Polska fantastyka czyli wywiad z… Marcinem Rusnakiem

Foto-wywiad Marcin Rusnak to artysta w całym tego słowa znaczeniu. Jest pisarzem, muzykiem, a przy okazji doskonale włada nie tylko językiem ojczystym. Jego blog jest źródłem wielu ciekawych informacji, a twórczość Marcina przenosi nas w fantastyczne światy pełne grozy i magii.

Z Marcinem Rusnakiem rozmawia Andrzej „Kesomiel” Mazur.

Andrzej „Kesomiel” Mazur: Napisałeś mnóstwo opowiadań, a ponad trzydzieści z nich już doczekało się publikacji. Na przeróżnych stronach internetowych można się z nimi zapoznać w formie e-booka. Czy lubisz rozpowszechniać swoją twórczość poprzez sieć i co myślisz o interakcji z czytelnikami w tej globalnej wiosce?

Marcin Rusnak: To nie jest kwestia lubienia, ale znak czasów. Wydaje mi się, że obecnie kontakt poprzez sieć to nie tyle opcja, co konieczność. Dotyczy to nie tylko literatury, ale najróżniejszych dziedzin sztuki: muzycy udostępniają swoją twórczość na YouTube, fotografowie stawiają fotoblogi, muzea organizują wirtualne zwiedzanie… To naturalna próba wyjścia naprzeciw społeczeństwu, które coraz więcej czasu spędza w Internecie i właśnie za pośrednictwem Internetu określa swoje gusta, konsumuje dobra kultury. Dla mnie to przede wszystkim okazja do tego, żeby pokazać się czytelnikowi, na swój sposób powiedzieć: „Jestem tu, piszę to i to, przekonaj się, może Ci się spodoba.” Za moje opowiadania dostępne na portalach internetowych czy w formie ebooka „Opowieści niesamowite” odbiorca nie musi płacić, ale może dzięki temu da szansę nazwisku, które w innej sytuacji, pośród mnogości dostępnych autorów i tytułów, prawdopodobnie by zignorował. Poza tym publikacje internetowe ułatwiają komunikację między autorem i czytelnikiem – chociażby za sprawą komentarzy – a to zawsze jest rzecz cenna: motywuje, gdy jest się chwalonym, a pozwala doskonalić warsztat i spojrzeć na własną twórczość z cudzej perspektywy, gdy zachwytów jednak braknie. Publikacje w Internecie to moim zdaniem jest zresztą przyszłość opowiadań: na zachodzie wydania elektroniczne już dawno przeskoczyły pod względem nakładu (analogicznie: liczby pobrań lub odwiedzin na stronie) tradycyjne magazyny papierowe, przynajmniej jeśli chodzi o fantastykę.

Wydawnictwo Dom Snów pomogło w Twoim debiucie książkowym. Dzięki temu „Czas ognia, czas krwi” jest w księgarniach. Czy jesteś zadowolony, że jest to wersja papierowa? Jak Tobie współpracowało się z Domem Snów?

Wydawnictwu jestem oczywiście wdzięczny za postawienie na mnie i umożliwienie mi wydania książki, szczególnie właśnie, że to wersja papierowa. W Polsce wciąż pokutuje przekonanie, że tylko autor wydany na papierze jest coś wart, że selekcja prowadzona przez wydawnictwa chroni nas przed zalewem chłamu. Jakkolwiek błędne by to przekonanie nie było, swój wpływ ma, dlatego też taka a nie inna forma wydania Czasu ognia, czasu krwi otworzyła mi trochę drzwi. Jednak współpraca z Domem Snów, z początku bardzo udana i doskonale się zapowiadająca, okazała się z czasem niepozbawiona wad, jak to często bywa z małymi wydawnictwami, gdzie wiele jest chęci, mniej natomiast doświadczenia i specjalistycznej wiedzy. Nie wszystko zagrało tak, jak bym sobie tego życzył, ale ludziom, którzy tworzyli Dom Snów, zawsze będę wdzięczny za to, że spróbowali szczęścia właśnie ze mną, a nie z kimś innym.

