[AGAFE] Rozdział 25

Blask słońca przedarł się przez złoto-zielone liście wysokich drzew o szarych pniach. W jednej chwili zaszeleściła przyroda, przerywając ciszę nocy. Zafalowała trawa, zatańcowały gałęzie. Jakiś ptak zleciał na ziemię i zaśpiewał. Trel rozbudził śpiącą Agafe, wtuloną w męskie ciało.

Byli nadzy.

Mhm – mruknął anioł, całując ukochaną w czoło.

Dziękują mi za służbę. – Uśmiechnęła się smutno.

Przytulił ją.

Na pewno chcesz to zrobić? – Zapytała, wpatrując się w jego błękitne oczy. Czuła się wciągana przez tę przestrzeń.

A mam inny wybór? – Uśmiechnął się. – Zresztą, chciałbym cię poznać szczęśliwą. Takie proste marzenie.

Dziękuję ci.

Pocałował ją.

Martwię się o nią. – Przyznała. – Ale mam nadzieję, że dobrze się nią zaopiekują…

Na pewno. – Wręczył jej truskawkowy jogurt. – Smacznego.

Roześmiała się:

Chcesz?

E, korzystaj.

Po śniadaniu wstała i rozciągnęła się. Wchłonęła w siebie zapach lasu. Był orzeźwiający.

Będę tęsknić za tym wszystkim. – Mruknęła. – I za nią… ale, Sheez, może wreszcie będę ci lepiej okazywać miłość.

Ubrał ją w błękitną sukienkę i t-shirt z głównymi postaciami Shojo Kakumei Utena. Sam włożył garnitur.

Jak zawsze elegancki. – Powiedziała cicho. – Uczesać cię?

Pozwolił jej. Czynność ta, z pozoru żmudna, relaksowała ją. Przestawała myśleć, skupiała się tylko na czynności. Brązowe włosy błyszczały w słońcu. I były w idealnym stanie.

Jeszcze bym coś porobiła. – Stwierdziła, odkładając szczotkę.

Musimy już iść, kochanie.

Przenieśli się do obozu.

Z jednego z namiotów wypadł Kamil. Uśmiechnął się. Na szyi błyszczał łańcuszek. Resztę schował pod mundurem.

Idę z wami! – Oświadczył radośnie.

Spoko. – Odparł Sheez i ziewnął.

Zobaczyła zaskoczoną minę chłopaka i roześmiała się.

To moja walka – wyjaśniła przyjaźnie – nic nikomu się nie stanie.

To dobrze. – Usłyszała za sobą Likame i odwróciła się. Rudowłosa spięła długie włosy w kitkę. Miała na sobie błękitną koszulkę i czarną spódnicę. Jest taka piękna…, przyszło do głowy Władczyni Smoków i od razu przygarnęła ją do siebie.

Kochanie, cokolwiek się stanie… – Szepnęła. – Wiem, że będzie dobrze. Pamiętaj, kocham cię.

Już czeka. – Poinformowała Karina zjawiając się z Astarothem. – I jest wściekła. Bardzo. Powiedziała, że to ona stawia warunki, a nie my.

Przenieśli się na czerwoną ziemię. Z daleka rysowały się strzeliste w krwiste niebo skały o takiej barwie.

Wiatru nie było.

Jakby cała przestrzeń wyczekiwała.

Agafe zacisnęła pięści. Poradzę sobie. Muszę.

Paręnaście metrów od niej stała piękna kobieta w czerwonej sukience. Białoróżowe włosy splotła w w warkocz. Nie uśmiechała się. W kocich, bursztynowych oczach malowała się wściekłość.

ILE MOŻNA CZEKAĆ?! – Wrzasnęła.

Władczyni Smoków spojrzała na swoich przyjaciół. U wszystkich zobaczyła niepewność. I nadzieję na lepsze jutro.

Dziękuję. – Powiedziała. – To było miłe, poznać takie piękne istoty. Kocham was i życzę wam wszystkiego najlepszego.

Co ona wygaduje, pomyślała Likame.

I wtedy Agafe uśmiechnęła się. W taki sposób, że serce rudowłosej pękło. Chciała pobiec w jej stronę i przytulić, powiedzieć: nie bój się, głuptasie, ale mąż ją przytrzymywał. I ciągle patrzyła na ten uśmiech. Uśmiech, który był niknącym blaskiem życia. Jakby informował, że choć trwa koszmar, istnieje odrobina światła, która jeszcze pozwala jako tako funkcjonować. I poznawała ten wyraz twarzy, wyraz okazywany w najtrudniejszych momentach, gdy wydawało się, że to już umiera nadzieja. Uśmiech ostatnim pożegnaniem.

