[AGAFE] Rozdział 13

Pokój w malachicie prezentował się skromnie wyłożono kafelkami, a wnętrze umeblowano w stolik, kanapę i dwoma krzesłami. Ręce miała przykute ciężkimi kajdanami do ściany na takiej wysokości, że nie była w stanie ani siedzieć, ani stać. Najwygodniejszą pozycją, jaką znalazła było kucanie, a i tak nie dawało pełnego komfortu. Nogi miała swobodne, ale połączono je cienką żyłką kaleczącą skórę. W ustach czuła smak szmaty, ale nie mogła nimi spróbować choćby wypluć paskudztwo, bo bo ktoś zakleił je taśmą klejącą. W nozdrza wbijał się ostry zapach krwi. I śmierci. Na to wrażenie dostała gęsiej skórki. Mam tylko nadzieję, że to nie moja krew.

Nie czuła strachu. Ani przerażenia. Nie czuła jakiegokolwiek uczucia podobnego do lęku. Miała w sobie dziwny spokój. Jakbym już była gotowa umrzeć… Pani, wybacz, tak krótko ci służyłam.

Do wnętrza wkroczyła ona.

Kobieta wysokiego wzrostu o różowobiałych włosach sięgających łokci. Rozpuszczone swobodnie, doskonale wtapiały się w czerwoną, przyozdobioną różami, sukienkę. Była na bosaka. Na twarzy z kocimi oczyma w kolorze bursztynu malował się okrutny uśmiech.

I wtedy Karinie włosy stanęły dęba. Napłynął do niej strach. Tak silny, że nie była w stanie opanować dygotania.

– Dzień dobry. Mam nadzieję, że ci wygodnie. – Usiadła na krześle. – Masz dwie, nie, trzy możliwości. Od ciebie zależy, którą zastosuję. Pierwszą już znasz. Druga opcja, kochanie, jest taka, że będziesz ze mną współpracować. Tylko widzisz, mamy problem, bo przysięgę wierności złożyłaś tej, której nie powinnaś. A w takim wypadku pozostaje ci tylko śmierć. Szczerze, zrobiłabym to od razu, gdybym nie potrzebowała od ciebie informacji. – Na stoliku pojawił się kubek z ciepłym napojem. Zrobiła łyk. Jak dama. – Najpierw chcę wiedzieć, dlaczego mnie oszukałaś.

Wstała. Mruknęła coś i uwolniła usta brunetki.

– Powiesz mi teraz wszystko. – Wróciła na miejsce. – Tylko szczerze, proszę. Nie znoszę kłamstw.

– Cokolwiek chcesz… – Głos słaby, zachrypnięty. – Nic ci nie powiem.

– Tak sądzisz? – Udała zdziwienie i zaczęła sączyć herbatę. – Jest gorąca, chcesz spróbować?

– Odpieprz się.

Nyssa wybuchnęła śmiechem.

– Jesteś bardzo odważna. Albo głupia. No dobrze. Dlaczego mnie oszukałaś?

Więźniarka milczała.

– Arend!

Stanął przy niej wysoki, umięśniony mężczyzna. Miał na sobie czarne spodnie i koszulkę, przez szyję i łysą głowę przebiegał tatuaż ze smokiem.

– Nie chce mi się wstawać. Prosiłabym cię więc o zachęcenie tej tu oto zdrajczyni do mówienia.

Chwycił garść czarnych włosów tak, jakby chciał zrobić kitkę.

I podpalił.

Wrzasnęła przeciągle, wijąc się.

– Mam nadzieję – powiedziała słodko gospodyni – że jesteś zadowolonym gościem. Lubię, gdy mnie doceniają.

Czarne, lśniące włosy do łokci stały się kupką popiołu. Karina drgała mimowolnie, z wytrzeszczonymi oczyma. Z nagiej czaszki unosił się lekko dym spalenizny, znacząc czerwień na niej.

– No dobrze, zanim przejdziemy do kolejnego punktu programu, może mi wyjaśnisz swoje zachowanie. – Wesoły ton, odstawiła pusty kubek.

Zdyszana Karina łapała oddech.

– Nienawidzę cię – syknęła w końcu.

– Aaa, i to był twój motyw od samego początku? Żeby mi uprzykrzyć życie, tak? Ja ciebie ładnie przygarnęłam, a ty mi odstawiasz takie numery. Oj, nieładnie, nieładnie. Ale to za mało. W zasadzie… Kosashi i Władczyni Smoków mają prawo wypowiedzieć takie słowa, w skrócie, oczywiście. Powiedz mi lepiej, gdzie popełniłam błąd? No, gdzie ja cię skrzywdziłam? Było tak pięknie, Karino, a ty to wszystko spieprzyłaś.

