[AGAFE] Rozdział 16

Znalazła się na dachu. Niebo usłane gwiazdami i świetlistym księżycem w pełni jakby zapraszało do siebie. Chłodny wiatr dmuchnął w czarne włosy, podniósł szarą koszulę nocną. Nałożyła na to sweterek w tym samym odcieniu i podeszła do komina. Smutnym, brązowym spojrzeniem spojrzała w stronę wejścia. Mogłabym spróbować spać w pokoju… ale to znowu przyszło, nawet przy otwartych drzwiach… jestem taka beznadziejna…

Oparła się o ścianę, usiadła.

Likame, przepraszam. Wiem, że się o mnie martwisz, a ja nie potrafię nic z tym zrobić.

– Joł men. – Powiedział szatyn, stając w ciemnym garniturze naprzeciw dziewczyny. Jego włosy łagodnie falowały na wietrze. – Jesteś nie w humorze chyba? W pracy problemy?

– Nie wiem… – Odparła cicho. – Chyba nie daję sobie rady… nie wiem.

– Jak nie wiesz? – Zdziwił się.

– Z Dawidem rozmawiam, żeby nie zaczepiał dziewczyny… ale to nic nie daje. Nie wiem, co powinnam zrobić. Ech…

– Poczytać na ten temat?

– Może. Jestem taka głupia… – Mruknęła.

– Co się dzieje? – Kucnął przed nią i spojrzał w oczy. Dostrzegła w nich, tych błękitnych jego tęczówkach zatroskane niebo. Odwróciła wzrok.

– Jestem beznadziejna… – Szepnęła. – Ona… ona chciałaby, bym się leczyła, ale… ale ja nie potrafię nawet tego robić… nie potrafię tego zrobić dla przyjaciółki… bez sensu.

– Ale ty nie masz tego robić dla niej. – Pogłaskał ją po policzku. – Ani nawet dla mnie. Powinnaś to przejść dla siebie, żeby nie mieć dziwnych stanów i koszmarów. Żeby się częściej uśmiechać.

– Po co?… Przecież jestem taka głu

– Prosiłem cię, byś siebie nie obrażała…

– Nic nie potrafię zrobić… nic nie potrafię jej dać… jestem okropna…

– Przestań. – Zwrócił jej twarz ku swojej. – Właśnie przez terapię możesz nauczyć się lepiej ją traktować. Na pewno łatwiej będzie ci dawać. I nie mów tak brzydko o sobie, bo jesteś wspaniałą kobietą.

– Kłamiesz. – Jej lśniące oczy dotykały bólem.

– Wcale nie. Jesteś piękna w każdym calu, podobasz mi się i kocham ciebie. Zasługujesz na dobre rzeczy… masz w sobie… coś wspaniałego.

– Nawet nie potrafisz powiedzieć, co.

Roześmiał się delikatnie, w ten sam sposób przejechał palcami po jej twarzy.

– Bo piękno jest nieopisywalne. – Odparł poważnie i pocałował ją.

* * *

W błękitnej torebce w kształcie serca trzymała parę szarych spódnic i jedną czarną sukienkę. Ubrana w szarą koszulkę i dżinsy, przechadzała się po ulicach swego miasta. Czarne niebo bez gwiazd i księżyca nie przeszkadzało spacerowi. Latarnie w centrum dawały mocne, silne światło w żółtawym odcieniu. Wiatr lekko kołysał jej ciemne włosy, a ona zbliżała się do Parku Róż. Już ulicę przed nim wyczuwała ich zapach. Zajmowały wszystkie trawniki.

Znajdując się w bramie do parku, poczuła delikatną nutkę melancholii. Zauważyła, że ludzie jeszcze nie poszli spać. Niektórzy mieli ze sobą psa, a inni po prostu upajali się biało-czerwonymi kwiatami.

Uśmiechnęła się delikatnie i ruszyła w dół, po schodach. Zatrzymała się dopiero, gdy stanęła twarzą do stawu wielkości małego jeziora. Teraz błyszczało specyficznie w nocnych cieniach i światłach miejskich.

Kucnęła przy brzegu, włożyła dłoń w rękawiczce do wody. Pochlapała trochę.

Szkoda, że nikogo ze mną nie ma… Sheez mógłby mnie przytulić. Albo… albo George. A najbardziej tęsknię za Likame. Likame… przepraszam, nie chciałam cię denerwować. Przepraszam.

