[AGAFE] Rozdział 24

Niebo ciemne, usłane ogromnymi, puszystymi chmurami. Lało wszędzie, krople powinny dźgać beton dachu. Zamiast tego woda spływała wartkim strumieniem po niewidzialnej osłonie osaczającej budynek.

Chrobrego nieprzejezdna – mruknął wesoło Sheez, patrząc w dół, wprost na podtopione ulice. Ludzie, którzy zorientowali się, że wokół dzieje się dziwne zjawisko, natychmiast przerzucali się na drugą stronę chodnika, ale ich kostki brodziły w wodzie w dalszym ciągu. – Nie mówiąc już o Mieszka Igo.

Agafe nie zareagowała. W szarej kiecce siedziała na kominie i spoglądała w stronę wejścia.

Szatyn zwrócił się ku krokom, które wyraźniały z każdą sekundą.

Astaroth miał na sobie ciemny garnitur i znudzoną minę.

Czego? – Warknął.

Zbliżał się do Władczyni Smoków. Ta zeskoczyła i spojrzała w jego kasztanowe oczy. Zwyczajne, ciemne… lekko zezłoszczone.

Chcę zabić Nyssę. – Powiedziała. – Dlatego pozwolisz mi na parę dni z Likame.

Nie bądź śmieszna. Macie dwa dni tylko dla siebie i jeszcze ci mało?

To moja przyjaciółka. Myślę, że powinnam… mam prawo spędzić z nią ten czas. Tym bardziej, że groziła jej. Przy niej będę ją lepiej chronić.

A jeśli ci nie dam tego czasu? To co?

Będzie mi to trudniej zrobić.

Uderzył ją. Policzek zapiekł, zachwiała się.

Tak ją chronisz?! – Wrzasnął, ignorując fakt, że Sheez stanął przy nim, jakby gotowy oddać cios. – Żadna przyjaciółka nie naraża drugiej na niebezpieczeństwo!

Mam prawo… – Zaczęła cicho. I dodała mocniej: – Mam prawo spędzić z nią ostatnie chwile życia. MOJE chwile. Ja… zabiłabym nawet dziś, tylko nie potrafię odejść bez pożegnania. Rozumiesz? Mam wrażenie, że mało, za mało z nią jestem… oczywiście, że rozumiesz.

To jest szantaż! – Jakby szykował się do kolejnego ciosu, ale anioł pochwycił jego rękę i wykręcił do tyłu.

Wyluzuj. – Warknął.

Po prostu – powiedziała cicho, ale pogodnie – daj mi się z nią kochać przez te parę dni. A potem będzie tylko twoja. I… proszę, opiekuj się nią najlepiej, jak potrafisz.

Jak długo?

Myślę… nie wiem. Chciałabym się wyrobić w sześć dni. Postaram się nie przedłużać. I dziękuję.

Uśmiechnęła się smutno. Przytuliła się do ukochanego.

Chodźmy do Fadwy. – Szepnęła.

Przenieśli się w miejsce o białej, pustynnej ziemi. Niebo było jasne, z ledwo zarysowanymi chmurami. Słońce niemal paliło. Stali przed dużym płotem w małej, czerwonej rzeczce. Agafe zadrżała. I usłyszała całkiem wyraźne, przerażone wołanie wewnątrz siebie. Głos przynależał do muzułmanki i błagał o śmierć.

BŁAGAM, krzyczał, uderzał do mózgu Władczyni Smoków.

Pobiegła wzdłuż ogrodzenia. Już widziała małe ciałko, zakrwawione, udręczone, okaleczone. Potknęła się o kamyk, upadła, podczołgała się do jedenastolatki bez ubrania. Włosy, czarne, lśniły jeszcze w blasku słońca i mimo ich niedbałego ułożenia, prezentowały się pięknie. Spojrzała w udręczone, ciemne oko, które ocalało. Agafe wzruszyła się, ale przełknęła łzy. Dłonie dziewczynki, podobnie jak połowa ciała włącznie z twarzą, były rozharatane. Nadgarstki uwięzione w drucie z płota, nie miały szans się wyplątać. Rozorana skóra ropiała i źle się goiła. Niektóre miejsca były wypalone do kości.