– Niczego ci nie obiecywałam… tylko… po prostu… zaufałam… a ty mnie zostawiłaś.

– No, nie bądź taka. Kto kogo zostawił, myszko? Och, no tak, przecież pewien demon wziął cię do niewoli. Długo cię namawiali, byś przeszła na ich stronę? Chcę wiedzieć, przez ile będę się śmiać.

– Spierdalaj.

– Och! Ponieważ mam do ciebie pewne plany, pewne wizje… oszczędzę ci trochę zabawy. Powiedz, słonko, czy ja dobrze myślę, Władczynią Smoków jest ta, której wycięłam cipkę?

– Nic ci nie powiem! Nie zdradzę swojej pani!

– Kto raz zdradza – ton całkowicie poważny – ten już zdradzać będzie zawsze. Arend, przygotuj stół.

* * *

Znajdowali się na dachu wieżowca z neonem DRAGON ARCH.

– Nie obudzę jej, dopiero co zasnęła. – Stwierdził Sheeez. Pogłaskał Agafe po włosach. – Zresztą… obawiam się, że w tym stanie niewiele poradzi.

– Nie wierzysz w nią? – Zapytała rudowłosa. Czy chodzi ci tylko o własny tyłek?

– Jestem realistą. Jedyne, co możemy, to poprosić ją o magiczną ochronę. I przygotowac się na ostateczną bitwę. Jak się uda, to za miesiąc otworzymy Phobosa.

– A jak się nie uda?

– A jak się nie uda, to będziemy kombinować.

Zamilkli. Podeszła do nich.

– Moja mała. – Szepnęła czule. – Co ja mam zrobić, żeby dobrze się poczuła?…

– Kochać ją.

Spojrzała mu w oczy. I nie odkryła w nich nieba.

– Ja ją kocham. A ty?

– Nie wiem. – Uśmiechnął się. – I wnioskuję, że nie jest to dobra odpowiedź. Uważaj!

Została pochwycona przez Astarotha. Trzymał ją w pasie.

– Co? – Zdziwiła się.

– A mnie kochasz? – Spytał ze złością.

– Ale… czemu nie? Nie rozumiem…

– Kochanie… – Pocałował ją w ucho. – Dla ciebie oddałbym wszystko. Moc, życie, cokolwiek. Czy mogę liczyć na wzajemność?

– Nie… nie wiem.

Puścił ją.

– Szkoda. – W kasztanowych oczach miał zawód. Odwrócił się do niej tyłem.

– As!

Zniknął za klapą.

– Chyba się doigrałaś. – Podsumował szatyn. – Niestety. Demony są zazdrosne. Bardzo.

– Ale As… ja go kocham. – Zbiegła na dół.

I co ja mam z tobą zrobić?, pomyślał smutno. Wyglądasz tak pięknie. To prawda, że nie jestem pewien uczuć. Przykro mi. Ale tak jakoś wyszło, że nie mogę się obok ciebie zatrzymać. Być może, gdybyś nie była tak niezwykłą osobą… w ogóle bym nie zawracał sobie głowy wkroczeniem w wasz świat. W sumie to po tym wszystkim nie powinienem mieć do ciebie pretensji, że jesteś taka nerwowa, wystraszona i niegotowa na walkę z Nyssą. Też jej się boję. Zwłaszcza, że wiem, co robi Kosashiemu. Pozwolił wsłuchać się w jej rytm. Oddychała spokojnie, serce biło równym rytmem. Tak jakbyś zaakceptowała moją decyzję. Naprawdę chciałbym wiedzieć, czy cię kocham nad życie… owszem, oddam je za ciebie, jeśli tego będzie wymagać sytuacja, ale tylko dlatego, że jesteś Władczynią… nie, tylko dlatego, że jesteś Agafe. Zresztą, może ciebie jednak kocham. Zasługujesz na kogoś takiego, kto będzie mógł ci to mówić codziennie… i udowadniać. Czy taka właśnie dla ciebie jest Likame? Wiem, że zrobisz dla niej wszystko. Tylko czy ona tak samo dla ciebie?

Nie umiał odpowiedzieć na to pytanie.

