z wiedzą!

Słucham. – Brunetka spojrzała na więźnia.

Co? – Zdziwiła się.

Słucham cię. Jestem nią, więc korzystaj.

Inni mogliby wyjść?

Życzę sobie ich obecności. Dobrze?

A niech wam już kurwa będzie… powiedz mi, Władczyni… proszę, powiedz mi, że ona jeszcze go nie dopadła. Ja się muszę z nim spotkać, powiedzieć mu, że go kocham… proszę, powiedz mi, gdzie jest.

Ale… że kogo? – Serce mocniej zabiło.

No jak to! Jesteś Władczynią, na pewno wiesz, musisz współpracować z Kosashim…!

Agafe cofnęła się:

Byłaś na przeszpiegach? Widziałaś Uzdrowicielkę Rosemary?

Robiłam to, tak, ale Uzdrowicielki to nawet nasza władza nie widzi! Musisz wiedzieć, pani, musisz wiedzieć, co się stało z Kosashim! Bo go nie czuję, a muszę wiedzieć!

Zaczynam tracić cierpliwość. – Mruknął Sheez. Zbliżył do niej ogień.

Powiem, powiem, tylko proszę, powiedzcie mi, co się dzieje z Kosashim?!

Nie żyje. – Odparła Władczyni Smoków.

Zabiła go, prawda?! Zabiła?!… To moja wina… ale ja nie wiedziałam, kurwa, nie wiedziałam! Nie wiedziałam, że to ona tam jest!

Znaczy, że niby co zrobiłaś? – Zdziwił się anioł.

Ja… bo ja uwolniłam ją… leżała sobie i piszczała, to mówię, może wpadła przypadkowo… nie chciałam…

A teraz powiesz nam wszystko, co może nam się przydać.

* * *

Nocne światło księżyca nie przedzierało się przez szmatę namiotu. Dlatego jeniec niewiele widział. Usłyszał jednak szelest materiału i zwrócił głowę w jego stronę.

W progu stanęła postać czarnowłosej kobiety w szarej sukience. Machnęła dłonią. Pośrodku pojawił się promyk światła.

Agafe usiadła naprzeciw jeńca i spojrzała mu w oczy.

Po cholerę tu przyszłaś? – W głosie siwowłosej irytacja.

Opowiedz mi o George’u. Proszę.

Ja… – Zdziwiła się. – Przypadkowo się zetknęliśmy, jak Kos potrzebował jakiejś informacji. To był… jednorazowy, dłuższy skok w bok, ale tylko tyle. W sumie był nudny. Miałam wrażenie, że nie ufa mi do końca. Ale co się dziwić… on anioł, a ja demon. Śmieszne, co?

Tęsknię za nim. – Mruknęła. – Ale mam wrażenie, że wszystkiego nam nie mówisz.

A co mam ci powiedzieć? Zresztą… nie musicie wiedzieć szczegółów. Może nie powinnam wam zdradzać… ale jeśli mogę zadośćuczynić swój czyn, to to właśnie robię.

Żałujesz?

A wiesz dlaczego? Zdajesz sobie sprawę, kim jest Nyssa? Zdajesz sobie sprawę, że przez niszczenie innych chce ściągnąć na nas jeszcze gorsze rzeczy?!

– …

Władczyni Smoków, proszę, powiedz mi, że wiesz, co to za… że wiesz, jak bardzo ona jest zła.

Doskonale tego doświadczyłam. – Ciche stwierdzenie. – I nie chcesz wiedzieć, w jaki sposób. Ale… skoro do tego doszłyśmy, powiedz mi… tą pozostałą część. Żebym chociaż coś wyniosła z tej rozmowy.

Ty… naprawdę przyszłaś tu dla George’a, prawda? Ty… go kochałaś? – Zdziwiła się.

I widziałam, jak umierał na moich oczach. Zabił go twój Kos. Kos… kosa śmierci. Kosa ciszy.

Co?

Nieważne. – Machnęła dłonią, choć dziwnie się poczuła, gdy przypomniała sobie Sailor Saturn z Czarodziejki z Księżyca. To były takie inne czasy. – George… nie był może silny, ale oddał za mnie życie. – Poczuła łzę na policzku. – A teraz nie chcę, by inni je stracili przeze mnie. Tylko widzisz, jestem w potrzasku. Mam klątwę, dzięki której nie pokonam Nyssy. I… nie wiem do końca dlaczego, ale powinnam komuś konkretnemu ją przekazać. I nie mogę go znaleźć.

Przekaż mnie.

