[AGAFE] Rozdział 17

Likame opierała się o ściankę kominka. W rękach trzymała śpiącą przyjaciółkę. Pogłaskała ją.

Była taka zmęczona, że nawet nie zdążyłyśmy porozmawiać. Głupio wyszło, bo nie wiem, co się stało.

A jestem jej przyjaciółką. Nie chcę tak.

Niebo przybrało stalowy kolor. Słońce weszło za chmury.

– Powiem ci, że twój facet to niezwykle zazdrosne ziółko. – Wpadł szatyn. – Ledwo go powstrzymuję.

– Musi wytrzymać… musi albo pierwsza go rzucę.

– Ostro. – Westchnął ciężko. – Ale nie widzę, byś była szczęśliwa.

– Jestem szczęśliwa… trzymam ją, a to znaczy, że jest. Trochę spieprzyłam sprawę. Za bardzo chciałam… chciałam jej pomóc…

– Nic się nie stało. – Pomachał ręką. – Nie martw się tym. Ona cię kocha. Mimo wszystko.

– Tak? Czuję się podle. Lekceważyłam ją, uciekałam, a teraz nie wiem nawet, co się stało. Nie chcę, by tak wyglądała nasza przyjaźń.

– Co się stało? Niebo spełniło jej wolę. Myślę, że teraz nie będzie miała tak wielu ataków paniki i koszmarów, więc będzie wam łatwiej normalnie przebywać.

– Czy… czy możesz mi to opowiedzieć? Wieczór?…

– Był ciężki. – Podrapał się w czoło. – Ale myślę, że nie powinnaś się krępować i ją samą poprosić o opowiedzenie. Wprawdzie przeszła bardzo wiele, ale się opłacało. Teraz… – Jakby posmutniał. – Myślę, że w końcu dotarło do niej, że jest Władczynią Smoków. Powoli będzie gotowa walczyć z Nyssą.

– To chyba dobrze… chyba dobrze, że będzie w stanie.

– Nie wiem, czy dobrze. – Na jego czole pojawił się mars. Bo mam niepokojące wrażenie.

– Nyssa zasługuje tylko na śmierć.

– Oczywiście. Po to została stworzona Władczyni Smoków. Ale… myślę, że na razie powinniśmy wspierać Agafe w ozdrowieniu. Może da się namówić na terapię albo nie będzie to konieczne. Ech. Wiesz… szkoda, że tego nie słyszałaś. To było jak najpiękniejsza muzyka… – Zamknął oczy.

– Znowu coś przegapiłam?

– Po prostu roześmiała się. Pierwszy raz to słyszałem. Rozumiesz? – Uśmiechnął się i zakręcił się. – Uwielbiam, jak ma dobry humor i mam nadzieję, że wiele razy będę słyszał tę muzykę.

– Ty naprawdę ją kochasz…

Przystanął, spojrzał niby zdziwiony na Likame i stwierdził:

– A jest ktoś, kto tego nie robi?

– Astaroth.

Parsknął śmiechem.

– Pewnie, tylko kończą mi się pomysły, jak go zatrzymywać od ciebie.

– Mówiłam całkiem serio.

– Nie rób sobie problemu… – Mruknęła Agafe, otwierając oczy. – Proszę.

– Co? – Zaskoczona, spojrzała w brąz tęczówek przyjaciółki. Były takie spokojne. I lśniące.

– Kochasz go… to powinnaś z nim spędzać dużo czasu, to przecież normalne. Poradzę sobie, mam Sheez’a… nie rób sobie dodatkowych zmartwień przeze mnie, kochanie. Proszę.

Rudowłosej jakaś gula zaległa w gardle:

– Po prostu… chciałabym być przy tobie, kiedy dzieją się ważne rzeczy. Jako przyjaciółka…

– To ja spaprałam, przepraszam… nie mogłam tego horroru w głowie ogarnąć, wybacz…

– Ależ to nie twoja wina, kochanie. Przecież… samej mi było ciężko, jak cię w snach widziałam. Tylko może… nie wiem…

– Likame… kocham cię. To dzięki tobie żyję. Dziękuję.