Władczyni Smoków uwolniła ciało muzułmanki i wzięła je w ręce. Objęła, jak najcenniejszy skarb. Słowa w niej zamarły, nie potrafiła się usprawiedliwić. Uzdrowić ją?… przekazać jej od razu?

Przełknęła głośno ślinę.

Przekazała Fadwie tyle siły, by ta mogła w miarę przytomnie rozmawiać.

Prosiłaś mnie o śmierć… – Wydusiła w końcu z siebie. – A teraz nie umiem cię zabić.

Pierdolisz… – Głos zachrypnięty, papierowy. – Łaski, pani… co muszę zrobić, byś mi ją okazała?…

Nic. Nic nie musisz. Gdybym cię uzdrowiła…

Nie bądź śmieszna… – Spróbowała się zaśmiać, ale nie wyszło. – Moja pani zawsze taka sama. Ale wiesz… kocham tę twoją głupotę… Agafe… czy mogłabym już iść do Fawaza?… Proszę…

Wybacz, Fadwo, źle się tobą opiekowałam… – Nie mogła powstrzymać łez. – Powinnam była dać ci więcej z siebie.

To ja miałam ci służyć, nie na odwrót… spieprzyłam sprawę… nie wiem, czy mogę to jakoś naprawić…

Możesz… – Głos jej się załamał. – Potrzebuję ściągnięcia klątw…

Zgadzam się…

Władczyni Smoków przekazywała nieszczęsnemu ciału klątwy. Krew w ranach jakby ożyła, znów spływała posokami po skórze.

Mam… – wybąkała dziewczynka – głupie marzenie…

Jakie?

Usłyszeć… ostatni raz… turecki…

Chwila milczenia.

A potem Agafe szepnęła jej do ucha:

Affet1.

I pocałowała w usta.

Ciało zmieniło się w małego, różowego smoka i poleciało w głębię niebios.

Władczyni Smoków kiwała się, patrząc w górę. Została objęta przez partnera.

Ona potrzebowała tyle miłości, a ja zawiodłam. – Szepnęła.

Nadrobisz… – Rzekł smutno. Pogłaskał ją po włosach.

* * *

Kamil zapuszczał włosy. Jego czerwone włosy jeszcze nie dawały się spiąć w kitkę.

W mundurze siedział przed namiotem i bezmyślnie wymachiwał pustym pistoletem. Nie zwracał uwagi na otoczenie, powoli szykujące się spać w szarzejącej rzeczywistości.

Przed nim stanęła Agafe. Nie zareagował.

Kamil… – Zaczęła nieśmiało. Kucnęła i wyjęła mu broń. Wtedy spojrzał w jej piękne oczy. – Mam coś dla ciebie.

Zaskoczyła go. Patrzył na nią, jakby pierwszy raz ją widział.

Uśmiechnęła się melancholijnie i wcisnęła w jego dłoń biały kamień na srebrnym łańcuszku.

Nie wiem, co powinnam w takiej chwili powiedzieć. – Przyznała. – Ale jak go założysz, to poczujesz Monikę, może nawet uda się z nią porozmawiać… Kamil… wiem, że nie nadaję się na pedagoga, ale… mam nadzieję, że będziesz miło wspominał naszą współpracę.

Zwalniają cię?

Roześmiała się.

Nie. – Przytuliła go. – Nie, głuptasie. Ja… czeka mnie walka z Nyssą…

Boisz się? To witaj w rzeczywistości żołnierza.

Nie boję się. – Ścisnęła go jeszcze bardziej. – Akurat nie tego. Wiem, że wygram. Wiem… tylko boję się, że wy sobie nie poradzicie. Głupie, nie?

Nie czaję?…

Kamil… proszę, nie mów Likame, ale ja… po tym wszystkim… po prostu umrę.

Bredzisz. – Odsunął się. – Bajki. Weź się w garść i nie histeryzuj.

Tak czy inaczej… dziękuję, że mogłam cię poznać. I wybacz w końcu tacie. Brakuje mu ciebie. Może… jeszcze kiedyś się spotkamy. Pa.

Wstała, rozejrzała się i zniknęła.

* * *

Likame spięła rude loki w kok. Zadowolona z efektu, ściągnęła błękitno-czarną sukienkę. W bikini padła na łóżko i westchnęła.

