[AGAFE] Rozdział 18

W zielonej sali zawieszono ogromną płachtę: WELCOME TO 2012. Na bocznych stołach ustawiono frykasy od tych najmniej zdrowszych po te najwartościowsze. A na środku siedzieli rozgadani ludzie w odświętnych strojach.

Pięciu wychowanków Phobosa, dwie kobiety i mężczyzna o długich, brązowych włosach.

Rudowłosa otwierała drugą puszkę Perły:

– To był dobry rok. A przynajmniej nie najgorszy.

– Gówniany jak stąd do Marsa. – Stwierdził Kamil, zagryzając pomidora. – Ale przynajmniej was poznałem.

Agafe w szarej, marszczonej sukience popiła herbatę.

– Wiesz, jak tak na ciebie patrzę – kontynuowała Likame – to wydaje mi się, że w ogóle nie przytyłaś.

– Przecież wiesz. Niedowaga dziesięć kilo.

– To może teraz nie krępuj się… – Wypiła szybki haust. – Na nowy rok możesz trochę przytyć.

– Sheez… możesz na chwilę na korytarz?…

Kiedy już się na nim zjawili, zauważył jej drżenie.

– Boję się. – Stwierdziła cicho, patrząc mu w oczy. – Czuję, że stanie się coś bardzo, bardzo złego.

Skrzywił się:

– Też coś podobnego odczuwam, ale kochanie, chyba nie bardzo można coś z tym zrobić. Trzeba być ostrożnym, bo Nyssa parę dni temu wykończyła twoich oprawców, ale… sam nie wiem.

– Szkoda, że Astaroth dalej ma focha. – Zmarszczyła brwi. – Bo pewnie jak wrócimy to będzie przy czwartym piwie i będzie o nim gadać.

– Źle z nią. Ale ko

Kochanie się zgięła w pół, tęczówki poleciały poza oczy. Z dłoni i z krocza wytrysnęła krew.

Nawet nie zdążyła krzyknąć.

Chwycił ją, przeniósł do szpitala, gdzie od razu, na korytarzu przystąpiono do tamowania ran.

Patrzył, jak zabierają ją do sali operacyjnej.

A potem wrócił na imprezę, nieświadom, że ma na sobie krew.

– Chyba koniec imprezy, ptaszki. – Podszedł do Likame i wydarł z niej trzecią porcję piwa. – Wylądowała w szpitalu i raczej prędko z niego nie wyjdzie.

– Co?

– Rany jej się otworzyły. Jest na operacji. Jak chcecie, dzieciaki, to dokończcie sylwestra, ale ja nie dam rady.

Dzieciaki były blade jak śmierć.

A do rudowłosej powoli dochodziła usłyszana wiadomość.

A jak już zrozumiała, że jej przyjaciółka się wykrwawia, zerwała się na nogi:

– Zabierz mnie do niej! Natychmiast!

– A my co? – Wtrącił lekko gniewnie Kamil, trzeźwiejąc. Przed oczami stanęły mu czerwone pręgi na dłoniach nauczycielki. I nie mógł się pozbyć tego obrazu. – Też byśmy chcieli ją zobaczyć!

– Nie śpieszy się. To znaczy, ona prawdopodobnie jeszcze przez godzinę będzie operowana, a potem zwyczajnie wpadnie w śpiączkę farmakologiczną.

– Chcę być przy niej! – Krzyknęła rozpaczliwie Likame. – Teraz!

Podrapał się w czoło nerwowym ruchem.

Do niego samego ledwo docierało to, co zaszło.

Nyssa, niech cię kurwa szlag trafi, pomyślał, potrząsnął głośno, westchnął ciężko. Byłby coś jeszcze zrobił, ale widok zszokowanych dzieci przypomniał mu, gdzie jest.

– Dobra, robimy tak. Idziecie świętować do swoich pokoi. Zabieram Likame, a potem albo po was przyjdę, albo was tylko poinformuję, co z nią. Zdecydujecie.

Chwycił Likame i przeniósł ich do szpitala.

Akurat wychodził lekarz.

Ten od poprzedniej operacji.

– Co… co się stało?! – Napadła go od razu rudowłosa.

– Jak mam pani to powiedzieć? – Przełknął ślinę. – Sam jestem bardzo zaskoczony. O ile rany na dłoniach w jakiś sposób się otwarły albo mogły zostać ponownie zrobione… O tyle w kroczu wygląda to tak, jakby na świeżo, pierwszy raz… wycięli jej łechtaczkę. To biologicznie niemożliwe. Chyba, że sobie odtworzyła, ale z tego co mi wiadomo…

Likame gwałtownie chwyciła za ubranie Sheez’a. Wyraźnie widać było, że byłaby upadła, gdyby nie to.

