[AGAFE] Rozdział 15

– Denerwujesz się? – Zapytała Likame, oglądając eleganckie, biurowe koszule w sklepie odzieżowym.

– Nie… trochę. – Agafe wzięła szarą, z małym dekoltem i krótkimi rękawami. – Ta może?…

– Spódnicę masz szarą – burknęła. – Musisz chodzić cała w tym kolorze?

– Przepraszam… – Odłożyła towar. – Ja… po prostu mnie ten kolor pociąga… nie denerwuj się, proszę…

Rudowłosa, nieco zmieszana swoim wybuchem, spojrzała na przyjaciółkę. Ta wyglądała bardzo niepewnie. Ubrana w szarą sukienkę z niebieskimi sandałami stała i czekała. Po chwili ciszy odezwała się:

– Nie chciałam cię zdenerwować, wybacz… może… jaki kolor powinnam wybrać?

Nie, to straszne, stwierdziła Likame. Ona powinna móc wybierać, co che… tylko… ten jej kolor… nie widziałam jej w innych barwach od pół roku…

– Przepraszam – odezwała się cichym, może płaczliwym tonem. I wzięła w objęcia towarzyszkę. – Ja… nie chciałam cię wystraszyć. Powinnaś móc chodzić w tym, w czym chcesz. Ale… od dawna nie widziałam cię w czymś innym.

– Czy ja… ja nie chcę cię denerwować. Może powinnam coś innego zakładać, nie wiem.

– Kochanie… kochanie, po prostu szary mnie denerwuje, bo jest taki smutny. Jeszcze cię pamiętam, jak chodziłaś w beżach i paplałaś więcej, niż ja teraz.

– Tęsknisz za tamtą…

– Nie. Nie, tęsknię za twoim uśmiechem. – Spojrzała w jej brązowe oczy szklistym spojrzeniem. – Wiem, że nie jesteś szczęśliwa. Wiem. Ale nie wiem, jak mogę ci pomóc, bo mi nic nie mówisz…

– Ja… nie chcę cię martwić… ani nic… zresztą, siedzę na dachu i rozmawiam często z tobą albo z Sheez’em… to mi wystarcza, ale ja po prostu muszę sama… muszę sama się uporać z tymi demonami. – To nadal we mnie jest i nie wiem, kiedy odejdzie. Czy kiedykolwiek mnie opuści? Czy kiedykolwiek przyśni mi się coś miłego? Albo… – Przepraszam, ale chyba nie ma sensu u ciebie rozdrapywać ran.

– Może terapia?… Może to by ci pomogło?…

– Nie, nie potrzebuję. – Potrzebuję, wiem, ale… nie, nie, myślę, że dam radę. Już jest lepiej. Naprawdę.

– Sheez mówił coś innego.

– Przepraszam… a… jaki kolor powinnam wziąć?

* * *

Leżały na dachu. Błękitne niebo gościło baloniaste chmury. Ciepłe powietrze muskało ich skórę. Agafe położyła głowę na piersi przyjaciółki i zasnęła. Likame zielonymi, spokojnymi, oczyma wpatrywała się w widok nad sobą. Martwię się o nią, stwierdziła. Może trochę mniej miewa koszmarów, ale ciągle przez nie cierpi. I nie wchodzi do pokoju. I nie chce iść na terapię. Jak długo jeszcze wytrzyma? Bo nie bardzo wiem, jak ją wspomóc, a… ach. W dodatku jutro pierwszy dzień pracy.

Westchnęła ciężko. Dlaczego musiała przez to przejść? Ale z drugiej strony… już tyle czasu minęło… a ona dalej się z tym buja. Jak mam ją zachęcić do terapii? No, jak? Przecież widzę, że się męczy i chodzi wiecznie niewyspana, nie chcę jej do niczego zmuszać, ale czasem po prostu nie mogę na nią patrzeć… nie w tych szarych kolorach. Dlatego… Agafe, przepraszam. Wiem, że mnie potrzebujesz, ale ja po prostu… łatwiej mi się zanurzyć w ciele Asa… bo on jest taki przystojny i beztroski. Mam nadzieję, że Sheez ci daje to, czego potrzebujesz. Powiedziałaś, że on cię kocha… na pewno? Bo jeśli nie, to mu porachuję wszystkie kości i masz na to moje słowo. Ale chyba daje. Ech… kochanie.

Było coś przyjemnego w nic nierobieniu. Błękit bawił się obłokami, które gościł na sobie. Już nie balony, a zupełnie rozmazane kształty, które tworzyły jedną ciapę.

