„Echo pustyni” – Marcin Królik

cemetery-1500942_1280Pewnego deszczowego popołudnia krążyłem między bibliotecznymi regałami, nie mogąc się zdecydować, co wypożyczyć. Nagle mój wzrok zatrzymał się na grzbiecie jednej z książek w szeregu opatrzonym literą G. Wyciągnąłem ją zaintrygowany. Tytuł na okładce głosił: „Gorący oddech pustyni”. Autorem był Gustaw Herling-Grudziński. Otworzyłem spis treści i przeczytałem tytuły opowiadań. Jedno z nich szczególnie mnie zaciekawiło. Był to „Portret wenecki”.

Kilka lat temu widziałem nakręcony na jego podstawie spektakl teatru telewizji. Rolę starego pisarza, wspominającego osobliwy incydent z czasów, gdy tuż po wojnie przebywał we Włoszech, zagrał Gustaw Holoubek. W jego młodszą wersję wcielił się Piotr Adamczyk – wtedy znany głównie z dubingowania kreskówek. W obsadzie znalazła się też chyba Joanna Szczepkowska. Uwiódł mnie mroczny, owiany tajemnicą klimat tej historii, w której wyczuwało się dyskretną, lecz namacalną obecność zła, uosobionego w cherubińskim obliczu syna zdziwaczałej contessy.

Przeżywałem wtedy silną fascynację Grudzińskim. Pochłonąłem chyba wszystkie jego książki dostępne w szkolnej bibliotece. Pisałem o nim też wypracowanie maturalne. Mimo iż figurujący na liście lektur obowiązkowych „Inny świat” wyraźnie odstawał od jego późniejszych opowiadań, dostrzegałem w tym człowieku zabójczą artystyczną konsekwencję, nie mówiąc o wyśmienitym piórze. Próbowałem nawet naśladować jego styl.

Podałem „Gorący oddech pustyni” znudzonej bibliotekarce w granatowym swetrze i z włosami spiętymi w kok.

– To wszystko? – upewniła się. Zwykle opuszczałem naszą miejską bibliotekę z naręczami książek.

– Tak, dziś to wszystko. Dziękuję.

Gdy zmoknięty, z książką dobrze ukrytą w plecaku, wróciłem do domu, w kuchni zastałem Joannę gotującą zupę. Poznaliśmy się na pierwszym roku polonistyki w Pułtusku. Mieszkaliśmy wspólnie na stancji. Kiedy wiosną postanowiliśmy przenieść się do Warszawy, ona wybrała UKSW i początkowo pomieszkiwała w akademiku na Jelonkach. Później wynajmowała pokoje. Przydarzyło jej się w związku z tym kilka nieprzyjemnych przygód, więc na ostatnim roku zaproponowałem, by wprowadziła się do mnie.

Bez żadnych podtekstów. Zresztą miała chłopaka.

– Będziesz jadł?

– Na razie nie. – Zdjąłem kurtkę.

– Daj spokój. Siadaj – nalegała. Była miłą, gospodarną dziewczyną. A na dodatek udało jej się zarazić mnie poezją, przez co na krótko uwierzyłem, że sam potrafię ją produkować. – Co tak późno?

– Z autobusu jeszcze do biblioteki zaszedłem. Ale chlapa. Nie znoszę jesieni. W sumie chyba nie zaszkodzi coś gorącego.

Postawiła przede mną talerz pomidorówki z makaronem.

Po obiedzie zamknęliśmy się w swoich pokojach. Usłyszałem, że włączyła telewizor. Rozciągnąłem się na wersalce, czując, jak w głowie gęstnieje mi ołowiany ciężar. Deszcz siąpił hipnotycznie i od tego odgłosu prawie zasnąłem. Z pokoju Joanny dolatywała melodia czołówki jakiegoś serialu. Sięgnąłem po porzucony plecak i wydobyłem Grudzińskiego.

