[AGAFE] Rozdział 22

Gwiazdy jak kamienie, wisiały dużymi budowlami, które nie miały konkretnych, prostych kształtów. W jednym takim obiekcie można było znaleźć tysiące różnych kształtów geometrycznych, rozrzuconych niby w chaosie. Do jednego z nich prowadziły wysokie i strome schody. Gdy się stanęło na samej górze, miało się przed sobą czerwony fraktal. A za sobą tysiące innych, które miejsce dzieliły z mandalami.

Na najwyższym stopniu siedziała średniego wzrostu kobieta w szarej, marszczonej sukience. Czarne włosy do ramion miała w nieładzie. Brązowymi, pięknie lśniącymi oczyma patrzyła przed siebie pochłaniając moc przestrzeni.

Na nadgarstku prawej dłoni zawiesiła złoty naszyjnik. Ten od jej ukochanego.

Nie zrobisz tego – powiedział ostro wtedy, w szpitalu. – Nawet z naszą energią możesz się zabić!

Sheez… to zrobię bez waszej… po prostu bez niej nie potrafię żyć.

Zraniła go. Widziała to w jego błękitnych oczach. To niebo, które było czyste, to niebo, które wspomagało ją w trudnych chwilach, zachmurzyło się, zaciemniło smutkiem, żalem i goryczą.

Jestem beznadziejna, pomyślała. Nienawidzę siebie.

Zerknęła na dłonie. Szramy po strasznych kajdanach już nie bolały. Zdążyły się zagoić w szpitalu. W śpiączce słyszała każde jego słowo. Nie wiem, czy mnie kocha, mówił, chciałbym być mężem, a nie tatusiem.

Sheez jest piękny. Pociągał ją w taki sposób, w jaki pociągają piękne rzeczy.

Nie wiedziała, co może mu dać. Anioł nie potrzebuje jedzenia w klasycznym tego słowa rozumieniu. Nie potrzebuje kupować koszulek czy spodni, bo może je sobie przenieść z dowolnego sklepu i nawet nie zostanie to zauważone.

Przy George’u było łatwiej. To znaczy… zachowywał pozory żyjącego człowieka, ale… to nie tylko to. Bo on ją podniecał. Tak zwyczajnie chciała z nim uprawiać seks. I robiła to. Tak po prostu, przyjemnie.

Czy to dlatego, że George był jej pierwszą pełną miłością, czy też dlatego, że nie miała w sobie tego tam w środku?, z Sheez’em było inaczej.

A on się w niej naprawdę zakochał. Tak, jak facet w zwyczajnej kobiecie… A ona nie umiała mu tego odwzajemnić.

Kocham cię, Sheez. Tylko, co ja bym ci mogła dać…

Siebie, przyszło do niej nagle. Zadrżała. Przecież on cię, głupia, nie skrzywdzi.

A może po prostu na niego nie zasługuję? Jest taki dobry, a ja go źle traktuję.

Założyła złoty podarek na szyję. Zalśnił.

* * *

O świcie wróciła do szpitala. Jeszcze słońce nie wpadało wyraźnie przez okno. Słaba żarówka zgasła. Zauważyła na stole nowe, fioletowe kwiaty. Miały różne kształty i pięknie pachniały. Uśmiechnęła się smutno. Usiadła na łóżku i przystawiła do nosa bukiet. Sheez… mam nadzieję, że będzie nam lepiej… postaram się poprawić…

Po porannym obchodzie wpadła Likame. Wyglądała na bardzo szczęśliwą:

Lekarz powiedział, że za trzy dni będziesz mogła już wychodzić!

Agafe wzruszyła ramionami.

Nie cieszysz się?

Nie bardzo wiem, z czego. Wciąż nie mogę zlokalizować Fadwy. A… jak nie pozbędę się klątw, to nie wiem, jak miałabym ją pokonać.

Przecież mogłabyś komuś innemu przekazać, prawda?

– …

Mogłaby. Tak, ale Fadwie… ulżyłoby po nich, pomyślała. I spojrzała w okno. Blade niebo nad klockowatymi, jakby z płytek, budynkami szpitalnymi.

