„Blochu” – Marcin Królik

hand-1599944_1920Zacząłem palić w wieku, w którym większość już rzuca. Trochę z przekory – na zasadzie, że im modniejsze staje się niepalenie, tym bardziej będę płynął pod prąd. Powiedzmy, że to jest taki mój mały koncesjonowany bunt, skrojony idealnie na czasy, w których wszystkie co bardziej chodliwe kontestacyjne strategie wchłonęła i przemieliła popkultura. W końcu nic tak szybko się nie starzeje i nie konwencjonalizuje jak właśnie bunt.

Siadam sobie więc przy kuchennym stole, biorę szluga do ust i sięgam po zapalniczkę. Żaden tam szpanerski złoty ronson – zwykła plastikowa jednorazówka Bic. Napis już się prawie zatarł. Papieros, którym zamierzam się truć, to też nic szczególnego. Właściwie to nawet nie papieros, tylko cygaretka. Waniliowa. Kupuje też wiśniowe, jednak zapach ich dymu drażni Lubą i naszego psa. Jedynie te tolerują na tyle, bym nie musiał wynosić się z nimi na balkon. Choć już nie na tyle, by pozwalać mi kurzyć w pokoju. To dlatego mój rytuał odprawiam w kuchni. Na dodatek przy zamkniętych drzwiach. A po wszystkim gruntowne wietrzenie i mycie zębów.

Przytykam płomień do brązowej bibułki. Zasysam powietrze. Tytoń zaczyna się żarzyć. Kilka cmoknięć, żeby rozsnuła się dymna kurtyna. A żeby było śmieszniej, nawet za bardzo się nie zaciągam. Boje się, że wpadnę w nałóg. A przecież nie o to idzie. To ma być celebracja. Chodzi o to, żeby siedzieć tu, przy tym stole, w dającym dziwną intymność świetle szafkowych lampek, i przed samym sobą pozować na bohatera z jakiegoś Jarmusha czy innego Wanga. Bo na porównania do Świetlickiego to już za bardzo bym się nie odważył. Nie ta liga.

No więc siedzę, udaję, że palę, i kontempluję wijący się dym oraz jego cień na ścianie. Kurde, to dym w ogóle rzuca cień? Cóż za odkrycie! Czasem, kiedy się zapomnę i faktycznie uda mi się zaciągnąć, w moim mózgu na kilka chwil rozpętuje się coś w rodzaju synaptycznej burzy. Gdy za którymś razem dostrzegę, że zjawisko zanika, będzie to bezsprzeczny sygnał, że pora wyhamować.

Najpierw nie myślę o niczym konkretnym. Po prostu pozwalam płynąć luźnym skojarzeniom. Ale w końcu myśli samoistnie zaczynają krążyć wokół Blocha. Śnił mi się dziś w nocy. Był tak niesamowicie realny, a zarazem tak bardzo nierzeczywisty. Przez cały czas wiedziałem, że nie żyje.

Znajdowaliśmy się w naszej podstawówce. Chyba na korytarzu na parterze. A dokładnie pod trzydziestką. Trzydziestka to była sala fizyczno-chemiczna. Zazwyczaj odbywały się tam solówy. Kibice wyzywającego i wyzwanego otaczali ring ciasnym kordonem i bójka trwała do samego dzwonka lub do chwili, gdy towarzystwo rozpędził któryś dorosły. Ja też się tam kilkakrotnie naparzałem, jednak niestety przez to, że na portierni pracowała moja matka, każdy wybryk błyskawicznie do niej docierał. Raz, chyba w piątej klasie, biłem się w Dniu Nauczyciela i podarłem nową bluzę. Matka opieprzyła mnie przy wszystkich, robiąc mi wstyd.

No więc stoimy pod tą trzydziestką, zupełnie jakbyśmy czekali na lekcję. A Blochu tym swoim przyczajonym jak u karcianego szulera głosem opowiada mi, sepleniąc, że wszystko czuł. Dosłownie każdą miażdżoną kość, każdy pękający organ. Mówi, że aż do ostatniej chwili nie stracił przytomności, a ja mu wierzę. I gdy roztrząsam to teraz, kilkanaście godzin później, z twarzą spowitą w kłęby sinawego dymu, nadal mu wierzę, choć doskonale pamiętam, że Blochu lubił się przechwalać. To zresztą była taka nasza gra. Blochu sprzedawał mi jakiś wyssany z palca kit – na przykład o tym, że u niego na wsi grasuje banda satanistów i pozwolili mu uczestniczyć w czarnej mszy na cmentarzu, podczas której wykopali świeżego trupa, albo że zmacał swoją siostrę – a ja udawałem, że się nabieram.

