[AGAFE] Rozdział 12

Może przez to, co jej wtedy szepnął zrozumiała później, dlaczego nosiła w sobie bombę z opóźnionym zapłonem.

W tamtych dwóch tygodniach, w trakcie których przywróciła sobie normalną mowę, jako takie ludzkie wyrażanie się, dotknęło ją życie. Uświadomiła sobie, że jest i funkcjonuje. Cokolwiek by jej nie zrobiono, po prostu była.

A potem nie dała rady.

Mimo otulającego ją delikatnego, ciepłego powietrza i wiszącego nad nią mieniącego się srebrem gwiazd i księżyca nieba, serce za które się trzymała, waliło jak oszalałe, a ona próbowała zapomnieć marę nocną. Marę życiową, którą przeszła. Strumień łez zagościł na policzkach, a ona trzęsąc się, próbowała jakoś zakryć się. Miała niejasne wrażenie, że zaraz ktoś coś jej zrobi.

Siedząc, trwała dłuższy czas, przytulając się do siebie.

Dopiero po dłuższym czasie zdała sobie sprawę, że nikt jej nie dotyka. Nikt nie podszedł i nie wyzwał. Tak jakby nikogo nie było. Wtedy znalazła ciemne niebo nad sobą i padła na bok. Oddech zwalniał, a ona pogłaskała wierzchem dłoni zimny beton.

Podłoga w białym pokoju nie była taka. A przynajmniej nie była szara.

Uspokojona, znów zasnęła.

Nad świtem krzyknęła. Zerwała się na nogi, chcąc się rozbudzić. Albo uciec przed kimś. To bez sensu, przyszło do niej. I padła na kolana. Łapała rześkie powietrze haustami.

Serce złapało równy rytm, oddech wyharmonizował.

Zamknęła oczy.

Nienawidzę tego, nienawidzę siebie… Boże, dopomóż.

Miała dziwne uczucie, że nikt jej nie słucha.

To bez sensu. To bez sensu. Bezsens…

Spojrzała na powlekające leniwie świat promienie słoneczne. Machnęła ramionami i siedziała dalej.

– Dzień dobry. – Odezwał się głos za którym w nocy tęskniła. Ten ktoś, do którego pragnęła się przytulić stanął nad wejściem i uśmiechał się. Brązowe włosy do kolan splótł w warkocz.

– Dzień… dobry. – Podrapała się nerwowo po głowie. Chciała uchwycić jego wzrok, ale jakoś nie dała rady. Głupia jestem…

– Przepraszam, że mnie wczoraj nie było, ale z Kariną kombinowaliśmy pięknie, jakby tu przyśpieszyć realizację Phobosa. Mam nadzieję, że nie jesteś zła.

Wiedziała, że było to konieczne. Nie…

Podszedł do niej.

– Jadłaś coś? Coś się stało?

Jakoś bezwiednie pochwyciła pasemko czarnych włosów i zaczęła je owijać wokół palca. Palców.

– Przestań. – Stwierdził delikatnie i zatrzymał ten ruch. – Rozumiem, że się denerwujesz, bo pewnie jeszcze nie jadłaś śniadania i czekają nas nowe wyzwania.

Po chwili odpowiedziała:

– Jestem głupia.

Skrzywił się, a ona zadygotała. Poczuła w sobie jakiś niepokój, jakby za chwilę miało się coś stać. Coś złego. Na przykład, tak jak

Przytulił ją. Myśl uleciała gdzieś w przestrzeń, a ona pozwoliła otulić się jego miłością. A przynajmniej takie miała jeszcze wrażenie.

– Przepraszam.

Trwali w uścisku dłuższy czas.

– No, mówić normalnie to mówisz. – Podsumował wesoło, gdy skończyli śniadanie. Położył się i spojrzał w bezchmurny błękit. – Ale i tak wiem, że jeszcze nie jesteś gotowa. A co gorsza, nasza siatka też nie. Hmm… Prawda, że piękna pogoda?