Likame nie mogła się powstrzymać.

Pocałowała partnerkę.

Co zobaczył Astaroth.

Pohamował wybuch gniewu.

Wyciągnął rękę i powiedział zimno:

– Oddaj pierścień.

Zwlekała.

– Natychmiast.

– To… – Odezwała się Agafe, wydostając się z objęć umiłowanej. – Może ja wam nie będę przeszkadzać.

Brunet znalazł się tuż przy niej. W jego kasztanowych oczach ziała złość.

– Nie będę wam przeszkadzać w miłości. – Powtórzyła. – Tak myślę, że sobie pój

– Nigdzie nie pójdziesz. – Rudowłosa pochwyciła jej rękę. – Nigdzie, rozumiesz? Teraz czuję, że spędzamy naprawdę czas.

– Sheez… – Jęknęła. Co robić?

Anioł podrapał się po głowie. Mruknął coś a potem powiedział twardym tonem:

– Odwal się od niej. Poza tym, jeśli kochasz Likame, powinieneś dać jej czas na przyjaciół. Mówiłem ci już o tym, a ty mnie nie słuchasz.

– Nikogo kurwa nie będę słuchał – warknął – poza swym panem. I sobą.

– Ja ci tylko tak po dobroci. Ale jeśli tkniesz Agafe, to obawiam się, że moja dobroć się skończy.

– Ale to może ja pójdę do dzieci… – Wtrąciła Władczyni Smoków. – A wy sobie…

Uścisk na jej dłoni się wzmocnił.

Nikt jej nie słuchał.

Mężczyźni patrzyli sobie w oczy spojrzeniem nie bardzo przyjaznym.

– Ja chcę spędzać czas z przyjaciółką, kiedy chcę. – Stwierdziła Likame. – Bo przyjaźń trzeba pielęgnować.

– Ta – mruknął jej narzeczony – jeszcze trochę, a seks będziecie uprawiać.

– Jesteś chorobliwie zazdrosny! Wcześniej taki nie byłeś!

– Bo wcześniej tyle czasu z nią nie spędzałaś!

– Proszę, nie kłóćcie się przeze mnie… – Wtrąciła cicho brunetka, ale wszyscy to zignorowali.

– A weź se! – Rzuciła w niego pierścieniem. I objęła swoją towarzyszkę. – Mam dość.

Brunet chwycił w powietrzu klejnot i zniknął.

– Przepraszam… – Zaczęła Agafe. – Ja… nie chciałam.

– No i co. – Ton pełen żalu. – Albo on albo ty… tak ma to wyglądać?

– Likame, ale…

– Wiem… – Dusiła w sobie płacz. – Wiem, że on mnie kocha, ale wiem też, że ty mnie potrzebujesz. Ja… żałuję, że nie byłam przy tobie, żeby móc cię wspierać. Nie chcę takiej przyjaźni. Ja cię potrzebuję, skarbie.

Przywarły do siebie, wtuliły się.

* * *

W pokoju znajdowały się dwie osoby.

Trzynastolatek o krótkich, czerwonych włosach spojrzał w lustro i dotknął brody.

– Chujowo jak stąd do Arkansas. – Mruknął i spojrzał w stronę łóżka, gdzie leżała blondynka z zielonymi oczyma. Miała na sobie czerwoną sukienkę. – Nie idziesz?

– Nie. – Burknęła.

– Padalcowi urwałbym jaja. Gdyby jeszcze tu był.

Wybuchnęła śmiechem.

– Głupek. – Stwierdziła i usiadła. – Bo nie umiem się ogarnąć…

– Tak? Zostać z tobą? Za dwie minuty zaczyna się spotkanie, więc i tak nie zdążę.

Machnęła ramionami.

– Nie płacz. – Przytulił ją, ale ona go odepchnęła.