Jego chłodna, precyzyjna jak chirurgiczny skalpel i oszczędna jak kroplówka proza ponownie mnie zachwyciła. Odbyłem z nim podróż na nawiedzany przez duchy cmentarz południa, zastanawiając się, gdzie leży sekret tego niepowtarzalnego tonu, i co rządzi rytmem tej pięknej, dotykającej do żywego frazy. Pomyślałem, że tacy pisarze jak Grudziński są niebezpieczni dla tych, którzy chcieliby obrać ich za mistrzów. Łatwo mogą cię opętać, stłamsić twój dopiero co rodzący się głos. Przytłaczają głębią swych duchowych i biograficznych doświadczeń, do której ty – o ile nie będzie ci dany udział w żadnym dziejowym kataklizmie – nawet się nie zbliżysz.

Tak – pomyślałem – to stąd bierze się ich charyzma. To dlatego w ich słowach nawet rzeczy błahe zyskują blask niesamowitej ważności. Oni nie potrzebują kombinować, wdzięczyć się. Są… samoistni.

Czytałem więc dalej – o kacie, który jako staruszek został zatłuczony na śmierć przez bandę wyrostków, o nieubłaganym uporze Giordano Bruno wobec pragnącej skazać go na stos inkwizycji… Każde opowiadanie epatowało śmiercią, która kłębiła się tuż pod powierzchnią języka jak żywa czerń. Czuć było w tym wszystkim Henry’ego Jamesa i Edgara Allana Poe, do powinowactwa z którymi Grudziński w autotematycznych komentarzach otwarcie się przyznawał. Czytałem i byłem coraz bardziej pewny, że nigdy nie osiągnę takiego stopnia doskonałości warsztatu i emocji.

Czytałem, gdy Joanna zgasiła telewizor i gdy po prysznicu zawołała do mnie przez zamknięte drzwi „dobranoc”. I tak dotarłem do tytułowej historii. Grudziński opisywał w niej, jak trafił do szpitala i spotkał tam dotkniętego amnezją księdza. To właśnie ona była tytułowym gorącym oddechem pustyni, deprawującym osobowość i niszczącym duszę.

Odłożyłem książkę i zadumałem się nad tą dziwną, straszną metaforą. Możliwość dezintegracji umysłu przerażała mnie. Wolałbym chyba stracić wzrok, ogłuchnąć, a może i wylądować na wózku inwalidzkim, niż doczekać chwili, gdy mój własny mózg obróciłby się przeciwko mnie, rewoltując resztę ciała. Nie zniósłbym takiego upokorzenia. Przemknęło mi, że gdybym kiedyś zauważył u siebie choćby najdelikatniejsze objawy – zapominanie słów, gubienie się w znanych miejscach, mylenie imion – byłbym w stanie popełnić samobójstwo.

A potem pomyślałem: a takiego wała, nic byś nie zrobił. Nic byś nie zrobił, bo w ogóle byś nie wiedział, że coś się z tobą dzieje. Poddałbyś się temu bez słowa protestu, bez świadomości, że to następuje. Na tym właśnie polega podstęp pustyni. Mówisz tak, bo zakładasz, że w zwojach szarej materii istnieje jakieś twarde jądro człowieczeństwa, które bez względu na sytuację pozostaje nienaruszone i nie poddaje się biologii. Ale to nieprawda. Całe twoje jestestwo rozpuści się jak wrzucona do kibla rolka papieru toaletowego. Nicość wniknie w ciebie jak w masło.

Nicość – pustynia – otchłań…

I wtedy przypomniała mi się pani Gabrysia.

Gdy u niej pojawiły się pierwsze nieśmiałe objawy demencji, musiałem być chyba w siódmej albo w ósmej klasie. Na pewno nie mieszkaliśmy już na Błoniach. Parę lat wcześniej dostaliśmy spółdzielcze m3 w centrum. Długo nie mogłem do tej zmiany przywyknąć. Ciągle to Błonie uważałem za swój właściwy dom i wymuszałem na matce zostawanie tam od piątku aż do niedzieli wieczór. Po śmierci dziadka Antosia pękła najważniejsza emocjonalna nić łącząca mnie z dzieciństwem, więc i na Błonie zaglądałem coraz rzadziej. Słyszałem, że z panią Gabrysią coś zaczyna się dziać – była już po osiemdziesiątce – ale nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo jest źle. Uzmysłowiłem to sobie dopiero latem.