Nerwowo się poruszyła. Jakaś myśl ciągle bębniła w jej głowie. Nienawidzę siebie.

Pozwoliła zabrać się na spacer. Zaprowadził ją do Parku Siemiradzkiego. Tuż za hotelem, na wzniesieniu z którego widać było tylko drzewa, siedli na ławce.

– Aach – westchnął uroczo – uwielbiam to miejsce! Czuję się tu jak ryba w wodzie!

Parsknął śmiechem i spoważniał.

Agafe siedziała lekko skulona, ze zmarszczonymi brwiami. Patrzyła przed siebie ze smętną miną.

– Uśmiechnij się, wszystko jest dobrze, takie jakie powinno być. Ta chwila jest doskonała. Czy można chcieć czegoś więcej?

I co ja mam mu odpowiedzieć?, zastanawiała się. Że dręczą mnie koszmary? Że mam jakieś dziwne myśli?

– Masz rację, nic nie ma do roboty. – Wstał. – Jak myślisz, kawiarnie są już otwarte?

Z pozoru beztroski, obserwował jej zachowanie. W ten czy każdy kolejny dzień, powoli potwierdzał swoją diagnozę. I mu się bardzo, bardzo nie podobała.

Potrzebował sprawnej Władczyni Smoków. Oni wszyscy mieli taką wolę. Ale coś szło nie tak.

A ona udawała, że nic się nie dzieje i jest w porządku. Nikogo nie martwiła ponurymi myślami. Z rzadka zostawała sama, najczęściej prosiła Sheez’a, by został z nią na noc. Brała często jego włosy i kręciła wokół palców. Tik nerwowy. A może tym jednym odruchem chciała go zatrzymać przy sobie, odczuwać. Czasami ujawniała swe myśli, które brzmiały najczęściej jestem głupia albo to bez sensu. Nie zdradzała jednak tych najgorszych. Obawiała się, że to nie przyniesie dobrych rzeczy. Bała się wielu spraw. Znajdował się w niej jakiś taki lęk.

Lęk, który bardzo wyraźnie wychodził w nocy.

Kiedy nie mogła spać.

Przy aniele tak bardzo nie poddawała się cierpieniu. Może sprawiała to jego radość z bycia tu i teraz, a może uczucie, że ktoś tu jest i się nią opiekuje.

Gdy się myła, nachodziły ją nieprzyjemne wrażenia. Może niekoniecznie czuła się brudna, jak mają zwyczaj określać swoje uczucia do własnego ciała osoby zgwałcone. Raczej nękały ją myśli. Nienawidzę siebie albo To ciało jest obrzydliwe. Jestem obrzydliwa. To właśnie w łazience, w czasie prysznica, odzywały się w niej czarne wspomnienia. Nie zważając na lecącą wodę, opierała głowę o ścianę i płakała tak długo, aż łzy ustawały. To było po tym, jak nachodziły przeżycia,w trakcie których… nie, to jest okropne, nie, nie róbcie mi tego, proszę, błagała w myślach. Nie chciała tego widzieć. Nie chciała czuć na sobie jego dotyku, jego lodowatego wzroku. Głupia jestem, to już było, próbowała hamować wizje. Ale nie. Musiała znaleźć się w jego niedbałym, nieszanującym niczego uścisku. Poczuć, jak jeździ po sutkach. Jak przesuwa dłoń w stronę myszki. W stronę… tego miejsca, gdzie nic już nie było. Przełknęła głośno ślinę. Musiała czuć, jak włada dłoń do środka, jak nią rusza, ją rusza.

Trzasnęła pięścią w ścianę. Huk jakby zatrzymał horror. Wróciła do rzeczywistości choć na chwilę, dokończyła bazgranie się w wodzie. Nie starała się specjalnie myć.

Zdarzało się, że jeden wybuch płaczu nie wystarczał.