Wcale nie mam ochoty na seks.

Drgnęła na dźwięk otwieranych drzwi. Usiadła i uśmiechnęła się.

W progu stanęła kobieta średniego wzrostu o czarnych, do ramion włosach. Wychudzona, miała na sobie szarą koszulkę i błękitne spodnie.

Właścicielka Dragon Arch wyciągnęła przed siebie ręce:

A co to za niespodzianka?

Namówiłam Astarotha… jakoś się zgodził.

Agafe wpadła w ramiona przyjaciółki. Tak mi dobrze, pomyślała szczęśliwa, tak tęskniłam…

Hah – zareagowała rudowłosa – może w końcu dotarło do niego, że mam już dość seksu. Najbardziej lubi oralny… nie wiem, czy chcesz o tym słuchać. – Zarumieniła się.

Twój głos jest taki piękny. Nieważne, co mówi.

Likame spoważniała. W tonie dosłyszała nutkę… To chyba nie tęsknota, stwierdziła i spojrzała w oczy towarzyszki. Zobaczyła w nich przygaszony brąz, lekko nie pasujący do świetlnych refleksów.

Czy coś się stało? – Chciała wiedzieć.

Nie, nic. Przepraszam. – Objęła mocniej partnerkę. – Po prostu tak bardzo nie mogłam się doczekać na to spotkanie… Likame… po prostu się wzruszyłam…

Po prostu będzie mi brakować twojej obecności.

Likame…

Tak?

Kocham cię. I… po prostu chcę, żebyś była szczęśliwa. Mam nadzieję, że…

Że co? Że po wszystkim nadal będzie szczęśliwa? Głupia, bo się domyśli. Co mam jej powiedzieć? Żeby zapomniała o mnie czy co?

Że co? – Zaciekawiła się.

Jakby coś poszło nie tak… – Gdy umrę… – Będziesz silna i nie poddasz się, prawda?

Daj spokój, na pewno ją pokonasz. – Pocałowała w czoło. – Przecież pozbyłaś się klątw i teraz masz bardzo proste zadanie. Poradzisz sobie, wierzę w ciebie.

Tak… tylko widzisz… – Ja nie chcę odchodzić. Nie chcę cię zostawiać… – Po prostu ona jest straszna. Ja… nie wiem, jak mogę przed nią stanąć. Wydawało mi się, że to zrobię i po prostu zabiję… ale jeśli przegram? Jeśli nie dam rady?

Dasz radę, kochanie. Wiem, boisz się… też bym się bała na twoim miejscu, ale powiem ci… kochanie, to tylko strachy na lachy, przecież jesteś potężna. Nic tobie nie zagraża. Uwierz w siebie, bo my wszyscy w ciebie wierzymy, więc powinno ci pójść jak z płatka.

Dziękuję. – I przepraszam, bo nie wiem, jak ci powiedzieć… zresztą, nie chcę ci mówić. Nie chcę, byś odchodziła z tego świata przeze mnie. Tak bardzo chcesz żyć. Tak bardzo czuję w tobie tę radość. – Może faktycznie masz rację… Może po prostu za dużo o tym myślę.

Przestały cokolwiek mówić.

Leżały i patrzyły w siebie, scalone, na zawsze nierozłączne.

* * *

Bezchmurne niebo wisiało nad plażą. Ciepły wiatr lekko muskał przejrzystą taflę wody. Zanurzyły w niej nogi po kolana. Leżąc na złotym i czystym piasku, chłonęły siebie. Agafe leżała na boku i patrzyła w rudowłose loki, które lśniąc w słońcu, zdawały się ogniem.

Jesteś piękna.

Likame skierowała wzrok na twarz towarzyszki:

As też tak mówi. Boże, już za nim tęsknię.

Jest dobry… cieszę się, że znalazłaś miłość. Byłaś tak zajęta DA, że nie miałaś na nią czasu…

E tam, nie miałam. Po prostu trafiałam na samych idiotów. To już potem wolałam nie bawić się w głupoty.

