[AGAFE] Rozdział 14

– Oj, tak bez parasola? – Zdziwiła się szatniarka, podając ciemnowłosej kobiecie szary, rozpinany sweter. – Zmoknie pani.

Nie padła odpowiedź. Agafe założyła niby-kurtkę i wyszła z beżowej biblioteki przy Parku Róż. Gdyby nie dach nad wejściem, deszcz oblałby ją od razu. Mocnymi, szybkimi uderzeniami wbijał się w ziemię, tworząc jedną, ogromną kałużę wzdłuż chodnika wychodzącą na ulicę. Szumiał niespokojnie. Wystawiła na niego dłoń. Poczuła chłód, woda oblepiała palce, ściekała po wierzchu, staczała się po łokci, a potem znikała w czeluściach betonu.

– Trzeba przeczekać – mruknął ktoś spod parasola, chowając się do wnętrza budynku. Ten stał spokojnie i błyszczał w kroplach, oceanie łez nieba.

Machnęła ramionami i wyszła na potop. Uśmiechnęła się, zamknęła oczy. Pozwoliła, by deszcz omiótł ją całą, wsiąknął w skórę, zjeżdżał po niej delikatnie. Podniosła głowę ku górze.

– Dziękuję – szepnęła, wpatrując się w szare, poszarpane kłębowiska. – Dziękuję.

Skręciła w lewo, przeszła parę kroków. Czarne półbuty przemokły do cna. Zdjęła je i trzymając w ręku, weszła do parku. Drzewa łagodnie szumiały poruszane świeżym wiatrem, kładąc kres gorącu. Między ławkami czerwone i białe róże namiętnie łapały pokarm.

Rozmawiałam tu kiedyś z tobą… Obudziła się w niej tęsknota. I smutek. Szkoda, że ciebie już nie ma. Tęsknię. Naprawdę, myślę… myślę, że mimo wszystko mnie kochałeś. Tak sobie myślę.

Znów spojrzała w niebo. Pozostało bez zmian.

Może jesteś szczęśliwy tam? Na pewno.

– Przeziębisz mi się! – Oznajmił Sheez, nakładając na nią swoją kurtkę. Objął ją ramionami. – Lato takie deszczowe, zabawne, prawda?

– Przecież długo nie padało.

Roześmiał się perliście. Pocałował ją w policzek.

– A ja przyszedłem ci powiedzieć, że stał się cud. Chcą, byśmy rozpoczęli pracę z dzieciakami za dwa tygodnie.

– Nie wiem, czy zdążę… – Bąknęła.

– Z czym, kochanie? Chodźmy gdzieś, bo zaraz i ja będę przemoczony.

Zaprowadził ją do kawiarni, która oferowała desery. Przede wszystkim czekoladowe. Zamówił gorącą dla nich obu.

– Bo… – Zaczęła. Wyjęła ze swej błękitnej torebki książkę. – Pożyczyłam pierwszy tom Śliwerskiego, pomyślałam, że przypomnę sobie. Choć w sumie… dziwne, bo przecież nie skończyłam studiów.

– Pieniądze dają władzę. Widzę, że masz nową torebkę?

– Bo się wkurzyła i powiedziała, że nie chce u mnie tak dużo szarego. – Zarumieniła się trochę. – Przepraszam.

– Za co? Nieważne. – Westchnął. – W sumie nie musisz czytać podręczników. Wszystko, czego potrzebujesz, to miłość.

– Tak, jasne… – To dlaczego nie chcieli, bym ją skończyła? Dlaczego traktowali mnie jak piąte koło u wozu? Ale z drugiej strony… treści takie wkuwali, że szkoda gadać. I to ma być nauka? Westchnęła ciężko. – Ale wiesz, co? Mam do ciebie prośbę… bo słyszałam, że zamierzasz jakieś… dziwne rzeczy im pokazywać i ja myślę… myślę, że powinnam poznać te rzeczy. Żebym mogła dawać im przykład… żeby nie zostali z tym wszystkim sami…

– No obiecałem sobie, że będę prowadził zajęcia rozwojowe. Hm. Ale ty nie musisz się ich uczyć. Ty je cały czas stosujesz.

– Tak? – Zdziwiła się.

– Jeśli nie medytujesz na dachu, to ja nie wiem, co ty tam robisz. Hmm, o. Smacznego! – Zrobił pierwszy łyk. – Widzę, że dziś dobrze się czujesz. Fajnie, może będziesz wkrótce gotowa, by ją pokonać.