Książka „Opowieści niesamowite” to niesamowita mieszanka, jest tam fantasy, cyberpunk, post-apokalipsa, groza. Lubisz wszystkie te nurty, czy któryś z nich cenisz bardziej od pozostałych?

Wiesz, jako czytelnik tak do tego nie podchodzę. Cenię sobie przede wszystkim dobre teksty i z równą przyjemnością czytam Pratchetta, Wattsa albo Kinga, a szmira – nieważne czy ukryta pod płaszczykiem clockpunka, urban fanasty czy new weird – pozostanie szmirą i raczej nie sprawi mi większej frajdy. Jako autor też mam eklektyczny gust – lubię wszelkie oblicza fantastyki (choć nie we wszystkich równie dobrze się odnajduję, pełnokrwistemu hard sf raczej bym nie podołał), nie lubię się natomiast ograniczać. Szanuję autorów, którzy są w stanie przez całe życie pisać space opery albo steampunk, ale to niestety nie dla mnie. Bardziej bawi mnie operowanie na konwencjach, międzygatunkowe mieszanki, skakanie z jednego sortu literatury do innego. Mam takie ciche marzenie, żeby być jak Neil Gaiman – ludzie chwytają za jego książki, bo podoba im się jego styl, wrażliwość, rodzaj pomysłów i ton tekstów, a nie dlatego, że pisze powieści w takiej lub innej konwencji.

Masz wiele pasji. Na przykład grasz w zespole Scarecrow. Czy koncertowanie pomaga w natchnieniu?

Raczej przeszkadza (śmiech). Zespół to taka jakby mała firma – zawsze coś trzeba wokół niego zrobić, zawsze jest coś, co wymaga załatwienia, i to najczęściej na wczoraj. W efekcie niewielkie zasoby wolnego czasu trzeba dzielić między pisanie i granie, jakieś tam wieczory wypadają na próby i koncerty. Ale plusy też są: przede wszystkim oderwanie od codzienności. Człowiek wychodzi na scenę i przez czas koncertu (nieważne, czy to jest pół godziny czy półtorej) staje się kimś innym: częścią kolektywu, trybikiem w precyzyjnej maszynie wydającej dźwięki. Tego uczucia, kiedy w grupie przyjaciół produkuje się z poszczególnych instrumentów coś, co się ze sobą spaja i układa w harmonijną całość, nie da się porównać z niczym innym. A kiedy dochodzi do tego sprzężenie zwrotne, kiedy powraca od publiki ta energia, którą się jej zaoferowało, kiedy widzisz, jak ludzie bawią się przy twoich dźwiękach – to jest jak narkotyk. Dlatego nie, koncertowanie nie pomaga w natchnieniu. Ale jest fantastycznym doświadczeniem, pozwalającym złapać oddech i spojrzeć na świat inaczej. Fizyczny aspekt tworzenia muzyki, rygor współpracy z innymi osobami, powtarzalność prób, bezpośredni kontakt z odbiorcami – to wszystko czyni muzykę czymś zupełnie innym od pisania książek. Innym i fascynującym.

Twój blog jest bardzo interesujący. Bardzo intrygująco opisałeś polski rynek wydawniczy. Użyłeś przy tym określenia „vanity press”. Czy możesz trochę przybliżyć temat i opisać Twoje doświadczenia z tym rodzajem działalności?