Bo gdy tak masowała swoje ręce mydłem, widziała te czerwone ślady. Znamiona bólu. Mimowolnie zatrzymywała na nich wzrok. Co rano wkładała rękawiczki, na noc też bywało. Chciała zasłonić ból skóry materiałem, przestać o tym pamiętać. Ale nie mogła. Przy wstającym słońcu albo przed snem, kiedy po myciu znajdowała się tam, na górze, zakładała na siebie coś, dzięki czemu nie czuła tego piekielnego uczucia, które dręczyło jej dłonie. Patrzyła na te palce pogryzione drutem i czuła to, co on jej robił. Wżynał się, unieruchamiał kości. Wydobywał z ciała strużki czerwieni. Boże, nie chcę tego. Nie, to tak bardzo boli.

W niektórych dniach koszmar nachodził ją w towarzystwie Sheez’a. Albo Likame. Przy niej mniej umiała się opanować, ale mimo wszystko starała się udawać, że jest całkiem w porządku. Nic się nie dzieje. Nie, on jej nie gwałci. Nie, nie obraża jej. Nie, nie posiada myśli jestem głupia, nienawidzę, przestań, to boli, pójdziesz sobie wreszcie, proszę, nienawidzę siebie.

Zatrzymywała się wtedy i jakby wyłączała z otaczającej przestrzeni.

Wydawało się, jej się tak zdawało, że całkiem dobrze myli innych.

Dlaczego nie chcę im powiedzieć?… To głupie, prawda? Ale… po co mają się martwić? Zwłaszcza Likame, która tyle przeze mnie przeszła i która daje mi dom, wszystko… Niech już ją to piekło zostawi w spokoju.

Anioł nie dał się nabrać.

Nie jest dobrze, stwierdził w końcu. Trzeba by tu coś zrobić, tylko co? Moja moc jest bezradna.

Prawie nie wchodziła do swojego lazurowego pomieszczenia. Brała coś na przebranie, czasem zawiesiła jakiś bazgroł na ścianie. Obok wiersza był to rysunek. Ale poza tym w pokoju niczego nie było. Oprócz mebli brakowało czegoś osobowego i zegara.

Dla niej prawdziwym pokojem stał się dach.

Miejsce, gdzie mogła poczuć przestrzeń i patrzeć na nią niczym nie zszarganą.

Jakiegoś wieczoru Likame weszła do pomieszczenia przyjaciółki. Zmarszczyła brwi, nie znalazłszy jej obecności. Przebywasz tu trochę? Bo jest tak trochę… bezosobowo. Zwróciła uwagę na zawieszony wiersz. Mam nadzieję, że nie jest to jakaś bardzo osobista rzecz…, mimowolnie pochłonęła go wzrokiem.

Stała po tym jak kamień i patrzyła w litery. Rysowały się w treść trudną do przełknięcia. Dopiero gdy przetarła twarz poczuła mokre policzki. Westchnęła ciężko i wyszła na korytarz. Wtedy zauważyła otwartą klapę na dach. Agafe?

Ta siedziała po turecku i patrzyła w górę. Co w górze?, zastanowiła się rudowłosa i zrobiła to samo. Rozsiane, białe punkty po nieboskłonie i niecały, lsniący księżyc.

Zwróciła wzrok ku przyjaciółce. Nadal to robiła.

– Agafe?

Podeszła do niej i jakoś tak odruchowo, wzięła czarne kosmyki w palce.

– Bywasz czasem u siebie?

– Czasem. Przepraszam.

Nie lubiła wchodzić do tego pomieszczenia. Tylko dlatego, że nim było. Było pokojem. Lazurowym miejscem, w którym mogła wygodnie się położyć. Gdzie stały meble.

Ale w bieli też one trwały. Przez chwilę, ale mogła dotknąć łóżka z kaleczącą pościelą. Jak czasem zatrzymywała się na dzisiejszym, obecnym łożu, bezpiecznym miejscem z puchową kołdrą i poduszkami, dochodziło do niej, że gdzieś kiedyś, właśnie rzucona na łóżko, pokaleczyła się, unieruchomiono ją. Każdy ruch bolał. Nawet drgnięcie, tak niewinne, okazywało się nieznośne.