– Spadaj. – Wstała. – Muszę gdzieś wyjść.

– Hej… wiem, że życie jest gówniane. Właśnie dlatego tu trafiłam.

– W chuj mnie to obchodzi. – Wyszła na korytarz i skierowała się w stronę wyjścia. – Ale nie musisz za mną latać.

– Chciałbym pogadać! Teraz kurwa jest moment!

– Bo co? – Znaleźli się na zewnątrz. Oprócz ścieżki w stronę bramy otaczały ich drzewa. Niedaleko ustawiono ozdobne ławki.

– Bo mi się podobasz.

Zatrzymała się i spojrzała na niego zdziwiona.

– Łoś. – Mruknęła. Siadła na ławce i zerknęła w górę. Jasne, zamglone niebo.

I patrzyła.

– Co tam jest? – Zdziwił się.

– Niebo, chyba każdy to wie?

– Ale… – Spojrzał w górę. Jakby chmury nieco się rozchodziły. – Co ty tam widzisz?

– Nie wiem, źle mi jest. A… Pani Agafe powiedziała, że w takim przypadku warto patrzeć na niebo.

– Może i tak… – Zamyślił się. – Nie lubisz mnie?

– Chcę spokoju.

Nie odpowiedział. Przysiadł się i przyłączył się do podziwiania nieboskłonu.

* * *

Wysoki mężczyzna o krótkich, czarnych włosach i brązowych oczach miał na sobie szary garnitur. Siedział w wysokiej trawie pośród drzew i przyglądał się pierścieniu.

– Kurwa. – Mruknął.

Padł całkiem na ziemię.

– Joł, stary. – Odezwał się Sheez.

– Odpieprz się.

– No co ty, trochę narozrabiałeś. – Uśmiechnął się. – Idziemy na piwsko?

– Przecież i tak się nie schlejemy.

– Yep. – Usiadł. – Jesteś niemożliwie zazdrosny.

– Nie wiem, jak długo wytrzymam, bo mnie cholera bierze już.

– Ta. I co, zerwane zaręczyny?

– Mam cię porazić ogniem czy co, byś się odpieprzył?

– Spróbuję tylko załagodzić sytuację.

– Gówno cię obchodzi.

– Obchodzi mnie – spoważniał – bo nie lubię patrzeć na smutnych ludzi, a w szczególności na Agafe.

– Pierdoły.

* * *

Czas.

Władczyni Smoków porzuciła smocze rękawiczki.

I coraz częściej rozmawiała z Nirgizem.

– Chodź do nas. – Prosił. – Tęsknimy.

– Jeszcze nie jestem gotowa. – Odpowiadała mu.

Nie była. Czy kiedykolwiek to uczucie ustanie?, zastanawiała się, gdy patrzyła przed snem w niebo. A potem zostawiała dach w samotności.

Miała swój pokój. I łóżko. Tylko drzwi zostawiała otwarte. Wszędzie, gdzie była, nawet w salach nauczania.

Z drzew zaczynały spadać złote liście.

Ale ciepło nie opuszczało gorzowskich ziem.

Magia w niej dodawała pewności siebie. Czuła się silniejsza.

Było tylko jedno ale.

Ja, Władczyni Smoków.

Kurwa. Myślałam, że jak się oczyszczę, to to ustanie… ale nie. Nie jest dobrze, źle się z tym czuję.

Nie jestem rzeczą, nie.

Była Władczynią Smoków.

Spoglądając w gwiazdy zastanawiała się, dlaczego tak źle się czuje… czyżby? Czyżby w tym, kim była, tkwiło jakieś sidło? No dobrze… sponiewierano ją, ale to już się skończyło. Teraz jakby nauczyła się brać udział w tym, co jest.

Muszę ich chronić.

To ją podtrzymywało przy życiu. Bo były noce i dni, kiedy ciągle miała ochotę znaleźć się tam, na dole, w rozbryzgu swojej krwi. Upadek z trzydziestu pięter kosztowałby ją życie.