Jednym z kanonicznych obrazów zapamiętanych przeze mnie z dzieciństwa była ławka przed naszym blokiem i pani Gabrysia siedząca na niej ze swoją wnuczką Elką. Elka była niepełnosprawna. Spastyczna – tak to się chyba fachowo określa. Gdy robiło się ciepło, pan Bronek znosił ją z pierwszego piętra i spędzały na tej ławce całe dnie. Ponieważ nie układało mi się z okolicznymi dzieciakami, w wakacje zamiast ganiać za piłką, zwykle kręciłem się koło nich, słuchając, jak pani Gabrysia czyta Elce bajki albo śpiewa przedwojenne piosenki. Gdy w te wakacje wpadłem odwiedzić stare kąty, obie były jak zwykle na swoim miejscu. Zaszła tylko jedna drobna różnica.

Pani Gabrysia mnie nie poznała.

– O, Andrzejek – przywitała mnie wesoło. – Dawno cie tu nie było. – Sprawiała wrażenie zupełnie normalnej. Gdyby nie to, że pomyliło jej się imię, byłbym gotów uwierzyć, że wie, kim jestem.

– Nie, nie Andrzejek – poprawiła ją babcia Henia, która zobaczywszy przez kuchenne okno, że się zbliżam, wyszła przed klatkę.

– Nie? – Pani Gabrysia wyglądała na autentycznie zaskoczoną. – No pani patrzy, pani Heniu, a taki podobny. Ożeniłeś się już w końcu?

– To ja, pani Gabrysiu. – Podszedłem do ławki, żeby mogła mi się lepiej przyjrzeć. – Pamięta pani, jak czytała pani mi i Elce o przygodach Lucka? Albo jak na jesieni przychodziłem do was na górę i słuchaliśmy płyt Czerwonych Gitar?

– A, no tak! – Zaśmiała się skrzekliwie. Teraz widzę, że to ty. Chodź no tu, siadaj. Kiedy się wreszcie ożenisz, co?

Byłoby to nawet na swój sposób zabawne, gdyby nie było takie przykre.

– Nas jeszcze poznaje – powiedziała babcia, kiedy znaleźliśmy się w wypełnionej zapachem świeżo upieczonych jagodzianek kuchni. – Ale jeśli kogoś nie widzi kilka dni, jest właśnie tak, jak teraz z tobą.

– Może się opiekować Elką? – spytałem.

– Na razie jeszcze tak. Chociaż wszyscy tu po cichu ich pilnujemy. Czasem, jak czegoś zapomni, na przykład jakiegoś słowa, wpada w złość. Potrafi wtedy płakać albo się wydziera na Elkę. Mówię ci, synciu, tragedia. Herbaty ci do tych bułek zrobię, co?

Przez następne tygodnie pojawiałem się na Błoniach na tyle często, że pani Gabrysia zaczęła mnie wreszcie kojarzyć. Choć i tak potrafiła ni stąd, ni zowąd przechrzcić mnie na Andrzejka, by po chwili znów powrócić na właściwy tor. Czasem bywałem też Romeczkiem czy jakimiś innymi postaciami stworzonymi przez jej wyobraźnię lub – co bardziej prawdopodobne przy tej chorobie – wskrzeszonymi zjawami przeszłości. Zmiany zachodziły również na jej twarzy. Wydawała mi się coraz bardziej nieobecna, jak gdyby stopniowo przeistaczała się w maskę naciągniętą na kości. Szare, wodniste oczy patrzyły gdzieś w przestrzeń, gdzieś poza realnych ludzi, może poza sam czas – w mityczną krainę, w której mieszkał Andrzejek z Romeczkiem i Bóg wie, kim jeszcze.

Tego lata właściwie zacząłem odkrywać Błonie na nowo. Czułem się jak ktoś, kto wrócił po długiej podróży, i ze zdziwieniem rejestruje liczne przeobrażenia, które zaszły, kiedy go nie było. To, co działo się z panią Gabrysią, było może najbardziej spektakularne, ale było też wiele innych drobniejszych rzeczy.

Na przykład pan Bronek przeszedł na emeryturę. Ponad czterdzieści lat spędził za kierownicą autobusu i został mu charakterystyczny tik przebierania palcami, jak gdyby wciąż przeliczał bilety. Poza tym Głowaccy pozbyli się swojego białego fiata 125p i kupili nowego ciemnozielonego poloneza caro. Trudno było też nie zorientować się, że między panem Bronkiem i panią Czesią iskrzy jakieś dziwne napięcie. Choć się nie kłócili, sprawiali wrażenie obcych sobie ludzi. O uszy obijały mi się rozmaite plotki, nie przywiązywałem do nich jednak szczególnej wagi.