Może i tak…

As jest fajny, bo taaaki pociągający! Mówię ci, nie mogło mi się trafić lepsze ciacho. W sumie to zabawne, bo najpierw narzekam, że za dużo seksu, a potem jak spojrzę w jego twarz, jak dotknę jego brzucha, to nie mogę się oprzeć i się daję. Ale kurde, jest to takie przyjemne, że w sumie codziennie to robimy, nawet po kilka razy. – Roześmiała się perliście. – Tylko przydałoby mu się popracować trochę nad zazdrością, nie sądzisz?

Może… – Chyba już nie będzie musiał.

Kochanie, wiesz, czasem fajnie by było, gdybyśmy znienacka się spotkały i po prostu poszły na kawę albo lody. To takie zwyczajne, nie sądzisz?

I co ja mam jej powiedzieć?, zastanawiała się Władczyni Smoków. Czuła, jak rośnie w gardle gula, jak zaraz wybuchnie.

Może teraz jest czas na zwyczajność. – Udało jej się wykrztusić.

Może. – Uśmiechnęła się. – Ale wiesz, to zastanawiające. Już drugi dzień spędzamy razem bez przerwy i jeszcze się nie popatyczkował, żeby mi przypomnieć o sobie… myślisz, że coś knuje? Coś w stylu… ślubu? Chociaż nie, ten już mam za sobą, ale kurde… to do niego niepodobne.

Nie zdradzał się. – Ale to miło, że potraktował mnie poważnie.

I znów gadam, jak najęta.

To dobrze. Jesteś taka… taka radosna. – Za tym będę tęsknić. – Mam nadzieję, że się to w tobie nie zmieni. To piękne, móc się cieszyć życiem.

Noo… gdyby jeszcze Nyssa nie żyła, to byłoby jak w siódmym niebie. Dobrze, że to już się kończy. A twój Sheez, jak się ma?

Dobrze. Dobrze, kochanie, myślę, że… że jest ze mną szczęśliwy, mimo że jestem tak głupia.

Przestań. – Przytuliła partnerkę do siebie. – Przecież nie jesteś głupia. Nigdy nie byłaś.

Przepraszam. Ja po prostu… cały czas mi się wydaje, że wszyscy mają mnie dość. Może się za dużo użalam, nie wiem.

Przecież jest lepiej, niż było. To ciekawe, po ostatniej śpiączce jakbyś stała się pewniejsza siebie. Tak o. To magiczne.

Trudno rządzić innymi, jeśli ma się zbyt niską samoocenę… – Przyznała. – Może trochę… nie wiem, udaję pracę nad sobą. – Ale masz rację, to przez magię się stałam taka.

Nadal mi się wydaje, że pomimo zajęć w Phobosie, to dla ciebie za mało. Może warto by było jednak poszukać jakiegoś psychoterapeuty? No wiesz, jak wierzysz w siebie, to wszystko się udaje.

Wierzę w siebie… – Szepnęła. – A przynajmniej w jedno wierzę. Że ją zabiję.

To dużo, prawda? Ale co potem…? A może już nie będzie potrzebny psycholog, skoro to się stanie i będziesz w pełni szczęśliwą kobietą. Najwyżej weźmiesz jakąś ksiązkę, która cię trochę poprowadzi. Lubiłaś czytać, coś ostatnio czytasz?

Ostatnio… nie. Jakoś tydzień temu skończyłam Grę Endera Carda. Chciałam się zabrać za Tytana Varleya, ale… – Już nie zdążę. Wolę z tobą przebywać. – Ale na razie robię sobie przerwę. Za dużo się działo, muszę sobie przemyśleć parę spraw.

Masz rację. Dużo się działo. Sheez mówił, że mocno przeżywasz Monikę.

Nie mówmy o tym. Jest piękna pogoda i może byśmy popływały…

Usiadła. Tak dawno nie pływałam.

Fakt, masz rację! – Już stała na nogach. – I co, ścigamy się?

Podziel się ze mną entuzjazmem, poprosiła Agafe w myślach.

Czy coś się dzieje? – Zaniepokoiła się Likame. – Wyglądasz na lekko zamyśloną. Rozumiem, że nie masz ochoty na trudne rozmowy, ale jeśli coś się dzieje, to mi o tym, proszę, powiedz. Lubię cię wspierać.

Jak mam ci powiedzieć, że umrę?

Wstała.