Dziś… dziś cały dzień jest ze mną George. Ciekawe, jak się czujesz?

Ruszyła swoją czekoladę na ciepło.

* * *

Założyła rękawiczki. Te ze smokiem. Zakrywały rękę aż do łokci i ładnie błyszczały w świetle dnia. Lepiej. Zdecydowanie. Przyszło nad ranem do niej, by spróbowała się bez nich obejść. Słońce zastało ją siedzącą na dachu, z pulsującym bólem ostrych kajdan w dłoniach. Chciała to schować, wejść w drugą skórę. Nie, nie poddam się, obiecałam Likame, że będę się starać. Jakaś łza zaświeciła na policzku. Przełknęła głośno ślinę. Jakieś obrazy, gdy próbowała wyszarpać ręce spod uścisku żelastwa zaczynały ją męczyć. Potrząsnęła głową. Zakryła twarz. Nienawidzę tego, nienawidzę siebie.

Z bólem wymalowanym na twarzy, wstała. I przypomniało jej się, jak też stała, ale w białym pomieszczeniu. Stała, a on ją głaskał po plecach. Najpierw delikatnie, potem przeszedł w drapanie. Czuła, jak strużki krwi spływają po niej, po pupie i dalej. W pewnym momencie tak szarpnął skórę, że się wygięła, krzyknęła, padła na kolana. Ręce miała z przodu, ale były opatulone metalem. Oddychała szybko, nierówno. Szarpnął ją za włosy, do tyłu.

– No i czego wrzeszczysz? – Zapytał, świdrując ją lodem. Oczami jak z lodu.

Polizał sutka. Chciała go zatrzymać, ale nie mogła nawet wydusić słowa. Czuła, jak zjeżdżał w dół. W tamto miejsce.

Skuliła się w sobie. I poza sobą. Mimowolnie płakała, stojąc na dachu Dragon Arch. Nienawidzę tego, nienawidzę siebie, myśl uwięziona w niej, powtarzała się jak mantra.

Wzdrygnęła się, podskoczyła, zobaczyła twarz mężczyzny o długich, brązowych włosach. I tak niebieskich oczach, że natychmiast przywróciły je do rzeczywistości.

– Przepraszam. – Szepnęła.

Cały Gorzów był dla niej krainą wspomnień, więc starała się hamować niedobre wrażenia nimi właśnie. O George’u, o którym dawno nie myślała.

* * *

Siedziała na murku okalającym dach. Na kolanach trzymała zeszyt z wpiętym długopisem. Pusta kartka w kratkę ze spokojem przyjmowała lekki wiatr i ostatnie promienie zachodzącego słońca. Złotą swoją barwę chowało za szarymi, niewyremontowanymi kamienicami zubożałego miasta.

Usłyszała za sobą kroki. Nie zwróciła na to uwagi.

– Tak mi dziwnie, gdy wchodzę do pustego pokoju i nie ma tam ciebie. – Stwierdziła Likame, biorąc w objęcia czarnowłosą, wychudzoną kobietę. Ta spojrzała w jej zielone jak dojrzała trawa oczy. – Zawsze mi się wydaje, że tam cię znajdę… a nigdy nie ma. I potem przypominam sobie, że przecież tu jest twój pokój.

– Przepraszam… ja… przepraszam. Po prostu nie potrafię.

Wiem, że to dla ciebie ważne, pomyślała. I wiem, że minęło już z pół roku, ale… ja po prostu nie potrafię. Nie potrafię tam wejść i nie zobaczyć ich.

– W porządku. – Odparła łagodnie rudowłosa. – Przecież ci nie każę tam przebywać. – Coś piszesz? – Zwróciła uwagę na skoroszyt. To by było fajnie, bo może wreszcie zaczęłaby wracać do siebie…

– Ja… nie wiem.

Chcę napisać, stwierdziła ze smutkiem. Ale nie potrafię. Ja po prostu jestem beznadziejna. Nie umiem dotrzymać obietnic…

Nerwowym ruchem wzięła na palec kosmyk swoich włosów i zaczęła go wokół niego owijać.

Próbowała tamować złe myśli, ale bez rezultatu.

Proszę, proszę, ja nie chcę tak myśleć.

Nie chciała. Gula na piersi, kamień w sercu znów się uaktywnił. Nie było to nic nadzwyczajnego. Codziennie gościł w jej wnętrzu. Smarował ją czarnym nastrojem. I choć czasem pozostawał tylko kamieniem, ciężarem, często powodował, że miała ochotę po prostu zeskoczyć z dachu.