Zrozumiałem natomiast ponad wszelką wątpliwość, że to drugie, tajemne, pulsujące podskórnie życie zawsze toczyło się na Błoniach. A ludziom, z którymi dorastałem, zawsze towarzyszyły ich cienie. Niekiedy nawet je widywałem, ale po prostu byłem za mały, by pojąć, czym są. Dziecięcy umysł jest bardziej wyczulony na jasne widmo, doskonale odfiltrowuje to, czego nie umie lub nie chce zinterpretować. Fakt, że teraz odbierałem wibracje tej podprogowej, cienistej rzeczywistości, pozwolił mi ostatecznie zaakceptować banalną prawdę, że nie jestem już stąd.

W miarę jak kończył się sierpień, pani Gabrysia odpływała coraz dalej i dalej w świat swoich poplątanych rojeń. Zapadała w drzemki, z których nagle się budziła, i obrzucając widoczny z ławki skrawek ulicy nieprzytomnym spojrzeniem, coś tam sobie mamrotała pod nosem. A po chwili znów ogarniał ją stupor.

– Ale przyprowadzisz ją. Obiecaj, że ją przyprowadzisz – błagała mnie, a ja nie miałem siły po raz enty tłumaczyć jej, że mam dopiero piętnaście lat, i że ożenię się dopiero za dziesięć, o ile w ogóle.

– Tak, tak, przyprowadzę ją – kapitulowałem.

W pewnym sensie było to gorsze od strasznych trzech dni, podczas których dziadek Antoś po wylewie umierał w szpitalu, dosłownie z godziny na godzinę niknąc pod siecią rurek i kabli. Tamte wspomnienia wciąż były we mnie żywe i widok pani Gabrysi je pobudzał. Nie byłem do końca pewien, czy jestem wierzący, ale wielokrotnie nawiedzała mnie myśl, że to, co się z nią dzieje – jak również to, co wydarzyło się z dziadkiem – zaprzecza istnieniu nieśmiertelnej duszy. Gdybym kiedykolwiek potrzebował na to dowodu, miałem go jak na dłoni.

Po ukończeniu podstawówki wyjechałem do liceum z internatem. W styczniu zmarła Elka, co dodatkowo pogłębiło moje poczucie, że pewien świat, w którym niegdyś byłem zakorzeniony, nieodwołalnie przeszedł do historii. Nie myślałem o tym jednak za wiele, podobnie jak o pani Gabrysi i tym, jak musiała przeżyć śmierć wnuczki. Miałem teraz nowych znajomych i nowe sprawy. Najważniejszą z nich zaś była powieść, którą zacząłem pisać w wolnych chwilach na zajęciach z informatyki.

Poza tym okazało się, że drzemie we mnie talent aktorski. Przed Bożym Narodzeniem wystawiliśmy jasełka według Schillera, w których brawurowo zagrałem Heroda, i przez kilka tygodni pławiłem się w zasłużonej sławie. Życie było piękne, a ja czułem, że będę z niego czerpał pełnymi garściami. Na wiosnę spodziewałem się dokończyć powieść. A jako że był to dziejący się w amerykańskich realiach thriller o seryjnym mordercy, publikację i sukces miałem jak w banku. Nie było tu miejsca na stare duchy.

Gdy przyjechałem na ferie, matka doniosła mi, że demencja pani Gabrysi gwałtownie się posunęła. Rzadko kogoś teraz poznawała. Zaczęła też załatwiać się do pieluch.

– Krzyż pański mają tam z nią – stwierdziła matka, zaciągając się papierosem.

W lipcu poleciałem na obóz językowy do Anglii i powróciłem z niego totalnie zakochany w jednej piersiastej Dunce. Czas upływał mi na rozpamiętywaniu upojnych chwil pod osrebrzonymi księżycem dębami, nagrywaniu na kasety długich, pełnych płomiennych wyznań listów i wyobrażaniu sobie, że najpóźniej za rok wysiądę z samolotu na lotnisku Kastrup i rzucimy się sobie w objęcia. Zaplanowałem już resztę życia. Kończę szkołę, potem wyjeżdżam do Danii studiować psychologię, a w międzyczasie doskonalę język, przyjmuje duńskie obywatelstwo i bierzemy z Karin ślub.