Życie po którym…

Niejasne uczucie było niepokojące.

Czuła jednak, że tylko przez pokonanie Jedenastki dokona tego, po co tu przyszła. Nie przez edukowanie młodych ludzi. Nie przez pisanie.

Odeszły piekielne sny. Zostały tylko wspomnienia.

Jedno ją tylko martwiło.

Miała jedną wielką dziurę w tamtym dniu, kiedy przyszła po nią Nyssa.

Wiedziała, że czeka ją taka noc, w której to wyjdzie.

Drżała przy tych myślach.

Kiedyś będziesz musiała przed nią stanąć i ją… zabić? Pokonać?

Kiedyś, ale jeszcze nie teraz. Teraz spokojnie czekała, aż moc w niej urośnie do granic. Inaczej nawet nie należało podchodzić do Jedenastki.

Mimo wszystko brakowało w niej czegoś.

Wycięła mi kawałek mnie.

Jak mogę to zaakceptować? Jak mogę zaakceptować to, że wydarła ze mnie kobiecość i godność? Jak…

Czasem płakała.

Ale w samotności.

Wtedy jednak mówiła sobie: przestań, nie możesz. Bo skażesz ich wszystkich… nie pozwól, by sytuacja z Moniką się powtórzyła…

Widok Moniki ciągle ją dręczył. Miała nieodparte wrażenie, że mogła tej tragedii zapobiec. Nie wiedziała, co się stało z Dawidem i niewiele ją to obchodziło. Ale doskwierała jej świadomość, że u młodej zdiagnozowano depresję. Jest taka mała i niewinna… a my chcemy posłać ich na wojnę? Nie rozumiem pomysłu, sensu, to nie w porządku, niech ktoś mi to wyjaśni. A może… może gdybym tak się nad sobą nie rozczulała, nie powstałby Phobos? Głupia jestem.

Likame udawała, że jest szczęśliwa. Po oczach widziała, że tak nie jest. Zieleń była przygaszona.

Raz czy dwa udało jej się przyłapać przyjaciółkę na płaczu.

– Tęsknię, kurwa, tęsknię! – Ryczała wtedy.

Jestem głupia, mówiła sobie Agafe. Mogłam jakoś inaczej zareagować, inaczej to rozegrać.. czemu wszystkich krzywdzę? Czemu? Może jak mnie kiedyś nie będzie i dam wszystkim spokój… Wtedy już będzie dobrze.

Dwa razy próbowała cofnąć wszystko to, co się wydarzyło.

Posłała Sheez’a na rozmowę z Astarothem.

Wysoki mężczyzna o krótkich, czarnych włosach i brązowych oczach miał na sobie szary garnitur. Siedział w wysokiej trawie pośród drzew i przyglądał się pierścieniu.

– Kurwa. – Mruknął.

Padł całkiem na ziemię.

– Joł, stary. – Odezwał się Sheez.

– Odpieprz się.

– No co ty, trochę narozrabiałeś. – Uśmiechnął się. – Idziemy na piwsko?

– Przecież i tak się nie schlejemy.

– Yep. – Usiadł. – Jesteś niemożliwie zazdrosny.

– Nie wiem, jak długo wytrzymam, bo mnie cholera bierze już.

– Ta. I co, zerwane zaręczyny?

– Mam cię porazić ogniem czy co, byś się odpieprzył?

– Spróbuję tylko załagodzić sytuację.

– Gówno cię obchodzi.

– Obchodzi mnie – spoważniał – bo nie lubię patrzeć na smutnych ludzi, a w szczególności na Agafe.

– Pierdoły.

Ale ona w jakiś czas później postanowiła sama spróbować.

Była blada jak śmierć, dygotała, ale w szarym lekko znoszonym stroju stawiła się przed demonem.

Spojrzał na nią wściekle i wrócił do oglądania diamentu w pierścieniu.

– Astaroth… ona tęskni…

Milczał.