Pokój przygniatał.

Tym, że był.

Nie chcę być w zamkniętej przestrzeni, tak to sobie uzasadniała. Ale… Likame, przepraszam, wiem, że nie zachowuję się w porządku. Tyle mi dałaś, dajesz… a ja tak po prostu… jakoś nie umiem przebywać w pokoju, przepraszam. Mam nadzieję, że nie będziesz zła. Po prostu źle się czuję, rozumiesz?

I jak to miała jej powiedzieć? Ot, tak po prostu? I będzie całkiem w porządku?

Głupia jestem.

– Wszystko jest w porządku? – Chciała wiedzieć narzeczona Astarotha, siadając. – Ja… wiem, że ostatnio mało czasu spędzamy ze sobą, przepraszam. Ale to przez te głupie formalności z Phobosem… rozumiesz? Może zmienimy to? Wiesz, trochę się stęskniłam.

Przytuliły się do siebie.

– Mam Sheez’a. Jest dobrze.

I tylko tyle?, zdziwiła się Likame. Nic więcej nie powiesz?

– Dobrze cię traktuje?

– Dobrze… tak traktuje mnie, jakby mnie kochał. Tak się czuję.

– Cieszę się. Ale nie… – Urwała. – Myślę, że za wcześnie na jakieś wnioski. Nie do końca jestem do niego przekonana. George też był taki miły na początku…

– George…

– Tak, kochanie?

– George nic nie zrobił… – Zamknęła oczy. Nie, nie teraz, proszę, nie…

Ale było już za późno.

Ukwiecona łąka wróciła, jego litość także.

A potem nadeszła śmierć.

Płakała, wtulona w ramię rudowłosej. Ta ją głaskała po głowie.

– Przepraszam. – Powiedziała. – Po prostu czuję do niego urazę. Nie chciałam…

– W porządku. – Wybąkała, zduszając kolejny napad szlochu. – Po prostu go tu nie ma.

Wtulone, położyły się. Spokojny sen pokrył je całą swoją warstwą i trwał aż do świtu.

– Wiesz, to dziwne – szepnęła Agafe, spoglądając w zielone jak dojrzała trawa oczy partnerki – ale nie miałam koszmaru.

Słowa zawisły w powietrzu.

– Rozumiem. – Przyznała w końcu Likame. – Mocno cię męczą? Głupie pytanie. Może można z tym coś zrobić.

– Nie wiem, co.

Bo co można było na to poradzić? Leki nasenne i tak nie wymażą piekielnych wizji.

W takiej pozycji znalazło ich dwóch mężczyzn. Na twarzy wysokiego bruneta odmalowała się irytacja.

– Kochanie, chciałem z tobą zjeść śniadanie.

– Może nie dziś. Mało spędzam z nią czas… dziś mam ochotę zrobić z nią coś więcej.

– Kochanie, obiecałaś…

– Astaroth – przerwał chłodno Sheez, kładąc dłoń na jego ramieniu. – Potrzebują tego. My zresztą też. Pamiętaj co ci mówiłem.

– Tak, wiem – spojrzał na niego gniewnie – potrzebujemy silnej i sprawnej Władczyni Smoków. – Ale to nie znaczy, że obietnice mają zostać złamane. Miałem fajne plany!

– Dzieciak. – Mruknęła Likame.

Szatyn parsknął śmiechem. Perlisty dźwięk rozładował napięcie. Anioł sprowadził towarzysza na dół.

– Nie gniewaj się. – Poprosiła Agafe.

– Za co? – Głasnęła policzka rozmówczyni. – Jest trochę zazdrosny, ale to znaczy, że mnie kocha. A z tobą faktycznie dawno nie byłam.

Splotły palce.

* * *

Gdy Likame spędzała czas ze swoją przyjaciółką, tak zwyczajnie, docierało do niej, że z Agafe jest źle.

