[AGAFE] Rozdział 19

Siedziała na murku granicznym dachu, zwrócona w jego stronę. Słońce silnie przygrzewało, więc owinęła głowę szarą chustą. Poza takiego koloru sukienką miała na sobie złoty naszyjnik. Uśmiechała się na wspomnienie tego podarunku.

– Hej, kochanie – powiedział do niej Sheez – wiem, że jesteś piękna. Lubisz naszyjniki?… Bo mam taki, o, ładnie ci.

Poczuła się dziwnie. Tak… kobieco. Tak, jakby jednak była czymś ludzkim, a nie rzeczą.

JAM JEST RZECZĄ, chodziło za nią od dłuższego czasu. Wprawdzie ignorowała to uczucie, ale ono podążało za magią. Im silniejsza, tym silniejsze ono było. Zagubiła się w tych wrażeniach. Wyglądała, jak człowiek, więc pewnie nim była… przyjaciele?, ukochani mówili, że nim jest, więc nie miała podstaw poddawać się tej podłej myśli JAM JEST RZECZĄ. Przecież… wiem dobrze, że mam duszę… wprawdzie poranioną, ale mam ją…

Ja, kobieta… przyszło jej do głowy, gdy poczuła na sobie podarunek. On pokazuje, że nią jestem…

– Dziękuję. – Powiedziała.

– To na szczęście. Po prostu jesteś piękna.

Ale dziś już tak przyjemnie nie było.

Czekał na nią Kram.

Pierwszy zjawił się przy niej szatyn. Brązowe włosy splótł w warkocz. Przysiadł się do niej i poczęstował bułką z pomidorem, serem i papryką.

– Smacznego. – Powiedział. – Bo pewnie nie jadłaś.

– Nie… zapomniałam.

Nadal lekceważyła głód, gdy go zaczynała odczuwać.

Gdy się posiliła, zjawiła się Likame z Kariną i Astarothem.

– Kochanie – zaczęła rudowłosa – tak sobie pomyślałam, że fajnie by było coś z twoją klątwą zrobić.

Nie, pomyślała Agafe. Serce przyśpieszyło.

– Karina dowiedziała się, że możesz ją komuś przekazać, ale ten ktoś musi się na to zgodzić i w rezultacie umrze. Wyjście nieciekawe, ale…

– Nie chcę nikogo zabijać.

– Albo ona cię zabije, albo ty ją.

Milczenie.

– Nikt – szepnęła – na to nie zasługuje… nikt… może… ona tylko.

– Dobrze wiesz, że jak staniesz przed nią, to cię od razu zabije. – Wtrącił Sheez. – I lepiej pozbyć się tego ustrojstwa jak najszybciej.

– Wiem… wiem, że nikt nie zasługuje na taką śmierć. To bardzo boli. Nie chcę nikogo skazywać na brak godności. Ja… po prostu wiem, że to we mnie zostanie na zawsze. To utrata czegoś wewnętrznego… nie chcę innym tego robić. – Parę łez zabłysło w słońcu. – Może jest jakiś inny sposób.

– Są nawet dwa. Tyle, że jeden całkowicie nierealny, a drugi nieopłacalny. – Wytarł jej policzek. – Wyjścia za bardzo nie masz.

– Ale… ja wiem, że jestem głupia i słaba, ale ja chyba nie potrafię wyrwać komuś kawałka siebie. To po prostu zbyt… zbyt okrutne.

– Kochanie – Likame przy niej kucnęła i zerknęła w oczy. – Przecież tego ona właśnie chce, żebyś się poddała. Musisz coś zrobić.

– A tak serio – wtrącił anioł – jeśli ty jej na to pozwolisz, to możesz stracić wszystko. Przecież ona się tobą bawi. Nas może nie widzi, ale ciebie jak najbardziej. Gdyby chciała, od razu by się ciebie pozbyła. I nie gadaj, że o tym nie wiesz. Właśnie dzięki tej klątwie doskonale wie, gdzie jesteś i co czujesz, żywi się twoim cierpieniem.