Szkoda tylko, że pani Gabrysi nie będzie już wtedy wśród żywych. Nie będę mógł więc spełnić jej prośby.

Pewnego sierpniowego popołudnia zadzwonił telefon. Byłem w domu sam, bo matka poszła po pracy na Błonie. Dopadłem do słuchawki, sądząc, że to Karin.

– Cześka i Bronek mieli wypadek – dobiegł mnie przybrudzony nikotynową chrypką głos matki. – On zginął na miejscu, ona jest w szpitalu w Warszawie. Podobno ciężki stan. Siedzimy tu z Gabryśką. Nie wiem, kiedy wrócę. Zrób sobie kolację.

– Ona wie? – bąknąłem zszokowany.

– A skąd. Co pięć minut się dopytuje, gdzie są. Mówimy jej, że wyjechali. Nie wiadomo, co będzie z Cześką. W Warszawie jest Jadźka – ta jej kuzynka. Dzwoniła niedawno, że jeszcze ją operują.

Już chciałem powiedzieć, że nie ma sensu jej okłamywać, skoro i tak za chwilę zapomni, lecz ugryzłem się w język. Wiadomość o śmierci pana Bronka rąbnęła mnie jak młot.

– Ale jak to się właściwie stało?

– W Warszawie byli na zakupach. Podobno już wracali. Jadźka mówi, że puknęli czołowo w autobus. Poldek skasowany, nie ma co zbierać. Strażacy musieli karoserię ciąć, żeby ich wyjąć. Dobra, lecę – zakaszlała sucho.

Nagle Karin i cała moja świetlana duńska przyszłość rozpierzchli się jak efemeryczny dym, którym zresztą byli.

Zginął na miejscu – trajkotało mi w głowie jak zepsuta płyta – zginął na miejscu… musieli karoserię ciąć, żeby ich wyjąć.

Wyobraźnia podsunęła mi natychmiast makabryczną wizję kupy poskręcanych blach i zakrwawionych ciał z powbijanym w skórę szkłem. Zginął na miejscu. Zginął na miejscu. Zginął na miejscu.

Matka wróciła tuż przed północą.

– Cześka żyje, ale cały czas jest nieprzytomna – poinformowała mnie znużona. – Przy Gabryśce dyżury, dopóki Jadźka nie zdecyduje, co robić dalej.

Następnego dnia poszedłem na Błonie. U Głowackich panował taki ścisk jak wówczas, gdy do naszego miasta zawitał pielgrzymujący po Polsce obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i prawie cały blok zebrał się na nocnym czuwaniu u Leśniewskich z drugiego piętra. Zeszły się baby z obu klatek i jeszcze kilka z sąsiednich bloków. Chyba głównie, by mieć jutro o czym plotkować. Unosił się nastrój stypy. Rozmawiano przyciszonymi głosami. W kuchni gwizdał czajnik.

Nagle uświadomiłem sobie, że znajduję się w domu śmierci, i że każdy kąt tutaj został przez nią naznaczony. Zwłoki człowieka, który jeszcze wczoraj korzystał z tej łazienki, siedział na tym fotelu i patrzył na ten telewizor, właśnie stygły w kostnicy. Jego ręka dotykała tej samej klamki, którą przed chwilą dotknąłem ja. Pod pokrytą ciemną boazerią ścianą z wieszakami stały jego kapcie, które zdjął przed udaniem się w ostatnią drogę swojego życia. Gdybym się teraz pochylił i je powąchał, być może wciąż wyczułbym zapach jego stóp. Na jednej z nich wisiała w tej chwili karteczka z danymi denata.

– No i pani powie, tyle lat na autobusach i teraz autobus go zabił – dywagowała jedna ze stojących w przedpokoju bab.

– Odbicie słońca w szybie tamtego może go oślepiło – podjęła wątek inna.

– Na mój gust to oni się o coś poprztykali – przyłączyła się trzecia. – Zdenerwował się, stracił panowanie nad kierownicą i…

– Może o tego małego – wtrąciła pierwsza, poprawiając narzuconą na ramiona kolorową chustę.