W każdym razie – podjęła znów rudowłosa – nasi stale ją szukają, nie musisz się martwić.

Jesteś tak pełna życia… – Cichy głos. – Cieszę się, że cię uratowałam.

Rudowłosa przysiadła do przyjaciółki i przytuliła:

A wiesz… rozumiem, że musisz zabić Nyssę, ale kochanie, podobno nie zmagałaś się z tym jednym problemem, męczyły cię też inne sprawy.

Może…

Powiedzieli mi, że nie mówisz mi wszystkiego. A ja chcę być twoją przyjaciółką i chciałabym cię wspierać.

Wszystko opowiadałam Sheez’owi… naprawdę cieszę się, że go mam… miałam. Nie chciałam cię męczyć swoimi głupimi wyskokami. Teraz… wydaje mi się, że jest lepiej.

Ale nie rozumiem. – Chwyciła dłoń Agafe i lekko ścisnęła. – Przecież powinniśmy się wspierać, czy jest dobrze, czy źle.

U mnie jest wiecznie źle. Miałabyś dość… nie chciałam cię dołować moją głupotą. Przepraszam. Wydawało mi się, że Sheez… wystarczy. Ale… sama nie wiem.

Głupotą? Kochanie, rozumiem, że masz za sobą ciężkie chwile, ale…

Likame, ja sama mam siebie dość. Mam dość tego całego gówna. Tego, że ciągle ona wam zagraża. Tego, że nie potrafię przestać się dręczyć i tego, że… – Zrobiła taką minę, jakby miała się popłakać. – Nie bardzo czuję się kobietą.

I to cię męczy?

Trochę… na tę chwilę.

Opowiesz mi, co było przed śpiączką? Mogę się dowiedzieć?

– …

Chcę wiedzieć, żeby… w razie czego dobrze cię wesprzeć. Proszę.

Czułam… czułam się jak rzecz. Jakoś tak… na odwrót. Zamiast wydobywać się z tej matni, ja jeszcze bardziej się w to wciągnęłam. – Machnęła dłonią. – Nieważne, to już minęło. Naprawdę.

Likame rozłożyła ręce. I co mam jej odpowiedzieć?

Co prawda… – kontynuowała brunetka – nadal nie czuję się w pełni kobietą, ale to już… to już się do tego zdążyłam przyzwyczaić. Nie martw się. Kochanie?

Tak?

Obiecasz mi coś?… Jakby mi się coś nie udało… obiecujesz, że będziesz silna i nie poddasz się?

Przestań tak gadać. – Uścisnęła mocniej przyjaciółkę. – Przecież wszystko idzie w dobrym kierunku. Chłopaki z Phobosa na pewno znajdą Fadwę i w końcu pokonasz Nyssę. Na pewno będzie dobrze.

Ale gdyby jednak coś… obiecujesz?

Nie muszę ci obiecywać czegoś, czego w ogóle nie będzie. Kochanie, nie bój się. Jesteś bardzo silna i sobie poradzisz.

Może i ma rację, stwierdziła Agafe bez przekonania. Może to tylko strachy na lachy.

Spojrzała na kwiaty. Sheez… i co ja mam z tobą zrobić? Wiem, że nie chcesz przyjść, to ja powinnam do ciebie… ale nie wiem, czego ode mnie oczekujesz…

Likame… nie wiem, co robić z Sheez’em.

Tak, smutno mu było. Ale cię kocha, w końcu przynosi te kwiatki. Ładnie pachną, prawda?

Ale od czego mam zacząć… Jezu, też go kocham, ale to… ja… nie bardzo jestem… rozumiesz, to przez to, co mi zrobili… – Załamała ręce.

Powiesz mu prawdę, ale kochanie, mam pomysł.

* * *

Askana powitała je mnóstwem możliwości. Weszły do jednego z droższych sklepów. Agafe podeszła do szarej spódniczki zakończonej różowymi koronkami.

Tylko nie szary. – Upomniała Likame. – Może inne kolory? O, zobacz.

Pokazała żółtą spódniczkę z czerwonymi kropkami.

Jakoś… – Zaczęła brunetka. – Nie mam na nią ochoty.