– Ja… wiem… ja chcę ją zabić, ale nie kosztem kogoś innego!

– A może – poddała rudowłosa – kosztem kogoś równie okrutnego, co ona?

* * *

Będąc silna… wygram. Chcę być silna. Potrafię.

Tak myśląc, Agafe przeniosła się ze swoimi wychowankami na plac zamkowy. Dzieci miały plecaki i karabiny maszynowe. Od razu gotowe do wystrzału.

Kochanie, tłumaczył plan Sheez, musisz to zrobić sama, bo muszą nabrać do ciebie szacunku. Respektu.

Skoro potrafiłam dogadać się z Astarothem… potrafię i dogadać się z innymi.

Przełknęła głośno ślinę, obserwując brązowe ściany z setki wież, jakie ich otaczały. Dzieci sformowały kwadrat, w środku którego znajdowała się Władczyni Smoków.

Zostali okrążeni przez sześciu ludzi w białych szatach. Niektórzy ziewali.

– Proszę, proszę. – Powiedziała niska kobieta o tęczowych włosach. Miała na sobie złotą szatę. – Kogóż to przywiało?

Agafe spojrzała w tęczowe oczy pytającej. W powietrzu wyczuwała woń mocy. Ta w jakiś sposób w niej się poruszyła, jakby rozkwitła. Poczuła siłę. I jedyną, właściwą odpowiedź:

– JAM JEST WŁADCZYNIĄ SMOKÓW.

Zamarli. Magia słów uderzyła we wszystkich, gospodyni niemal została rzucona na kolana.

Tęczowowłosa powiedziała twardo:

– Czuję. I widzę. Niewielu ma taką potęgę, by tu wkroczyć i tak licznie. Nie wiem tylko, czy to dobrze dla ciebie. Bo powiem ci, że opinię masz lekko zszarganą.

– Moi żołnierze wystrzelą w was, kiedy tylko im rozkażę. – Słowa same przyszły, jakby z daleka i… nie od niej samej. Od wewnętrznej siły, która z każdą chwilą się umacniała i wzrastała. Jeszcze pewniej i szybciej, niż na Nudnym Świecie. – A moje smoki otoczą wasze mury. A ja sama mogę was jednym mrugnięciem zabić.

– Czego chcesz?

– Chcę tu bazy. Właśnie w tym, najlepszym do tego, miejscu. I niczego więcej. Jako Władczyni Smoków chyba was nie muszę prosić o łaskę?

– Jak na kogoś słabego, wymagasz zbyt wiele.

Poczuła wściekłość.

Od siebie.

Może i jestem głupia, może i mogłam wcześniej tu być… ale to wszystko jest kwintesencją tego, jak mnie skrzywdzono. A to… cierpienie nie uszlachetnia, przypomniała sobie słowa anioła, ale cierpienie powoduje, musisz znaleźć czas na poskładanie się, musisz to wszystko uszanować. I to nie jest słabość. Nie jesteś słaba, tylko zbolała.

Chcę ją zabić.

I zrobię bardzo wiele.

Podniosła rękę do góry:

– Nie jestem słaba. Jestem zbolała. I jeszcze siebie nie poskładałam. Ale wiem, że tylko współpracując z wami, jestem w stanie wygrać z nią. Zabić. Podobnie, jak was wszystkich.

– Skoro chcesz być naszym przyjacielem, dlaczego nam grozisz?

– JAM JEST WŁADCZYNIĄ SMOKÓW. I żądam szacunku. Oraz nie rozpoczynania burd. A wy nie chcecie mnie przyjąć.

Nastało milczenie.

– Poza tym – kontynuowała – to, co mi uczyniono w tym miejscu… magia przeze mnie przemawia i magia domaga się zemsty.

Nie bardzo rozumiała, dlaczego coś wewnątrz mówi to, co mówi. To znaczy rozumiała. To znaczy wiedziała, że to jest jakaś jej część, ale jakby nie ona sama. To znaczy… odczuwała dziwne rozdwojenie.