* * *

Phobos. Ta nazwa przewijała się przez wszystkie ostatnie miesiące nie tylko wśród założycieli. Także u nastolatków od trzynastu do osiemnastu lat, którzy wyjechali autobusem do niego. Teraz ich wóz stanął naprzeciw ogromnego, szklanego budynku, który ciągnął się, jak wąż, roszcząc sobie miejsce wśród lasu. Nie mogli dojrzeć jego końca, ale szkło błyszczało w słonecznych promieniach, niby wesoło ich witając. Budowla na dziesięć pięter, gościła na dachu ogród.

Młodzież prowadzona przez trzech wojskowych, minęła napis MŁODZIEŻOWY OŚRODEK WYCHOWAWCZY PHOBOS i dalej z jakąś informacją o szczegółach. Któryś z wychowanków próbował go rozwalić, ale nie zdążył, szybko pogoniony przez wojaka do środka.

Stanęli na niebiesko-czarnej mozaice, w której przedstawiono bawiące się smoki. Ściana od strony automatycznych drzwi była wypełniona pustymi, jasnymi gablotami z drewna. Po drugiej strony stała winda, schody i drzwi do różnych pomieszczeń.

Grupa zaczęła być rozdzielana. Sześciu najmłodszych nastolatków zostało odprowadzonych do sali na piętrze. Byli spokojni, jakby onieśmieleni bogactwem i nowoczesnością miejsca. Nic tu kurwa nie pasuje, pomyślał Kamil. Miał krótkie, czerwone włosy i piwne oczy. Ubrany w czarną koszulkę i dżinsy, na plecach torbę podróżną. Zwykłe ośrodki tak nie wyglądają. Nigdy w życiu, zwłaszcza w Polsce. Coś tu nie halo?

Znaleźli się w zielonej sali, na której ścianach widniały srebrno-złote wzorki. Pod nimi stały ciemne stoliki, a na środku czerwone krzesła, ułożone w okrąg.

Kazano im zająć miejsca, więc nastolatki rzuciły byle jak bagaże w kąt.

– WSTAĆ! BACZNOŚĆ! – Ryknął wojak po tym, jak przybyli zdążyli się napić wody. Niektórzy wylali napój, inni się opluli. Kamil miał już na głowie słuchawki i właśnie uruchamiał muzykę. Zdezorientowana szóstka ludzi wykonała polecenie.

A przynajmniej tak im się wydawało.

Z korytarza dobiegł ich perlisty śmiech. Do sali wkroczył roześmiany, wysoki mężczyzna o długich do kolan brązowych włosach spiętych w koński ogon. Miał na sobie wojskowy mundur i popatrzył roześmianymi oczyma na grupkę nastolatków.

– Co to ma być? – Odezwał się wesoło. – Bacznością bym tego nie nazwał… Dobra, młodzieży polska, siadać. Potem nauczymy się, o co kaman. Jak widzicie, szanowni państwo, nie znajdujecie się w typowym miejscu. Postaraliśmy się dla was przygotować parę nadprogramowych rzeczy, w tym ten budynek. Trafiliście do gimnazjum o podbudowie wojskowej. Potrzebujemy waszej pomocy w pewnej przygodzie, ale całkiem serio rozgrywanej. Gwarantuję świetną zabawę i duży rozbryzg krwi.

– Przestań pan pierdolić. – Żachnął się Kamil. – Nikt nam nie mówił o wojsku, tylko gadali o resocjalizacji. Akurat by dali nam broń – prychnął lekceważąco.

– Nie obrażaj mnie. – Spoważniał. – Bo tak szczerze, wy tu przejdziecie pełną resocjalizację. A jeszcze szczerzej, to państwo ma was w dupie i nie ma nic przeciw, żeby was posyłać na śmierć. Niestety.

Niespokojne milczenie.

– Jeżeli będziecie grzeczni – kontynuował przybysz – to poznacie wiele fascynujących rzeczy. Jeśli nie będziecie… no cóż, nie wybrniecie z tego gówna, w które wdepnęliście, tak łatwo. Ale za około pięć minut zjawi się wasza wychowawczyni i macie ją, kurwa, szanować i słuchać. I nie chcę widzieć żadnych wybryków, jasne?

Nikt nie odpowiedział.

– JASNE?! – Ryknął.

Wszystkich przeszły ciarki po plecach. Trochę straszne to miejsce, przemknęło przez głowę Kamilowi.

