[AGAFE] Rozdział 20

Na białej przestrzeni stała drewniana tabliczka z napisem WELCOME TO HELL.

Wrzasnęła.

Skuliła się, nerwowo zmierzwiła czarne włosy. Dygotała. Serce biło jakby chciało wyjść. Rozglądała się chwilę, ale nie było niczego poza bielą. Piekło znów ją odnalazło, a teraz obecnością podchodziło, zaczynało przygniatać.

Padła na kolana. Bezsilność ją sparaliżowała. Nie potrafiła nawet pomyśleć, by się przenieść. Rozszerzonymi źrenicami patrzyła w dół, mimowolnie się garbiąc.

– Co robisz? – Ten głos coś przypominał. Był kobiecy i bardzo przyjemny, słodki.

Coś mi on przypomina… pomyślała Agafe i spojrzała przed siebie.

Przed nią stała wysoka kobieta o białoróżowych włosach do łokci. Patrzyła radośnie bursztynowymi, kocimi oczami. Miała na sobie ciemną spódnicę i różową koszulkę.

Krzyk.

Nie potrafiła wstać. Uciec. Przerwać.

Gwałtownie się cofnęła od przerażającej postaci.

Czuła się sparaliżowana. Głos zamarł w gardle.

– Zadałam pytanie. – Stwierdziła spokojnie Nyssa i zaczęła się zbliżać.

Przerwij to, przerwij, błagała samą siebie czarnowłosa, ale bezskutecznie. Przerwij, zanim coś się stanie.

– Kochanie. – Kontynuowała Uzdrowicielka Rosemary. Teraz już stała nad swoją ofiarą. Kucnęła. Pogłaskała jej policzek. Uśmiechnęła się okrutnie. – Oj, ktoś tu zrobił siusiu.

Agafe spojrzała w dół. I uświadomiła sobie nagość. I ciepło między nogami.

– Nie szkodzi. Dzieci często to robią. Są wprawdzie mniejsze, ale za to nie tak piękne jak ty. – Spoważniała nagle. – Bo myślisz, że dlaczego pozwoliłam tobie żyć przez ostatnie półtora miesiąca? Och, skarbie. – Chwyciła boleśnie brodę Agafe. – Nie musisz się mnie aż tak bać. Trudno, że odzyskałaś dwie krainy. Trudno, że nie mogę zlokalizować twoich przyjaciół. – Zacisnęła mocniej. – Ale mam dla ciebie cudowną propozycję, która wszystko zmieni. Zostańmy przyjaciółkami. Tak jak ty i Likame. Co ty na to?

Puściła.

Ja chcę to przerwać, uświadomiła sobie Agafe. Jak? Jak stąd wyjść?…

Nyssa ziewnęła:

– To jak będzie, kotku?

– Nniee…

Grzmotnięcie w twarz.

Agafe, z krwawiącym nosem, przeistoczyła się w kłębek.

Chcę to skończyć, myślała. Jak? Skończ, proszę, daj mi spokój, proszę, skończ.

– Jeśli nie – usłyszała – to będę musiała cię namawiać do dalszej współpracy. Hmm… wyglądasz tak słodko, jak cierpisz. Cóż, może po prostu dam ci czas do namysłu. Ile go potrzebujesz? Hmm… może miesiąc, półtora? – Zaśmiała się. – Taaak. A teraz rozchyl nogi.

Skończ, proszę… Myślała Agafe. Nie rób mi krzywdy, proszę…

Sen, przyszło jej do głowy. To jest tylko sen.

– Rozchyl nogi, bardzo proszę, bo mam dla ciebie jeszcze jedną zachętę do współpracy.

Jeśli to sen, kontynuowała Władczyni Smoków, to mogę z tym skończyć.

CHCĘ SIĘ OBUDZIĆ!!!

Koszmarna postać już dotykała bioder Agafe.

Obudź się, obudź, obudź… możesz, potrafisz, masz moc. Przerwij to, proszę.

Zalała ją czarna plama.

Jakby wszystko się urwało, przestało istnieć.