Komuś konkretnemu. Fadwie, jeśli chcesz wiedzieć. Czuję, że mnie woła, ale jej krzyk… jest znikąd. – Załamała ręce. – Nie jestem… nie umiem jej pomóc.

Fadwa?… Ale… ona wygląda na dziecko i nosi chustę?…

Jeśli mi powiesz, gdzie jest… spełnię twoje życzenie.

Milczały.

Czy – zawahała się więźniarka – mogłabym ci jutro dać odpowiedź?… W południe. Chcę to sobie dobrze przemyśleć.

W porządku. – Wstała. – Dobranoc.

Zniknęła.

Teraz znajdowała się wśród wysokich kłosów dojrzałej trawy. Uśmiechnęła się lekko na widok ciemnego kształtu wynurzającego się z chmur.

* * *

Siedem osób siedziało w półokręgu na leśnej polance. Powietrze lekkie i ciepłe, zapowiadające upał.

Może od razu pójdę do niej i poproszę o śmierć, pomyślała Agafe, wbijając wzrok w ziemię.

Czy to musi być Fadwa? – Zapytała Likame. – Właściwie, gdyby nie ona, to już pewnie dawno byś komuś przekazała klątwę. To jest niepotrzebne utrudnienie.

Ona mnie błaga… czuję jej krzyk w sobie… chce litości, ale nie może się przebić przez magię.

I znowu wszystko przeze mnie. Nie chcę tak.

Jeśli jeniec wie, gdzie jest Fadwa – wtrącił Astaroth – to wystarczy, że go zmusimy do mówienia. Nic nie musisz dawać w zamian.

Obiecałam jej.

Twoja głupota mnie przeraża. To nie jest zabawa tylko wojna. WOJNA.

Ja chcę tylko jej pomóc!

I akurat Fadwie, która nie życzy sobie, byś miała cokolwiek z nią wspólnego?

Ona cierpi!

Pierdoły.

A może – wtrącił Sheez – najprostsze rozwiązanie jest najlepsze? Zamiast wymyślać dziwne strategie, niech Agafe po prostu porozmawia o problemie z jeńcem.

Naiwne.

A masz lepszy pomysł? Tym bardziej, że Agafe nie wykazuje żadnej chęci zrealizowania twoich. I co teraz?

Daruj sobie. – Wstał. – To żałosne.

Przepraszam. – Powiedziała cicho Władczyni Smoków. – Ja naprawdę nie potrafię inaczej. Ona tak bardzo woła…

Głupia jesteś i tyle.

Nikt nie zaprzeczył. Gdy została ze swoim ukochanym, położyła się. Przyjęła postać kłębka.

Larwą motyla jesteś? – Zapytał i pogłaskał ją po włosach.

Motyl lata, a ja spadam. Może jestem larwą, która nigdy się nie przeobrazi.

Będzie taki dzień, że staniesz przed nią i ją zabijesz. – Ton był łagodny. – Rozumiem twój punkt widzenia, ale logicznie rzecz biorąc nie jest on najlepszym wyjściem.

Może od razu… – Skuliła się w sobie. – Może od razu niech mnie zabije. Będzie spokój…

Nie, bo to nas nie uchroni. Ale kochanie… – Wziął ją w swoje ramiona. – Może uda nam się uniknąć tragedii.

Wie, że jestem słaba i głupia… i ona zrobi wszystko, bym czuła się coraz gorzej. Ale… ja nie mogę zignorować Fadwy. Ja wierzę… że ona zasługuje na litość, na dobro… nie potrafię tego zlekceważyć… po prostu mnie tak woła… czy to czyni mnie złym człowiekiem?

Co? Nie. Zrobiła ci szach-mat, bo niezależnie co byś nie wybrała…

Sheez, ja nie chcę nikogo z was tracić. Po prostu nienawidzę tego. Ja… nie wiem, jak miałabym to wytrzymać. – Chciało jej się płakać. – Bo jestem już bardzo zmęczona tym wszystkim. A… kamień na sercu nie ustępuje.

Pocałował ją.

Tak mi ciężko… – Mruknęła. – Tak… siebie nadal nienawidzę, bo widzę, że jest coraz gorzej, a nie lepiej. Nie chcę, żeby ona jeszcze kogoś zabijała… nie na moich oczach, proszę.

Schowała twarz w jego koszuli i rozpłakała się.

Kochasz nas, prawda? – Szepnął. – Nie jesteś głupia. Ty nas po prostu kochasz.

* * *

Do namiotu weszły dwie postacie. Ta w szarej sukience rzuciła przed oczy jeńcowi błękitną kartkę.