Usłyszeli z korytarza kroki. W wejściu stanęła średniego wzrostu kobieta o czarnych do ramion włosach i brązowych, niezwykłych oczach. Miała na sobie szarą sukienkę z czarnymi kokardkami i błękitną, elegancką bluzkę. Oraz rękawiczki ze smokami do łokci.

I była wychudzona. Wyglądała na lekko niewyspaną, zdenerwowaną.

Ona też tu nie pasuje, stwierdził chłopak.

Weszła do środka, popatrzyła na wychodzącego anioła i spojrzała na grupkę przed sobą. Były tylko dwie dziewczyny, jedna o krótkich, złotych włosach z zielonymi pasemkami. Jej zielona, prosta sukienka doskonale pasowała do wystraszonych oczu o takiej barwie.

– Dzień dobry. – Powiedziała wychowawczyni cicho. Uśmiechnęła się nerwowo. – Ja… witam was serdecznie w Phobosie. Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze współpracowało. Mam na imię Agafe i zostanę waszą wychowawczynią. Ja wiem, że jeszcze są wakacje… ale… państwo uznało, że z tak trudnymi przypadkami inaczej sobie nie poradzi.

– Pierdoły. – Burknął Kamil i wstał. – I chuj mamy tu robić?

– Ja myślę, że…

– Co? Co myślisz? Gówno. Idę stąd.

Ruszył do wejścia, ale go nie przekroczył. Stanął oko w oko z żołnierzem.

– Może go pan wypuścić.

Strażnik ustąpił, ale dzieciak patrzył zaskoczony na Agafe. I chuj, tak mogę sobie spokojnie wyjść? Ki czort?

– Kochani – mówiła ta – wiem, że trochę dziwnie to wszystko wygląda. – Przełknęła ślinę. – Ale ja chcę wam naprawdę pomóc. Umówmy się do siebie tak, że wszyscy będziemy się do siebie zwracać, jak równy z równym. Bo nie czaruję się… ludzie nie potrafią sobie z wami poradzić. Panie Kamilu, jeśli pan chce, może pan zająć z powrotem miejsce, zapraszam.

Zatkało go. Ej, mam trzynaście lat. Jeszcze nikt…

Nikt nie wiedział, jak ona to zrobiła, ale młodzi ludzie zaczęli rozumieć sytuację, w której się znaleźli. Nie potrafili przerwać opiekunce.

A może fakt, że widać było, iż ona też znalazła się w nowej sytuacji i jest podenerwowana, zaczął wzbudzać w nich szacunek do niej.

Przysiadła i chwilę porozmawiała z niskim szatynem w okularach.

– Jest pani śmieszna. – Rzucił średniego wzrostu chłopak o czarnych włosach i ciemnych oczach. – W tych rękawiczkach? I my mamy słuchać takiego downa?

Już miała odpowiedzieć po swojemu: przepraszam. Przepraszam za to, że jestem, że żyję. Rozejrzała się jednak po sali, po twarzach nastolatków i zalała ją złość. I pamiętaj, kochanie, że jesteś PEDAGOGIEM, nie żadną ofiarą losu, tylko PEDAGOGIEM, przypomniała sobie słowa ukochanego. Jak pedagog powinien się zachować w takiej sytuacji?

Wstała:

– Prawdopodobnie więcej rozumiecie, niż dzieciaki ze zwykłych gimbazjów. Wiem, że to nie wygląda dobrze. Wiem. I chciałabym tego, kurwa już nie nosić! Ale nie potrafię! – Krzyknęła. Po młodych twarzach przejechało się zdziwienie. Zdławiła łzy. – TO WAS KURWA ŚMIESZY?! TO?!

Ściągnęła rękawiczki i rzuciła je na podłogę.

Dłonie czerwone od pręg. Raziły swą obecnością, informując o horrorze.

– Czy mam wam kurwa jeszcze pokazać, jak oni mi to robili?! Mam?! Bo ja kurwa nie mogę na nie patrzeć!

Tak chciałabym, żeby ktoś mnie przytulił…, przyszło jej do głowy.

Pragnęła uciec, ale dzieciaki samą swoją obecnością przypominały o rozmowie z Sheez’em. To, że będziesz coś robić, pozytywnie na ciebie wpłynie. Nie daj się tym małym kurwiszonom, mówił.

Nie daj się.

Nie czekając na reakcję zaskoczonych osobników, pstryknęła palcami.