Zjawisko nazywane „vanity press” to tzw. wydawanie ze współfinansowaniem, co powinno być raczej tłumaczone jako robienie ludzi w, oględnie mówiąc, konia. Polega na tym, że domorosły autor dowiaduje się od wydawnictwa, że jego utwór jest wyśmienity, a jego komercyjny sukces z góry przesądzony… ale niestety wydawnictwo nie ma dość środków, żeby samodzielnie sfinansować jego publikację. Proponują więc, że w zamian za pewną kwotę (niebagatelną, ale czego nie robi się dla sztuki i sławy?) wydadzą rzeczony utwór z pełną pieczołowitością i dołożą wszelkich starań, by jego autor zyskał publikę godną J.K. Rowling. Niestety prawda wygląda zupełnie inaczej. Książka, owszem, poddawana jest jakiejś tam redakcji i korekcie, trafia do składu i druku… i na tym często koniec. Wydawnictwo nie musi robić nic więcej, ponieważ jego praca (wspomniana korekta, druk etc.), a także zysk zostały już pokryte z wkładu własnego autora. W efekcie książka często trafia do magazynu, a nawet jeśli zawędruje do dystrybutorów, to ze śladową promocją i tak rozejdzie się w nakładzie pięćdziesięciu sztuk wśród cioć, babć i przyjaciół biednego autora. Na tym koniec. Sam autor, choć z początku podekscytowany i dumny z wydanego tytułu, z czasem przejrzy na oczy i zrozumie, że za sporą kasę otrzymał słabo zredagowaną książkę, której nikt nie zauważył i która wcale nie jest taka rewelacyjna, jak zarzekało się wydawnictwo, ono bowiem zwyczajnie zwęszyło nie bestseller, tylko łosia i jego kasę. To chyba tyle w temacie. Zakończę apelem, który inni autorzy często stosują na necie, ilekroć pojawia się temat kolejnego biedaka złapanego na haczyk „vanity press”: To wydawnictwo płaci autorowi, a nie na odwrót!

Jak wyglądała Twoja przygoda z Aphelion Magazine?

Jestem z wykształcenia anglistą, po angielsku pisałem doktorat i rozmaite artykuły naukowe, regularnie dorabiam też jako tłumacz. W pewnym momencie pojawiła się więc oczywista koncepcja, żeby spróbować przełożyć na angielski coś swojego i puścić to gdzieś za granicą. Nie chodziło bynajmniej o robienie kariery (z tym jest na zachodzie równie ciężko, jeśli nie ciężej, niż u nas), ale o sprawdzian własnych umiejętności: czy jestem dość dobry, żeby zadowalająco przetłumaczyć swój utwór na obcy język. Zadowalająco, czyli w taki sposób, żebym ja był ukontentowany niezbyt dużymi odstępstwami od oryginału, a odbiorca z zagranicy żeby otrzymał coś, co czyta się gładko, co brzmi naturalnie i niewymuszenie. Zacząłem od opowiadania, które pojawiło się w antologii Szortal Fiction oraz w moich Opowieściach niesamowitych, a mianowicie od miniatury „Białe piekło” – jeśli miałem się przekonać, że jestem do niczego, wolałem się o tym przekonać po przetłumaczeniu dwóch stron, a nie dwudziestu. Szczęśliwie okazało się, że wersja anglojęzyczna jest w porządku i trafiła na łamy australijskiego czasopisma sieciowego Aphelion. Spotkała się tam z życzliwym przyjęciem, co mnie bardzo ucieszyło. Gdybym miał więcej czasu, z pewnością przetłumaczyłbym coś jeszcze i popróbował sił za granicą z dłuższymi formami, ale pisanie po polsku, zespół muzyczny, normalna praca i trzyletnie dziecko w domu (niekoniecznie w tej kolejności, jeśli chodzi o „czasochłonność”) to już trochę za dużo na moje skromne możliwości. Dlatego tłumaczenia muszą poczekać na lepsze czasy (śmiech).

Nie ukrywasz swojej fascynacji twórczością Andrzeja Sapkowskiego. AS fantasy w Polskim Radiu Wrocław powiedział, że niektórzy uważają, jakoby z definicji opowieść o smoku, mieczu i koniu jest głupsza od opowieści o blasterze, laserze i kosmolocie, a facet ubrany w przepaskę na biodrach zawsze jest głupszy od faceta w skafandrze. Co sądzisz na ten temat?