Rudowłosa w popołudnie, tuż po zajęciach, rozmawiała z nią, stawiając lody. Usiadły na przystanku i patrzyły, jak jeden za drugim tramwaj jedzie.

– Czemu nie chcesz na terapię, tego nie mogę zrozumieć.

– Bo ja nie umiem… nie wiem… nie wiem, jak miałabym opowiadać o tym wszystkim komuś obcemu.

A zeszyt od wspomnień leżał zarysowany Sailor Moon.

Westchnęła ciężko, wzdychając do wody. Poruszyła dłonią jeszcze raz. Ziewnęła. Podnosząc się, byłaby się przewróciła, noga jakoś się poślizgnęła.

Ale nie wpadła do wody.

Poczuła uchwyt w pasie.

Dziękuję, chciała powiedzieć, spoglądając w twarz ratującego. Chciała, ale zamarła. Jasne i krótkie złote włosy zabłyszczały w świetle latarni. Szare, zimne oczy wyrażały spokój i zaciekawienie.

Wrzasnęła, a świat się zatrzymał.

Ona jedna się wyrwała z dotyku. Padła na ziemię wstrząsana dreszczami.

– Nniee… nnie rób mmi kkrzywdy, bbłaggam…

Drżąc, podpełzła do najbliższego drzewa. Ten, który ją uratował, stał jak słup soli zaskoczony. Widział, jak dziewczyna kuli się w kłębek.

– Zadzwonię po policję. – Rzucił ktoś.

– Nie trzeba. – Odpowiedział inny, męski głos.

Sheez stanął nad i wziął ją za ramię.

– Nniee, zostaw mnie! Błagam, przestań!

Zaklął, ale wzmocnił uścisk.

Zniknęli.

Ludzie w Parku Róż chwilę patrzyli na puste drzewo, a potem wrócili do zajęć.

* * *

Likame westchnęła ciężko. Ziewnęła. Stała nad czarnym łóżkiem w błękitnym pokoju i miała na sobie ciemne, wąskie majtki. Zaraz powinien być, uśmiechnęła się i padła na wyro.

Pukanie.

Nawet nie zdążyła odpowiedzieć, a w drzwiach zobaczyła szatyna. Z mocno zatroskaną twarzą.

– Wybacz, ale dziś seksu nie będzie. – Odparł na jej zapytanie w oczach. – Tam w pokoju leży jedna, wielka kula strachu i chyba się nie uspokoi, dopóki ciebie nie zobaczy.

Zatkało ją. Złapała błękitną koszulkę i nałożyła.

– Atak paniki… – Dodał cicho, ale w pomieszczeniu nikogo już nie było.

Przyjaciółkę zastała rudowłosa w spazmatycznym płaczu, opartą o ścianę, w pozycji kłębka.

Nieszczęsna, dotknięta, krzyknęła:

– Nnie, zostaw mnie, błagam, proszę!

– Uspokój się.

Głos… ten głos…

Czarnowłosa spojrzała w zielone jak dojrzała trawa oczy. Ta trawa poruszała się niespokojnie.

– Likame… – Jęknęła i kurczowo chwyciła koszulkę towarzyszki. – Przepraszam… przepraszam… proszę, nie zostawiaj mnie… proszę…

Likame wtuliła w siebie Agafe.

Trwały tak nie wiadomo ile. Rudowłosa pogłaskała ciemne włosy partnerki, pocałowała ją. W co w ciebie wstąpiło, kochanie? Nie mogła liczyć na odpowiedź, bo trzymała w ramionach śpiącą istotę. Może uda mi się dziś z tobą zostać na noc… ale to chyba nie przez Sheez’a?

Sheez z Astarothem stanęli w drzwiach i głośno dyskutowali.

– To jest moja noc! – Warknął brunet w jasnym garniturze.

– Spóźniłeś się. – Przerwała ostro kłótnię Likame. – Teraz mam z nią całą noc.

– Nigdzie się nie spóźniłem! – Rzucił gniewnie i znalazł się przy narzeczonej. – Obiecałaś mi! Już dwa dni się dobrze nie parzyliśmy. A ty mi mówisz, że dziś nie będzie?!

– Przecież widzisz, w jakim jest stanie.

– Ona jest codziennie w takim stanie!

Pochwycił w ramiona rudowłosą i zniknęli.