– Może być, że to naprawdę jego? – zapaliła się trzecia.

Ta z chustą zobaczyła mnie i trąciła łokciem swoją towarzyszkę. Obie zwróciły wzrok w moim kierunku i natychmiast zamilkły.

Przepchnąłem się przez tarasujący przedpokój tłum i zajrzałem do dużego pokoju, w którym niegdyś sypiała pani Gabrysia z Elką. Przy szafie jakby nigdy nic stał wózek inwalidzki Elki. Siedziała na nim pani Gabrysia. Bardzo się posunęła, odkąd widziałem ją ostatni raz. Zawsze tęga, schudła dobrych kilkanaście kilo, a zwiędłe płaty żółtej, pomarszczonej skóry zwisały z jej twarzy i szyi jak stopiona charakteryzacja.

Babcia Henia usiłowała podać jej jakieś pigułki na łyżce z wodą. Pani Gabrysia odwracała głowę, ilekroć łyżka trąciła jej wargi. Przypomniało mi się karmienie Elki, którego wielokrotnie byłem świadkiem. Pan Bronek stawał za wózkiem i trzymał jej głowę, a pani Czesia wtykała jej do ust rozdrobnione jedzenie. Elka wyginała się w łuk i kawałki jedzenia spadały na śliniak, który miała zawiązany pod szyją. Najgorzej było z zupą. Łyżka nieraz lądowała na dywanie lub na sukience pani Czesi. Karmienie prawie zawsze wieńczył wybuch jej wściekłości.

– Nie chcę! – jęczała pani Gabrysia. – Zabieraj to, ty głupia kurwo! Zostaw mnie. Gdzie Bronek? Elunię trzeba położyć spać.

– Bronek przyjdzie później – tłumaczyła jej babcia, jakby perswadowała coś upartemu dziecku. – A to jest takie lekarstwo na uspokojenie. Będzie ci się po nim lepiej spało.

– Nie chcę! Gdzie Bronek. Syrena wyje. Do piwnicy trzeba zejść.

– Bronek jutro przyjedzie. No weź lekarstwo. – Jakimś cudem udało się babci wcisnąć łyżkę między bezzębne dziąsła.

Pani Gabrysia natychmiast wszystko wypluła. Zdałem sobie sprawę, że w zatęchłym powietrzu oprócz woni leków unosi się też smród szczyn.

– O, zobacz, kto do ciebie przyszedł – powiedziała babcia, wskazując palcem na mnie. Zbliżyłem się.

– Dzień dobry – powiedziałem głośno.

Podniosła na mnie oczy, ale nie było w nich nic poza przelewającą się nicością. To były oczy przestraszonego zwierzęcia. Nagle jej suche wargi rozchyliły się i wyskrzeczała coś, co mnie zmroziło:

– Wiesz, że Bronek nie żyje, a oni nie chcą mnie do niego puścić?

Odsunąłem się.

– To nic, ma czasem takie przebłyski – szepnęła babcia, kładąc palec na ustach w geście nakazującym milczenie.

Głowa pani Gabrysi powoli opadła na pierś.

– Przyjdą do wsi Żydków szukać – zadudniła nienaturalnie głuchym basem.

W nocy długo leżałem, gapiąc się na jakieś teledyski, ale nic z nich nie rozumiejąc. Wspominałem sceny sprzed dziesięciu i mniej lat, które mimo to wydawały się należeć do innej epoki. Oto Głowaccy wybierają się na wczasy na Mazury do ośrodka pracowniczego Pekaesu. Co roku dostają dokładnie ten sam domek. Przez te dwa sierpniowe tygodnie ławka jest aż nazbyt pusta i właściwie nie ma po co wychodzić. Kiedy wracają, nawet pani Gabrysia sprawia wrażenie szczęśliwszej.

O, albo coś takiego: niedziela, oglądam coś w telewizji i nagle pan Bronek woła z dworu: „Do lasu z nami jedziesz?” Pytanie! Jasne, że jadę. Pakuję się na tylne siedzenie ich dużego fiata i pół godziny później rozbijamy obozowisko na niedużej, zasłanej sosnowym igliwiem polance. Elkę pan Bronek sadza na wyjętym z bagażnika wózku, pani Gabrysia siada na rozkładanym fotelu i czyta nam na głos książkę, podczas gdy pani Czesia i pan Bronek zbierają grzyby. A niekiedy prosi, żeby nastawić w samochodzie radio, i słuchamy „Matysiaków” przez otwarte drzwi. Wieczorem jestem brudny, zmęczony i szczęśliwy.