Po części była do niego przyzwyczajona, ale to rozdwojenie pogłębiło się w momencie, gdy stanęła w Krainie Samotności.

Czekała z mocno bijącym sercem na odpowiedź tęczowowłosej. Bo wystarczył jeden mały gest, a moc w niej wybuchnie. Złością, reakcją zemszczenia. Nie chcę tego. Nie, nie. To nie ja.

– Dobrze. – Zgodziła się tęczowowłosa. – Mam nadzieję, że w końcu wypełnisz misję.

– Ty tu zarządzasz, Mejoro? – Nie wiedziała, skąd znała imię i ten fakt. Wiedza jakby sama do niej przyszła.

– Tak.

– Nie będę ryzykować kolejnej pułapki. Wystarczy mi już kłopotów. Chcę, żebyś złożyła mi przysięgę wierności.

– Ale… – Zbladła. – Nie mogę! Pani, magiczka nie może składać takich rzeczy! Zrozumiała to nawet Uzdrowicielka Rosemary!

– Słucham?

– Była tu i zażądała… ale odmówiliśmy. Uszanowała to, odeszła po prostu.

– Ach, tak. I zabrała wam Slavira z Aleandrem na czele. Wspaniała sojuszniczka.

– Ale… my jesteśmy wolnymi ludźmi…

– PRZYSIĘGA WIERNOŚCI! – Powietrze wokół nich zawirowało magią. – Albo was rozwalę!

Gospodyni przesiąkł strach. Drżała i z przerażeniem obserwowała rękę Agafe.

Padła na kolana. I wyrecytowała formułkę:

Agafe, Władczyni Smoków,

Obieram sobie dzisiaj ciebie za panią,

Ukochaną, podopieczną i umiłowaną,

Postanawiam sobie mocno i przysięgam,

Że cię nigdy nie opuszczę,

Nie powiem i nie uczynię nic przeciwko tobie.

Nie pozwolę nigdy, aby inni cokolwiek czynili,

Co uwłaczałoby czci twojej.

Błagam Cię, przyjmij mnie na zawsze za sługę swojego.

Oddaję się tobie, Agafe, całkowicie w niewolę,

A jako twój niewolnik poświęcam ci ciało i duszę moją,

Pozostawiając ci całkowite i zupełne prawo

Rozporządzania mną i wszystkim bez wyjątku,

Co do mnie należy, według twego upodobania,

Ku większej chwale magii, w czasie i w wieczności.

Amen.

Przyjęła i kazała się zaprowadzić do komnaty.

Ta miała ściany w jasnym brązie. Za meble służyło łózko i komódka przy oknie. Mimo otwartych drzwi nie czuła się dobrze.

Przygarnęła do siebie kolana.

Co to było…

Nie zauważyła swojego drżenia.

To nie byłam ja. Ja… To coś we mnie siedzi. Siedzi i się rozwija, jak wirus. Nie chcę tego, cholera, nie chcę. To… to może nie ja, a to jest rzeczą? Może stamtąd pochodzi to okropne uczucie? Może… może można się tego pozbyć…

Zamknęła oczy.

Tak… można. Ginąc. Magia… jakby była mną i osobno… ona jest taka okrutna. Przecież ja bym muchy nie skrzywdziła. Wiem, że… zrobię wiele, by zabić Nyssę, ale nie muszę innych poświęcać… i co z tą nieszczęsną klątwą?…

Dlaczego mam skazywać kogoś na takie cierpienia? Nienawidzę siebie. Boli. To wszystko tak boli.

Tylko nie płacz.

Głupia.

* * *

W fioletowym pokoju oprócz mat niczego nie było.

Piątka ludzi weszła do niego bezceremonialnie, od razu zajmując miejsca. Tęczowowłosa rzuciła na środek zdjęcia kobiet z notatkami:

Każda z nich uczyniła coś strasznego. Masz moje wsparcie.

A jeśli nie będą chciały?… – Chciała wiedzieć Agafe.

Po prostu: zostaną torturowane. Masz prawo wybrać, kogo chcesz.