Szatyn podszedł do dziewczyny i zobaczył, że ta ma otwarte oczy.

– Nie masz dość? – Spytał delikatnie. – Naprawdę nie masz tego dość?

– Mam… – Szepnęła niepewnie.

– Jakoś nie zauważyliśmy. Rozumiemy, że przeżyłaś tragedię, ale trzeba iść do przodu. I o to cię prosimy…

– Jak… jak mam pójść do przodu?… – Rękoma przygarnął ją, wtulił w siebie.

– Iść na terapię. Albo po prostu zaakceptować to, co się stało. WYBACZYĆ.

Spojrzała w jego oczy. Błękitne, jak niebo. Wyrażały smutek, troskę, miłość. Chmury szargane wiatrem.

– Ja przepraszam… ale… ale jak mam TO wybaczyć… jak… powiedz mi, jak, do cholery mam coś takiego wybaczyć?! Przecież ona… ja miałam wtedy dłonie w tych cholernych kajdankach, z tyłu, rozumiesz… a ona podeszła do mnie… z takim wzrokiem… – Płakała. – Z takim wzrokiem pełnym nienawiści. I ona stanęła nade mną… I ja nie mogłam uciec… nie mogłam po prostu, a ona wzięła za włosy, szarpnęła, kazała mi patrzeć w te jej oczy… w jej straszne… i ona mówiła do mnie, że jestem… jestem kurwą, dziwką, szmatą, że mnie nienawidzi… – Głos jej się dziwnie załamał. – Trzymała mnie tak i ona mówiła o mnie… że mnie nienawidzi, bo… bo ON MNIE KOCHA! ON MNIE KOCHA! I ona mówiła, że skoro jestem taką kurwą… że skoro tak bardzo z nim jestem… że jako szmata nie powinnam mieć do niej pretensji, że mnie tak traktuje… rozumiesz… i że nie sprawi mi wielkiej różnicy, jeśli… jeśli ten kutas wejdzie we mnie, jak wszystko będzie mnie bolało… i ona rzuciła mnie na podłogę… wyzywała dalej… mówiła, że jestem taką dziwką i do niczego innego się nie nadaję, jak do wycierania podłogi. Potem ona… ona… rozkraczyła… rozkraczyła mi nogi i przywiązała do podłogi… i powiedziała, że nie zasługuję na nic innego, jak tylko na to… i że jestem jebnięta… ja leżałam tak wtedy… nic nie mogłam zrobić… nic… a chciałam uciec… i ona wtedy wzięła bat… i… zaczęła mi… waliła nim w krocze… uderzała… to… bardzo bolało… potem, jak myślałam, że ona przestała… potem zaczęła uderzać w resztę ciała… I ona mówiła, że jestem gównem… i… i… Sheez…

– Mów dalej. – Szepnął do ucha. – Mów wszystko.

– I… i ona do mnie, że… że specjalnie zjadła, żeby mi to pokazać… po prostu… po prostu ona zzrobiła na mnie kupę… rozumiesz… leżałam tak… sama… potem przyszła i posprzątała… jak… uzdrawiała te rany, to mówiła, że robi tylko dlatego, żeby nie wkurwić Kosashiego… bo jako gówno nie zasługuję na nic lepszego…

Dygotała, ale nie płakała.

Pogłaskał ją po włosach, a potem pocałował w czoło.

Nie miał słów, nie umiał wyrazić tej plątaniny uczuć, którą pozostawiło po sobie zwierzenie Agafe.

* * *

Biła pięściami w klatkę piersiową Astarotha.

– Jak mogłeś! Jak mogłeś! Ona mnie potrzebuje!

Znajdowali się w białej przestrzeni, otoczonej niskim murkiem.

– Taa… – Mruknął. – I wczoraj, i przedwczoraj też cię potrzebowała. Likame, no nie przesadzaj. Poradzi sobie, nie jest przecież sama.

– Jestem jej przyjaciółką! – Wrzasnęła. – I mam tego dość!

– Mnie czy jej?

Zawahała się.

– Ja… – Padła na kolana. Oparła czoło o palce. – Nie lubię, jak jesteś tak zazdrosny. Ale też jak ją widzę taką nieszczęśliwą, to mi się serce kraje. I nie wiem, dlaczego ona nie chce sobie pomóc?…

– Bo się z nią cackacie, jak z ceramiką. – Pokiwał głową, zmierzwił czarne włosy. – Tu trzeba walić ostro, żeby szybko się skończyło i będzie spokój.