Co chciałaś mi powiedzieć, przemknęło przez Likame. Zadrżała. Ja umieram?…

Chciała zatrzymać przyjaciółkę, powiedzieć nie idź, nie dzisiaj, jeszcze mamy tyle do zrobienia!

Władczyni Smoków pokazała im plecy. I spokój na nią spłynął. To, co się ma stać, po prostu będzie.

Ledwo spojrzała na Nyssę, padła na ziemię zaatakowana przez nią. Napastniczka trzymała za brodę, wbijając palce w policzki.

A teraz – powiedziała ostro Uzdrowicielka Rosemary – powiesz przysięgę.

– …

A jeśli nie, to twoi przyjaciele zginą! – Tylko, do cholery, czemu nie widzę w jej oczach strachu? – Powiedz!

Nie mam powodu.

Nyssa zamachnęła się.

I wyleciała do tyłu. Siedząc, opierała się na rękach. Uspokoiła oddech. Spojrzała w oczy Władczyni Smoków. Brązowe tęczówki błyszczały spokojem.

Zamarła.

Coś jest nie tak, uświadomiła sobie i poczuła strach.

Rozumiem, czemu zabijałaś bogów. – Usłyszała. Ton, w którym panowała cisza. Harmonia. Spokój. – Oni cię upokarzali, prawda?

– … – Wyciągnęła dłoń i spróbowała wywołać ogień. Bez rezultatu. – Co mi, kurwa, zrobiłaś?!

Wiem, dlaczego tak ci zależało na Kosashim, ale chciałabym…

CO MI KURWA ZROBIŁAŚ!?

– …

Nie czuję w sobie tej iskry! Ale powiedz, zablokowałaś ją, tak? Chcesz, żebym ci zmówiła przysięgę?! Tego chcesz?!

Zabrałam ci to, co do mnie należało.

Nic kurwa do ciebie nie należało! Oddawaj! – Ryknęła.

Uspokój się. Twój gniew jest bez sensu. Chcę ci przypomnieć, że nie jestem tą… bezbronną istotką, którą znalazłaś u Taju. – Kucnęła. – Jam jest Władczynią Smoków. JAM JEST MAGIĄ.

Siła ostatnich słów uderzyła w Nyssę. Drgnęła. I słuchała dalej. Nie uświadamiała sobie, że dygocze.

Nie rozumiem – kontynuowała Agafe – dlaczego od razu mnie nie zabiłaś? Dlaczego krzywdziłaś moich bliskich? Dlaczego tak nas nienawidzisz?…

Nienawidzę to ciebie! – Próbowała coś wyczarować, ale bezskutecznie. – Jak śmiesz mnie, MNIE, UPOKARZAĆ!?

Ale może w ten sposób dałaś mi ważne lekcje. Dziękuję. – Jedną rękę położyła na czole, a drugą na sercu Uzdrowicielki Rosemary.

Zaraz, co chcesz zrobić?! – Cofnęła się.

Nie mogę cię zatrzymać przy życiu, nawet jakbyś mi złożyła przysięgę. – Uśmiechnęła się smutno. – Szkoda. Ale… to tylko znaczy, że jesteś bardzo silną kobietą. Przepraszam, ale jeśli piekielny ogień nie potrafił oczyścić cię ze zła, to nic już tego nie potrafi. Dlatego…

Władczyni Smoków w kocich oczach dostrzegła prośbę o życie. Błaganie o litość:

Ja chciałam tylko… mieć magię. Chciałam normalne życie.

Wystarczyło poprosić o nią tę, która do końca w ciebie wierzyła. – Wytarła jej łzy. – Nie płacz. Hej.

Coś się złamało w Nyssie. Wybuchnęła płaczem tak żałośnie, że Agafe nie mogła się oprzeć. Przytuliła do siebie tę bezbronną kobietę i powiedziała:

Może jestem w stanie ci wszystkie krzywdy wybaczyć. Ale tak bardzo ich kocham, że nie mogę ryzykować ich utraty. Wybacz.

Przepraszam… – Głos jej się załamał.

Władczyni Smoków położyła dłonie na czole i sercu rozmówczyni.

Wymówiła zaklęcie.

W jej rękach już nie było ciała. Trzymała czarne światła, rozpraszane na wszystkie strony. Zanikały po chwili.

I wtedy Astaroth puścił Likame.