Zapadło milczenie.

Władczyni Smoków przekładała dane. Jedna dzieciobójczyni… druga zamachowiec-samobójca… trzecia seryjny morderca…

Miała jakieś dziwne uczucie, że nie powinna tym ludziom przekazywać swojego nieszczęścia.

Przecież zrobili złe rzeczy, próbowała się przekonać.

Im więcej materiałów przeglądała, tym miała większe przekonanie, że źle robi, że powinna poczekać.

Dlaczego? Przecież im szybciej ją zabiję, tym lepiej… dlaczego miałabym czekać? I tak już dostatecznie długo dłużyłam pobyt w Nudnym Świecie… nie powinnam przeciągać struny, bo mi wszystko zabierze. I wszyscy o tym wiedzą. Dlaczego więc nie powinnam kogoś skazywać na niegodność?

Może ta? – Zaproponował Sheez.

Obrazek przedstawiał piękną i młodą kobietę o jasnych, fioletowych włosach i oczach. Notatka: kłusownik i seryjna morderczyni. Ukatrupiła kilkanaście smoków oraz ludzi.

Nie. – Odparła, kręcąc głową. – To chyba nie ma sensu. Nie czuję, że powinnam… chyba nie powinnam innym tego przekazywać. A przynajmniej nie w tej chwili.

Dlaczego? Bo nie chcesz zabijać?

Mam dziwne wrażenie, że nie o to chodzi. Ale nie wiem. – Machnęła z rezygnacją ramionami. – Po prostu czuję, że na to nie zasługują.

Dzieciobójczyni? Mordercy? Hm. – Mruknął. – Rozumiem. Miłosierdzie! – Uśmiechnął się dowcipnie.

Kiedy ja… nie wiem, może jak spotkam się z nimi, to zmienię zdanie, ale naprawdę… może jest ktoś inny?

Nie ma. – Odparła Mejora. – Wybraliśmy najgorsze z czterech krain. Nie wiem w takim razie, kto mógłby być… eee, godzien twego daru.

Spróbuję… – Westchnęła. – Porozmawiam z nimi… wszystkimi. Powinnam wiedzieć, która z nich zasługuje na to.

Żadna z nich, odpowiedziała sobie. To pewnie będzie stracony czas. Ale… co mam robić? Przecież to bez sensu.

Właściwie stosując teleportację – stwierdziła gospodyni – można od razu przejść do rzeczy. Każda z nich jest w lochach. Daj mi godzinę na zorganizowanie spotkań.

* * *

Pokój przesłuchań nie był duży, składał się z ciemnych murów i krzesła. Za oświetlenie robiła jedna wielka, na całą ścianę, pochodnia.

Władczyni Smoków o asystę poprosiła Sheez’a i nie umiała opanować drżenia, mimo duchoty i gorąca w pomieszczeniu. Blada, zajęła miejsce na siedzisku i patrzyła, jak dwóch strażników wprowadza do komnaty niską kobietę o białych włosach i ciemnych oczach. Była w łachmanach, skuto jej nadgarstki kostki ciężkimi kajdanami. Żołnierze kazali jej klęknąć. Sami wykonali ukłon.

Możecie odejść. – Stwierdziła cicho Agafe.

Nie bój się, nic ci nie zrobi, pocieszała się. To czemu drżę? I serce mi tak wali?…

Po chwili wiedziała.

Wspomnienia jakby się budziły do życia.

Biały pokój i oni…

Zastanawiamy się – zaczął anioł – jaką śmierć warto ci dać. Masz w zasadzie dwie opcje… łagodną albo straszną.

Gówno wiecie – warknęła więźniarka. – To były demony! Demony!

Czyli że niby co? – Zaciekawił się.

Czyli jestem niewinna, przyczyniłam się do pokoju na świecie! Po porodach jeszcze myślałam, że to normalne, miłe dzieciaczki, ale po dwóch dniach dowiadywałam się, kim one naprawdę są! Nie możecie mnie skazywać na śmierć, jełopy!