– Ta… jasne. Ja… nawet nie wiem, co się stało. – Stwierdziła smutno. – Powinnam być przy niej i ją wspierać…

Przytuliła się ramionami.

Pocałował ją w czoło i usiadł.

– Ale męczą mnie te jej smutki. – Podsumowała. – Nie umiem… dziś rozmawiałyśmy… mówiłam jej o terapii… że niby jak pójdzie, to nawet po dwóch miesiącach może wrócić do formy. Że nie może stać wiecznie w miejscu, tylko iść dalej… znowu mówiłam więcej, niż ona.

– Chory często się nie chce leczyć. – Skrzywił się. – Chociaż w tym wypadku dobrze by było, gdyby to zrobiła, bo chciałbym żyć. Z tobą.

– I chuj. – Położyła się. – Nyssa była i się zmyła…

– Jest, ale w Kramie. – Uśmiechnął się i położył dłonie na jej piersiach. – Tam całkiem serio rozrabia, ale myślę, że ona nie chce się rozpraszać… jeszcze katuje Kosashiego.

Włożył dłonie pod jej koszulkę. Zamruczała.

* * *

Cisza z ciemności przeniknęła ich ciała.

Czuli i słyszeli własne oddechy. Wzajemny uścisk, splot palców, odczuwali bardzo wyraziście. Grała do tego łagodna muzyka bicia serc.

Ale ta cichość, ten stan trwał w nich.

Nie potrzebowali żadnych słów do tego, by się wyrażać.

Patrzyli sobie w oczy.

Ona znalazła w jego błękicie niebiosa. Głębokie, przytulające, otwierające swe ramiona. Dające miłość.

On dojrzał w jej lśniącym, jak kryształ, brązie, ulgę. Gdzieś tam na samym dnie był smutek.

Chwila trwała. A może całe wieki tak się trzymali.

Wtopili się w ciszę. W taką: .

Brutalnie przerwaną przez słodką melodię z komórki. Podskoczyli.

– Myślałem, że mi serce wypadnie – zażartował Sheez, wyjmując z kieszeni spodni telefon. – Halo?

Po chwili rozmowy odłożył sprzęt na miejsce:

– Kochanie, masz siłę na zmierzenie się z jeszcze jednym okrucieństwem?

– Co się stało?

– Monika została zgwałcona.

– Co?… Ja…

Podniósł ją.

– Muszę… – powiedziała cicho, ni to twierdząco, ni to pytająco.

Przeniósł ich w jasny, beżowy korytarz. Przed drzwiami do damskiej toalety stało dwóch mężczyzn z czerwonym irokezem w wojskowych mundurach. Trzymali skutego Dawida.

– Co z tym łosiem? – Odezwał się jeden z nich.

I on jej to zrobił, pomyślała. Zacisnęła pięści. Tylko dlatego, że…

Że co?

Mogłam ją ochronić.

Czuła złość.

– Zabierzcie go. Gdziekolwiek i żeby nigdy nie stanął przed moimi oczami. – Powiedziała twardo.

– ? – Zareagował Sheez.

Zanim go zabiję, dodała w sobie. I wkroczyła do łazienki.

Na kiblu, na wpół rozebrana siedziała trzynastoletnia dziewczyna o złotych włosach z zielonymi pasemkami. Krótkie, lśniące w blasku żarówki. A zielone oczy wyrażały rezygnację, gorycz.

Nie płakała. Kiwała się smutno, patrząc przed siebie i jednocześnie nie patrząc.

Taki mały obraz rozpaczy, myślała wychowawczyni. I ona jak w to wniknie… nie chcę, żeby była taka jak ja… ja… mogłam ją obronić.

Ja, Władczyni Smoków.

Przełknęła głośno ślinę. Podeszła do zmaltretowanej i kucnęła.

Pewnie powinnam powiedzieć to, co inni… ale na ten ból to niewiele pomoże…

– Chodź do mnie, kochanie. – Powiedziała łagodnie, z miłością.

Monika drgnęła i nawet nie zdążyła się obronić, gdy została pochwycona i znalazła się w ramionach brunetki.

Gdybym tylko nie użalała się nad sobą… mogłam bardziej się zajmować tymi dziećmi… Mogłam ją obronić. Ja, Władczyni Smoków.