Staram się wydobyć z odmętów pamięci scenę naszego pierwszego spotkania. Blochu dość późno przyszedł do zerówki. W marcu czy jakoś tak. Coś mi majaczy, jakiś wyblakły przebłysk… Wpadam do klasy i widzę skulonego w ławce chłopaczka w wymiętym granatowym fartuchu i okularach z grubymi przyciemnianymi szkłami. I to jest właśnie Blochu. Taki ścichapęk. Zawsze taki był.

Nie mogę sobie przypomnieć, jak właściwie było z jego rodziną. Chyba przez pewien czas on i jego siostra mieszkali w domu dziecka. Kiedyś widziałem jego matkę. Wyschnięta na wiór, czarniawa kobiecina o podkrążonych oczach. Miała wtedy prawdopodobnie mniej lat niż ja teraz. Kiedy w szkole pojawiały się wszy, Blochu jako pierwszy je załapywał albo wręcz stanowił źródło ich epidemii. Chodził w jakichś bezbarwnych, niezbyt czystych przepoconych szmatach. Zawsze waliło od niego skarpetami, co stało się jego swoistym znakiem rozpoznawczym.

Nie żebyśmy się jakoś strasznie kumplowali. W podstawówce i przez mniej więcej połowę liceum przyjaźniłem się raczej z Drzewkiem. Blochu to była coś jakby ciemna strona księżyca. Zresztą bardzo szybko okazało się, że Blochu to niezły ancymon. Uczył się tylko na tyle, żeby przełazić z klasy do klasy, a im bliżej było do końca szkoły, tym dłuższa i poważniejsza stawała się lista jego wyskoków. Kradł. Kiedy coś ginęło, na przykład z którejś zostawionej w szatni kurtki, podejrzenie od razu padało na Blocha. W jego przypadku obowiązywało bezdyskusyjne domniemanie winy. Zwykle niestety słusznie. Choć może później po prostu chciał dorównać własnej legendzie. Parę razy policja zgarnęła go na mieście z jakimiś podejrzanymi facetami.

Tak naprawdę to bardziej on się do mnie przyczepił, niż ja chciałem mieć z nim cokolwiek wspólnego. W młodszych klasach dawałem mu kanapki. Niekiedy pozwalałem odpisać pracę domową. Za to on uwielbiał myszkować po moim obłędnie zielonym chińskim piórniku. Kiedy dostałem zegarek elektroniczny – najprostszy, z dwoma przyciskami i ustawianiem godziny na szpileczkę – prawie wyrwał mi rękę z przegubu, tak strasznie chciał go pooglądać. Potrafił być tak natarczywy, że zaczynałem się go bać. Tak jak z tym zegarkiem. Obracał moją dłoń we wszystkie strony z taką zawziętością, iż sądziłem, że zaraz albo mi go siłą zabierze, albo każe mi go zdjąć, bo jak nie, to w ryja. Nie wątpiłem, że już wtedy byłby do tego zdolny. I że gdyby to zrobił, następnego dnia jakby nigdy nic czekałby na kanapkę.

Zastanawiając się nad tym teraz przy spalonej już prawie do połowy cygaretce, dochodzę do wniosku, że to, iż lgnął akurat do mnie, było czystym przypadkiem. Po prostu pozytywnie odpowiedziałem na jego sygnał, a on skorzystał. A może obaj mieliśmy coś, czego drugi potrzebował? Ja – pewien zapas tolerancji, której łakną upośledzone emocjonalnie dzieci z patologicznych środowisk, on – aurę łobuza, dzięki której ja mogłem szpanować, że zadaję się też z tymi fajnymi.