I tak to zrobimy. Tam wyżej zostaniesz prawidłowo oceniona. Ale my uważamy, że bredzisz, więc tylko pytamy o to, jaką chciałabyś mieć śmierć.

A róbcie sobie ze mną co chcecie! Wyższe siły wam to wynagrodzą z namiastką!

Nie. – Odparła spokojnie brunetka. – Nie chciałabyś przeżyć tego, co ja. To byłoby okrutne wobec ciebie.

Wstała i skierowała się w stronę wyjścia.

Na korytarzu dogonił ją Sheez:

Kochanie… jesteś pewna?

Spojrzała w jego dwa kawałki nieba. Pokiwała z rezygnacją głową.

Nie wiem, czy to ma sens… gdzieś tam we mnie jest uczucie, że powinnam poczekać. Że nie powinnam tych ludzi wybierać, tylko spokojnie czekać…

Kochanie, chodź na dach.

Przeniósł ich tam. Błękitne niebo wisiało spokojnie nad trzydziestopiętrowym wieżowcem Dragon Arch.

Przytulił ją.

Sheez… ale ja chcę ją zabić… naprawdę jej nienawidzę… tylko nie rozumiem… dlaczego innych muszę poświęcić? Dlaczego to uczucie jest takie… duże? Jakbym nie miała wyboru, tylko wiedziała, że coś się stanie…

Może się po prostu obawiasz, że wybierzesz źle? Pamiętaj, że to sami zwyrodnialcy.

Ale ona była chora psychicznie.

Tak czy siak nie wszyscy tak mają. To znaczy ogólnie, tego typu przypadki raczej zdrowiem nie świecą, ale wiesz, o co mi chodzi. Kochanie, musisz być pewna i się zdecydować. Nie masz innego wyjścia.

Wiem…

Usiedli.

Wtuliła się w jego ramiona, spletli dłonie. Milczeli chwilę.

Ja naprawdę chcę ją zabić. – Stwierdziła cicho, opierając głowę na jego ramieniu. – Tylko… jestem taka słaba i nie wiem, czy dam radę.

Z klątwami nie. Bez nich już tak. – Pocałował ją w czoło.

Sheez… jak ona mogła mi to zrobić… nie rozumiem tego. To znaczy zabić… ale w taki sposób potraktować?

Wszystkich tak traktuje. Wykorzystuje, upokarza… myślisz, że bogów tak nie traktowała? Nawet Kosashi był przerażony jej okrucieństwem.

Nadal mam dziurę… nie potrafię… nie potrafię sobie tego przypomnieć i nie wiem, czy kiedykolwiek to zrobię. I, Sheez, ja chyba ją nienawidzę. Nienawidzę. Chcę zabić… po prostu czuję to… choć… jak ostatnio byłam w tej Krainie Samotności i im groziłam… słowa wypływały ze mnie, ale jakby poza mną… boję się, że to znowu coś niedobrego…

Spokojnie, kochanie. – Uśmiechnął się delikatnie. – Wszystko się dzieje tak, jak powinno. Jeśli magia jest w tobie aktywna, to wszystko jest jak najbardziej w porządku.

A jeśli magia… magia przejmie nade mną kontrolę?

Nie może. To niemożliwe.

Ale… ale ja czuję, że ona jest żywa. Jakoś tak… jakby druga istota we mnie była.

Nie przejmuj się. Magia to specyficzna rzecz…

JAM JEST RZECZĄ, powróciło do niej. Zamknęła oczy, przywarła do niego.

Zasnęła.

Stała na czerwonej ziemi. Za nią rozciągały się wysokie, tej barwy, góry. A nad nią wisiało krwiste niebo. Poczuła strach. Włosy jej się zjeżyły. Nagle przed nią zawirowało światło. Było ciepłe, dobre. Tylko ono pośród tej zamierającej, obumarłej przestrzeni dawało bezpieczeństwo. Drżąc cała, wyciągnęła przed siebie rękę i je dotknęła. Przyjemny blask wsączał się w jej ciało, istotę.

Podeszła bliżej.

