Tak daleko jak nogi poniosą – wywiad z Łukaszem Superganem

Samotnie pokonał pieszo ponad 4 tysiące kilometrów wędrując z Warszawy do Santiago de Compostela w Hiszpanii. Przeszedł przez irańskie góry Zagros, co opisał w książce „Pieszo do irańskich nomadów”. Ponad dwa tygodnie temu zakończył trawers przez Islandię, pokonując 935 km. Łukasz Supergan – fotograf, pisarz i człowiek, który spełnia swoje marzenia.

/fot. archiwum Łukasza Supergana
Łukasz Supergan/fot. archiwum Łukasza Supergana

Za swoje długodystansowe wędrówki został nominowany do nagrody TRAVELERY National Geographic oraz zdobył dwa wyróżnienia na gdyńskich Kolosach. Jego podróże budzą podziw, są źródłem inspiracji oraz dowodem na to, że dzięki wytrwałości i determinacji można dosięgnąć niemożliwego.

Z Łukaszem Superganem rozmawia Anna Wójcik.

AW: Podróżuje Pan pieszo. Jak wyglądają przygotowania do takiej wędrówki?
ŁS: Kondycyjnie przygotowuję się bardzo mało, formę wyrabiam sobie przez pierwsze dni wędrówki. Natomiast bardzo ważnym elementem jest przygotowanie merytoryczne – tygodnie pracy z mapami, książkami, buszowania w sieci, czytania i robienia notatek. To pomaga w drodze, ale i buduje zasób wiedzy o miejscu, do którego jadę.

Czy posiada Pan swój „dekalog podróżnika” – zbiór zasad, których zawsze Pan przestrzega?
Tak, choć trudno je zawrzeć w jednym zdaniu czy nawet krótkiej liście.

Na pewno podróżować świadomie. Nie jechać gdzieś, kompletnie nie znając realiów miejsca. Przed wyjazdem czytam artykuły i książki o danym kraju. Staram się poznać zagrożenia, zwyczaje, tabu kulturowe, zasady społeczne. To ułatwia poruszanie się w nowym miejscu, „wejście” w nie i zmniejsza ryzyko popełnienia gafy.

Podróżować odpowiedzialnie, a więc nie szkodząc mieszkańcom. Iran jest krajem pozbawionym wolności. Rozmawiając z moimi gospodarzami, a potem spisując ich słowa, musiałem chronić ich tożsamość. Odpowiedzialność to też znajomość miejscowych mechanizmów ekonomicznych i wiedza, do kogo trafiają pieniądze, którymi płacę. Dzięki niej mogę wspierać lokalny biznes, zamiast instytucji rządowych czy korporacji.

Podróżować bez osądzania, gdyż nie mamy prawa ferować wyroków i oceniać kultur, których częścią sami nie jesteśmy.

Na koniec – podróżować tak, by podróż zmieniała nas samych w bardziej otwartych i tolerancyjnych ludzi, by nie była tylko urlopem.

/fot. archiwum Łukasza Supergana
Iran/fot. archiwum Łukasza Supergana
/fot. archiwum Łukasza Supergana
Iran/fot. archiwum Łukasza Supergana
/fot. archiwum Łukasza Supergana
Iran/fot. archiwum Łukasza Supergana

Jak pracował Pan nad książką „Pieszo do irańskich nomadów”?
Zasadniczy „szkielet” powstawał już w trakcie wyprawy przez Iran, jesienią 2014 roku. Jadąc do tego kraju wiedziałem, że piesze przejście przez mało odwiedzane regiony Środkowego Wschodu może być niezwykłe. Niewielu Europejczyków odwiedza te okolice. Już jadąc tam nosiłem więc w sobie cichą nadzieję, że może powstanie z tego coś więcej… Wiedziałem, że by móc napisać książkę potrzebuje dobrych notatek. Dlatego poświęcałem kilkanaście – kilkadziesiąt minut dziennie na ich prowadzenie. Obserwacje, osobiste przeżycia, rozmowy, własne emocje, przemyślenia – złożyło się to na 130 stron gęsto zapisanego notesu.

Po powrocie do Polski zwlekałem z zaczęciem pracy, mimo podpisanej umowy z wydawnictwem MUZA S.A., które samo zwróciło się do mnie z propozycją publikacji u nich. Brakowało mi tego początkowego „impetu”. W efekcie siadłem do pisania dopiero we wrześniu, ponad pół roku po powrocie. Maszynopis ukończyłem w połowie stycznia.

Moją przypadłością – jeśli można to tak nazwać – jest fakt, że bez dobrych notatek nie jestem w stanie stworzyć relacji z żadnej wyprawy. 90 procent wspomnień ucieka i nie sposób odtworzyć ich tylko ze zdjęć lub map. W efekcie przykładam się już na miejscu. To bardzo procentuje.

Ile słów trzeba znać w obcym języku, aby móc się w nim z kimś porozumieć?
Podobno trzysta wystarczy. W Iranie dużo rozmawiałem po angielsku, o ile trafiłem na osobę władająca tym językiem. Jeśli tak – była prawdziwym skarbem, gdyż mogłem zadać jej pytania, które dręczyły mnie przez minione dni. Z wieloma napotkanymi osobami nie miałem jednak żadnego wspólnego języka – porozumienie się po angielsku z kurdyjskim czy bachtiarskim pasterzem jest skazane na niepowodzenie. Wtedy uruchamia się jednak coś, co każdy podróżnik opanowuje, jeśli jest w drodze dostatecznie długo – język migowy: zbudowany z ruchów rąk, mimiki twarzy, oczu, obrazków rysowanych na kartkach. To naprawdę działa. Potrafiłem cały wieczór spędzić z ludźmi, znając najwyżej kilkadziesiąt podstawowych perskich słów.