Już się nie jąkała, ale przejawiała nerwowe tiki. Była niespokojna, rozglądała się czasem tak, jakby coś złego miało się stać.

– Spokojnie, kochanie, jest dobrze.

Ale nie było.

Nie było, bo Agafe mało mówiła. I patrzyła na świat pięknym, brązowym spojrzeniem, w którym odbijał się jakiś mrok.

Kiepskie stany towarzyszki nie były jedynym zmartwieniem rudowłosej.

Sheez, jeśli ją w jakikolwiek sposób skrzywdzisz, to obiecuję ci, że cię rozerwę na strzępy. Jeszcze nie wiem, jak ale masz moje słowo.

Facet budził w niej nieufność.

Wyglądał przyjaźnie i sprawiał takie wrażenie, ale pomimo tego nie mogła się do końca przekonać. Nawet widząc go ze swoją przyjaciółką, wtulonych w siebie, ona niespecjalnie się z tego cieszyła. Proszę, nie wykorzystuj jej tylko dlatego, że ma moc. Nie krzywdź jej. Sama mieszała się w uczuciach, bo wszystko wskazywało na to, że szatyn ma jak najlepsze zamiary.

Nie oceniaj go pochopnie, karciła się. Przecież cały czas się nią opiekuje.

Mimo to miała jakieś nieodparte przeczucie, że Sheez nie jest szczery.

Czego chce? Tylko pokonania Nyssy?

Sheez Valceus chciał pokonania Nyssy.

Dlatego namówił Astarotha, by dał kobietom spokój przynajmniej na parę dni.

– Może przy mnie nie zachowuje się w pełni swobodnie, bo mało mnie zna – podjął przypuszczenie. Bzdury. Ona ma po prostu problemy ze sobą. I jak tu walczyć? Jak żyć? Mimo to uśmiechnął się.

Astaroth dał za wygraną, choć ciężko mu było. Ej, chciałbym się z nią poprzytulać, pocałować, popieścić…

Agafe lekko się odprężała w towarzystwie rudowłosej. Czuła się bezpiecznie. To dobrze, że ona tu jest, mam nadzieję, że nie przeszkadzam… w końcu są taką piękną parą.

Między tym wszystkim zdarzało się, że zostawała sama. Likame przebywała na zebraniach w DA jako gość albo miała spotkania w sprawie Phobosa.

Po co oni to robią?, zastanawiała się. Po co wciągają w to innych? Ja… jak tylko będę mogła… będę w stanie kiedyś ją pokonać, to po prostu to zrobię.

Pytanie kiedy miało to nastąpić, wciąż zostawało pytaniem bez odpowiedzi.

Sheez nie mówił, gdzie przebywa i co robi. Ona nawet nie pytała.

Dawała radę tylko dlatego, że wiedziała, iż w każdej chwili może podejść do rudowłosej. Mimo wszystko… Przebywała w miejscu, gdzie dobrze się czuła. Bywało, że zatęskniła za ojcem. Do tych lat, kiedy beztrosko chodziła do szkoły, do liceum i na studia. Na studia…

George, przytul mnie… chciało jej się płakać, gdy nie poczuła żadnego symptomu jego obecności.

Czy była z Likame czy z Sheez’em, czuła się zagubiona. I samotna. Nie o wszystkich swoich sprawach chciała im mówić. Właściwie w ogóle nie chciała o nich mówić. Nie chciała ruszać tych wspomnień, tych ran. Ale one ciągle do niej spływały, ciągle się otwierały.

I co ja mam zrobić, co ja mam zrobić…

Odpowiedź przyszła pewnego dnia, gdy niebo gościło smugi białego puchu. Słońce lekko skrywane, ale pożerające ciepłem ziemię.

Stała na gorącym betonie tuż przy obramowaniu dachu. Patrzyła w dół, wprost na ulice, na ludzi swobodnie przemieszczających się.

Co robisz? – Usłyszała znajomy, męski głos.