Doktor podał jej wody.

Wypiła jednym haustem.

Miała ochotę wrzeszczeć. I płakać. Nie rób przedstawienia, zganiła się. To jej nie pomoże.

Lekarz wrócił do pracy.

Wtedy dopiero padła na kolana. Poczuła łzy na policzku.

Tak chciałabym, by on mnie przytulił…

I już nie wiedziała czy płacze przez tragedię, czy przez oddalenie od Astarotha. Zasłoniła twarz dłońmi.

Sheez stał i po prostu patrzył na zamkniętą salę operacyjną.

* * *

Trochę uspokojona usiadła na krześle naprzeciwko nieprzytomnej przyjaciółki.

– To niemożliwe, by znowu chciała umrzeć, prawda? – Szepnęła.

– Tego chce Nyssa. – Anioł wyjrzał przez okno. Na nocnym niebie resztki petard. Zacisnął pięści. – Pamiętasz, jak mówiliśmy o nieuzdrawianiu? Przez klątwę. Jest podwójna. I jest doskonale kontrolowana przez Nyssę.

– Nie powtórzy tego, prawda? Prawda?!

– Nie w najbliższym czasie. Raczej… zabije kogoś z nas, ale nie ją.

* * *

Śpiączka farmakologiczna trwała trzy dni.

A potem obudziła się z poczuciem, że przebywa w Piekle.

Chwilę trwało, nim uprzytomniła sobie, że leży w szpitalnym łóżku. Tylko ten ból… Spojrzała na dłonie. Wierzch zabandażowany, palce zaplastrowane.

Moje krocze…

Moje…

Moja godność.

Stęknęła. Przez okno wchodziło delikatne światło latarń. I orzeźwiający wiatr.

Nie miała sił na rozpacz. Ból przygniatał.

Zasnęła.

A potem spojrzała w twarz zatroskanej Likame.

– Przepraszam…

Miała dziwne wrażenie, że nie powinna tego robić. Może i sprawiła bliskim ból, ale czuła się tak, jakby przepraszała za to, że żyje.

Żyje.

Bez elementu siebie. Bez George’a.

Z magią.

Wyciągnęła dłoń, wzięła kępek rudych włosów i pogłaskała je.

– Kocham cię.

I dlatego nie powinnam cię przepraszać, że żyję… Likame… boję się. Przeze mnie jesteś narażona… Dziwne. Mam wrażenie, że o czymś zapomniałam.

Boli.

Zasnęła.

A potem zobaczyła przy sobie pięknego szatyna. W błękitnych oczach nieba przebywał smutek. Dotknęła jego policzka.

– Czy… – Głos jej się załamał.

– Jest wszystko w porządku. Wychodzisz z tego.

Milczeli.

W progu stanęła jedenastolatka w czarnym hidżabie.

– Czy mogę z nią na osobności? – Powiedziała tak chłodno, że Sheez’a przebiegły ciarki po plecach. – Sheez.

– Dobrze. – Zgodziła się Agafe.

Fadwa odczekała, aż anioł zniknie w korytarzu.

Podeszła do łóżka.

Trzasnęła otwartą dłonią w policzek swej pani.

I chciała to powtórzyć.

– Przestań. – Powiedziała cicho brunetka.

– Nienawidzę cię! – Wyrzuciła i padając, rozpłakała się. – Nienawidzę!

W pomieszczeniu przez jakiś czas rozbrzmiewał cichy szloch.

– Wybacz. – Powiedziała w końcu Agafe. – Klątwa mi się odezwała.

– Gówno mnie to obchodzi! Ona mi zabrała Marcina! Mojego Marcina! Słyszysz?! Nie pomogłaś mi, nic nie zrobiłaś, nie chcę być twoją służką! Nie chcę!!!

– Zabić mnie nie możesz, a ja…

– Niech cię szlag, Agafe! – Wstała. W ciemnych oczach więcej żałości niż złości. – Niech cię szlag! Nie chcę cię więcej widzieć, nie chcę znać! Nigdy… nigdy więcej mnie nie wzywaj! Daj mi święty spokój!

– Dobrze.

Muzułmanka wyszła.

Znowu przeze mnie ktoś cierpi. Muszę… muszę być odważniejsza. Zwiększyć ich ochronę. Ona…

Zasnęła.