Nie wiedziała, jak to zrobiła.

Po prostu zrobiła.

Dzieciaki zbladły, trzy się skuliły.

– Jezu, przestań – jęknął Kamil.

Ciągle stał przy drzwiach, ale oparł się o ścianę, próbując nie zwymiotować pod wpływem doznawanych uczuć i wizji od wychowawczyni.

Pstryknęła palcami.

Po sali rozległo się westchnięcie ulgi.

Krótkowłosa i złotowłosa dziewczyna z zielonymi pasemkami zakryła twarz i płakała. Kamil osunął się na ziemię:

– Kurwa, co to było?

– Magia. – Szepnęła Agafe, patrząc w okno. Za nim rozpościerał się plac i drzewa. Nikt nie widział jej twarzy, z której wycierała łzy. – My tu nie jesteśmy dla zabawy. Ja… muszę zrobić coś ważnego. Nie wiem, czy dam radę. Nie wiem. Ale… wy mi możecie pomóc. Proszę.

– Ja pierdolę. A jak się nie zgodzimy, to co? Urwiesz łeb?

– Tak. – Stwierdził Sheez, zjawiając się u boku Agafe. – Albo ja za nią to zrobię.

Przytulił ją i pocałował.

– Jest piękną kobietą w każdym calu, zewnętrznym i wewnętrznym. – Kontynuował. – Dlatego będę ją bronić nawet przed takimi, jak wy. Poza tym wam się opłaca skończyć tę szkółkę, bo otwieracie sobie wszystkie drogi do kariery.

Jeśli przeżyjecie, dodał w myślach.

* * *

Zmierzwił palcami czerwone włosy. Patrzył na fioletową salę z sześcioma łóżkami, biurkami i szafami. Patrzył, jak reszta rozpakowuje swoje bagaże. Szczególnie zwracał uwagę na krótkowłosą blondynkę z zielonymi pasemkami. Nie była ani za gruba, ani za chuda.

– I chuj, i dupa – mruknęła gniewnie, kładąc przybory toaletowe na stoliku.

– Chcesz chuja? – Zapytał czarnowłosy okularnik, który rozkładał pościel.

– Odpieprz się.

Brunet podszedł do niej i wziął ją w pas. Wyrwawszy się, kopnęła go w jaja.

– Powiedziałam: spierdalaj!

Na jej twarzy widać było gniew.

No cóż, stwierdził Kamil, zabierając w końcu swoją torbę i kładąc na łóżko. Spojrzał w puste biurko i walnął się na łóżko. To fakt… Nikomu na nas nie zależy. O. Przewrócił się na bok. Mam nadzieję, że ten zdezelowany obraz nauczycielki nie będzie mnie dręczył…

Naszły go wspomnienia.

Mamo, tęsknię za tobą.

Zamknął oczy i już miał zasnąć, ale usłyszał krzyk blondynki. Ta biła pięściami okularnika.

– Nienawidzę cię! Nienawidzę! – Krzyczała.

Kamil wyjął telefon z kieszeni i zadzwonił.

Po pięciu minutach w pokoju zjawiła się Agafe.

– Chyba szału dostała – stwierdził czerwonowłosy chłopak. – Nic nie zrobiłem.

Wstał i wyciągnął spod pięści dziewczyny nieszczęsnego bruneta. Nos miał rozbity, okulary leżały gdzieś na podłodze.

Dopiero wtedy bijąca dostrzegła, że robi to w powietrze.

– Spokojnie. – Powiedziała wychowawczyni. – Zaraz wszystko się uspokoi.

Uzdrowiła ofiarę, scaliła okulary i spojrzała na winowajczynię.

– Pani to rozumie, prawda?… – Szepnęła ta. – Pani to rozumie?

Drżała jakoś, jakby miała się rozpłakać.

– Pani Moniko… porozmawiajmy na osobności.

Stanęły pośrodku turkusowego korytarza.

– Proszę pani… – Zaczęła nastolatka. – Ja nie wiem, dlaczego tu trafiłam, no po prostu nie rozumiem… a Kaja potrzebuje pomocy akurat teraz i ja…

Rozpłakała się. I została przytulona.

– Dlaczego go biłaś?

– Bo on mnie wkurzył… on się do mnie dobierał i ja nie chciałam. Pani to rozumie, prawda?

* * *

Leżąc na dachu Dragon Arch, otworzyła oczy. Nad sobą miała uśmiechniętą twarz Sheez’a. Dotknęła jego policzków.