Agafe położyła się. Wyciągnęła krwawiące ręce w stronę nadbiegającej przyjaciółki.

Co się stało?! – Chciała wiedzieć rudowłosa, padając na kolana. Próbowała uzdrowić dłonie, ale rany wciąż się otwierały. – Dlaczego to się nie chce wyleczyć?!

Przytul mnie…

Znalazły się w objęciach.

Przepraszam, że ci nie powiedziałam… – Pogłaskała policzek ukochanej. – Nie potrafiłabym znieść twojego smutnego widoku.

Agafe, co ty chrzanisz, te dłonie po prostu…

Ja umieram… głupie, bo nie umiem odwrócić czaru…

Nie umierasz, tylko one po prostu…

Kocham cię. Cieszę się, że mogłyśmy razem być. Dziękuję…

Agafe…

W miejsce czarnowłosej, wychudzonej dziewczyny pojawił się mały, złoty smok. Wbił się w niebo. Odleciał tam, gdzie zawsze chciała być.

Przytul mnie, Agafe, poprosiła Likame. Przytul… nie czuję ciebie. Agafe, gdzie jesteś?

Kroki.

Agafe?

Spojrzała za siebie. To mąż się do niej zbliżał. Wybuchnęła płaczem. Znalazła się w jego ramionach.

Już w porządku. Jest po wszystkim. – Usłyszała.

W porządku?, zdziwiła się. Gdzie jest Agafe?

Gdzie jest Agafe? – Wydusiła.

Nie żyje.

Ale… ale ona pojawi się jako anioł, prawda?

Nie. Ona odeszła, na zawsze.

Ale jak to, widziałam smoka, a to znaczy…

Odeszła w ostatnie miejsce spoczynku. To dokładnie tam, gdzie jest George. Nic już nie możesz zrobić.

Ale… ja chcę… ja…

Niemożliwe, że jej nie ma. Musi gdzieś być. To miejsce, co to za miejsce? Jak tam trafić?

Jak tam dojść?…

Trzeba umrzeć.

Ja chcę umrzeć!

Nie chcesz! – Warknął. – Zresztą, ona też sobie tego nie życzyła.

W… wiedziała… – Głos jej się załamał.

Wiedziała. Chciała ci oszczędzić cierpień, więc ci o tym nie powiedziała… – Jakby się zamyślił. – A może nie potrafiła. Teraz po prostu musisz żyć dalej.

Ale… czemu nie mogę jej odwiedzić? Czemu?!

Tamto miejsce ma inne prawa, niż cała reszta. Czasem tak jest, że kogoś ważnego już nie ma.

Ale… ja nie, nie chcę! Ja chcę moją Agafe! Oddaj mi moją Agafe! Powiedz, że mogę ją zobaczyć! Powiedz! Proszę!… Proszę…

Płakała. Nie umiała powstrzymać wstrząsającej nią rozpaczy. Całe ciało się zgarbiło, skurczyło.

Nic na to nie poradzisz. – Wytarł jej łzy. I patrzył, jak Likame przerażonym wzrokiem rozgląda się wokół siebie. Szukała przyjaciółki. Jeszcze miała w sobie ostatnią

Nadzieja umarła ostatnia.

Zostaw mnie. Proszę. – Powiedziała cicho.

Zawrócił. Podszedł do anioła i spojrzał w jego błękitne oczy. A przynajmniej dawniej takie były. Teraz szare, pociemniałe od smutku przypominały raczej stal, niż niebo.

Zabijesz mnie? – Zapytał bez krzty emocji Sheez.

Nie, czekaj! – Wtrąciła Karina. – Przypomniało mi się… Nyssa kazała mi kiedyś zebrać informacje o ostatnim miejscu spoczynku. Jest… wyjście. Połowiczne, ale jest.

* * *

Od paru godzin leżała. Jej ogniste włosy zmatowiały, scaliły się z martwą, czerwoną ziemią. Stanął nad nią mężczyzna o czarnych włosach ubrany w garnitur. Kucnął i spojrzał w pusty ocean. Zielone oczy miały tylko cienie dawnego koloru.

Wstawaj. – Warknął. Ani drgnęła. – Wstawaj!

Nie mam sił… – Burknęła.

A ja nie jestem twoją siłą? – W głosie wściekłość. Wziął ją w ramiona. – Bo chciałbym normalnie z tobą być i się kochać. Mam nadzieję, że masz ochotę na seks? Albo że będziesz miała?