* * *

Jak wychodziła ze szpitala, nie widziała radości w oczach bliskich. W sobie też jej nie odczuwała.

Gdzieś tam, od środka, miała ochotę na łzy. Koniec. Musisz wziąć się w garść. Mają rację, że to przeze mnie… Muszę ich chronić. Nie wiem, jak, ale potrafię…

Opatrunki wyrzucono, ale czuła się osłabiona. Zalecono jej większą dawkę jedzenia, przepisano specyfiki wzmacniające.

Spojrzała na Likame i nie zobaczyła ani krzty radości.

Kochanie… czemu ja ci ciągle muszę przeszkadzać?

Przypomniała sobie rozgadaną przyjaciółkę, roześmianą w ramionach Astarotha.

– Może jednak się zgodzisz na jego warunki? – Zapytała ni z tego, ni z owego.

– Nie!

To bez sensu. Jestem tylko ciężarem… może powinnam spróbować jeszcze raz? Jak… jak mam stanąć przed Nyssą, skoro boję się Astarotha?

W swoim błękitnym pokoju otworzyła okno. Miasto, szare i pełne ludzi zmęczonych.

Nirgiz, przywołała smoka w sobie.

– Tak? – Zdziwił się.

– Nie wiem, czy jestem już gotowa na Kram. Raczej nie. Ale… Nyssa nie patrzy na to.

– Pani?…

– Czuję się, jak piąte koło u wozu… skrzywdziła Fadwę. Może… gdybym tak bardzo się nie rozczulała…

– Pani, bądź spokojna. Wszystko jest w swoim tempie. Magia powie ci, kiedy masz przed nią stanąć.

Magia. Im bardziej wzrastała, tym większą złość czy niepokój budziła. Nie przez siłę, którą niewątpliwie była. Przez poczucie przedmiotowości. Nie jesteś rzeczą, przypominała sobie słowa Sheez’a. Na pewno? Bo… czuję się lepiej. Trochę. Tylko to uczucie. Ono mnie kiedyś zabije.

A może to nie przez magię?

Pokręciła głową.

To, co zrobiła na niej Jedenastka obdzierało ze wszystkiego. Mogło i nawet z życia. Ale to, tak samo jak gwałty i poniżania było PRZESZŁOŚCIĄ. I niebo, gdy codziennie na wieczór w nie patrzyła, uspokajało ją i utwierdzało w przekonaniu, że przemijanie nie jest warte uwagi. Nie w tym przypadku. Choć dalej nie pamiętała dokładnego przebiegu tragedii. Może nigdy sobie już nie przypomnę, może to zbyt bolesne dla mnie, dla wszystkiego, dla…

Urwała.

Nie jestem rzeczą!, podsumowała wewnętrzny dialog. I czas nauczyć się bronić bliskich. Chyba po to jestem Władczynią Smoków?

Zerknęła w korytarz. Cisza rozbrzmiewała w murach.

A niedługo… Nirgiz, poczekaj jeszcze z parę dni. Obiecuję, że w końcu przyjdę. Obiecuję.

Mogła w nieskończoność odkładać wizytę w obcym świecie, ale w głębi siebie wiedziała, że to droga donikąd.

Zresztą, chwilowo i tak musiała się tam znaleźć.

Przeniosła się w las. Niektóre drzewa trwały normalnie. Inne, te kolorowe, umierały. Wysychały.

Spuściła głowę.

Przepraszam.

Zacisnęła pięści i ruszyła przed siebie. Nie jak wystraszona owca, tylko jak pewna celu kobieta. Mimo wszystko jestem kobietą. Mimo wszystko muzułmanki, Fadwa, też nimi są. Mimo wszystko.

Znalazła się naprzeciw wysokiego mężczyzny o czarnych, krótkich włosach. W jego brązowych oczach ziała jakaś pustka. Miał na sobie czarny garnitur i patrzył w gołe gałęzie fioletowego drzewa.

– Astaroth.

Nie zareagował.

– Jesteś już wolny… – Zauważyła, że drży. Nie spodobało jej się to. Przestań, nie masz powodu do strachu. – A ja myślę, że możemy iść na kompromis. Likame… Likame chyba nigdy się nie zgodzi na twoje warunki.

– Dlaczego? – Pełen smutku. – Dlaczego?

– Chyba wie lepiej, jak wygląda przyjaźń… w każdym normalnym związku jest swoboda spotkań, a ty stawiasz…

– Chyba wiem, jak postępować! – Warknął.