Czytaj. – Rozkazał szatyn. – Najlepiej na głos.

Witaj, Władczyni Smoków . – Głos zachrypnięty. – Masz mojego człowieka, Kalisto. Oddaj mi go. W wydarzeniu ma uczestniczyć Monika lub Kamil, bo to takie fajne dzieciaki. Bez ich obecności zniszczę Nos’prach. Widzę to wieczorem, po zachodzie słońca. Twoja najdroższa Nyssa.

Zapadło milczenie.

Nasza umowa nadal jest ważna. – Powiedziała w końcu Agafe.

Ale… – Niedowierzanie. – A ludzie?! Przecież tam jest z setka osób!

Dlatego pójdziesz z jakąś eskortą i namówisz ich na ewakuację. Możesz nie zdążyć. Ale… nasza umowa jest wiążąca. Powiesz, gdzie jest Fadwa, a ja spełnię twoje życzenie.

Skąd mam pewność, że zostanie zrealizowane?

O, tutaj pani jest. – Wlazła do namiotu trzynastolatka z jasnymi włosami. – Ja bym chciała być w tej eskorcie.

Monika… – Wtrąciła Władczyni Smoków.

Pomyślałam sobie, że to najprostsze rozwiązanie.

Ona cię zabije.

Wiem, ale jeśli mamy ryzykować życie stu osób, to już chyba lepiej poświęcić jedno, prawda?

Nie pójdziesz.

Pójdę. Bo widzi pani, pani Agafe… – Uśmiechnęła się. – Przynajmniej na coś się przydam.

Leczenie depresji nie przynosi na razie rezultatów, przypomniała sobie Agafe słowa psychologa. Trzeba albo zwiększyć liczbę sesji, albo po prostu nie jestem dla niej odpowiednim specjalistą.

A może to nie jest depresja. Tylko świadomy wybór żołnierza.

Złapała Monikę i wtuliła ją w siebie.

Nie rób mi tego, złotko. – Szepnęła.

Nie martw się. Spotkamy się w niebie.

Wyrwała się z kochających ramion i wyleciała na zewnątrz, w przestrzeń życia.

Agafe zakryła twarz dłońmi. Moniko, proszę, nie rób mi tego. Nie rób sobie… masz przed sobą całe życie…

To mam mówić? – Zniecierpliwiła się więźniarka.

* * *

Zmrok pochłaniał świat.

Może nie zginie, pomyślała Agafe. Stała na wzniesieniu, tuż przed wejściem do obozu i patrzyła na odchodzą eskortę. Monika prowadziła pewnym krokiem w stronę pobliskiej wioski. Może… uda mi się ją jakoś uratować.

Usiadła i zamknęła oczy.

Jakby w wyobraźni, widziała osoby, które zbliżają się do celu. Jeniec, skuty kajdankami, wyglądał na zmęczonego. Trzech żołnierzy miało znudzone miny, a blondynka wyglądała na zadowoloną.

Zbyt zadowoloną jak na osobę idącą ku śmierci.

Może ma nadzieję, że ją jednak ocalę? Monia…

Dziewczynie udało się wejść do wioski i bardzo szybko znalazła się na placu, głównym jej miejscu. Czekała chwilę, aż przed nią stanęła piękna kobieta o kocich, bursztynowych oczach i białoróżowych, w kitkę spiętych, włosach. Miała na sobie czerwoną sukienkę i czarny naszyjnik. Uśmiechnęła się.

Sto osób oddycha teraz z ulgą – powiedziała słodko. – I jedna zaraz umrze.

Dlaczego? – Zaciekawiła się Monika, wyciągając pistolet. – Przecież nic ci nie zrobiłam.

Zawsze możesz mi złożyć przysięgę wierności.

Huk wystrzału przeciął powietrze. Nabój wbił się w tabliczkę glinianego budynku.

W ten sposób nie będziesz ze mną pogrywać! – Warknęła Nyssa.

Wykręciła jej rękę, wywaliła pistolet i szepnęła:

A teraz, droga laleczko, zginiesz.

Zostaw ją. – Powiedziała Władczyni Smoków, stając naprzeciw Uzdrowicielki Rosemary. Drżała, ale była. – Natychmiast.

Droga laleczka kopnęła w krocze przytrzymującej. Ta stęknęła i wypuściła zakładniczkę.

Wiem, co chciałaś zrobić! – Krzyknęła Monika wyjmując kolejną broń. – I myślisz, że uda ci się zniszczyć moją duszę?! To se ją kurwa dogoń!

Monik, nie! – Krzyknęła Agafe, rzucając się na dziewczynę.