Ale jej nie ma… – Mruknęła z rezygnacją. – Sprawdzałam w ziemi, nic nie ma… nic nie było…

Jej już tu nie ma, ale ja jestem. I to musi ci wystarczyć. Nie można mieć wszystkiego…

Ale przecież to nie powód, by jej nie było…

Najwyraźniej powód. Chciałaś kochać dwie osoby naraz i to się zemściło. Teraz jedna z tych osób musi się stać dla ciebie wszystkim.

Ja nie chcę tak… chcę z nią być…

Nie możesz, bo jej już nie ma. Przykro mi, że jakiś duch jest dla ciebie ważniejszy od realnego wsparcia. I przykro mi marnować na ciebie czas, skoro ci na mnie nie zależy.

Usiadła:

Co?

Chciałbym cię wspierać, ale nie widzę rezultatu. Chciałbym, byś nie żyła przeszłością, tylko byś żyła teraźniejszością. I jestem przekonany, że Agafe również by tego chciała.

Chciałaby tego?

Chciałaby.

Ale dlaczego jej nie ma? Czemu mi się wydaje, że jak wrócę do DA, to ją spotkam?

Bo jesteś w szoku. I nic na to nie poradzisz, że jej nie ma.

Ale dlaczego jej nie ma? Nie chciałam na to pozwolić… nie wiedziałam, jak to powstrzymać…

A to nie twoja wina, to kwestia magii. To jest jeden jedyny czar, którego nie mogła ruszyć, bo bóg ją stworzył.

Nie rozumiem, jak to bóg, jak to ją stworzył, ja chcę moją Agafe!

Westchnął ciężko:

Po prostu taka umowa. Nie umiała tego zatrzymać… nie umiała przerwać czaru, który by ją zniszczył po pokonaniu Nyssy.

Dlaczego jej to zrobili?

Widocznie tak miało być.

Ale dlaczego? Co ona im zrobiła?

To tak, jakbyś zapytała, dlaczego zło istnieje.

Ale ona tak chciała żyć…

No już ci nic na to nie poradzę, zresztą, może wreszcie odpocznie od cierpienia.

Odpocznie od cierpienia?

Oczywiście.

Cierpienie… Agafe, czemu oni ci zadawali cierpienie, czym sobie na to zasłużyłaś…

Czasem dostaje je się za darmo.

A powiedz mi… czy ja mogę… ja mogę się im za te krzywdy odpłacić?

Oni wszyscy nie żyją, więc chyba nie bardzo.

Wszyscy?

A ci przez których się zawiodła? Ci, przez których zapragnęła pójść do Kramu?

Z tego, co mi wiadomo, to uczelnia ma się całkiem dobrze.

Wstała.

Ach, całkiem dobrze. – Powiedziała przytomnie.

Zachwiała się.

A dlaczego tak, skoro ją skrzywdzili?

* * *

Podłoga była biała. Otaczało ją ciemnoniebieskie niebo z milionami gwiazd i galaktyk. W niektórych miejscach było jaśniej, a w niektórych ciemniej. Szła przed siebie. Miała na sobie swój ostatni strój. Z daleka ujrzała ogromną, fioletową bramę o bardzo bogatym zdobieniu. Gdy znalazła się przed nią, stwierdziła, że klamka jest na wysokości jej ramion, a nad głową znajduje się duży napis WITAMY NA KOŃCU.

Zadrżała. Spokój, który miała w sobie od dłuższego czasu gdzieś uleciał.

I wtedy zauważyła, że wejście jest niedomknięte. Przez otwór wyciekało ciepłe i bezpieczne światło.

Rozejrzała się.

Nikogo.

Otworzyła bramę i wkroczyła w miasto złotych budynków. Huknęło za nią, wejście poszarzało i zniknęło w blasku gwiazd.

Tu nie jest źle, przyszło jej do głowy. Tylko… chciałabym być przy kimś… George? On tu jest gdzieś.

Uśmiechnęła się i przespacerowała się między budynkami. Skądś wiedziała, że stawia kroki tam, gdzie powinna.

Zatrzymała się przy stawie. Tuż za nim znajdowały się drzewa. Ogrodzenie, pomyślała. Rozpoznała głos, które zza nich dobiegał.

Kochanie… – Mówił George. – Poczekaj chwilę. Chyba że chcesz ze mną iść.

Po co?! Ona przyszła tu do ciebie chyba, nie do mnie?!

Dobrze, dobrze, nie denerwuj się tak.

Stanął przed Agafe z poważnym wyrazem twarzy. Czarne włosy zaczesał do tyłu, nosił szarą koszulkę z czarnymi spodniami. Wzruszyła się na ten widok.