Zanurzyła się w tym.

A potem wrzasnęła.

I otworzyła oczy.

Nad sobą miała lekko zaskoczoną twarz anioła.

Kochanie, w porządku? – Jego łagodny głos przywrócił ją do rzeczywistości.

Rozejrzała się. Serce nadal biło, jak oszalałe. Trzęsła się jak osika.

Miałaś koszmar, prawda?

Ttak… – Czuła, jak coś do niej powoli dochodzi.

Światło. A potem nic. Światło. Nic. Światło nic. Światłonic.

Ś jak śmierć.

Poczucie to tak w nią rąbnęło, że wygięła się trochę, jęcząc.

Chciało jej się płakać, ale jeszcze się hamowała. Czy umrę, bo nie mogę znaleźć… osoby od klątwy? Cz tak? Czy jest mi to pisane? Nie chcę umierać. Hej…

Łzy wytrysnęły z oczu, wtuliła się w niego jeszcze bardziej.

Przepraszam, przepraszam… – Chlipała.

Wcale nie śnił ci się Kosashi, prawda? – Bo byś się zerwała w panice.

Nie śnił mi się… ale… cholera jasna, ja chcę żyć… – Walnęła go delikatnie pięścią. – Ja chcę żyć, z tobą, z Likame… po prostu chcę normalnie żyć.

Że słucham co? – Zdziwił się.

Nie mów jej… proszę, nie mów jej, że śniła mi się własna śmierć.

To tylko sen.

To tylko sen, powtórzyła w myślach, ale nie zabrzmiało to przekonująco. Bardziej przypominało tonem ułudę.

To tylko sen…

Chciałabym tak… – Mruknęła. – Ale nie wiem, kochanie, nie wiem…

Przecież miewamy różne sny, prawda? Niektóre to głupoty. – Parsknął lekko śmiechem. – Może ci się to przyśniło, bo rozmawialiśmy o strasznych rzeczach?

Może…

Na pewno. – Uśmiechnął się i pogłaskał jej czarne, lśniące włosy. – Kocham cię. – Pocałował w czoło. – Na pewno twój syn to jakaś fikcja, przecież świadomość różne historie nam tworzy. Nie musisz się tak bać.

A może… może to miało być ostrzeżenie, by mimo wszystko kogoś wybrać? Ja naprawdę nie chcę nikogo zabijać, ale…

Kochanie, to tylko sen. Nie trzeba chyba do niego przywiązywać aż takiej wagi.

Nie powiesz jej, prawda?

Nie powiem, choć nie wiem, czemu miałbym jej tym zawracać głowę? Spokojnie. Zapewniam cię, że przywiązywanie się do snów często spycha nas na błędną drogę.

Nieprawda… chcesz mnie pocieszyć…

Przecież cię kocham, to chcę widzieć twój uśmiech. Chyba normalne, nie?

Spojrzała w jego oczy. Błękitne niebo, w które weszła. Tak spokojnie falowało pomiędzy chmurami.

Dziękuję ci. – Szepnęła. – Dziękuję.

Jest w porządku.

Nie podoba mi się to, pomyślał. Jeśli jej sen był na tyle realny, jak myślę, może to oznaczać zły znak. Mam tylko nadzieję, że to prośba, by jednak kogoś wybrała z tych zwyrodnialców…

Westchnął ciężko i spojrzał w niebo.

Ciemny błękit z błyszczącymi gwiazdami uspokajał.

c.d.n.

Jeśli chcesz wesprzeć finansowo autorkę, by dalej mogła tworzyć, zapraszamy do prywatnego kontaktu z nią: https://www.facebook.com/aleksandra.jursza lub aleandrasn@gmail.com
Dzięki! <3

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Od pięciu lat stara się realizować swoje marzenie, by zarabiać na życie pisaniem. Prowadziła portal o kulturze Debiutext, później skupiła się na prowadzeniu bloga Wszystko od nowa. Współpracowała z wydawnictwem RW2010, obecnie szuka dofinansowania na swoje projekty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.