Chcę skoczyć. Skończyć. Takie były jej myśli. Skrzywiła się. Przecież ona mnie kocha, nie mogę jej tego zrobić. Jestem głupia. Nienawidzę siebie.

Mimo gorzkich słów odwróciła się w jego stronę. Brązowe włosy spięte w koński ogon, miał na sobie szarą koszulkę i czarne, krótkie spodenki.

Nic. – Odparła.

Nic, tylko ciągle gnoją mnie w snach. I mam tego dość.

Zgaduję, że znowu ci się śniło.

Znalazł się przy niej:

Chyba nie masz innego wyjścia, musisz iść na terapię.

Nigdzie nie pójdę. Nie potrzebuję żadnej terapii.

Nie, jest całkowicie w porządku, tylko drżysz z byle powodu, płaczesz bez sensu i nie możesz spać. To jest całkowicie normalne, Agafe. Gratuluję. Tylko co ci to daje? Nie możesz być taką beksą, bo cię zmiażdży. Potrzebujemy kogoś, kto bez żadnych ceregieli stanie do walki. Potrzebujemy sprawnej Władczyni Smoków. Po coś w końcu jesteś.

Potrzebujecie sprawnej Władczyni Smoków? Czyli chcesz tylko osoby, która pokona Nyssę? A ja kim dla ciebie jestem? Tylko taką wojowniczką? Tylko po to mi mówisz te wszystkie słodkie słówka? Tylko dlatego pocieszasz mnie i dajesz prezenty? Czy ty…

Zacisnęła pięści. Brązowe oczy pięknie się szkliły. Ale coraz wyraźniejsze w nich było rozgoryczenie. Bo jestem Władczynią Smoków i ty do niczego więcej mnie nie potrzebujesz? Tak jak oni, tak? Jesteś tacy sam, jak reszta. Wszyscy chcecie tego samego. Tylko dlatego, że jestem, nie jestem

Była.

Wiedziała, że jest Władczynią Smoków i czego by nie powiedziała, co by nie zrobiła, po prostu miała w sobie potęgę. Z każdą chwilą ta kulka tego czegoś w niej rosła.

Zasłoniła ręką zalaną łzami twarz. Nie. Czemu znowu płaczę? Nie chcę tego, to bez sensu.

Padła na ziemię i przylgnęła do ściany. Oddychała jakoś tak nierówno.

Agafe…

Idź sobie! Idź!

Zaklął. Trochę nie tych słów, co trzeba, użyłem. Ech, za bardzo chcę spokoju. Nie ruszył się z miejsca. Czekał tak parę chwil, nim ruszył do wyjścia.

Tuż przed zejściem usłyszał ciche i żałosne:

Nie kochasz mnie, prawda?

Bo ciągle słyszę o Władczyni Smoków. Bo ciągle słyszę, że musi być sprawna i przygotowana w każdej chwili. Bo to ją przytulasz, a mnie nie. Ją… ją to on sobie wymyślił…

Westchnął ciężko i spojrzał w niebo. Było lżejszym widokiem od cierpiącej kobiety.

Czy cię kocham? Nie wiem. Wiem tylko, że coś bardzo, bardzo zbliżonego do tego czuję. Coś takiego… coś mnie w tobie pociąga, jaka byś nie była. Ale mam dość widoku użalającej się nad sobą Agafe. Przeszłaś dużo. Naprawdę. Tyle że nie funkcjonujesz normalnie. Zapominasz o posiłkach i nie dbasz o siebie. Rozumiem. Tylko, proszę… nie spowoduj przez to… że stracisz wszystko. I wszystkich. Chcemy żyć. – Uśmiechnął się smutno. Podszedł do niej. – Sam nie wiem, co do ciebie czuję. Ale tylko ty masz w sobie energię, moc, która może zabić Nyssę. I choćbyś zaprzeczała, taka jest twoja natura, tak cię Bogini Wojny ustanowiła. Ale – kucnął przy niej i zdjął z jej twarzy rękę. Spojrzała na niego. W końcu. – Jesteś też człowiekiem. Jeśli nie chcesz słyszeć o Władczyni Smoków, to będę na nią mówił twoim imieniem.