Otworzyła oczy. Nad nią wisiał szarobrązowy sufit.

Zamek. Znajdowała się w jednej z komnat w Krainie Samotności.

Leżała na łóżku, czując w ustach krew, a między nogami mocz.

Skuliła się w embrion.

Rozpłakała się.

* * *

Nieprzytomną znalazł Sheez. Ocucił i wytarł krew z twarzy.

Co się stało? – Zapytał, siadając przy niej. Była zwrócona ku ścianie. W brązowych, szklistych oczach dostrzegł smutek. Pogłaskał ją po twarzy.

Nie była w stanie odpowiedzieć. Jakaś blokada się w niej pojawiła, jakaś niemoc na jakiekolwiek poruszenie czymkolwiek w swym ciele. Tylko ten dotyk… tak przyjemny dotyk anioła ją pocieszał. A ona nie potrafiła mu tego powiedzieć, nie potrafiła wykonać czegokolwiek… była jak trup, który jeszcze patrzy, ale już wie, że nie ma sensu próbować wstać czy uciec.

Jestem taka beznadziejna… taka głupia i słaba…

Ta myśl tkwiła w niej jak nóż.

Może chcesz zobaczyć Likame? – Zaproponował.

Wtedy chwyciła go za dłoń i spojrzała mu w oczy.

Jeszcze wczoraj siedziały razem w lesie i rozmawiały, przytulając się. Dziś jest czas Astarotha. Będzie wściekły.

A Sheez jest taki dobry. Może nawet za dobry dla niej. Ona wciąż tęskniła za rudymi włosami, za zapachem olejku brzoskwiniowego.

Nie. – Wydusiła cicho. – Chyba przynajmniej powinnam zacząć cię lepiej traktować…

Przytuliła się do niego. Zdała mu się lekka, krucha.

Sheez… ona jest dla mnie ważna… ale zobacz… ty też. Też się mną cackasz. – Uśmiechnęła się lekko. – Nie wiem, głupoty gadam.

Pocałował w policzek.

Milczeli dłuższy czas.

Wiesz… – zaczęła cicho. – Ona zawsze mnie pocieszała. Była przy mnie… ale nie chcę jej szkodzić, nie chcę jej wkurzać. Jej… to znaczy Astarotha… taki zazdrosny był ostatnio… nie mów jej o moich dziwnych myślach… plątam się… Sheez… tak, ja cię kocham i mi dobrze tak z tobą. Przepraszam za swoją beznadziejność. Przepraszam.

Poodychała chwilę i stwierdziła, jak bliskość śmierci zanika. A może wcale nie niknęła? Jak mam ją pokonać, zabić? Jestem tak słaba, że nawet nie umiem się wyrwać ze snu… bez sensu. A jeśli ona innych przeze mnie będzie krzywdzić? Bez sensu… Fadwie już to zrobiła…

Spotkałam się z Nyssą. I przegrałam. Nic nie umiałam zrobić. Sheez… jak mam ją pokonać?

Robiąc to.

Ale jak? Ta… przeraża mnie. Chcę ją zabić, ale przerażenie mnie zabija! Ona mnie zabija!

Wszystko w swoim czasie. Masz magię, więc powinnaś z nią sobie poradzić. Daj sobie czas.

Ale… ja go nie mam… – Dziwne uczucie, jakby śmierć się do niej zbliżyła, nią owładnęło. – Nie wiem. A jeśli ona was skrzywdzi? Jeśli nie będę w stanie was obronić?!

Nie wątp w siebie, bo to droga donikąd.

Tak? Ja ją nienawidzę, a nie jestem w stanie przed nią ustać!

Kochanie… może weź się w garść. Radzisz sobie przecież coraz lepiej.

Sheez… to bez sensu…

Gdzie? Co ty, wierzę w ciebie. To w czym problem? Masz magię, masz wsparcie duchowe, tylko wystarczy pokonać strach. No, już, im szybciej sobie powiesz jestem silna, tym szybciej ją pokonasz. Naprawdę. Może afirmuj?

Sheez…

Co?