Powstrzymywał ją uśmiech Sheez’a Valceus’a, który zawsze rozpromieniał wokół siebie światło, ciepło. Często znikał do Kramu wraz ze swoją grupą irokezów, ale starał się odwiedzać każdego dnia tą, którą uratował. Doradzał jej w sprawach duchowych, żeby mu nie wypadła poza budynek. Widział, jak kobieta się miota. Bylo w niej zatrzymanie, zatrzymanie się w tym piekle, z którego chciała już wyjść, ale nie potrafiła, po prostu nie potrafiła. I przepraszała za to.

Powstrzymywała ją troska w oczach rudowłosej właścicielki korporacji. Nie wiedziała, co to jest, nie wiedziała, jak to określić. To nie było zwykłe spojrzenie, którym otaczały się na co dzień przyjaciółki. Czy… czy to jest miłość?, zadawała sobie pytanie. Nie wiedziała. Nie miała jednak wątpliwości, że ona sama jest w stanie bez wahania oddać za Likame życie.

Bywało, że powstrzymywał ją wiatr. Dlatego, że głaskał jej skórę w łagodny, pieszczący sposób. Śpiewał między budynkami i drzewami, wywołując taniec ich liśćmi. Zdarzało się, że i słońce z jego zachodami i wschodami ją powstrzymywało. Te wszystkie kolory, jakie wokół siebie czarowały, sprawiały, że widok nigdy nie był nudny. Niebo, kocham cię, niebo. I wystawiała rękę w górę, jakby chciała je wziąć, dotknąć.

Pragnęła stać na tej ziemi, oglądać nieskończenie wiele razy nieboskłon i cieszyć się twarzami ukochanych.

Ale miała problem.

Nie wiedziała, jak się wydostać z tego impasu, do którego została wrzucona.

Jej ciało już nie było czystym szkieletem. Ciągle zdarzało jej się zapomnieć zjeść, jakby jej nikt o tym nie przypominał, to by jadła chyba raz na trzy dni. Jeśli głód się pojawiał, po prostu ignorowała go. Dlatego nadal cierpiała na niedowagę.

– Ty coś jesz? – Słyszała czasem od Likame. – Bo dzisiejsze ważenie znów wykazało niedowagę.

– Przepraszam, po prostu zapominam. Czasem Sheez mi coś da…

Dziwne, pomyślała, wpatrując się w nocne niebo. Przed tym wszystkim… miałam kompleksy z wagą… teraz mam problemy z wagą, ale kompleksów już nie mam…

Może dlatego, że mieściła się we wszystkie eleganckie, szare stroje.

Innego koloru nie chciała. Inny kolor jej nie pociągał.

* * *

Pod wieczór siedziały wtulone w siebie, oparte o poręcz dachu.

Splotły ze sobą palce.

– Niebo takie ładne. – Powiedziała Likame. W głosie smutek pomieszany z tęsknotą.

– Zawsze jest ładne…

– Tak… szkoda…

– Co? – Zdziwiona, spojrzała w twarz przyjaciółki.

– Nieważne. Nie martw się. – Uśmiechnęła się. – Tak tylko sobie coś przypomniałam.

– Ale… ja chcę pomóc. Ja wiem, że ja… – Spojrzała na swoje dłonie ukryte w rękawiczkach. – Ale po prostu czuję, że chodzi o coś… co znam, co jest… – Zmarszczyła brwi. Co ja paplam?

– Może i masz rację. Ja po prostu bym chciała przelecieć się jeszcze raz na Archu. Szkoda, że nic nie mogę zrobić… nie mogę mu nawet powiedzieć, że za nim tęsknię. Że go przepraszam, że nie chciałam tego!

Cisza.

Agafe wstała.

– Słyszał cię. – Stwierdziła. – Chyba… mogę sprawić, że go usłyszysz… ale nie wiem, czy będziecie w stanie rozmawiać… ja jeszcze nie wiem.

Kucnęła, Wzięła dłonie przyjaciółki, zamknęła oczy.

Nic się nie działo.

Kocham cię, coś dobiegło z oddali do rudowłosej. Najpierw nie rozpoznała głosu. Ale potem dźwięk stał się czystszy, wyraźniejszy. I bardzo znajomy. Pojawiał się w jej wnętrzu. Kocham cię, kocham cię, kocham cię. I cieszę się, że mogłem oddać życie za twoją wolność. Victory!

Cisza.

Czarnowłosa kobieta jak piórko opadła na beton.