Choć może to by było najlepsze…

I przypomniała sobie rozpacz przyjaciółki, gdy ta ją odwiedzała w Piekle. Napłynęły do niej wspomnienia, napłynęły do niej obrazy nieszczęśliwej kobiety, która po prostu martwiła się i błagała drugą, by jeszcze trochę wytrzymała, by nie umierała.

Przepraszam. Nawet nie mogę cię prosić, byś poszła tam ze mną… Nie mogę prosić o takie poświęcenie kogoś, kto bardzo chce żyć. I będzie nieszczęśliwy… Sheez, jesteś pewien, że chcesz? Nie będziesz na mnie zły? Możesz się jeszcze wyrzec przysięgi…

Nie czuła łez na policzku. Ale poczuła uścisk ukochanej.

No już, kochanie, spokojnie. – Usłyszała. – Wszystko będzie dobrze. Ta walka będzie twoja. Zobaczysz!

* * *

Gwiazdy i księżyc sprawiały, że mrok uciekał w gęstwinę kokosowców, Plaża, a przynajmniej miejsce, gdzie rozłożyły koc, miała w sobie jakieś takie światło, wewnętrzny blask, dzięki któremu widać było wszystko, jak na dłoni.

Agafe zerknęła na niebo, a potem wróciła do patrzenia na przyjaciółkę. Leżała w milczeniu. Oczy jej się same zamknęły. Oddychała spokojnie, śpiąc.

Dobrze, że nie masz koszmarów, stwierdziła Likame i pogłaskała twarz partnerki. Cały czas mam nadzieję, że powiesz mi, co się dzieje. Złotko, przecież cię wesprę, nawet jeśli to coś bardzo złego. Boisz się walki? Ale mówisz, że wiesz, że ją pokonasz… może tylko udajesz?

Usiadła. W jej dłoni pojawiła się puszka Perły. Otworzyła wieczko i wypiła haust. Wreszcie.

Śpi? – Szept Astarotha.

Mhm – mężczyzna odłożył trunek na bok i objął ukochaną. – Wiem, że to łamanie regulaminu, ale już nie mogłem bez ciebie.

Też o tobie myślałam. Chodźmy w krzaki, to może jej nie obudzimy.

Nie chcesz do pokoju?

Tu jest tak pięknie.

Między drzewami musieli chwilę odczekać, nim wzrok przyzwyczai się do ciemności.

Nie chcę seksu. – Wyznała, ale przytuliła się do niego i zamruczała. Usiedli. – Jest mi tak dobrze z wami… tylko zaczynam się martwić o Agafe.

Po co? – Zdziwił się.

Jest smutna i nie chce mi powiedzieć, czemu.

Spytaj się jej.

Może… Może to jest jakiś sposób, ale mam wrażenie, że ona mi po prostu tego nie potrafi powiedzieć. Może jest przerażona walką z Nyssą… ale nie wygląda na taką. Nie wiem. Daj piwo.

Podał jej.

Nie upijesz się. – Stwierdził, a ona się opluła. – Takie używki na nas nie działają. Ale to dobrze, bo lubisz piwo.

Lubię się upijać. – Kontynuowała upajanie się alkoholem. – Chociaż… nie wiem. Jest po prostu smaczne. Jak żyłam, to mi ciężko było się spić… Ech… kochanie, może wiesz, dlaczego Agafe taka jest?

Sen lekki, ale płytki.

Otworzyła oczy i stwierdziła pustkę. Wyciągnęła przed siebie ręce, jakby chciała uchwycić niewidzialne ciało.

Czy ty będziesz to bardziej odczuwać?

Podniosła się i ruszyła ku drzewom.

Czy może ci powiedzieć?…

Nie.

Zwariowałabyś po prostu.

Znalazła ich splecionych, jakby byli całością. Patrzyli sobie w oczy, uśmiechnięci i odprężeni. Przerwali rozmowę, jak tylko ją zauważyli. A ona chciała się odwrócić i im nie przeszkadzać.

To jedna z moich nocy, upomniała siebie.

To może ja już pójdę. – Stwierdził brunet.

Możesz zostać. – Wyjęła z jego objęć rudowłosą. – Tylko muszę ją czuć. W razie czego… chcę cię zapamiętać tak bardzo, jak się da. Czuć tak bardzo, jak to możliwe.