A kiedy pojawiły się fajki? W piątej klasie? W szóstej? Chyba w szóstej. A może nawet bliżej siódmej. Właśnie wtedy postanowiłem zniszczyć mój wizerunek prymusa, który kończy rok z czerwonym paskiem na świadectwie i nagrodą książkową z biblioteki za wyniki w czytelnictwie. No okej, nagrody za czytelnictwo dostawałem do samego końca. Natomiast czerwone paski definitywnie sobie odpuściłem. W ogóle wkraczałem w mroczniejszy okres. Sprawiła to śmierć dziadka. Zaczęły mnie kręcić horrory, rysowanie pentagramów na marginesach zeszytów i ciężka muzyka.

Blochu idealnie nadawał się do budowy nowego image’u. Zacząłem chodzić z nim na fajki. Chowaliśmy się w krzakach za ogrodzeniem boiska albo za śmietnikiem. Tylko we dwóch. To była nasza święta niepisana zasada. On miał swoich kumpli i ja miałem swoich kumpli, ale w to, co potajemnie robiliśmy, nie miał prawa wtrącać się nikt postronny. To był nasz czas. Przynajmniej tak, z lekka mitologizując, lubię to dziś wspominać. Robiliśmy to szybko, łapczywie, prawie nie rozmawiając. Zresztą niby o czym? Potem zadeptywaliśmy pety i, nadal nic nie mówiąc, każdy wracał do własnej paczki.

Nie znaczy to, że nasza bliższa znajomość była dla kogokolwiek tajemnicą. Bynajmniej. Dbałem, żeby wszyscy wiedzieli. Rajcowało mnie to. Po naszych nikotynowych sesjach wchodziłem do klasy dumnym krokiem rewolwerowca, niespecjalnie nawet troszcząc się o to, by zabić smród. Mój nowy gotycki image tylko na tym zyskiwał. Nie obchodziło mnie, czy matka wie. Robiłem to zresztą częściowo przeciwko niej, z zemsty za te wszystkie godziny spędzone po lekcjach na portierni. Grzeczny chłopczyk przestał istnieć! Wiedziała. Oczywiście, że wiedziała. Parę razy urządziła mi z powodu Blocha awanturę, ale nie zamierzałem się nią przejmować.

W ósmej klasie miałem tak kiepskie półrocze, że groziło mi, iż w czerwcu obleję z matmy. Co jak co, ale kiblować na finiszu przez głupią algebrę to już naprawdę byłby niezły syf. Nawet trochę się przestraszyłem. Świat Blocha zaczął nagle nabierać niepokojąco realnych kształtów, podobnie jak perspektywa, że jeśli spieprzę budę i nie zdam do liceum, stanie się on także moim światem. No bo niby jaka alternatywa czeka frajera, który zamiast wkuwać, ćmi jakieś siano bez filtra pod śmietnikiem? Powtórka roku, a potem co? Zawodówka? Zawodówka byłaby może dobra dla takich jak Blochu. Ja miałem jednak wyższe aspiracje. Wszyscy w mojej klasie wybierali się do liceum. Wszyscy poza Blochem. On lał na cały ten interes szeroką strugą.

Tak – myślę teraz, strzepując do popielniczki długi wałeczek siwego, wciąż tlącego się popiołu – w chwilach granicznych ujawniają się podziały. Uczysz się tej gorzkiej prawdy już od podstawówki. Odkąd są gimnazja, odbywa się to jeszcze wcześniej. Ciekawe, jak dzieciaki to znoszą. Akceptujesz ten społeczny darwinizm nawet wbrew sobie. Wiesz, że albo dokonasz selekcji, albo zginiesz, dając się pociągnąć słabym jednostkom na dno. A Blochu był słaby. Niech mnie szlag, jeśli nie.

Po feriach musiałem przyznać, że bez korków z matmy jednak się nie obędzie. Matka załatwiła z panią Mizerą dwie dodatkowe godziny w tygodniu. Poza nadrabianiem bieżącego materiału musiałem poprawić piękną kolekcję pał. W przeciwnym razie groziło mi niedopuszczenie do egzaminu. Wzmianka o kłopotach z matematyką znalazła się nawet w opinii psychologa, którą dołączono do moich papierów.