Fiolet? Róż? Wszystko jedno, byle nie szary, bo dla niego to codzienność, nie poderwiesz go w ten sposób.

Aha…

O, a ta? – Wskazała na sukienkę z głębokim dekoltem. Błękit od lewej i róż po prawej przecinały się pośrodku, tworząc małe linie, z których wystawała czarna koronka. – Podoba mi się…

Lekko się zgięła.

W porządku? – Zaniepokoiła się Agafe.

To dziwne… – Stęknęła. – Słabo mi.

W korytarzu usiadły na czerwonej kanapie.

Coś jakby mnie wołało. – Westchnęła ciężko. – Ale nie umiem powiedzieć, co.

Moment…

Co?

Po chwili kiepskie samopoczucie rudowłosej przeszło. Odetchnęła głęboko:

Co to było…

Karina cię wołała, ale nie jesteś już jej panią, więc… nie dotarło do ciebie w wyraźny sposób.

Coś jej zrobili?!

Nie… nie do końca. – Wstała. – Chodź, pokażę ci.

Przeniosły się w miejsce, które wyglądało na szary, opuszczony garaż. Na środku, w świeżej kałuży krwi, siedziała Karina. Czarne, na chłopaka ścięte włosy były lekko umoczone w cieczy. Dygotała. Płacząc, spojrzała w rudowłosą.

Pani… – Głos jej się załamał.

Za jej plecami stał Astaroth. Spokojnie czyścił błękitne ostrze z gwiazdą wyciętą w środku. Spojrzał na przybyłe i zmarszczył brwi.

Co tu się, kurwa, stało? – Chciała wiedzieć Likame.

Mężczyzna schował do kieszeni nóż.

Pozwoliłem sobie na małą rozrywkę. – Odparł spokojnie. – Ale chyba nie do końca mi wyszło.

Agafe, lekko blada, zbliżyła się do niego:

Dziękuję.

Uderzył ją. Zachwiała się, ale nie upadła.

Nie ciebie chciałem pomścić. Ten skurwiel niszczył Likame. Ty mnie niewiele obchodzisz, zwłaszcza że – chwycił ją za włosy – pozwoliłaś mu dalej istnieć.

Zostaw ją! – Rudowłosa odepchnęła męża od przyjaciółki. Mruknął:

Jest groźny.

Uważam… – Zaczęła cicho Władczyni Smoków. – Uważam, że Karina zasługuje na ponowne z nim spotkanie. Dlatego to zrobiłam.

I dlatego warto narażać Ostatnie Miejsce Spoczynku. Gratuluję.

Nie… nie będę się przed tobą tłumaczyć.

Co ty kurwa o nim wiesz… – Załkała Karina. – Myślisz, że dlaczego tak nam dobrze szło w Kramie… on… on tylko chciał żyć, nie jego wina, że jest demonem!

Pierdolisz. – Odparł. – A Agafe mogłaby czasem pomyśleć, zanim coś zrobi.

Likame objęła przyjaciółkę.

Kochanie – zwrócił się do żony – obiecałaś mi dziś popołudnie…

Spadaj. – Odburknęła.

Nie kłóćcie się… – Wtrąciła Agafe. – Nie przeze mnie.

Chodź, wracamy do zakupów.

A co z nią?

Kobieta demon wstała. Wytarła łzy i zniknęła.

* * *

Znajdowały się u jubilera.

No zobacz, jakie piękne – rudowłosa pokazywała kolczyki z długimi, diamentowymi pasemkami. – Myślę, że bę

Upuściła ozdobę i zgięła się.

Agafe wzięła w ramiona towarzyszkę i wyszła z nią poza sklep.

Chyba lepiej… – Mruknęła Likame. – Co znowu?…

Obawiam się, że ktoś skierował do ciebie prośbę. Chodź.

Przeniosła ich do lasu. Był zwyczajny, ze starych i wysokich dębów. Przy jednym z nich leżała zwinięta w kłębek czarnowłosa kobieta w zielonej sukience. Jej szare skrzydła, niewidzialne dla ludzkich oczu, znajdowały się w strzępach.