– Mogłabym powiedzieć, by do ciebie przyszła, ale nie wiem, czy ma to sens…

– Nie ma. – Warknął. – Odpieprz się, albo coś ci zrobię.

Cofnęła się. Spuściła oczy. W trawę, zieloną jak spojrzenie Likame. Przełknęła głośno ślinę.

– Przepraszam… nie chciałam, żeby tak wyszło.. ja…

– Płaczesz?! – Zerwał się na nogi.

Głupia jestem, stwierdziła. Nie powinnam tu przychodzić. Ja… Przełknęła gulę kolejnych łez.

– Ja… nie lubię patrzeć na jej cierpienie… ja… nie wiem, co robić…

– Odejść. – Warknął. I spojrzał w jej oczy. Drżała jak osika. – Odejść. Nie wchodzić nam w drogę, rozumiesz? Bo na razie widzę, że zabierasz mi mój cenny czas!

– Ale… ja bym chciała ją wspierać i być przy niej, gdy mnie potrzebuje…

– Kiedy ona cię potrzebuje?! Ciągle płaczesz i ryczysz, ona ma tego dość! Serdecznie dość! Nic nie pomagasz!

– Przepraszam, ja pracuję nad sobą…

–Nie przepraszaj, bo to nic u ciebie nie znaczy! – Skuliła się tak, jakby zamierzała obronić twarz przed uderzeniem. – Ciągle to robisz! Bez przerwy! Myślisz, że to coś zmienia?! Że w ten sposób uratujesz świat?! Daruj sobie! Po prostu sobie daruj!

– Po prostu chciałabym ją widzieć uśmiechniętą…

– Powiedziałem ci, co masz zrobić!

– Ale… dlaczego? Przecież ci jej nie zabieram…

– Nie?! Jakbyście mogły, to byście siedziały cały tydzień razem! I wiecznie o tobie gada! Ile można?!

– Ale ja po prostu… nie uważam, żeby to było dla niej dobre…

– Tak? Nie potrafisz się poświęcić dla przyjaciółki?!

– No bo… bo widzisz, ja nie wiem… ale wydaje mi się, że ona… ona beze mnie też sobie nie da rady… chyba to widziałeś?

Roześmiał się.

– Myślałem, że nie będziecie tak często. Myślałem sobie, że czasem się zobaczycie, a nie, wy codziennie, z pocałunkami i pieszczotami! Myślisz, że przyjemnie mi na to patrzeć?!

– Nie… to znaczy… ja to rozumiem… ja wiem, bo… bo Taju też tak miała, ale… nie… nie musisz mnie krzywdzić. Proszę… Błagam… nie chcę patrzeć na jej cierpienie…

– Tak? Powiedz jej, że wrócę do niej. Pod warunkiem, że będziecie miały tylko jeden dzień dla siebie.

Zniknął.

Głupia. Chociaż… może jak wtedy dawała radę, to może i tym razem…

Wróciła do Dragon Arch. Wkroczyła do gabinetu przyjaciółki. Ta siedziała przy laptopie.

– Likame… mam może propozycję, żeby ci było lepiej.

– Hmm? Idziemy na piwo?

Właśnie, piwo.

Rudowłosa codziennie wypijała przynajmniej jedną Perłę.

– Dlaczego on jest taki głupi?! – Nawijała, jak się spiła większą ilością. – Przecież ja go kocham! I tak spędzałam z nim więcej czasu niż z tobą!

– Nie, kochanie. Pomyślałam sobie, że… byłam u niego i poprosiłam, żeby wrócił do ciebie. Powiedział, że się zgadza, jeśli będziemy… będziemy tylko w jeden dzień.

– Jełop jeden. – Wstała. – Idziemy do baru.

– Ale…

– Nie i jeszcze raz nie.

Agafe często przepraszała za to, co zrobiła. Że nie zareagowała na pretensje Astarotha.