Przytulała, jak matka.

Czuła w sobie rosnącą moc.

Przeniosła ich na dach. Ciemnobłękitne niebo usłane było gwiazdami i srebrnym księżycem. Bezchmurne i spokojne, wieczne.

Gdybym tylko nie widziała Kosashiego i Taju tam, gdzie ich nie ma… mówili, iść na terapię, ale jak… nie chcę, nie chcę mówić obcemu człowiekowi o moim piekle. I nie chcę go przeżywać, nie chcę…

– Proszę pani… – Cicho, smutno. – Czy ja jestem przedmiotem?…

Jesteś wspaniałą kobietą, przypomniała sobie słowa Sheez’a Agafe. Nie jesteś śmieciem ani przedmiotem, jesteś wspaniałym człowiekiem. Człowiekiem.

– Kochanie… nie, nie. Nikt z nas nim nie jest. Nigdy nie myśl o sobie w ten sposób. Nigdy… nie popełniaj tego błędu, co ja.

Nie truj się koszmarami i wizjami tego dziada, dodała. Ja już tego nie chcę… nie chcę cierpieć znów i znów… nie chcę widzieć… złości Likame, smutku Sheez’a… zrobiono, to co zrobiono… i tego się nie zmieni. Ale… gdybym się nie zajmowała…

Mogłam temu zapobiec. Ja, Władczyni Smoków.

Zerknęła w niebo. Patrzyło z dystansem, patrzyło na nich ze świętym spokojem.

– Wiesz… – Szepnęła. – Jest nam bardzo trudno. Bardzo. I… przepraszam, że nie mogłam cię obronić, wybacz.

– To zabawne – łza jej się zakręciła w oku – to samo powiedziałam do mojej siostry.

– Ale kiedy jest ci bardzo źle… usiądź, połóż się gdzieś… gdziekolwiek, gdzie widzisz niebo. I je oglądaj przez godzinę…

Tak. Dlatego czułam, że jest to ważne, zrozumiała. I zaglądnęła jeszcze raz w górę. W ten stos dalekich błyskotek. Gwiazdy. Niebo! Niebo, nie chcę już więcej tego… nie chcę się zadręczać tym całym piekłem… tym wszystkim złem… Poczuła na twarzy łzy. Proszę, pomóż mi. Po co mam męczyć innych swoją niedolą? To, co się stało, to się już nie odstanie, prawda?… Chcę się opiekować Moniką, Kamilem i innymi… tak, jak powinna to robić pedagog. Nie. Tak, jak powinna to robić Władczyni Smoków. Proszę… nie wiem, jak to zrobić…

Drgnęła gwałtownie, ale trzymała mocno zasypiającą nastolatkę.

Koszmary wbiegły, wspomnienia rozłożyły się w pełni w umyśle Agafe.

Jak ją zamknęli. Jak głodzili. Zatruwali. Poniżali. Gwałcili, bili, bezcześcili.

Ale to było. Teraz mogę wtulić się w kochające ramiona anioła i zobaczyć uśmiech Likame.

Wszystko już było, wszystko już zaistniało, spełniło się, przetoczyło. Było straszne, ale przeminęło.

Ból też przemija. Wszystko przemija.

A ja teraz siedzę tu. Pod piękną płachtą nieba.

Umiem czarować.

Siła w niej kiełkowała, wzrastała, podchodziła do góry.

Przecież, jeśli przetrwamy najgorsze, nauczymy się żyć z okrucieństwem wspomnień…

Możemy się uśmiechać. A ja mogę skupić się na obronie przed Jedenastką.

Piekielne przeżycia zdmuchnął wiatr.

I zapanował spokój.

Obserwowała, jak gwiazdy trwały, a potem niknęły w coraz jaśniejszym niebie.

To ciemność zanika. We mnie.

I tak się stało.

Błękitne niebo, bez chmur, witało radośnie pod swoimi barkami wszystkie istoty, żywe czy martwe, ludzkie czy nieludzkie. Słońce ogrzewać poczynało mury miejskie, rozganiać chłodny wiatr, rozpalać nowy dzień.

Bo nowy dzień wstaje, odezwała się piosenka SDM w Agafe.

Nowy dzień.

Odpadły od niej koszmary zginęły w nowej rzeczywistości zapomniane. Nie, nie zapomniane. Duszy pragnienie i błaganie, a w końcu prośbę gwiazdy w końcu wypełniły, oczyszczając ją do cna. Całe ciało Agafe, cała ona w sobie wewnętrznie poczuła to jedno wrażenie: W-Y-B-A-CZ-A-M.