Decyzja jest twoja. – Oświadczyła Władczyni Smoków i popchnęła partnerkę do przodu.

Ale że co? – Zdziwiła się ta.

Niech ci opowie. Ja może pomogę.

Rudowłosa patrzyła chwilę zupełnie zaskoczona sytuacją. Potrząsnęła głową i podeszła do obolałej. Kucnęła:

Kto ci to zrobił?…

Ja… – Wyjąkała. – Chcę do Arenda.

Jezus. – Dotknęła resztki skrzydeł, które i tak były rozharatane. Ranna krzyknęła. – Ale… to chyba nie powód, by się zabijać.

Pani… przecież pani do dobrze rozumie… jakby ci kogoś zabrakło… pani rozumie, prawda?

No, może. Ale Karino, nie warto się poddawać. Jeszcze jest czas, byś znalazła kogoś, kto cię od początku będzie wspierał i…

Pani… proszę, pozwól mi do niego iść.

Arend nie chce. – Wtrąciła Agafe. – Mówi, że wolałby, gdybyś… gdybyś w trudnych chwilach zajęła się Likame.

Przecież ma ciebie! – Krzyknęła ze łzami w oczach.

Może mieć. Ale nie musi, bo chciałabym trochę popracować nad związkiem. Poza tym… na ciebie też w końcu przyjdzie czas.

Pani… proszę.

Ja myślę, że nie warto się poddawać. To trudne, ale… koniec końców… myślę, że dasz sobie radę. Agafe, a jak ty myślisz?

Ja myślę… że dobrze by było, gdyby cię wspierała. – Podeszła do brunetki i spojrzała w jej zielone, teraz zbolałe, oczy. – A twoja pani powiedziała mi kiedyś, że warto żyć. I jestem jej za to wdzięczna, choć… nie jest idealnie, ale dla niektórych momentów, chwil, warto tu być. Może… może to jest twoja nauka na ten żywot. Może dlatego jeszcze tu jesteś, że się tego nie nauczyłaś. A Arend wie, co jest dla ciebie najlepsze.

Nie rozumiesz… nie rozumiecie, prawda?

– …

Nie rozumiecie tego, że bez niego nie mogę żyć! Nie potrafię! Nie widzę w tym sensu!

JA – w tonie wściekłość – TEGO NIE ROZUMIEM?

Cisza jak makiem zasiał.

Ja tego nie rozumiem?! – Krzyknęła. – Może i jestem głupia, ale akurat to jedno bardzo dobrze rozumiem! Jak możesz… jak możesz tak łatwo się poddawać?! Myślisz, że mi było łatwo i przyjemnie przez to wszystko przechodzić?! Myślisz, że nie tęsknię za George’m?! Codziennie o nim myślę, ale wiesz… czuję, że zostanie przy życiu to najlepsze, co mogłam zrobić.

Pokazała jej plecy:

Likame, zostajesz?

Eee… – Załamała ręce.

Niech pani idzie. Proszę.

* * *

Paznokcie u stóp w czerwonym kolorze. Spódnica do kolan w jasną, fioletową kratkę. I koszulka z czerwonej koronki, z dużym dekoltem. Naszyjnik od niego, bransoletka na przedramieniu. Czarne włosy rozpuszczone, ale przyozdobione różą. A na twarzy profesjonalny makijaż.

Niebo błękitne, bezchmurne. Wiatru nie czuć, jakby zapomniał o tej łące pełnej tulipanów i fiołków. Na jej środku leżał szatyn w ciemnej koszulce i spodniach. Nie zauważył przybycia ukochanej. Dopiero, gdy ta stanęła nad nim i kucnęła, kładąc czerwoną różę na jego piersi, spojrzał w jej oczy.

Teraz to on nie mógł od nich oderwać wzroku.

Brązowe, lśniły. Tak, jakby w kasztanie umieszczono diamenty. Umalowane rzęsy jeszcze ten efekt uwypuklały.