A ta, która potrafiła, stała teraz przed brunetem i nerwowo się tłumaczyła:

– As… to moja przyjaciółka. Jest praktycznie sama…

– Nie jest! – Wygarnął. – Ma siebie i Sheez’a! To powinno wystarczyć.

– Czemu jesteś taki zazdrosny? – Załamała ręce. – Spędzam z tobą więcej czasu, niż z nią. A ty zaraz podnosisz alarm.

– Ach – machnął ręką. – Pół biedy by było, gdybyś wiedziała. Naprawdę, jestem w stanie zrobić dla ciebie wszystko… Czuję się wykorzystywany.

– Ale… pamiętasz… jak mi Nyssa – jakieś takie ciarki przeszły ją po plecach, gdy wymawiała imię – powiedziała, że nie żyjesz? Byłam gotowa się zapić. To… jakby mi na tobie nie zależało, to bym tak nie robiła.

– Bardziej chlałaś przez nią, przyznaj.

– As… – Podeszła do niego niepewnie. – Kocham cię. Jak mam ci to udowodnić? Chcę z nią spędzać trochę czasu i ja, i ona tego potrzebujemy. Zrozum, kochanie, to moja przyjaciółka. Bez niej… nie byłabym tym, kim jestem.

Wzięła go w ramiona.

* * *

Ciało utrzymywane w dłuższej pozycji błagało o uwolnienie. Poparzenie na głowie zaczęło się zabliźniać. Zerwał z niej dół ubrania. Rozszerzył jej nogi tak, by mieć swobodny dostęp do pochwy. Unieruchomił je więżąc kajdanami kostki. Chciała krzyczeć, ale znów zakneblowano jej usta.

Nyssa stała w kącie i ozdabiała jasną świeczkę czerwoną koronką. Zawiązała ostatni supeł i spojrzała na uwięzioną.

– Niech ci daje tyle ciepła, ile można. – Podeszła do ofiary. – Powiedziałam ci wyraźnie, że będziesz ze mną współpracować, to będziesz. – Postawiła rzecz w pobliże krocza i zapaliła. Palcem tknęła głowy pokrzywdzonej i trochę pomacała. – Ze mną się kochanie nie zadziera. A jakbyś jeszcze potem stawiała opór, to położę cię na tym stole, co ci wczoraj pokazywałam. Ale chyba nie przypadł ci do gustu, co?

Usiadła. Z radością obserwowała nieporadnie próbującą się wywinąć ogniowi Karinę. Skóra już czuła płomienie. Nawet nie zauważyła, kiedy przy jej boku zjawił się mężczyzna.

– Późno już. – Oświadczył. Spojrzał na katowaną. – Czy ja bym mógł…

– Nie, Arend. Nie tym razem. – Podniosła się. – Ale obiecuję, że przy najbliższej okazji dam ci kogoś.

Zgasiła świeczkę, ich twarze znalazły się naprzeciw siebie.

– Kotku, mogę tobie zrobić to samo, co Agafe. Ale jeśli mi wszystko powiesz i będziesz grzeczna, unikniesz jej losu. Tak po prostu. – Przekręciła głowę w bok. Patrzyła jak kot gotowy pochwycić mysz. – Więc z łaski swojej, współpracuj.

Zdjęła jej knebel.

– Zabij mnie, błagam. – Szepnęła torturowana.

– Nie denerwuj mnie. Jest już późno i chcę już wracać do Kosashiego. Jeśli jeszcze raz poprosisz o litość, to obiecuję, powtórzę torturę i wzmocnię ją. Więc ja się ciebie, kochanie o coś spytam, a ty mi grzecznie odpowiesz, jasne?

Bała się. Chciała coś powiedzieć, ale złapała tylko powietrze.

– Która z nich jest Władczynią Smoków?

– …

– Liczę do trzech. Raz… dwa… trzy…

– Agafe! Agafe!

* * *

Jakby ktoś krzykiem ją wybudził. Wygięła się w łuk a potem, widząc zaskoczenie na twarzy mężczyzny o brązowych włosach, uspokoiła się. W głowie pozostał dźwięk, echo jej imienia wykrzykiwanego z przerażeniem.

– Co się stało? – Zapytał.

Podniosła się i spojrzała w górę. Ciemnobłękitne niebo zasnuwały głębokie, deszczowe chmury.

– Ja… chyba wiem, gdzie jest Karina… – Zadrżała. – Ale… ja… głos niewyraźny, jakby coś chroniło tamto miejsce… i nie wiem, o co chodzi…

Milczał.

– Dzieje się coś złego, prawda? – Zapytała zdezorientowana.