Jesteś… taki dobry. Nie wiem, jak ty ze mną dajesz radę. Po prostu… sama ze sobą nie daję.

* * *

Jestem wrakiem.

Leżała na dachu i patrzyła w błękitne, bezchmurne niebo. Była po kolejnym spotkaniu z kimś bardzo złym. I znowu przeszło przez nią uczucie, że nie powinna przekazywać klątw. Nie tej osobie. Ale dlaczego? Torturowała swoich bliskich, więc dlaczego miałabym się nad nią litować?

Magio, nie mogłabyś… kiedyś raz mnie przejąć? Pokazać, jak silna jesteś? W ogóle dlaczego wybrałaś takiego słabeusza?…

Zero odpowiedzi.

Weź się kurwa w garść. Jak chcesz ją pokonać? Bo… przynajmniej za to, co ci zrobiła, ona powinna zgnić, powinnaś ją zabić…

Na dach weszła Likame.

Kochanie… – Uśmiechnęła się. – To ciekawe, że tak mało przebywasz w Kramie.

– …

Robię sobie dziś wolne popołudnie w pracy. – Podeszła do przyjaciółki. – Może byśmy poszły na lody?

As…

Och, daj spokój. – Machnęła ręką. – Nie musi wiedzieć, zazdrośnik jeden. Zresztą, nic się nie stanie, jeśli będziemy się widziały częściej, prawda? Bo tak jeden dzień w tygodniu… ja wiem, że czasem jakbym zapominała, ale on jest taki słodki…

Cudownie, stwierdziła Agafe. On znowu będzie zazdrosny? Ech… cudownie jest słuchać jej wesołego głosu. Dziwna sprawa.

Jesteś jakaś osowiała. – Spoważniała rudowłosa i przysiadła się. – W sumie to martwię się o ciebie. Potrzebujesz jakiejś pomocy?

Nie wiem. – Usiadła. – Jestem beznadziejna. Nie radzę sobie, ale to nic nowego. Więc myślę, że nie musisz się martwić.

Tak ci wesoło, po co miałabym to psuć?, przyszło jej do głowy.

No co ty. Przecież już było dobrze. Może… za mało się widzimy? Bo przecież przyjaciółki powinny się wspierać. Widzę cię przygnębioną, a nie wiem do końca, o co chodzi.

Przepraszam. – Machnęła ramionami. – Po prostu… chciałabym ją zabić. Ale jak mam to zrobić, jak nawet nie potrafię wybrać kogoś, komu mam oddać klątwy? Jasne, nie chcę nikogo krzywdzić, ale… boję się, że to tylko wymówka. Nie wiem, głupia jestem.

Może pomóc ci wybrać?

* * *

Szły korytarzem do kolejnego potwora w ludzkiej skórze. Im bliżej lochów, tym mury ciemniejsze i mniej pochodni. Ich kroki odbijały się po zimnej, matowej posadzce.

Agafe stanęła jak wryta.

Rozejrzała się zaniepokojona.

Ja… – Odezwała się niepewnie. – Nie wiem, gdzie jest Fadwa. Nie wyczuwam jej w ogóle. Jakby… się rozmyła… ale też nie czuję, by zmarła.

Może nie powinnaś sobie tym zaprzątać głowę? – Zdziwiła się Likame. – W końcu i tak cię porzuciła.

Szkoda tylko, że po tym się błąkała w cierpieniu…, podsumowała Władczyni Smoków. może… o, nie. Tylko to nie może być prawdą. A jeśli?

* * *

Na niewielkim terenie w białej przestrzeni stały rozproszone drzewa. W tym punkcie powierzchnia uwierała gorącem gołe stopy Fadwy. Ta w białej, prostej sukience i zielonej chuście chwiejąc się, podreptała do cienia i tam padła. Zdyszana, spocona i wymęczona.

Gówno ją to wszystko obchodziło.

Muzułmanko. – Usłyszała serdeczny, kobiecy głos.

Zamarła. Serce przyśpieszyło.

Muzułmanko. W Piekle masz dużo jedzenia, czemu z niego nie korzystasz?