Przepraszam. – Powiedziała. Dotknął jej policzka. – Ja… wiem, że cię skrzywdziłam. Ale wiesz, że cię kocham. Tylko nie wiem, jak ci to pokazać… wiesz… może byłoby mi łatwiej, gdybym… gdyby mi tego nie zrobiono. Ale Sheez, chcę popracować nad tym. – Pocałowała jego dłoń i uśmiechnęła się. – Mam nadzieję, że będzie nam teraz lepiej.

Przyciągnął ją do siebie.

Chciałem cię kochać, tak normalnie, jak partner. – Pocałował ją w usta. – Trudno się tobie oprzeć, kochanie, bo już zmiękczyłaś moje serce.

Ja wiem, że za często ci się żaliłam… teraz… teraz czuję się lepiej. Stwierdziłam, że nie jestem rzeczą, tylko Władczynią Smoków. I… myślę, że niedługo będę całkowicie gotowa, by ją zabić.

To cudownie. I wszyscy będziemy żyć długo i szczęśliwie.

Chyba… ale Sheez, pamiętasz tamten sen…

Co z nim?

Mam jakieś dziwne uczucie, że coś w nim było… ważnego.

Przestań. – Pogłaskał ją po włosach. – Akurat dziś się nie żalimy, dobrze? Tak dawno cię nie widziałem, może chciałbym usłyszeć coś dobrego.

Coś dobrego… żyję?

Parsknął śmiechem.

Usiedli.

Wiesz… – Zaczął. – Ja sobie tak myślę, że w tym wszystkim pięknie wyglądasz. I chciałbym to z tobą zrobić, ale nie wiem, czy masz na to ochotę.

Może. Nie. Nie wiem. – Machnęła ramionami. – Przez to wszystko nie czuję w sobie jakiejś wielkiej podniety, poza tym… może nigdy nie będę na to gotowa. Może ty powinieneś o tym zdecydować. Tak sobie myślę, że jestem na to za głupia.

Nie no, kochanie, nie mów tak o sobie. Przecież taka decyzja powinna należeć do ciebie.

Z George’m… w sumie za bardzo nie rozmawialiśmy o tym. To było… naturalne. Tak mi przykro, Sheez. Tak mi przykro, że z nami nie jest tak samo.

No co ty, myślę, że jak wydobrzejesz, to wszystko wróci do normy. Znaczy się… musisz oddać komuś klątwy i będzie ci łatwiej. Kochanie, ale ja mam naprawdę ochotę na seks. Spróbujemy?

Teraz?…

Pewnie.

Przylgnęła do niego bardziej.

Nie wiem, co robić. – Szepnęła mu. – Jakbym tego zapomniała.

Uśmiechnął się i podrapał ją delikatnie po brzuchu. Jego koliste ruchy zdawały się ją odprężać. Włożył dłoń pod koszulkę i znalazł piersi. Głaskał je, a ona niepewnie włożyła dłoń pod jego ubranie. Oddech im trochę przyśpieszył. Drugą dłonią masował jej udo, jakby od niechcenia posuwając się ku myszce. Gdy poczuła ruch na majtkach, zwiesiła głowę, drżąc.

Nie bój się. – Powiedział łagodnie.

Dobrze… – Jakby odruchowo zacisnęła pięści. Przecież mnie nie skrzywdzi. Przecież on chce mi sprawić przyjemność. Wszystko w porządku, głupia.

Podniósł jej podbródek tak, by mógł spojrzeć w oczy. Z jednej strony wyrażały miłość, z drugiej zaniepokojenie.

Nie jesteś jeszcze gotowa. – Stwierdził.

Ja… mogę nigdy nie być. Po prostu… chcę ci sprawić przyjemność, a… ja… moje ciało jeszcze… nie wiem, czy rozumiesz…

Kochanie, ale naprawdę nie ma co się śpieszyć. To powinno nam obu dawać radość.

A jeśli nigdy już nie będę się z tego cieszyć?, pomyślała. Chciało jej się płakać. Miast tego wtuliła się do niego bardziej.

Jestem taka beznadziejna… – Szepnęła. – Chciałam po prostu sprawić ci radość. Tak po prostu.

Ważne, że się starasz.