– Przecież, skarbie, to nie twoja wina! Ale on jest dziwny… jak może być zazdrosny o przyjaciółkę? Sheez jakoś może z tym żyć.

Nie wiem, co zrobić, stwierdziła Władczyni Smoków. To bez sensu. Może odejść?

Nie.

Jestem taka głupia.

Za to przy nastolatkach była bardziej beztroska. Odkryła, że te dzieci nie są złe. Po prostu trafili na dorosłych, którzy mają ich serdecznie w dupie. I dlatego ich historia skończyła się tam, gdzie się skończyła… a może dopiero zaczęła? Ale po co je wysyłać na wojnę? Po co?

– Sheez…

– Tak?

– Dlaczego tworzymy coś takiego? Phobosa?

– Bo to dobry pomysł. Jak będziesz gotowa, to wkroczymy w Kram i zaczniemy porządkować świat. Nyssa tam wiecznie nie będzie rozrabiać.

Jedenastka. Rozumiem, czemu go torturujesz. Rozumiem nawet, dlaczego możesz chcieć mnie zabić… ale czemu, czemu mi to zrobiłaś?

– Kurwa. – Powiedziała pewnego dnia Likame. – Zamiast Kramu miałam dziś zdołowanego Astarotha.

– To… zgódź się. – Padła niepewna odpowiedź przyjaciółki.

– Nie! Kochanie… i tak za mało z tobą bywałam. Powinnam móc być z tobą, kiedy chcę, kiedy mnie potrzebujesz, tak? Na tym opiera się zdrowy związek.

Agafe załamała ręce.

* * *

Był jeszcze ktoś, kto zakochał się w Agafe.

Kobieta w ciele jedenastolatki, ubrana w złotą chustę i czerwoną sukienkę. Spacerowała warszawskimi ulicami, kiedy stwierdziła, że jej się nudzi.

– Pani moja, co mam robić? Nudzi mi się.

Zaopiekować się kimś, usłyszała w odpowiedzi.

Na stołecznym dworcu znalazła Marcina. Nastolatek chudy jak szkapa, o długich, czarnych włosach i niewinnych, błękitnych oczach. Niewinnych może z pozoru, bo gdy ją zauważył, od razu postanowił poderwać.

Zdziwiła się. Co ten czternastolatek ode mnie chce? Nie widzi, że jestem muzułmanką? A przynajmniej w ubiorze nią była. W imieniu i pochodzeniu również.

Fadwa w końcu uśmiechnęła się do zalotnika i zdecydowała.

Chodź, zaopiekuję się tobą, mały.

* * *

Kobieta o białoróżowych włosach i bursztynowych, kocich oczach miała na sobie czerwoną sukienkę. Stała w białej przestrzeni i z ogromną satysfakcją patrzyła na efekt rocznej pracy.

Przed nią na brązowym murze wisiały dwa szkielety owinięte w skórę. Żyły i były nagie.

Kosashiemu brakowało oczu, nóg i penisa.

Taju nie miała oka, ucha i piersi.

– Żałosne. – Mruknęła. – Nie chce mi się czekać, aż wasze dusze się rozlecą.

Podeszła do niego, położyła palce na jego sercu i czole, mruknęła coś.

Po chwili jego ciało rozprysnęło się na niknące światełka.

To samo zrobiła drugiej ofierze.

I wybuchnęła śmiechem.

A TERAZ NIECH SIĘ ZACZNIE ZABAWAAA!!!!

c.d.n.

Jeśli chcesz wesprzeć finansowo autorkę, by dalej mogła tworzyć, zapraszamy do prywatnego kontaktu z nią: https://www.facebook.com/aleksandra.jursza lub aleandrasn@gmail.com
Dzięki! <3

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Od pięciu lat stara się realizować swoje marzenie, by zarabiać na życie pisaniem. Prowadziła portal o kulturze Debiutext, później skupiła się na prowadzeniu bloga Wszystko od nowa. Współpracowała z wydawnictwem RW2010, obecnie szuka dofinansowania na swoje projekty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.