– Przypuszczalnie czas na zabawę z terapią nam się skończył. – Skrzywił się. – Prawdopodobnie zaczyna się polowanie na nas.

* * *

– I tylko to chciałam wiedzieć, kochanie. – Szepnęła jej do ucha, jeżdżąc palcami po poparzeniach. – Ale mam dla ciebie dobrą wiadomość. Nie zabiję cię. Bo jesteś na to zbyt fajna. – Uśmiechnęła się.

Położyła dłoń na głowie torturowanej.

– Nie martw się, to będzie pasowało do twoich włosów, kiedy już odrosną. Tak czy inaczej… Arend będzie przychodził do ciebie po informacje, co się dzieje w ich grupie. Ładnie to zaplanowałam, słoneczko? – Dodała słodko.

W przestrzeni rozniósł się wrzask.

* * *

Próbowała zasnąć, ale coś jej nie szło. Mam dziwne uczucie, jakby coś strasznego się działo, pomyślała. Usiadła na łóżku.

Astaroth leżał z zamkniętymi oczyma w błękitnym pokoju. Zza okna wychodziła przestrzeń miasta, szara i spowita ciemnością.

Pogłaskała po go nagiej klatce.

Naprawdę go kocham, stwierdziła z czułością. Może nie rozumie przyjaźni… ale, chyba jednak byłabym dla niego poświęcić wszystko. Czemu nie? Jest taki kochany. Fakt, spędzam z nim bardzo dużo czasu i to fajnie. Seks z nim to najbardziej udany seks, jaki miałam. Eh, głuptasku, żaden inny związek nie dawał mi tyle satysfakcji, ile ty… ale wiesz, Agafe też by chciała trochę pobyć ze mną. Może kiedyś zrozumiesz.

Podrapała go, a on słodko zamruczał.

Tylko czemu mam wrażenie, że coś jest nie tak? Chyba nie chodzi o Agafe

Zerwała się na równe nogi. A skąd mam wiedzieć? Może jednak o nią? Co z tego, że sygnał z daleka… dziwne.

Wdziała na siebie błękitną koszulę nocną przepasaną czarną koronką i wyszła na korytarz. Zawahała się, a potem wkroczyła na dach.

Zastała dwóch siedzących ludzi. Wpatrywali się w siebie jak zahipnotyzowani. I nawet na nią nie zwrócili uwagi.

Otoczyła wzrokiem nocny nieboskłon, a potem widok na miasto. Szare i zapuszczone, żyjące tylko dzięki jej firmie. Smutna aglomeracja.

Skoro Agafe jest bezpieczna, to o co może chodzić, do cholery jasnej?

Uczucie strachu czy przerażenia, a na pewno czegoś groźnego powoli zaczynało ją irytować. Nagle przypomniała sobie ich wcześniejszą rozmowę.

O nie. Żeby tylko nie chodziło o Karinę…

Niespecjalnie jej zależało na służce, ale nie chciała, by ta znajdowała się w jakiś tarapatach. Po prostu przyjęła ją do siebie, bo uznała, że będzie miło.

A teraz nabierała pewności, że chodzi o informatorkę.

Usiadła z boku, by nie przeszkadzać parze.

Słońce rozpoczęło powolną wędrówkę przez świat. Wydawało się, że roztoczy swój spokój, wypływający z jego błękitno-różowych barw nad całą ziemią.

Nie zdążyło.

Szlochająca, półnaga kobieta klękała przed Likame. Twarz zalana łzami, skierowana na podłogę. Z łysej, poparzonej głowy wystawał czarny drucik w kształcie warkocza. Sięgał do ud.

Rudowłosa zerwała się na nogi. Powstrzymała okrzyk zasłonięciem ust dłonią. Przed sobą miała wraka człowieka.

Wrak podpełzł do jej stóp i chwycił za kostkę.

– P-pani… – Jęknęła Karina. – Zabij mnie, błagam.

– Ale… ja nie rozumiem, co się stało? – W głosie troska.

– Pani… wolę zginąć z twych rąk, niż z jej… błagam…

Łamało się serce rudowłosej.

– Ale ja nie wiem, o co chodzi… – Bąknęła.

– Pani! Nie chcę cię zdradzać! Chcę służyć do końca swych dni honorowo! Błagam!

– Ale nic nie zrobiłaś…

– Dopiero zrobi. – Stwierdził Sheez. – Nie wiem, o co chodzi, ale ten drut na głowie jest czymś bardzo, bardzo złym.