Przestałem zadawać się z Blochem. Obydwaj okopaliśmy się w swoich towarzyskich szańcach. Na korytarzu omijaliśmy się szerokim łukiem, obrzucając się ostentacyjnie wrogimi spojrzeniami. Jego kolesie czasem sobie ze mnie podkpiwali i nie mogłem się opędzić od wrażenia, że coś im o mnie nagadał, coś nazmyślał.

Udało mi się odsunąć groźbę repetowania. W sytuacji noża na gardle zawsze potrafiłem się zmobilizować. Nie było dla mnie na przykład problemem wstać o wpół do czwartej nad ranem, walnąć kofeinowego szatana i w jednym szaleńczym ciągu napisać pracę semestralną. Przyszedł maj, a wraz z nim egzaminy, które pamiętam jak przez mgłę. Matmę oczywiście zaliczyłem ledwo co. Za to polski celująco. Wprawdzie komisji chyba niezbyt spodobało się, że jako temat wypracowania wybrałem recenzję jednej z powieści Stephena Kinga, ale machnęli ręką. Niepokój budził też mój nieortodoksyjny wygląd – dżinsowa katana i nażelowane strąki z włosów. Byli jednak uprzedzeni, że trafia im się… oryginał.

Blochu, tak jak było do przewidzenia, oczywiście zdał do zawodówki. I oczywiście jak to on – tyle o ile, aby-aby. Po wakacjach nasze drogi kompletnie się rozeszły. Całkowicie wsiąkł w nowe kręgi i zaczął uprawiać lewiznę na całego. Przez rok czy dwa w ogóle o nim nie myślałem. Był gdzieś obok, w równoległej rzeczywistości, na orbicie, która nie miała z moją już nic wspólnego.

Aż tu nagle pewnego wieczoru przyszedł do mnie. Jakby nigdy nic, jakbyśmy ledwie wczoraj jarali za śmietnikiem. Śmierdział potem, cebulą i brudną bielizną tak, że aż zatykało. I znowu zapaliliśmy. Bez zbędnych słów. Po jego wyjściu musiałem otworzyć okno i długo wdychałem rześkie nocne powietrze, dziwiąc się samemu sobie, że nie puściłem pawia. Od tej pory wpadał co jakiś czas i odprawialiśmy nasz rytuał. Zawsze z odium tajności, która sprawia, że nie chce się gadać.

Po skończeniu szkoły znikł mi z oczu i przez kilkanaście lat nie miałem o nim żadnych wieści. No, prawie żadnych, bo mieliśmy kilku wspólnych znajomych. Pewna dziewczyna, która ostatecznie została żoną mojego najlepszego kumpla, trochę z nim kręciła i nawet zaczęło to wyglądać poważnie. Podobno nawet się dla niej mył. Ale coś tam im się posypało i zerwali. Podobno przez jego chlanie.

Parę lat temu odbył się zjazd absolwencki naszych roczników. Właśnie tam dowiedziałem się, że Blochu zginął w wypadku. U siebie na wiosce. Rzekomo nawalony w trzy dupy jechał po ciemku rowerem bez świateł. Uderzyła go ciężarówka. Rąbnął w drzewo, po czym spadł do rowu i tak go rano znaleźli. Banalna historyjka. Ot, jeszcze jeden wsiowy tępak, który skończył zbyt młodo. Ileż podobnych doniesień sam zredagowałem, kiedy bawiłem się w dziennikarstwo w naszym lokalnym tygodniku.

Cygaretka dopaliła się już prawie do filtra, żar zaczyna parzyć mi nos, ale co tam. To dla ciebie, Blochu – w imię starej przyjaźni i starych tajemnic. Mocno obejmuję filtr ustami, prawie gryząc, i ciągnę… długo, mocno… aż oczy wyłażą mi z orbit, płuca zajmują się żywym płomieniem, a w mózgu wybucha milion pieprzonych słońc.

A potem petuję, rozgarniam siny, cuchnący dym i, zataczając się, podchodzę do okna. Otwieram je i wystawiam obrzmiałą, spieczoną twarz na lutowy mróz. Niech cię cholera, Blochu – ty debilu!

Napiszę o tobie. Tyle mogę zrobić. Acha, i nie przychodź już. Nigdy więcej.

Post Author: Marcin Królik

Jedna myśl o “„Blochu” – Marcin Królik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.