Tak… Nie kłam. – Wytarła łzy. – Proszę cię, nie czaruj mnie tylko dlatego, że chcesz mnie pocieszyć. Przecież wiem… jesteś mężczyzną, potrzebujesz tego, a… mnie jest z tym trudno.

Milczeli chwilę.

Może spróbujmy jeszcze raz. – Zaproponowała.

Jesteś pewna? – Zdziwił się.

Nie… nie powinnam tchórzyć. Jak… jak mam ją pokonać, skoro problem sprawia mi nawet taka rzecz?…

Objął ją, spletli nogi.

Pogłaskała jego szyję, pocałowała.

Pomasował jej sutki, potańcował palcami wokół pępka. Uśmiechnęła się lekko. Delikatnie zsuwał się w dół. Przez materiał dotykał miejsca, gdzie powinna być łechtaczka. Jęknęła lekko, trochę się odsunęła, chciał cofnąć dłoń, ale podtrzymała go. Swoimi rękoma sięgnęła do rozporka i wymacała penisa. Drżała, choć nie protestowała. Bała się, ale milczała. Widział to w całym jej ciele, chciał przerwać jej udrękę, ale ona zatrzymywała to szeptanym kontynuuj.

Nie wytrzymał w końcu, gwałtownie wyjął dłonie ze środka, jej zniszczonego środka i objął ją całą.

Towarzyszył im szum wiatru i ciemne niebo pełne rozsypanych małych świateł.

Wplątani w swoje ciała, cieszyli się obecnością.

Nie potrzebowali słów, nie potrzebowali niczego oprócz siebie.

Wytarł jej łzę:

To nie twoja wina. To ja nie dałem rady.

Nie powinno tak być… ja… Sheez, tak chciałabym być dla ciebie dobrą partnerką… taką, z którą nie musiałbyś się męczyć.

Daj spokój, jest dobrze. Byłaś… jesteś bardzo odważna, kochanie. To, co dziś chciałaś to wyrażenie wielkiej siły. Jesteś zdolna przeciwstawić się wszelkim przeciwnościom i ją pokonać. Wierzę w ciebie i to coraz bardziej. – Pocałował ją w czoło, a potem w usta. – Naprawdę.

Tak… może… Sheez? A może ja nie powinnam… to znaczy…

Tak? – Zdziwił się.

Nie chcę cię znów skrzywdzić, ale tak mi dobrze. Tak mi z tobą dobrze.

Zasnęła.

Chwilę odczekał, aż zapadnie w głębszy stan, a potem wstał.

Głupio wyszło, stwierdził. I spojrzał w górę. Nie chcę jej do niczego zmuszać.

* * *

W pierwszej chwili się wystraszyła. Gdzie Sheez?!, chciała krzyknąć, ale zobaczyła z daleka długie, brązowe włosy splecione w warkocz. Mężczyzna spacerował wokół. Uśmiechnęła się lekko.

Zaburczało jej.

Wciąż żyję, przypomniała sobie i zobaczyła tuż przed nosem bukiet czerwonych tulipanów zmieszanych z fiołkami.

Proszę, damo. – Rzekł wesoło. – Dobrze spałaś?

Chyba… chyba.

Zaniepokoił go ton. Był jakiś przybity.

Sheez? – Zaczęła po chwili. – Czy… czy mogę cię o coś prosić?

Słucham.

Czy ty… obiecujesz, że w razie czego się nie poddasz? Kochanie?…

Chodź. – Podniósł ją. – Jest piękna pogoda, a ty zasługujesz na optymistyczne śniadanie.

Przytulił ją.

Mimo dziwnego przeczucia, dała mu się całkowicie uwieść.

c.d.n.

Jeśli chcesz wesprzeć finansowo autorkę, by dalej mogła tworzyć, zapraszamy do prywatnego kontaktu z nią: https://www.facebook.com/aleksandra.jursza lub aleandrasn@gmail.com
Dzięki! <3

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Od pięciu lat stara się realizować swoje marzenie, by zarabiać na życie pisaniem. Prowadziła portal o kulturze Debiutext, później skupiła się na prowadzeniu bloga Wszystko od nowa. Współpracowała z wydawnictwem RW2010, obecnie szuka dofinansowania na swoje projekty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.