– Mówiłem, że praca dobrze ci zrobi. – Stwierdził i wziął ją na kolana. – To chyba pierwszy raz, kiedy sama nie miałaś koszmarów. – Spojrzał w niebo. Blade, przywołujące dzień. Bezchmurne. – Cieszę się.

– Sheez… kocham cię.

Wtuliła się w niego. Pochłaniała jego obecność.

– Nie wiem, czy dobrze sobie poradziłam wczoraj…

– Dobrze, już zaczynają cię lubić. Na co masz ochotę?

– Co?

– Zauważyłaś, że jest poranek? – Uśmiechnęła się. – Czas na śniadanie! A potem do pracy!

– Ja… nie wiem. Naprawdę.

– Proszę. – Podał jej kanapkę z jajkiem, serem i sałatą. – Smacznego.

– A ty? Wiem, że jesteś aniołem, ale… – Urwała. – Przepraszam, nie powinnam psuć nam poranka.

– No przestań, kochanie, w kółko przepraszasz. Jesteś jaka jesteś i za to cię kocham. – Pocałował ją w czoło.

– Muszę się ogarnąć. – Stwierdziła.

Nie śpieszyło jej się. Wstała, zeszła na dół i wkroczyła do pokoju. Nic nie poczuła w jego wnętrzu. Odruchowo chciała zdjąć rękawiczki, ale wtedy zdała sobie sprawę, że ich nie ma. Zostawiła w sali. Spojrzała na pobliźnione dłonie i uśmiechnęła się lekko. Może kiedyś uda mi się je wyleczyć, wzięła pierwszą lepszą bieliznę i sukienkę, udała się do łazienki.

Rozebrała się. Pogłaskała brzuch. Już nie było tak bardzo czuć żeber, choć waga pozostawiała wiele do życzenia. Weszła pod prysznic. Dziś dłużej. Tak, jak kiedyś, tak jak w domu… Po prostu woda przyjemnie chlupocze… Tak…

Pozwoliła, by woda wsiąkła w całe jej ciało. Czuła przyjemny, chłodzący dotyk cieczy, okalający ją całą. Tak dawno się nie pluskała porządnie. Pozwoliła zmoknąć włosom, ot tak po prostu, bez szamponu.

Ściekała z niej woda, spływał swobodnie płyn. Opluskała twarz i wzięła w ręce płynne mydło. Powoli wcierała je w ręce, w brzuch, docierała do tego miejsca. Delikatnie wmasowywała żel.

Woda przyjemnie chlupocze.

– Chcę do kibla. – Powiedziała do Taju, gdy ta do niej przyszła. Prawdopodobnie drugiego dnia uwięzienia.

– Dobrze, ale na kolanach.

Woda przyjemnie chlupocze.

Teraz tylko szumiała, kapiąc do dziury.

Agafe siedziała w kącie prysznica, w kucki, skulona do siebie. Drżała, blada na twarzy. Tego nie pamiętam… nie pamiętałam…

Drgnęła na dźwięk drzwi.

Serce przestało wariacko łomotać, gdy Likame wyjęła jej kruche ciało spod wody i wytarła ręcznikiem. Zakręcono kurek, posadzono brunetkę na kiblu, podano jej ubranie.

Rudowłosa siadła na taborecie.

– Przepraszam… jestem taka beznadziejna… – Cichy, zrezygnowany głos. – Chciałam tylko… tylko się porządnie wypluskać.

– Idziesz na terapię.

– Przepraszam… ja naprawdę chciałam…

– Kochanie, wiem. Wiem, że nie chcesz na nią iść, ale jak długo jeszcze chcesz się w to bawić? Powiedz, jak długo?

– Ale ja… ja już… – Zmarszczyła brwi. Nic nie mam na swoją obronę. Jestem taka głupia…

– Właśnie widzę. – Wstała. Chyba mam gorszy dzień, stwierdziła. – Widzę, jak moja przyjaciółka wciąż się miota i widzę, że ona po prostu tego chce. Fajnie.

– Nie chcę, ale…

– Piszesz może wspomnienia? Robisz cokolwiek co ci doradzał Sheez?

– Ale ja…

Likame wyszła trzaskając drzwiami.

– Likame… – Popłakała się. – Przepraszam… rozumiem…

Wiem, że nie jestem najlepszą przyjaciółką. Przepraszam, rozumiem… naprawdę nie chcę sobie… tego wszystkiego przypominać. Naprawdę, ale to mi się zdarza… mam sceny, których nie pamiętam i nie wiem, czy one są wymyślone? Nirgiz, nie, nie odzywaj się! Nie!