Cofnęła się.

Nie przepraszaj, ugryzła się w język i kontynuowała:

– Ale ja się zgadzam.

– Co?

– Zgadzam się. Nie będę ci wchodzić w drogę. A ona nie musi wiedzieć o naszej umowie.

– ?

Pojawiła się na dachu.

Położyła się na cemencie i obserwowała białe obłoki udające jakieś dziwne stworzenia wędrujące po niebie.

Chcę być silna.

Chcę wreszcie dojść do siebie.

Chcę wspierać bliskich.

Chcę ją zabić.

Słońce kryło się za wieżowcami.

– Mam być z ciebie dumny? – Zapytał Sheez. Kucnął przy niej. – Astaroth powiedział, że nie jesteś sobą i spytał, czy coś ćpałaś.

– Mam dość bycia słabą. – Zamknęła oczy. – Jak… jak mogę taka być, skoro mam was chronić…?

Wziął ją w ramiona.

– Ja wiem, że jestem beznadziejna… ale wcześniej… wcześniej nie byłam takim tchórzem. Teraz odwlekam przybycie do Kramu tylko dlatego, że mi się źle kojarzy. Bez sensu.

– Kochanie…

– Co? Przynajmniej tyle mogę dla niej zrobić. – Wtuliła się w niego bardziej. – Nie znoszę, jak jest nieszczęśliwa… a ja…

Pocałował ją w czoło.

– Sheez…

– Tak?

– A… co by było, gdybym… gdyby to, co mówisz, było nieprawdą? O mnie?

– W sensie co?

– Bo widzisz… ale ja… ja nienawidzę w sobie takiego uczucia, ono rośnie wraz z magią. I ono… twierdzi, że jestem rzeczą. Co, jeśli nią jestem?

– Przestań tak gadać. Głupoty wygadujesz.

– Wiem… głupia jestem.

– Nie, kochanie, nie to miałem na myśli. Po prostu nie jesteś rzeczą, żaden człowiek nigdy nią nie był.

– Chciałam… myślałam, że to związane z tym, co przeszłam. Tam mnie wszyscy traktowali jak przedmiot, mówili jak o przedmiocie… ale ja się czuję coraz lepiej, o, widzisz… rękawiczek nie noszę, śpię w pokoju… ale czuję się coraz bardziej, jak przedmiot. Co to jest?…

– Nie wiem, ale może… nie wchodź w to, daj temu spokój. Może odejdzie.

– Kłamiesz, prawda? – Uśmiechnęła się. Jej oczy wyrażały smutek.

– Po co miałbym to robić?

– Bo mnie kochasz i chcesz pocieszyć. A ja… też cię kocham, tylko nie wiem… boję się, że nie dam rady was obronić, a jestem przecież słaba…

– Gdybyś była słaba, to byś już nie żyła.

– Tak?… – Parsknęła nerwowo śmiechem. – To zabawne, bo tylko Likame mnie uratowała… powinieneś to wiedzieć.

Rudowłosa z Astarothem stanęła na dachu.

– W porządku. – Szepnęła Agafe.

Szatyn spojrzał na przybyłych i zmarszczył czoło. Na twarzy demona dostrzegł zakłopotanie.

– Ja… – Odezwała się właścicielka Dragon Arch. – Chciałabym z nim spędzić trochę czasu.

– W porządku. – Odparła spokojnie czarnowłosa. – Ciesz się do woli.

– Poradzisz sobie?…

– Tak. – Mam nadzieję. Zresztą… może to koszmarne uczucie się zmniejszy, jeśli wszyscy będą się mną mniej cackać.

Choć wiedziała, że to tylko nadzieja.

Zostali sami.

Ona w rękach anioła.

A może on w jej?

Będę silna. Muszę. Straciłam George’a… ale Sheez’a już nie stracę. Nie mogę go stracić.

Przylgnęła do niego bardziej.

I spojrzała mu w oczy. Błękit. Pogodny, pogodzony. Z iskrami czułości. Z odcieniami wszelkich ciepłych uczuć. Niebo ją przytulało, niebo nad nią czuwało, opiekowało się.

Uśmiechnęła się.

I zrobiła to, co zwykle.

Zasnęła.

* * *

Czasami siadała na łóżku i patrząc w podłogę obserwowała Fadwę.

Nie kryła łez.

Jej służka, załamana, włóczyła się po Piekle. Wiodła życie jakby bez celu. Jej ciemne oczy często mieniły się smutkiem. Siadywała gdzie popadnie i wpatrywała się w biel. Smutek był dojmujący.