– Hej… – Rzuciła niepewnie Likame, biorąc w ręce ciało przyjaciółki. – Nie chciałam.

Była wyraźnie wzruszona, choć powstrzymywała w sobie łzy. Kocham cię wciąż dźwięczało w głowie.

* * *

Obudziła się w ramionach Sheez’a. Uśmiechnęła się słabo. Jego twarz wyrażała spokój. Poczuła się bezpiecznie, przylgnęła do niego bardziej.

– Jest z tobą coraz lepiej. – Stwierdził. – Ale jeszcze nie jesteś w stanie wygrać.

– I tylko to cię obchodzi, prawda? – Szepnęła bez wyrzutu.

Zrobiło mu się smutno. Chyba nie, uświadomił sobie. Chciałbym, żeby była. Taka jaka jest… Pogłaskał jej włosy, twarz.

– Śpij, kotku. – Szepnął. – Śpij.

Porozmawiamy po koszmarze, chciał dodać, ale ta już wpadła w Morfeusza. Jest taka piękna i delikatna… Ale czy mogę jej powiedzieć całkowicie szczerze o miłości? Chciałbym być z nią po prostu szczery.

Roześmiał się słodko.

Otworzyła oczy przy wschodzie. Róż nad budynkami z wolna wyganiał mrok nieba.

– Nie miałaś koszmaru. – Powiedział.

– Nie… – W głosie żal. – Bo on chciał ze mną rozmawiać.

– On?

– Sheez, ja… nienawidzę tego, nienawidzę siebie… bo… Nirgiz powiedział, bym wracała. Nie chcę. Nie chcę!

– Kochanie, tu jest nudno. Ale jeśli czujesz się bezpieczniej… – Westchnął. – Nie musisz wracać. Jesteś tym kim jesteś i nie musisz jakoś specjalnie skazywać się na jakieś miejsce. Jest czas na różne rzeczy.

– Chciałeś powiedzieć, że jestem Władczynią Smoków. – W głosie wyrzut. – Tak, masz rację. Jestem. Jestem… bez sensu.

– Nie wiem, na ile twoja moc się rozbudziła, kochanie, ale powiem, że wolę, byś tu przebywała. Tam jest totalny sajgon i rzeź, a ty chyba nie jesteś jeszcze w pełni sobą. Smoki muszą poczekać, muszą być cierpliwe…

– Smokom nic nie będzie. – Mruknęła. – Nie rozumiem, trochę… Sheez…

– Co?

– Czy… ja jestem rzeczą?

Jakby dostał obuchem w łeb.

– Co? Nie, nie mów tak kochanie. – Spojrzał w jej brązowe, jak kryształ, oczy. Widział w nich rezygnację. Nie no, przecież jest człowiekiem. Pięknym człowiekiem, który mi… – Nie mów tak, Agafe. Jesteś wspaniałą osobą, słyszysz?, osobą. Cieszę się… ach.

– Przepraszam, ja… – Zmieszała się. – Ja po prostu…

Mam dziwne wrażenie, że jestem rzeczą… ale nie tak… nie w taki standardowy sposób. Cholerna magia…

Nienawidzę siebie.

– Nie mów takich strasznych rzeczy. – Uśmiechnął się. – Wstał nowy dzień. Chyba powinnaś popracować nad swoimi myślami. Ale…

Poczuła złość.

Nie chcę nią być… hej, nie chcę nią być. Czy… czuję się dlatego, że on w ten sposób mówi? Czy może… jestem człowiekiem, prawda? Prawda…

Uderzyła pięścią w jego pierś. Kilka razy. Zaszlochała.

– Nie płacz…

– Nie chcę, żeby on miał rację… nie chcę… – Jęknęła żałośnie. I popatrzyła w niebo. W nim.

Błękit, jaki w sobie miał, był czysty. Choć niespokojny, jakby zatroskany. I miał w sobie coś jeszcze. Jakąś warstwę głębokiego odcienia.

– Powiedz to… – Bąknęła. – Powiedz, proszę…

– Agafe… – Zaczął. Właściwie, co ona chce usłyszeć? Ach, cholera. – Kocham cię.

Łzy ustały.

Powiedział to tak pewnie i tak czule, że mu uwierzyła.

Lekko zdezorientowana chwilę przyglądała się jego oczom.

A potem ją pocałował.

* * *

Drżąc, zeszła z dachu. Zatrzymała się przed drzwiami gabinetu Likame. A jeśli robi coś ważnego i przeszkodzę? Zapukała. Może powinnam dać sobie spokój? Ale… tęsknię.