W czole nastolatki ziała czerwona dziura, z której wypływała krew. Kałuża wokół ciała rosła z każdą chwilą. Nieboszczka zrobiła taki ruch, jakby chciała coś wyciągnąć z kieszeni.

Agafe wzięła w ramiona to małe, niedorosłe jeszcze ciało.

Przepraszam… – Zapłakała.

Szarpnięcie za włosy i zobaczyła oczy Jedenastki. W tych dwóch bursztynach nie było zimna. Mieszkało w nich coś o wiele gorszego. Okrucieństwo.

Jeśli nie chcesz kolejnych ofiar, złóż mi przysięgę wierności.

JEJ?!, zaprotestowała wewnętrznie Agafe. Wzbudziła się w niej wściekłość:

Nigdy!

Zapiszczała, gdy Nyssa mocniej szarpnęła.

Pamiętasz, gdy przyszłam cię uwolnić? Pamiętasz, jak ci wyżynałam cipkę? Jak bardzo bolało? Lepiej sobie przypomnij, bo następnym razem nie będę tak łaskawa. NASTĘPNYM RAZEM albo złożysz mi przysięgę, albo zrobię to samo twojej Likame.

Puściła.

I zniknęła.

Władczyni Smoków ciężko odetchnęła i klepnęła na ziemię. Spoglądała w ciemny nieboskłon, pełen szarych, postrzępionych kształtów. Takie jest moje życie. Ale innych już takie nie będzie. Wyciągnęła przed siebie rękę, pomachała palcami, jakby chciała złapać odłamek nieba. A potem usiadła i wyjęła kopertę z kieszeni Moniki.

Zawahała się, ale potem otworzyła i zaczęła czytać.

Cześć.

Pomyślałam sobie, że zamiast robić jakiś dramat, to wykorzystam ten, w którym uczestniczę. Wybacz. Wybaczcie.

Kamil: cieszę się, że mogłam cię poznać.

Agafe: WALCZ! I WYGRAJ! WIERZĘ, ŻE POTRAFISZ. WIEM, ŻE POTRAFISZ! PAMIĘTAJ! PATRZĘ NA CIEBIE, WIEM, CO ROBISZ! I BĘDĘ CIĘ WSPIERAĆ W KAŻDEJ TWOJEJ CHWILI………. JEŚLI BĘDZIESZ GRZECZNA!

Sheez: Ciao, generale!

Wasza Monika

Wariatka, szepnęła. Wytarła nos i łzy. Ale ona ma rację. Nie wolno mi dopuścić do kolejnych ofiar. Do kolejnego cierpienia. Ja tak nie chcę. Ja… powinnam mieć odwagę… odwagę stanąć i wygrać.

JAM JEST WŁADCZYNI SMOKÓW.

I zostałam stworzona do jednego celu.

I chcę stanąć i wygrać. Wiem, że wygram.

Wstała. I wtedy, umazana krwią, z kartką w dłoni, zauważyła tłum wokół siebie. I znajomą twarz. Uśmiechnęła się, choć smutno. Niezgrabnie ruszyła ku swemu mężczyźnie.

Od razu ją chwycił, swobodnie opuściła się na jego ciało.

Chcę ją zabić. – Szepnęła mu do ucha. – Zabierz mnie do Fadwy.

Najpierw to ja cię zabiorę pod prysznic. – Mruknął.

Przeniósł ich na dach. Świeże powietrze przywróciło ją do świata. Dotarł do niej zapach krwi, zapach strachu i potu.

Prawda: Monika nie żyje, przedzierała się do niej powoli i coraz głębiej. Zaczynała rozumieć, że straciła jedno ze swoich dzieci. Znów kogoś mi odebrano, pomyślała ze smutkiem. I dlatego muszę wygrać… nie. Muszę po prostu walczyć.

Bo wygram. Tyle że…

Spojrzała z niedowierzaniem na Sheez’a. Stał spokojnie i palił cygaro. Zrobiła krok w tył.

Ty… – Zaczęła. – Wiedziałeś?

O czym? – Zdziwił się.

Ja…

Zamilkła. W jego błękitnych oczach zobaczyła spokój. I zaciekawienie. Oraz troskę.

Padła na kolana.

I roześmiała się. Trwało to trochę. A na końcu i tak pojawiły się łzy.

Głupia jestem. – Mruknęła.

Jesteś w szoku.

Taak? Sheez… ja jej nienawidzę i chcę ją W KOŃCU ZABIĆ!

Wiesz wszystko.

Sheez… ale powiedz mi… mówiąc, że jestem Władczynią… wolałabym… żebyś został przy tamtym swoim rozumieniu mnie.