Nie chcę. – Dobrze słuchać jego głosu. Jest łagodny. Może oboje mamy gorszy dzień. Może ma rację… im szybciej się to skończy, tym szybciej będzie lepiej…

Sama najlepiej wiesz, że jest bardzo groźnym przeciwnikiem. W dodatku takim, który bardzo lubi bawić się cierpieniem innych. Może zechcieć zabrać ci Likame w każdej chwili. I to przy najbliższej okazji. Chcesz ryzykować? I – przełknął ślinę – nie mówię tego jako generał armii, której nie ma, tylko mówię to jako przyjaciel. Naprawdę chcesz ryzykować?

Nie chcę iść na terapię. – Głos cichy, niepewny. – Nie chcę… by ktokolwiek… ktokolwiek słuchał tego, jak… – Twarz jej się wykrzywiła bólem. – Jak stałam się śmieciem. Bo ja… widzisz, nienawidzę siebie.

Pozwoliła się przytulić.

Nie mów tak o sobie. – Odparł cicho. – Nigdy, przenigdy się nie obrażaj. Ani w myślach, ani na zewnątrz. Obiecaj mi to.

Ale… dlaczego?…

Dlatego, że jesteś bardzo wartościowym człowiekiem. Przykro mi jest po prostu, gdy patrzę na tak piękną istotę w tak żałosnym stanie. Potrzebujesz pomocy. Potrzebujesz terapii, ale jeśli nie chcesz… przed tym wszystkim… miałaś marzenia, prawda? Chciałaś pisać, tak? Więc pisz o swoich snach, o wspomnieniach, które cię nachodzą. Staraj się je wszystkie zaakceptować. To jedyna droga do wolności. Może to trochę potrwać… ale nie będę teraz nalegał na terapię. Może to nie jeszcze ten czas.

Nie odpowiedziała.

Milczeli, wtulając się. Tak jakby jedyne, co mogli ze sobą zrobić, to być przy sobie, czuć się.

Uspokoiła się, choć w brązowym spojrzeniu, przypominającym kryształ z głębokim środkiem, nadal tkwił smutek.

W końcu mu powiedziałam. W końcu przyznałam się… Tak mi ulżyło.

Sheez… dziękuję.

Nie wiedzieli, ile trwali zlepieni ze sobą. On był cały czas przytomny. Ona usnęła mu na ramieniu.

Hej. – Powiedziała Likame, wkraczając na dach. – Nie widzieliście gdzieś Kariny? Miała przekazać mi pewną informację i od wczoraj nie mogę jej przywołać.

A miałaś jakiś sen? – Zmarszczył brwi.

Głupoty jakieś z Kramu. Ale nigdzie jej nie mogę znaleźć, a szukałam nawet w jawie. Jakby się autentycznie zapadła pod ziemię.

Westchnął. Miał złe przeczucia.

Moja ekipa się tym zajmie. Ale nie spodziewaj się…

Tuż przed nim zjawił się dryblas z czerwonym irokezem na głowie. Miał na sobie wojskowy mundur.

Stary – rzekł – mam złą wiadomość. A dla Likame nawet bardzo złą.

c.d.n.

Jeśli chcesz wesprzeć finansowo autorkę, by dalej mogła tworzyć, zapraszamy do prywatnego kontaktu z nią: https://www.facebook.com/aleksandra.jursza lub aleandrasn@gmail.com
Dzięki! <3

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Od pięciu lat stara się realizować swoje marzenie, by zarabiać na życie pisaniem. Prowadziła portal o kulturze Debiutext, później skupiła się na prowadzeniu bloga Wszystko od nowa. Współpracowała z wydawnictwem RW2010, obecnie szuka dofinansowania na swoje projekty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.