Spierdalaj. – Odparła wściekle.

Ależ nie, kochanie. To bardzo interesujące, prawda?

Zostaw mnie do kurwy nędzy w spokoju! Co ja ci takiego zrobiłam?!

Przed nią zjawiła się ona. Białoróżowe włosy spięte w kok. Sukienka tak czerwona, jak krew z głębokiej rany. I ten uśmiech. Jak przy śmierci Marcina.

Dziewczynka odwróciła głowę.

Masz bardzo silną panią. – Usłyszała. – To zabawne, prawda? Mogę ją zlokalizować, ale jej przyjaciół już nie. Nawet jeśli wiem, że są przy niej, to ich nie dostanę… a o tobie chyba znów zapomniała. Wielka szkoda, że złożyłaś jej przysięgę wierności, prawda?

Powiedziałam: spierdalaj. – Warknęła.

Och, co za kultura osobista! O tempora, o mores! Nie martw się. Pomogę ci. Za przysługę.

Nie mogę zdradzać swej pani.

Och, pewnie. Jakbym nie miała takiej mocy, to pewnie, że nie. Ale okryję cię. Może nawet pomyśli, że zdechłaś? Nasza współpraca stoi przed tobą otworem.

Zabrałaś mi Marcina! Kurwa i ty sobie wyobrażasz, że będę z tobą współpracować?!

Ach, Marcin się nazywał… cóż, go już nie odzyskasz…

Nienawidzę cię! – W ciemnych oczach pojawiły się łzy. – Nienawidzę! Miałam go jednego! I… teraz jakoś tak mi smutno… – Dodała cicho.

Naturalnie, naturalnie. Ach. Na pewno nie chcesz ze mną współpracować? Bo widzisz, w takim razie muszę cię zabić.

A rób co chcesz.

Nie chcesz żyć?

Po chuj? Ukochani nie żyją.

Był ktoś jeszcze?

A co ci do tego?

Och! Fadwo! Mogę ci pomóc! Pomóc skontaktować się z twoimi ukochanymi! Naprawdę, dusza Marcina została rozszarpana, ale może inni? Musimy sobie, kochanie, pomagać.

I ja mam tobie zaufać po tym wszystkim, tak?

Powiedz jego imię, a pokażę ci.

Co?

Powiedz.

Fawaz…

Nyssa chwyciła dłoń muzułmanki.

Po dłuższej chwili dziewczynka usłyszała w głowie znajomy, przyjazny głos mężczyzny:

Fadwa?

I nie zdążyła zadać mu setek pytań, które nagle do niej nadleciały, bo różowowłosa rozłączyła ich uścisk. I rzekła lodowato:

A teraz mnie posłuchasz.

Fadwę przeszły ciarki po plecach.

* * *

W szarym stroju z bosymi stopami stała w wysokiej trawie. Wokół niej niczego innego nie było. Nad sobą miała ciemne niebo pełne chmur i smoków. Te tańcowały. Ich ruchy były tak gwałtowne, że wywoływały wiatr.

Oplotła się rękoma. Chłodno i zimno.

Brązowymi, pięknie lśniącymi oczami spoglądała przed siebie.

Fadwo, przepraszam.

Była wściekła.

Na siebie. Na Nyssę. Na to, że poszukiwania złodziejki nie przyniosły rezultatów. A już szczególnie bolało ją to dziwne uczucie: nie ma i jest człowiek. Zniknął, ale nie wiadomo gdzie, żyje, ale go nie ma.

Jak się wreszcie ogarnę, to wtedy wygram. Tylko jak to zrobić? Magia… mam wrażenie że stoi w miejscu, choć nie do końca. Dziwne. Jakby trochę inaczej mnie wypełniała. Nie rozumiem jej za cholerę. I siebie też nie.

Ja chcę ją zabić! Ja… to, co ona mi zrobiła i robi innym…

Władczyni Smoków. Tak? Bardzo śmieszne, do niczego się nie nadaję, a jestem Władczynią.