Cześć. – Powiedziała.

Przeskoczył wodę i mógł spojrzeć w jej niezwykłe, brązowe oczy. Ona w jego szarych tęczówkach dostrzegła tęsknotę.

Cześć. – Odpowiedział cicho.

Chciałam… chciałam ci powiedzieć, że cię kocham. – Uśmiechnęła się nostalgicznie.

Czekasz na Sheez’a. – Rzekł chłodno.

Ale mam cię w sercu i możemy być przyjaciółmi.

Nie możemy. Masz… miałaś mi za złe, że cię opuściłem. Zresztą, mogłoby się to nie spodobać Sheez’owi i mojej narzeczonej.

Nigdy… – Poczuła gulę w gardle. – Zawsze uważałam, że inaczej nie mogłeś, nigdy mnie nie przestałeś kochać. Tak mi się wydawało. Teraz myślę, że… jak on przyjdzie, to będę mogła się z tobą, z wami przyjaźnić.

Wierzysz, że przyjdzie?

Obiecał. Wierzę w niego.

Sheez… zrozumiem, jeśli się w ostatniej chwili wycofasz. Zrozumiem. Tylko… będzie mi bardzo smutno. Może już to zrobiłeś? Czy będę tu kogoś miała?

Więc jest nas dwoje, którzy w niego wierzą. – Uśmiechnął się pogodnie. – A ty nadal po tym wszystkim jesteś piękna.

Dotknął jej policzka:

Przepraszam , że tak niewiele zrobiłem.

Wybacz mi, mówiły jego oczy.

Nie… – Zaczęła. Zawahała się. – Nie zadręczaj się tym tak bardzo. Nie warto.

A tak naprawdę…

Pocałował ją. W usta. Trwali tak przez moment, potem się odsunął.

I dlatego nie możemy być przyjaciółmi.

Pokazał jej plecy i wskoczył w gęstwinę drzew.

Stała jak słup.

Wytarła nieproszone łzy. On mnie kochał… cały czas to robi… On… on mnie nigdy nie opuścił.

Zagubiona, rozejrzała się wokół.

W tej chwili była sama.

SAMA.

Po plecach przebiegły dreszcze. Czy przyjdziesz? A jeśli nie? Wiem, że wolałbyś żyć tam, ale obiecałeś… kochanie, jak długo powinnam ciebie oczekiwać? Sheez…

Tęskniła. Pragnęła wejść w niego, poczuć zapach skóry, dotknąć nosem brązowych włosów… tak lśniących i wypielęgnowanych. Spojrzeć w oczy nieba.

Pobiegła na oślep.

Ja nie chcę być sama, krzyczała w niej dusza.

Zatrzymała się nad krawędzią. Jej granica lśniła srebrzyście. A za nią znajdowały się gwiazdy.

Jeśli mam się go nie doczekać, to wolę być nigdzie…

Co robisz? – Zapytała Fadwa.

Dziewczynka stała w szarej sukience i błękitnej chuście. Ciemnymi oczyma patrzyła na Agafe, która zaskoczona, nie mogła oderwać wzroku od całkowicie zdrowej muzułmanki.

Czy on przyjdzie? – Zapytała niepewnie.

Nie wiem. Ale wierz w niego, to najlepsze lekarstwo na wszystko.

Przyjdzie…

Wypada, byś w niego wierzyła.

Ja nie chcę na niego czekać… tak długo… – Skuliła się w sobie. – Tęsknię za nim i…

Zawsze możesz przespać ten czas. – Uśmiechnęła się. – Sporo osób tak robi.

Spać? – Zdziwiła się.

No tak, to ci pomoże i jak się przypadkiem obudzisz, to poczujesz się lepiej, ogarniesz i ewentualnie znów zaśniesz.

Bez koszmarów? – Wahała się chwilę.

Bez.

Już miała się kłaść, ale jedenastolatka ją odciągnęła od przepaści:

Nie tak blisko, bo spadniesz!

c.d.n.

Jeśli chcesz wesprzeć finansowo autorkę, by dalej mogła tworzyć, zapraszamy do prywatnego kontaktu z nią: https://www.facebook.com/aleksandra.jursza lub aleandrasn@gmail.com
Dzięki! <3

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Od pięciu lat stara się realizować swoje marzenie, by zarabiać na życie pisaniem. Prowadziła portal o kulturze Debiutext, później skupiła się na prowadzeniu bloga Wszystko od nowa. Współpracowała z wydawnictwem RW2010, obecnie szuka dofinansowania na swoje projekty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.