Jakby coś z dna serca próbowało się wydostać i zawołać.

Nie jesteś rzeczą, przypomniała sobie słowa Sheez’a, które kiedyś jej powiedział. Jesteś człowiekiem.

Jest człowiekiem, ale tak się nie czuła, gdy zaczęła jako tako funkcjonować.

Dlaczego to uczucie rośnie?! Dlaczego?! DLACZEGO?!

Wiedziała, że coś jest nie tak. Już nie miewała tylu koszmarów, co dalej, nie jąkała się, czuła się kochana… ale to jedno uczucie, miast maleć, wzrastało. Jak grzyb.

– Magia. – Odparł Nirgiz w jej głowie.

– A idź w cholerę! Prosiłam cię, żebyś sobie poszedł! Nie chcę żadnej magii, nie…

Głos jej się załamał. Przełknęła kolejne łzy.

Uspokój się, uspokój. Oddychaj, o tak, oddychaj…

Chwilę posiedziała, a potem się ubrała. I przeniosła do Phobosa.

* * *

– Sheez. – Powiedziała bezemecjonalnie Likame, stojąc na dachu i patrząc, jak anioł popija sok pomidorowy. – Źle się z tym czuję. Ostatnio coraz częściej mnie jej dół denerwuje.

– Bo ty się cieszysz życiem? – Zaciekawił się. Stał na kominie, jakby chciał z góry patrzeć na świat. – Czy jak?

– Nie zgrywaj idioty. Dobrze wiesz, że… – Westchnęła ciężko. Poruszyła niespokojnie palcami. Na jednym z nich zabłyszczał kryształ pierścienia. – To moja najlepsza przyjaciółka. Nikogo nie mam… nie miałam nikogo innego, teraz pojawił się As i może Karina, ale… to nadal moja najlepsza przyjaciółka.

– W czym problem?

– Z tym, że ma doła i mnie to irytuje! – Wygarnęła w końcu.

A on zeskoczył i zbliżył się do niej.

– A wiesz – zaczął z uśmiechem – że wczoraj po raz pierwszy samodzielnie się wyspała? Praca jej służy, a myślę, że medytacja z dzieciakami poprawi jej stan jeszcze bardziej.

– Medytuje?

– Nie wiem. – Na jego czole pojawił się mars. – Może tak, może nie… często siedziała bez ruchu. Kto tam wie, co robi W… Agafe. Stara się bardzo, ale ma jeden poważny problem. A właściwie dwa.

– Jakie? – Zdziwiła się.

– Pierwszy, jest uzależniona od złych emocji. Drugi… – Jakby syknął. – Jest Władczynią Smoków.

– Co ma jedno do drugiego?

– Ano, ma. Niewątpliwie wszystko komplikuje to, że Nyssa jakby zaczyna przyśpieszać.

– Nie chrzań. Dobrze wiesz, że to nie o to chodzi, tylko o to, że nie chce iść na terapię, a ty nic nie robisz, żeby jednak poszła! To jest po prostu coś…!

– Wiesz, Nyssa jest realnym wrogiem, zajmie się nami, jak tylko skończy z Kosashim.

– Ten skurwiel jeszcze żyje?

– A jak. Musi wycierpieć za swoje grzechy. No, ale masz rację. Dużo by nam dało, gdyby Agafe poszła na terapię.

– Chyba jestem zbyt głupia. Nie rozumiem, dlaczego przed tym ucieka i woli się męczyć koszmarami?!

Chyba właśnie dlatego, że jest Władczynią Smoków. – W jego głosie pobrzmiewał smutek. – Przykro mi. – Dodał z nutką udanej wesołości: – Wolę o niej myśleć jak o Agafe. Prawda, że ładniej brzmi?

c.d.n.

Jeśli chcesz wesprzeć finansowo autorkę, by dalej mogła tworzyć, zapraszamy do prywatnego kontaktu z nią: https://www.facebook.com/aleksandra.jursza lub aleandrasn@gmail.com
Dzięki! <3

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Od pięciu lat stara się realizować swoje marzenie, by zarabiać na życie pisaniem. Prowadziła portal o kulturze Debiutext, później skupiła się na prowadzeniu bloga Wszystko od nowa. Współpracowała z wydawnictwem RW2010, obecnie szuka dofinansowania na swoje projekty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.