Co za głupoty? – Zainteresował się Nirgiz, który radośnie przefrunął nad jej głową. – Pani, jesteś naszą jedyną i prawdziwą panią. I doskonale nadajesz się do tej roli.

Gdzie?! – Wrzasnęła. – Jestem śmieciem! Wrakiem! Nie rozumiesz?! Grzebię się w sobie, ciągle się czegoś boję, jak… jak ona stanęła przede mną, to nic nie byłam w stanie zrobić! Myślisz, że to w porządku?!

Skrzywdziła cię, więc to zrozumiałe, że jej się boisz.

Ale muszę ją zabić! Teoretycznie… do tego mnie stworzono, tak?! Cholera jasna! A grzebię się w odmętach dziwnych uczuć, które nie pozwalają mi ruszyć dalej!

Ohoho! Agafe, nasza prawdziwa Agafe wraca do siebie! Pamiętam, miałaś charakterek! Ohoho! Smoki, uczcimy to jakoś?!

* * *

Dziewczynka, na oko jedenastoletnia, siedziała pod drzewem w białej przestrzeni i patrzyła niewidzącym wzrokiem przed siebie. A może coś widziała? Może widziała wszystko, tylko nie nadzieję.

Nerwowo tarła dłonie o podłoże.

Dzień dobry. – Usłyszała słodki głos. I wszystkie włosy stanęły dęba.

Nie rób jej krzywdy… – Poprosiła słabo.

Jej? Och, jej nic nie będzie. Fadwo, jestem ci bardzo wdzięczna. I może dostaniesz jakąś nagrodę za to, co zrobiłaś?

Spierdalaj…

Och. – Zjawiła się tuż przy muzułmance. Dotknęła jej szyi. – Mam nadzieję, że Fawaz doceni twoją miłość… bo wiesz, zdrada zazwyczaj jest nieopłacalna.

Nie rób jej krzywdy.

No, no, skarbeczek mój zaczął się nagle obawiać o swoją panią? A to ci heca! Romansik się nie udał, co?

Daj mi kurwa spokój. – Warknęła.

No to inaczej się będziemy bawić.

* * *

Ohoho! Agafe, nasza prawdziwa Agafe wraca do siebie! Pamiętam, miałaś charakterek! Ohoho! Smoki, uczcimy to jakoś?!

Nirgiz! Przestań gadać głupoty… Ja… jestem wściekła… jestem wściekła na siebie, bo nie mogę się ogarnąć! Nie mogę się z tego wszystkiego ogarnąć! To chyba za dużo!

Bo ja wiem? Agafe, ty po prostu w siebie nie wierzysz, ale łatwa jest droga do zmiany myślenia.

Rzeczywiście?! Jeśli to takie proste, to do cholery, niech się tak stanie!

No przecież magia już w ciebie wnika. Jeszcze trochę, kochanie. Nie jesteś jeszcze gotowa na pokonanie Nyssy.

Magia wnika… co to znaczy, że magia wnika we mnie?

Nie udawaj zielonej. Doskonale wiesz, o co kaman, młoda.

Nirgiz… nie, ja nic nie wie

Zamarła.

Biała przestrzeń na której stały dwa, przeciwstawne sobie, obozy. W dosłownym znaczeniu. Na jednym z nich, na brunatnym murze, napisano WELCOME TO ISLAM.

Drżała jak osika.

Opanuj się, w końcu się ogarnij. Proszę.

Mimo takich myśli, całe jej ciało, cała jej dusza wzbierała się do krzyku.

Spokojnie, to prawdopodobnie sen. Prawda? Tylko sen. Przecież stałam…

Coś w niej pękło. Padła na kolana i zaczęła płakać.

Tak, wtedy też nagle zmieniła miejsce pobytu.