I trwała tak jakiś czas, między sobą a taką o ciszą: .

Ocknęła się Monika:

– Jest mi dobrze… – Szepnęła.

– Jestem przy tobie. – Pogłaskała po głowie. – I będę tak długo, jak uznasz za konieczne.

– Pani… mnie rozumie, prawda?…

– Rozumiem. I chcę, żeby nigdy, nigdy więcej nie powtórzyła się ta tragedia. Chcę… chcę, żebyś wiedziała, że nigdy nie pozwolę po tobie deptać.

Bo po mnie już chodzili. I teraz mam przyjaciół, dzięki którym żyję. ŻYJĘ. I muszę zrobić wszystko, by ich Nyssa nie zabrała.

Bo jestem Władczynią Smoków.

– Moniko…

– Tak?…

– Przepraszam cię. Mam nadzieję, że będę mogła ci to wynagrodzić… chociaż trochę. I… Moniko… dziękuję ci, dziękuję ci, że jesteś. Bardzo, bardzo dziękuję.

Trzynastolatka nie znalazła słów.

I nastała cisza.

Blondwłosa w pewnym momencie rozejrzała się:

– Gdzie jesteśmy?

– Na Dragon Arch.

Zerwała się na nogi:

– Jej! Naprawdę?! Na tym zadupiu, co miało być Doliną Krzemową?!

I wtedy stało się coś dziwnego.

Rozległ się śmiech.

Czarnowłosa, wychudzona kobieta w szarym ubraniu roześmiała się słodko.

– Tak. Tak.

– Ojej, jak fajnie! – Nastolatka już podbiegała do granicznych murków wieżowca.

– Nigdy nie słyszałem tak pięknej muzyki. – Stwierdził Sheez, stając przy ukochanej. Kucnął i spojrzał w jej oczy. Lśniły, jak zawsze. Ale miały w sobie jakiś spokój.

– Ja…

Przytulił ją:

– I mam nadzieję, że częściej będę mógł to słyszeć.

– Na pewno… Sheez… ja… przepraszam cię. Nie powinnam się nad sobą tak… tak rozczulać, bo mogę stracić wszystko… ja… no jestem Władczynią Smoków i powinnam was bronić…

– Oj tam, każdy ma słabsze chwile. Poza tym dla mnie będziesz i zostaniesz Agafe. Słodką, niewinną Agafe.

Pocałował ją.

I robił to długo i pieszczotliwie, pełen miłości.

A na dach korporacji weszła jej właścicielka w błękitno-czarnej sukience.

Spokojnie, pomyślała Likame. Przecież nie od dziś są razem.

– Agafe…

Ta wstała i podeszła do rudowłosej. Wtuliła się w nią.

– Przepraszam… – Mówiła cicho. – Ja… nie chcę psuć naszej przyjaźni, chcę byśmy były najlepszymi przyjaciółkami… I… i myślę, że teraz mniej będę sprawiać ci problemów. Obiecuję.

– Kochanie, nie płacz… Astaroth nie pozwolił mi tej nocy…

– Przepraszam. – Wytarła łzy. – Jestem taka zmęczona. Ale… obiecuję, że już nie będę się nad sobą tak użalać… że będę w stanie was bronić.

Ziewnęła przeciągle.

Czy… czy jak je ściągnę to dalej będę czuła ich okrucieństwo?, spojrzała na rękawiczki i zdarła je z rąk. Nie… nic nie czuję.

Szramy piętnowały dłoń. Ale nie piekły. Po prostu wyglądały ze skóry.

Powinnam się nauczyć żyć z tym wszystkim. Dla was.

c.d.n.

Jeśli chcesz wesprzeć finansowo autorkę, by dalej mogła tworzyć, zapraszamy do prywatnego kontaktu z nią: https://www.facebook.com/aleksandra.jursza lub aleandrasn@gmail.com
Dzięki! <3

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Od pięciu lat stara się realizować swoje marzenie, by zarabiać na życie pisaniem. Prowadziła portal o kulturze Debiutext, później skupiła się na prowadzeniu bloga Wszystko od nowa. Współpracowała z wydawnictwem RW2010, obecnie szuka dofinansowania na swoje projekty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.