Objęła ją szczerze, spojrzała w zielone jak woda oceanu oczy. Pocałowała.

Cudownie.

Kocham cię. Jakby coś poszło nie tak… – Gdy umrę… – pamiętaj, że cały czas będę przy tobie. Będę cię wspierać tak, jak to tylko możliwe.

Ale dlaczego miałabyś… Myśli Likame się urwały. Jakby pochwyciła niewypowiedziane słowa, groźbę. Ale nie utrzymała jej, puściła, zgubiła wątek.

Co się dzieje… i As doskonale wie, co.

Kochanie, też cię kocham, ale… Agafe, nie ma powodu, byś mówiła w ten sposób. Obie wiemy, że wygrasz, więc nie ma się co martwić na zapas.

Ale gdyby jednak coś poszło nie tak… poradzisz sobie, prawda? To głupie, wiem, przecież to wy się ze mną cały czas cackacie… ale jakby co, obiecaj mi, że się nie poddasz. Proszę.

To coś niewypowiedziane między wierszami znów uciekło.

Obiecuję. Nie bój się tak bardzo. – Ty się wcale nie boisz. Ty po prostu mi czegoś nie mówisz.

Dziękuję. Dziękuję, że we mnie wierzysz…

Zasnęła.

* * *

Czas wypełniony czystą radością.

Nie potrzebowały słów.

Wystarczyło, że siebie objęły, spojrzały sobie w oczy.

Obiecałam mu sześć dni, myślała tego dnia Agafe patrząc w górę. Niebo gościło puszyste, lekko słomkowe chmury w srebrzystych odcieniach. Ciepły wiatr przyjemnie osaczał przestrzeń, pieszcząc ich ciała. Likame leżała obok, wtulona w ramiona Astarotha. To za mało. Ja chcę więcej… chciałabym z nią dłużej przebywać. Po prostu jest mi z nią tak dobrze. Dlaczego nie mogę przeżyć… Westchnęła ciężko, odrzucając myśl, wedle której przecież będzie istnieć dalej, być w tym świecie. I po co siebie oszukiwać?

Ona sobie nie poradzi beze mnie.

Co mam robić? Przecież nie mogę zabrać jej życia tylko dlatego, że odchodzę. To bez sensu. Szczególnie, że bez Astarotha byś zwariowała. Też.

Ale może Karina… Mam nadzieję, że będzie potrafiła… w jakiś sposób mnie zastąpić. Pewnie nie będzie tak dołująca, jak ja… może będziesz szczęśliwa, mając u boku kogoś weselszego.

Co ja bredzę?

Skuliła się.

Wiedziała, że Likame ją kocha. Czuła to. Jak można myśleć, że ktoś jest do zastąpienia? Ja… ja po prostu chcę żyć. Nie chcę umierać…

Zrobię to samo twojej Likame, przypomniała sobie głos Nyssy. Zacisnęła pięści. Muszę ją jak najszybciej zabić. Żeby już nikt nie cierpiał. Po prostu…

Co się dzieje, kochana? – Zapytała rudowłosa, głaszcząc włosy przyjaciółki. – Powiesz mi?

Po prostu…

Po prostu umrę?, zastanowiła się. Chciała wyznać prawdę. Ale czuła, że to zły pomysł. Nie, kiedy zostały im jeszcze te piękne, spokojne chwile.

A potem niech się dzieje, co chce.

A potem bądź silna, kochanie.

Po prostu cię potrzebuję. – Wtuliła się w ciało Likame.

Dłuższy czas siedziały bez słów.

A potem przyszedł Astaroth i zabrał w swe ramiona żonę.

1Turecki: wybacz.

c.d.n.

Jeśli chcesz wesprzeć finansowo autorkę, by dalej mogła tworzyć, zapraszamy do prywatnego kontaktu z nią: https://www.facebook.com/aleksandra.jursza lub aleandrasn@gmail.com
Dzięki! <3

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Od pięciu lat stara się realizować swoje marzenie, by zarabiać na życie pisaniem. Prowadziła portal o kulturze Debiutext, później skupiła się na prowadzeniu bloga Wszystko od nowa. Współpracowała z wydawnictwem RW2010, obecnie szuka dofinansowania na swoje projekty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.