A najgorsze w tym wszystkim, że miała wszystkiego dość. Wyszła z traumy? Taak? Nie. Ona na zawsze będzie pęknięta jakaś taka w sobie. Chciałabym być odważna, jak Likame albo Sheez… chciałabym nikogo nie narażać… powinnam ich chronić, a nie potrafię stawić czoła zagrożeniom. Jak, jak do cholery, mam uratować… już mniejsza o świat, ale ich? Przecież teraz… Powoli zaczyna wyniszczać moich bliskich… Fadwo, przepraszam. Przepraszam, że cię nie umiałam ochronić… Fadwo…

Na białej przestrzeni stał mur ognia. W jednym miejscu leżała z nogami w płomieniach chuda postać jedenastolatki. Nie była w stanie się wydostać, bo nadgarstki w kajdanach były przygwożdżone do podłoża. Krzyknąć też nie mogła, bo zakneblowano jej usta bandażem, teraz przesiąkniętym krwią.

Nowa zabawka, nowa zabawka. – Usłyszała chłopięcy głos.

Coś mi przypomina, stwierdziła Agafe i odwróciła się napięcie. Przed nią stał siedmiolatek z łysą głową. Nosił strój Hitlerjugend. A w prawej ręce błękitny balon. Ulubiony kolor Likame.

Ty… ja ciebie znam…?

Mateusz. Zabiłem swoją mamę, ale filozofia Hitlerjugend jest zbyt prostacka.

Ale to była organizacja, nie filozofia…

Władczyni Smoków, nie masz poważniejszych problemów?

Pewnie, że mam… mam… bo widzisz, ja po prostu nie potrafię jej zabić. – Miała łzy w oczach. – Jestem taka głupia.

Więc to koniec.

Chciałabym… chciałabym tylko, żeby to nie był dla moich bliskich koniec. Nie dla niego i nie dla niej, nawet nie dla Fadwy.

Koniec nastąpi dla wszystkich. Szkoda, bo chciałem wykosić ludzi.

Nie wiem, jak się wziąć w garść… po prostu.

Zresztą, jest już za późno.

Co?

Jest już za późno – zaśpiewał. – Nowa zabaweczka jest. Nowa zabaweczka…

Co, kto? – Nagle ogarnęły ją najgorsze przeczucia. Błękitny kolor, kolor Likame. Włosy jej się zjeżyły.

No pomyśl, pomyśl. Na pewno domyślasz się. Wiesz, jaki kolor uwielbia twoja przyjaciółka, prawda? Ta Nyssa to ona mi dała ten balon i powiedziała, że mam go przekazać tobie.

Nie…

No tak, to jest jej nowa zabaweczka. Nowa zabaweczka…

Nie…

Tak, tak. ZABAWECZKA…

NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!

Wrzask wyrwał ją z koszmaru.

Leżała w łóżku, przyczepiona do szpitalnej aparatury, patrząca w biały sufit.

Ciężko, piskliwie oddychała. Dłonie znów miała w bandażach. Spojrzała w bok.

Siedział przy niej wysoki szatyn o błękitnych oczach. Włosy spiął w kitkę, a nosił garnitur.

Gdzie… – Zaczęła mizernym głosem.

Grobowa cisza.

Proszę… – Głos jej się załamał.

Ale to NIE JEJ WINA! – Krzyknęła Karina zza drzwi. – AS!!!

Na twarzy demona malowała się mieszanka rozpaczy i wściekłości. Byłby podskoczył do rannej, ale Sheez go odepchnął.

ANI MI SIĘ WAŻ JĄ TKNĄĆ. – Warknął.

Widać było, że brunet hamuje gniew.

Uspokoił się, gdy Karina położyła na jego ramieniu dłoń:

Ma rację. To… Władczyni Smoków. Pani… – Miała łzy w oczach. – Ocal ją, błagam.

c.d.n.

Jeśli chcesz wesprzeć finansowo autorkę, by dalej mogła tworzyć, zapraszamy do prywatnego kontaktu z nią: https://www.facebook.com/aleksandra.jursza lub aleandrasn@gmail.com
Dzięki! <3

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Od pięciu lat stara się realizować swoje marzenie, by zarabiać na życie pisaniem. Prowadziła portal o kulturze Debiutext, później skupiła się na prowadzeniu bloga Wszystko od nowa. Współpracowała z wydawnictwem RW2010, obecnie szuka dofinansowania na swoje projekty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.