Drzwi otworzył Astaroth.

– Czego? – Spytał gniewnie. Cofnęła się. Twarz bruneta wyrażała zniecierpliwienie. – Spędziłyście cały poranek razem. Noc jest moja.

– Przepraszam. – Głos cichy, łagodny. Oczy jej się zaszkliły.

Chwilę popatrzył, jak odchodziła w stronę drabinki. A potem usiadł na ciemnej kanapie w błękitnym wnętrzu. Z bocznych drzwi wyszła Likame. Miała mokre włosy, spięte w kok. Nosiła błękitny, koronkowy biustonosz i czarne, w tym samym stylu, wąskie majtki. Podeszła do niego i z uśmiechem położyła dłonie na jego klacie. Masowała, a potem zdjęła koszulę.

Na dachu Agafe usiadła, opierając się o murek. Szare niebo dopiero przywoływało noc, choć na niebie widać było srebrny rogal księżyca. Przygarnęła do siebie nogi, objęła je rękoma.

Nie płacz, głupia. Spędziłaś fajny poranek… czego chcesz? Nie jesteś sama… nie jesteś, masz Sheez’a, Likame…

Czuła się osaczona przez samotność. Dlatego chciała spędzić czas z przyjaciółką. Gdy się nie udało, uczucie to znalazło w niej dziurkę, wiele dziur i zaczęło się w nią w przelewać. Napełniać, wypełniać, przepełniać. I wysysać dobre samopoczucie.

Nie jesteś sama, głup

Wytarła łzy.

Masz Sheez’a, którego nie było, bo musiał sprawdzić coś w Kramie ze swoją grupą. Masz Likame…

Nienawidzę być sama. Nienawidzę.

Ależ skarbie, odezwał się w niej wewnętrzny i zarazem zewnętrzny głos. Rozpoznała Nirgiza. My jesteśmy. My jesteśmy dla ciebie, chodź do nas, wróć do nas.

– Zamknij się! – Krzyknęła wściekle. – Nie chcę tam wracać i nie mam zamiaru! Tu mi dobrze!

Pustka po głosie smoka bardziej ucieleśniła w niej samotność. Nienawidzę. Nienawidzę siebie… Płakała.

Zmęczona, padła na bok.

Zasnęła.

Skulona w kłębek leżała na białej podłodze. Dygotała. Czuła, jak ktoś podchodzi do drzwi. Usłyszała ich skrzypnięcie. Przełknęła głośno ślinę. Niska kobieta w ciemnej sukience długie, złote włosy splotła w warkocz. Stanęła nad więźniarką i warknęła:

– Słyszałam to, kurwo! – Chwyciła za czarne włosy i tak szarpnęła, że aż usłyszała jęknięcie. Trzymając je dalej, ustawiła twarz tak, by mogły sobie patrzeć w oczy. W szarych, stalowych oczach złotowłosej tkwiła nienawiść tak silna, że Agafe

Wrzasnęła. Nieprzytomnie rozejrzała się po dachu. Płuca jeszcze nie wiedziały, że to był tylko sen. Zbyt krótko oddychała, urywanie. Serce również jeszcze nie skojarzyło, że nad nim, nad jego właścicielką kłębi się stos gwiazd z księżycem na czele. Biło tak, jakby chciało uciec.

Dotknęła siebie. Dłoń w smoczej rękawiczce położyła na tym wewnętrznym jazgocie. Serce wreszcie zrozumiało, że jest na Nudnym Świecie i jedyne, co grozi, to samotność.

– Tego nie pamiętam… – Mruknęła. – Czy… czy moja wyobraźnia płata mi figle?

Nie, odezwał się Nirgiz. Jeden smok tego nie przeżył i utopił się.

– Przepraszam… przepraszam za to wszystko… za dziś…

– Wróć do nas. – Nie ustępował. – Wróć.

– Nie mogę… nie potrafię… ja… nie chcę. Ja się boję. Jak tam postawię nogi… Nirgiz, ja się boję do własnego pokoju wchodzić!

Usiadła. Kiedy to się wszystko skończy? Przecież już nie jestem w Piekle… Ile jeszcze muszę oglądać tych obrazów… nie chcę… Podrapała się w czoło. Pisz o swoich snach, o wspomnieniach, które cię nachodzą, przypomniała sobie poradę anioła. Sheez… dziękuję. Ja… ciebie kocham.