Podszedł do niej. Pozwolił, by objęła go w pasie.

Co się dzieje, kochanie? – Spytał z taką troską, że Agafe na chwilę stanęło serce. Spojrzała mu w oczy. Błękit nieba… zachmurzony. I wciąż wciągający. Poczuła gulę w gardle.

Nienawidzę siebie. – Powiedziała cicho. – Nienawidzę, że cię zmusiłam do miłości. Przepraszam.

Sam to wybrałem…

Powiedz mi, że sobie poradzisz. Proszę. Powiedz.

Zacisnęła dłonie na jego koszulce. Nie mógł się wyrwać.

Nie wiem, o co chodzi. – Przyznał.

Zaszkliły jej się oczy.

Naprawdę nie wiesz. – Mruknęła. – Aha.

Odwróciła twarz w bok. Czy tak się czują osoby, które mają powiedzieć o śmiertelnej chorobie?…

Wtedy się zaniepokoił. Wyrzucił cygaro i zwrócił jej twarz ku sobie. Kucnął. I zobaczył w jej brązowych oczach, tak pięknie błyszczących, gorycz. Zagubienie.

Nie chcę umierać. – Powiedziała nieco żałośnie. Machnęła dłonią, by nie przerywał. – Jestem Władczynią Smoków. Istnieję tylko dlatego, że ona też istnieje. Kiedy ją zabiję… Kiedy ją zniszczę… odejdę. Tam, gdzie George. Rozumiesz? Ja umrę. Umrę… moja głupota… nie wiem, jak zmienić to prawo, ono nie ode mnie zależy.

Zabrakło mu słów.

Ale jej nie.

I nie waż się o tym powiedzieć Likame. Nie waż się!

Patrzył na nią z jakąś taką niewiarą. Chyba nie robi mnie w jajo?… Podrapał się po głowie. Ale ona tego nie mówi poważnie?

Wszystko zdradzały jej oczy.

Pociemniałe od smutku, wypełnione żalem.

Ty mówisz serio? – Zapytał w końcu.

Przecież oszaleje, jak się dowie.

Mówię o twojej śmierci. – Załamał ręce.

Oszukiwałam siebie cały czas… bo przecież depresja… gówno. Po prostu mnie po wszystkim nie będzie. Po prostu wy będziecie mogli odetchnąć z ulgą. Ty… sobie w końcu znajdziesz kogoś lepszego i…

Pocałował ją.

Lepszego? – Spytał. – Kogo lepszego? Nikogo już nie będę miał. Nie będę umiał.

Każdy tak na początku mówi. Każdy, a potem…

Agafe… – Wziął jej dłoń w swoją. Spletli palce. Uśmiechnął się delikatnie. – Agafe. Takie piękne imię… powiedz mi, jak mógłbym zapomnieć o twoim głosie? O błyszczących włosach? I oczach, bo nikt inny takich nie posiada. Jak mógłbym zapomnieć o tych wszystkich naszych pięknych chwilach? Uważasz, że to nic? Ja wiem, że po śmierci w małżeństwie ludzie potrafią zawierać kolejne. Ale ja tak nie chcę. Myślisz, że łatwo się zakochuję? Tak uważasz?

Ja…

Powiem ci coś. Przed tobą miałem tylko jedną kochankę. Tak, kochankę. Bo mnie pociągała i to wszystko. Czasem tęsknię za nią… tyle że tym razem, bez ciebie, bym sobie nie poradził. Skradłaś mi serce.

Sheez… – Załamał jej się głos.

Nie zostawię cię samą. Pójdę z tobą.

Nie możesz…

Mogę. I obiecuję, nie, przysięgam ci na moją duszę, że to zrobię. Jeśli nie ruszę ku tobie przynajmniej nazajutrz od twojej śmierci, to się rozpadnę. Amen.

Nie!

Amen, kochanie. – Pocałował ją w dłoń.

Wtuliła się w niego.

Sheez… kocham cię.

c.d.n.

Jeśli chcesz wesprzeć finansowo autorkę, by dalej mogła tworzyć, zapraszamy do prywatnego kontaktu z nią: https://www.facebook.com/aleksandra.jursza lub aleandrasn@gmail.com
Dzięki! <3

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Od pięciu lat stara się realizować swoje marzenie, by zarabiać na życie pisaniem. Prowadziła portal o kulturze Debiutext, później skupiła się na prowadzeniu bloga Wszystko od nowa. Współpracowała z wydawnictwem RW2010, obecnie szuka dofinansowania na swoje projekty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.