Przepraszam, chciała powiedzieć do muzułmanki, nie potrafiłam was ochronić. Gdybym mogła zmienić czas… może kiedyś mi wybaczysz.

Innym razem po prostu stała na dachu i wpatrywała się w nieboskłon nawet mocno zachmurzony, bezgwiezdny. Czuła przejmującą potrzebę wtopienia się w ciało przyjaciółki. Brakowało czyichś delikatnych, kobiecych i wypielęgnowanych dłoni. Ognistych włosów do pieszczenia. Spojrzenia zielonego jak dojrzała trawa.

Bywało, że Sheez ją porywał na miasto. Jego obecność w jakiś sposób dodawała otuchy.

Gdyby tylko nie to nieszczęsne uczucie.

Nie jestem rzeczą, nie jestem, nie jestem rzeczą, afirmowała dzielnie każdego dnia. Nie była zadowolona z rezultatów, bo rezultaty były żadne.

I to ją zaczynało przerażać.

A magia rosła.

* * *

Gdy odzyskał wolność, tańczył.

Mimo umierających drzew, on był pełnym szczęścia demonów. Ich kruszejący widok tamtego dnia mu nie przeszkadzał.

Jak ochłonął, wrócił do żałoby. Na palcu nosił pierścień, który kiedyś podarował wybrance swego życia.

Czuł się zagubiony.

Jakby umarła, raz myślał, innym razem może trochę przesadzam? Może jako demon jestem zbyt zazdrosny? Przecież widzę, jak się kochają. I tak było, zanim przyszedłem… no, ale… one i tak spędzają ze sobą więcej czasu, niż powinny.

Przeczył sam sobie.

Pewien był jednak, że gdy widzi Agafe i Likame razem, wtulone w siebie, może nawet oddające pocałunek, pewien był, że w takim momencie budzi się w nim agresja. Jakby strach, że ktoś mu zabierze najpiękniejszy skarb.

Najpierw nie zwracał na to uwagi.

A potem zaczął robić awantury narzeczonej.

Nie potrafił uspokoić emocji, choć wiedział, że krzywdzi rudowłosą. Im częściej widział przyjaciółki spędzające ze sobą, tym bardziej chęć odebrania im tego w nim rosła. Jak jakaś narośl.

Czy to dlatego, że jestem demonem?, pytał siebie, zaniepokojony. No jestem jaki jestem i nic nikomu do tego…

Agafe go zaskoczyła. Nie pamiętał, by była taka konkretna. I odważna. Sheez stwierdził, że ukochana nie bierze używek i się roześmiał. Wyglądał na dumnego.

Pójdę do Likame, postanowił. Za długo uciekałem.

I poszedł.

Nie uwierzyła, że sam z własnej woli to zrobił.

Ale tęsknota w nich obu była tak ogromna, że nie myśleli o powodach, dla których znów razem się znaleźli.

W lesie, do którego ich zabrał, stały drzewa z zielonymi pniami w kolorze tak intensywnym, że aż ciemnym. Wiatr lekko szarpał fioletowe liście.

Spojrzeli sobie w oczy.

– Ale sukienka zbyt prosta – mruknął.

– Co?

Nagle miała na sobie suknię. Błękit i czerń falowały obok siebie, ozdobione kokardami i marszczone, lśniące. Serce mocniej jej zabiło, zarumieniła się.

– I – klęknął. – Ślubuję ci wierność aż do Ostatecznego Miejsca Pobytu. Pani moja, miłością się będę zwał na wieki wieków.

– Przyjmuję – powiedziała ze wzruszeniem i wykonała jego ruch. – Ja także ślubuję tobie wierność aż do Ostatecznego Miejsca Pobytu. Miłością dla ciebie będę na wieki wieków.

Pocałowali się.

I poszli świętować.

c.d.n.

Jeśli chcesz wesprzeć finansowo autorkę, by dalej mogła tworzyć, zapraszamy do prywatnego kontaktu z nią: https://www.facebook.com/aleksandra.jursza lub aleandrasn@gmail.com
Dzięki! <3

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Od pięciu lat stara się realizować swoje marzenie, by zarabiać na życie pisaniem. Prowadziła portal o kulturze Debiutext, później skupiła się na prowadzeniu bloga Wszystko od nowa. Współpracowała z wydawnictwem RW2010, obecnie szuka dofinansowania na swoje projekty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.