Wstała. Może się w końcu uda. Może nie pozwolę dzięki temu na nawrót…

Trochę niezdarnie zeszła do swojej błękitnej przestrzeni, w której bywała tylko przelotem. Tylko po to, by znaleźć się w łazience albo przypomnieć sobie, że jakiś pokój, specjalnie dla niej, istnieje. Stanęła przy stoliczku. Serce znów pracowało, jak oszalałe. Wzięła szybko zeszyt z długopisem i wybiegła na zewnątrz. Na górę. Znowu.

Usiadła przy kominie, spojrzała w czarne niebo ze srebrnymi punktami i zwróciła twarz ku kartkom.

Dam radę, stwierdziła.

Czekała. Zatrzymała się. Westchnęła ciężko. Machnęła rysunek z Czarodziejką z Księżyca. Zmarszczyła brwi.

Czekała. Słowa nie chciały do niej przyjść, wydobyć się. Bała się ruszyć jakąkolwiek swoją wizję. Drżała i nawet o tym nie wiedziała. Musi ci się w końcu udać. Zobacz, to proste. Wystarczy napisać literkę…

Trwała. Wpatrzona w siną dal.

Słońce zaczęło się wyłaniać zza miejskich murów. Przegoniło szarość, ustanowiło jasny błękit niebios, zaprosiło świeży, młody wiatr.

A ona patrzyła w rysunek Czarodziejki z Księżyca.

Agafe? – Usłyszała znajomy, kobiecy głos.

Brunetka spojrzała w stronę zejścia. I byłaby się zerwała, gdyby nie to, że Likame była szybsza.

Rudowłosa przytuliła do siebie przyjaciółkę.

Milczały.

Przepraszam. – Powiedziała Likame, patrząc w brązowe oczy partnerki. – Jesteś dla mnie ważna, pamiętaj.

Ale… ja nawet nie… nie wiem, o co chodzi…

Wiesz, nie ściemniaj. Nieczęsto prosisz o wspólne noce… umówmy się, że jak bardzo ci doskwiera samotność, to przychodzisz do mnie i po prostu czekasz, aż wyjdę z łazienki, co ty na to?

Ale… skąd wiesz?…

Bo mi Sheez o tym powiedział. Stwierdził, że skoro on nie mógł być w nocy, a potrzebowałaś czyjegoś towarzystwa… ja mu na to, że mogłaś do mnie przylecieć, jak potrzebowałaś, a on mi na to, że byłaś i Astaroth cię wygonił, no to ja z tym do Asa… – Urwała. – Nie za dużo mówię?

Lubię słuchać twojego głosu… mów…

Pokłóciliśmy się trochę, ale twój aniołek jakoś tak nas pogodził. Dobry jest, mam nadzieję, że cię nie wykorzystuje? – Spoważniała.

Nie… on… Likame…? Ale Astaroth cię potrzebuje i jak tak będziesz… boję się, że sobie przeze mnie zaszkodzisz…

Co? Nie gadaj głupot, jest zazdrosny, ale akurat lubię u niego tę cechę, bo czuję się kochana. A ciebie… dawno nie spędziłyśmy nocy… Mam pomysł, spędźmy dziś czas aż do jutra rana. Przecież nie muszę się wiecznie miziać z Asem. Ale on jest taki pociągający, że chętnie bym to robiła.

Aha…

No to, co? Zbieramy się?

Wstały.

Pół godziny później Likame miała na sobie cienką, koronką bluzeczkę w błękicie i czarną spódnicę. Agafe wdziała szarą koszulkę i spodnie. Tylko torebka była błękitna.

Kochanie, kiedy będziesz? – Chciał wiedzieć Astaroth.

Stali w gabinecie właścicielki Dragon Arch.

Jutro rano. – Odparła wesoło. – Mam ochotę na babski dzień i noc! Ha, i wezmę jeszcze na zakupy Karinę, co ty na to?

Kochanie…

Przestań już, oj przestań. Jutro znów będziemy się miziać. No to nara!

c.d.n.

Jeśli chcesz wesprzeć finansowo autorkę, by dalej mogła tworzyć, zapraszamy do prywatnego kontaktu z nią: https://www.facebook.com/aleksandra.jursza lub aleandrasn@gmail.com
Dzięki! <3

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Od pięciu lat stara się realizować swoje marzenie, by zarabiać na życie pisaniem. Prowadziła portal o kulturze Debiutext, później skupiła się na prowadzeniu bloga Wszystko od nowa. Współpracowała z wydawnictwem RW2010, obecnie szuka dofinansowania na swoje projekty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.