Iran krajem paradoksu. Co Pana zaskoczyło najbardziej?
Możliwość szczerego rozmawiania o polityce i chwile, w których ludzie otwarcie mówili, że nienawidzą panującego tam systemu. Dlaczego mówili to obcemu? Przypuszczalnie wiedzieli, że nie będę im mógł zaszkodzić. Nie jestem donosicielem, a to pozwalało otworzyć się przede mną bardziej, niż przed niejednym sąsiadem.

/fot. archiwum Łukasza Supergana
Iran/fot. archiwum Łukasza Supergana
/fot. archiwum Łukasza Supergana
Iran/fot. archiwum Łukasza Supergana

Czy jakieś istotne wydarzenia zostały przez Pana pominięte w książce?
Nie. Przed spisaniem jej miałem za to dużą wątpliwość: czy dzielić się z czytelnikami moimi osobistymi refleksjami, które napływały do głowy podczas marszu? Oznaczało to obnażenie się, pokazanie swoich słabych punktów, wątpliwości, tego, co mnie boli i co podróżowanie odbiera. Mi odebrało wielu ludzi, których znałem, a z którymi straciłem kontakt. Góry i podróże stawiałem ponad związki w których byłem. Te myśli przychodziły do mnie w tej drodze. Czy miałem je uzewnętrznić, czy raczej zachować dla siebie? Postanowiłem, że będę szczery i widzę, że wyszło to książce na dobre: nie jest tylko suchą relacją, ale pokazuje podróż, jaką odbywałem w swojej głowie. Przez ostatnie miesiące usłyszałem wiele pozytywnych opinii, mówiących: dobrze, że napisałeś te rzeczy. Książka bywa miejscami osobista, ale może to właśnie jest jej siłą.

Pisze Pan, że czerpie energię z przebywania w samotności. Nie boi się Pan jej na starość?
Przez ostatni miesiąc wędrowałem samotnie przez Islandię i od wielu osób, które podróżowały po wnętrzu wyspy słyszałem o samotności, która po tygodniu czy dwóch stawała się przejmująca, wszechobecna. Ja przez ten miesiąc czułem się znakomicie we własnym towarzystwie. Nie uciekałem od ludzi. Cieszyłem się spotykając kogoś na drodze, mogąc porozmawiać z przypadkowym kierowcą czy strażnikiem parku narodowego. Zdecydowanie wolałem jednak iść sam, a ta samotność nigdy nie stała się nieprzyjemna.

A starość? Czasem nachodzi mnie myśl o tym, co będzie za 20-30 lat. Może ten osadnik, którego chyba nosze w sobie, zwycięży, a wtedy założę rodzinę i osiądę w miejscu. Na razie jednak się na to nie zanosi. Mam nadzieję, że gdy poczuję chęć zatrzymania się, będę miał dość odwagi, by to zrobić, porzucić moje obecne życie. Ale czy się boję? Nie. Po prostu postaram się przyjąć przyszłość taką, jaka będzie.

/fot. archiwum Łukasza Supergana
Islandia/fot. archiwum Łukasza Supergana
/fot. archiwum Łukasza Supergana
Islandia/fot. archiwum Łukasza Supergana

Niedawno zakończył Pan trawers przez Islandię i obecnie wędruje przez polskie góry. Kolejna podróż jest już w planach?
Nawet kilka. I oczywiście są to wędrówki piesze. Wciąż myślę o powrocie do Iranu, tym razem na pustynny wschód kraju. W głowie mam także kilka przejść długodystansowych w Europie, np. całego łańcucha Alp. Zimą planuję odwiedzić Karpaty Ukraińskie. Pomysły na nowe przygody przybywają szybciej, niż mogę je realizować, ta lista nigdy się więc nie skończy. Islandia była jednym z takich pomysłów, czekającym na realizację dość krótko, bo półtora roku, najwyżej dwa.

Islandia jest równie zaskakująca jak Iran?
Jest zupełnie inna. Tu i tam wędrowałem przez pustynie, realia obu krajów są jednak diametralnie odmienne. Iran kojarzy mi się przede wszystkim z ludźmi, mieszkańcami gór, których spotykałem codziennie i których starałem się poznać i opisać. Islandia to samotność i kontemplacja z dala od innych. To też miejsce, gdzie pogoda dyktuje warunki, zmieniając się kilka razy dziennie. Niewiele było na Islandii spotkania z ludźmi i ich kulturą, więcej z przyrodą i pustym krajobrazem.

Czy planuje Pan kolejne książki?
Ktoś spytał mnie już o relację z Islandii. Tym razem nie, zbyt krótka była to podróż. Ale kolejne książki – tak, nawet więcej niż jedną. Marzę o kolejnej opowieści z Iranu, kiedy uda mi się do niego wrócić. Być może któraś z europejskich wędrówek uwieńczona będzie podobnym reportażem jak ten irański. Najbliższy rok to jednak praca nad poradnikiem dotyczącym wędrówek i podróży pieszo. Decyzje o jego napisaniu podjąłem podczas marszu przez Islandię. To kolejny raz, gdy podróż pomogła mi podjąć jakąś ważną decyzję i pewnie nie ostatni.

Post Author: Anna Wójcik

Urodzona 23.02.1995, Brzeżanka i mól książkowy. Serialoholiczka. Mistrzyni nadinterpretacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.