– Nie chcę jej zabijać! – Wystraszyła się Likame. – I nie potrafię!

– Nie… – Głos Władczyni Smoków był drżący. – Nie musisz.

Dygocząc, podeszła do Kariny. Dotknęła jej brzemienia, ale została strącona.

– Nie dotykaj! – Warknęła służka. – To tylko decyzja mojej pani!

– Ona… – Podjęła ta ostatnia, zakłopotana. – Ona jest dobra, niech robi to, co uważa.

Agafe dotknęła jeszcze raz druta:

– Nie mogę… nie umiem… nie wiem… przepraszam, że cię nie mogłam wtedy obronić… ale… ale teraz sprawię, że będziesz mogła służyć Likame… Prze… przetransformuję czar. Jeśli oni cię złapią… będziesz mogła pokierować… pokierować tym drutem, by zadać sobie samej śmierć. Ale… nie sądze, by do tego doszło, mam takie przeczucie. To znaczy, ma ktoś cię kontrolować… i on po prostu nie będzie mógł się oprzeć twemu urokowi i zamiast informacji będzie robił coś miłego dla ciebie. – Uśmiechnęła się.

Szatyn powstrzymał śmiech.

Puściła i machnęła dłonią dwa razy.

W błyskawicznym tempie rany na głowie się zagoiły, na ich miejsce pojawiły się malutkie włosy.

A potem na Karinę spadł kocyk z postacią Czarodziejki z Księżyca. Z rumieńcami na twarzy zasłoniła się i spojrzała na Agafe:

– Dziękuję.

Ta kiwnęła głową.

– A może to ja powinnam podziękować? – Szepnęła. – Bo…

Bo Sheez ma rację. Ona… może mi wszystkich zabrać. A jeśli mi zabierze Likame? Co ja wtedy zrobię? Jak ja sobie poradzę? Ale… nie, nie pozwolę. Ja… jestem głupia. Mogłam to zrobić wcześniej. Nienawidzę siebie.

Zamknęła oczy.

– Kochanie. – Usłyszała Sheez’a. Objął jej szyję. – W porządku?

Tak, w porządku, ale mogłam zapobiec tej tragedii… głupia, tak zwyczajnie głupia…

– Tak. Tak. Przepraszam… Ja… chciałabym coś wam wszystkim dać, bo… bo czuję, że mogę. Nie wiem jak, ale wiem, że to proste… Głu

– Prosiłem. – Wyglądał na zmartwionego.

– Przepraszam. Po prostu otoczę nas ochroną, żeby nie mogła tak łatwo znaleźć. Przepraszam, że tego wcześniej nie zrobiłam.

Bo myślałam tylko o sobie. Ona nie może mi nikogo zabrać… nikogo…

Przylgnęła gwałtownie do mężczyzny, który się nią opiekował.

– W porządku, po prostu nie wiedziałaś, że tak potrafisz. – Pocieszyła Likame.

Może wiedziałam, tylko… Smutno jej się zrobiło. To wszystko jest takie trudne. Jak mam się skupić na pokonaniu wroga, skoro… skoro to wszystko dręczy? Jak ja mam sobie dać z tym radę? Nigdy nie powinnam… jestem taka głu

– Przepraszam. – Szepnęła mu do ucha. – To takie… to może zbyt trudne.

Pogłaskał ją czule po włosach i pocałował w czoło.

– W porządku. – Stwierdził. – Pozostaje nam tylko wiara we własne siły.

I w ciebie, chciał dodać, ale ugryzł się w język.

– Mam ochotę na śniadanie. – Rzuciła nagle, nieco przygnębionym tonem rudowłosa. – Ale w Parku Róż. Zjesz ze mną, kochana?

– Nie chcę tam. – Mruknęła. I jeszcze bardziej przykleiła się do jego ciała. – Nie chcę tam.

– Znam lepsze miejsce. – Odparł radośnie Sheez. Wyszło mu to całkiem naturalnie, a ton sprawił, że wszyscy poczuli się lżej. – Park Siemiradzkiego! Doskonałe miejsce na medytację i…

– Ale chciałabym z nią samą tam być. – Przerwała Likame.

Były. Likame ubrana w błękitną koszulkę z czarną różą przy dekolcie i krótką, marszczoną czarną spódniczką z błękitnymi kokardami. Agafe w szarej sukience z fioletowymi serduszkami do kolan. Siedziały na kocu z napisem DR HOUSE. I jadły zapiekanki. Z piwem Perła.