Właśnie to robi z tobą śmierć. Zabiera bliskich ci ludzi, lecz także wyostrza związane z nimi wspomnienia. Każe ci się na nowo wobec nich określić. Tak samo było przecież z dziadkiem. Tak jest zresztą zawsze.

Gdy nazajutrz poszedłem na Błonie, zastałem tam identyczną sytuację jak poprzedniego dnia. Babcia Henia nocowała z panią Gabrysią. W Warszawie pani Czesia odzyskała przytomność i kuzynka Jadźka ostrożnie powiadomiła ją o śmierci męża. Podobno zniosła to nieźle, co należało przypisać działaniu leków przeciwbólowych. Nie była mocno ranna. Odłamki przedniej szyby pokaleczyły jej brzuch. Poza tym złamana ręka i ogólne potłuczenia. Życie uratowały jej pasy. O pogrzebie na razie nie było mowy. Policja prowadziła śledztwo i niezbędna była sekcja zwłok.

– Trzeba jej w końcu powiedzieć – zadecydowała babcia.

Sąsiadki się z nią zgodziły, lecz przezornie wycofały się do przedpokoju. Też chciałem wyjść, ale zmieniłem zdanie.

Pani Gabrysia, ubrana w czystą sukienkę, siedziała na wózku. Zauważyłem, jak cienkie ma włosy i jak prześwitują przez nie placki odrażającego różu. Babcia stanęła prosto przed nią i zaczęła mówić. Pani Gabrysia nawet nie podniosła zwieszonej na piersi głowy.

Początkowo nie było żadnej reakcji i pomyślałem, że słowa babci w ogóle do niej nie dotarły. Babcia chyba też doszła do takiego wniosku, bo już otwierała usta, by powtórzyć. I wtem z tej zwalistej, pływającej w fałdach pomarszczonej skóry bryły zaczął się dobywać głęboki studzienny jęk. Przez kilka ciągnących się w wieczność sekund narastał, aż zmienił się w podobny do beczenia owcy krzyk, a następnie w rozdzierające wycie, które wstrząsało tym wciąż, mimo znacznej utraty wagi, wielorybim cielskiem.

Miałem wrażenie, że zaraz trzasną mi bębenki. To był nieludzki, w jakiś sposób biologiczny i pierwotny dźwięk, wibrujący cierpieniem, jakie mogłaby odczuwać na przykład suka, gdyby ktoś zabił jej szczenięta. Jednak zarazem było w nim słychać panią Gabrysię – taką, jaka była kiedyś. Tak jakby nagle spowijające jej umysł chmury rozstąpiły się, po raz ostatni wpuszczając do jej wnętrza realny świat.

Usłyszałem, jak babcia nakazuje komuś wezwanie pogotowia. A potem wszystkie pasma wypełnił ten udręczony, niekończący się wrzask. Pomyślałem, że będzie tak krzyczeć, dopóki nie pęknie jej serce lub jakaś żyła w tym skołowaciałym mózgu.

Teraz, prawie osiem lat później, przepełnione grozą i rozpaczą echo tego krzyku znowu mnie dosięgło. Tak jakby cały czas czaiło się gdzieś za moimi plecami. Deszcz ustał, a ja powoli wywikływałem się z labiryntu pamięci. Książka, którą położyłem na podołku, udając się w podróż do przeszłości, zsunęła się na dywan i teraz leżała w żółtym świetle lampy grzbietem do góry.

Pani Gabrysia zmarła chyba na jesieni tamtego roku. Krzyk na wieść o śmierci zięcia był jej ostatnim komunikatem wysłanym do rzeczywistości. Pragnąłem wierzyć, że naprawdę istnieje jakaś niezniszczalna cząstka ludzkiego bytu, która po wyzwoleniu z lotnych piasków materii jednoczy się z wszechświatem.

Pragnąłem uwierzyć, że nie jesteśmy tylko falą gorącego powietrza na pustyni.

Post Author: Marcin Królik

Jedna myśl o “„Echo pustyni” – Marcin Królik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.