– Cholera – burknęła właścicielka DA. – Mam tak cholerną ochotę na piwo, a on mi nie bardzo na to pozwala.

– Dlaczego?

– Chyba się zraził, jak się ostatnio spiłam. – Uśmiechnęła się łobuzersko. I zrobiła większy łyk. – Ale teraz… wiesz, ona… nie lubię, jak ktoś cierpi, a ona jest taka sympatyczna. Ale pomysł miałaś świetny.

Milczenie wypełnione szumem drzew.

– Agafe, wszystko u ciebie w porządku?

– Tak. – Nie, bo mam… Westchnęła. – Chyba tak.

– Nieprawda. – Zrobiła ostatni kęs położyła się. – Pewnie, że nieprawda, bo jest ci smutno, prawda? Widzę to po twoich oczach.

– Ja… przepraszam.

Dłoń przyjaciółki pociągnęła ją do siebie. Brunetka wtuliła się w partnerkę i zaczęła się bawić czerwonymi kosmykami.

– To ja powinnam cię przeprosić. Tak mało spędzamy czasu ze sobą. Ale Astaroth jest taki słodki. Nie mogę się oprzeć jego ciału. Ma takie cudowne, w miarę wysportowane i ma dużego penisa – urwała, jak zorientowała się, że dłoń towarzyszki kurczowo zacisnęła się na jej materiale. – Kochanie?

– Nie… nic… – Głos słaby. Tylko trochę się boję. Znaczy… wystraszyłam się… no bo… zobaczyłam jego… jestem taka głu – A niech to szlag. Likame… ciężko mi jest… tak po prostu zwyczajnie nie daję sobie z tym wszystkim rady. Ale nie martw się. Proszę. To bez sensu, zwłaszcza, że ja…

– Teraz to ty mówisz bez sensu. Wiem, że jest ci trudno, dziwne by było, gdybyś nie miała doła. – Zmarszczyła brwi. – Bo naprawdę, tamte koszmary… czasem o nich myślę, ale na szczęście As mnie przytula i pociesza. Ale… jakbyś chciała iść na terapię, to mogę załatwić. Może ci się przydać, bo jesteś skołowana. Ja też. – Usiadła i zrobiła haust piwa. – Jakoś mnie dręczy ten obrazek Kariny. I nie chce wyjść.

– Nie chcę na terapię. Ale… obiecałam Sheez’owi, że… że będę nad sobą pracować…

– Dobrze cię traktuje?

– Dobrze. – Uśmiechnęła się smutno, przypominając sobie wczorajszą rozmowę. – Dobrze.

– Mam nadzieję. Mam nadzieję, że jakby coś się działo, to przyjdziesz i mi powiesz… – Paplała dalej, ale Agafe jakoś nie słuchała. Zanurzyła się we własnych myślach. Sama mogę się obronić… tylko że on nic mi nie zrobi… nic… on… nadal nie wiem, czy mnie kocha… a ja jego? Jego? Tak. Raczej tak. Zamknęła oczy.

– Kochanie? – Zdziwiła się rudowłosa, biorąc trzecie piwo. – Eee… zasnęła.

Opróżniła spokojnie puszkę.

Puszka wypadła z dłoni.

Wspomnienie krzyku zagłuszone szlochem.

Agafe zwinęła się w kłębek, zasłaniając twarz łokciami.

– Nie zabijaj go… – W cichym tonie dźwięczał ból. Łzy zabłyszczały na policzku. – Nie zabijaj, proszę…

– Mała… – Wzięła w objęcia drżącą, kruchą postać. – Nie płacz… proszę, nie rób tego.

Czarnowłosa kobieta ocknęła się dopiero, gdy złapała zielony wzrok przyjaciółki. Przełknęła głośno ślinę.

– Przepraszam… to…

Spieprzyłam jej poranek… nienawidzę siebie.

– Nic nie szkodzi. – Splotły palce. – Naprawdę nic się nie stało.

c.d.n.

Jeśli chcesz wesprzeć finansowo autorkę, by dalej mogła tworzyć, zapraszamy do prywatnego kontaktu z nią: https://www.facebook.com/aleksandra.jursza lub aleandrasn@gmail.com
Dzięki! <3

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Od pięciu lat stara się realizować swoje marzenie, by zarabiać na życie pisaniem. Prowadziła portal o kulturze Debiutext, później skupiła się na prowadzeniu bloga Wszystko od nowa. Współpracowała z wydawnictwem RW2010, obecnie szuka dofinansowania na swoje projekty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.