Głównonurtowa krytyka ma w równym poważaniu zarówno fantasy jak i science fiction, no chyba, że chodzi o coś, co się dobrze sprzedaje (wedle tej zasady J.K. Rowling pisze nie fantastykę tylko powieści młodzieżowe, Igrzyska Śmierci to nie post-apo tylko dystonia, a Gaiman czy Pratchett to nie fantaści, ale postmoderniści). To się powoli zmienia: coraz więcej pojawia się opracowań dotyczących szeroko pojętej fantastyki, na uniwersytetach analizuje się teksty tego typu, duże premiery trafiają do głównych mediów… ale to powolny proces i w dużej mierze wynik popularności i idącej za nią kasy, a nie do końca faktycznej zmiany statusu i sposobu postrzegania literatury fantastycznej. Wracając do Sapkowskiego, mam wrażenie, że to jego stwierdzenie jednak już się trochę zdezaktualizowało, do czego on sam przyłożył rękę. Książki takie jak Sapkowskiego właśnie trylogia husycka, ale też święcąca w ostatnich latach tryumfy Pieśń Lodu i Ognia Martina czy teksty Scotta Lyncha pokazują dobitnie, że fantasy potrafi w każdym względzie dorównywać fantastyce naukowej – może być nie mniej błyskotliwa, pomysłowa, skłaniająca do myślenia, epicka, przemyślana… epitety można by mnożyć. Dochodzi do tego jeszcze fakt, że science fiction jest od dość dawna w odwrocie (na zachodzie też, ale przede wszystkim u nas). To zrozumiałe – science fiction opiera się na ekstrapolacji obecnego stanu nauki i w jakiś sposób zorientowanych (np. pesymistycznie lub optymistycznie) prognoz dotyczących rozwoju ludzkości. To doskonale się sprawdzało w latach, powiedzmy, 70-tych, kiedy przeciętny zjadacz chleba był w stanie w ciągu godziny pojąć mechanizmy rządzące silnikiem spalinowym albo komputerem osobistym. Obecnie fantastyka naukowa wymaga nie tylko znacznie więcej przygotowania i fachowej wiedzy od autora, ale też od czytelnika – wystarczy porównać sobie teksty Lema, Asimova czy Clarke’a ze Strossem albo Wattsem. Poza tym pomysły wykorzystane w ramach tej konwencji powinny być oryginalne i wiarygodne, a to znacząco zawęża krąg możliwych, a jeszcze nie wykorzystanych fabuł. Mam wrażenie, że gdzieś po drodze odbiegłem od tematu, ale już naprawdę nie mam pojęcia, jak do niego wrócić (śmiech).

Na koniec jeszcze jedno pytanie. Jakie są Twoje najbliższe plany literackie?

Mówienie o planach rodzi ten problem, że później trzeba się wstydzić za te niezrealizowane (śmiech). Może zamiast tego wspomnę o rzeczach, których jestem nieco pewniejszy. W sierpniowym numerze Nowej Fantastyki pojawiło się moje premierowe opowiadanie, to raz. Dwa kolejne czekają na publikację w ramach antologii Ostatni dzień pary 2 oraz Zapomniane historie, co, mam nadzieję, nastąpi jeszcze w tym roku. Oprócz tego kończę powoli pracę nad dwutomową powieścią w konwencji współczesnego fantasy (ang. contemporary fantasy) – dla której jestem w trakcie szukania wydawcy. Jej roboczy tytuł to Ścieżka umarłych. Natomiast jak tylko się z nią uporam, zamierzam usiąść do pomysłu, który chodzi mi po głowie od kilku ładnych lat: do zbioru opowiadań łączącego elementy post-apokalipsy, westernu i fantasy. Generalnie nie zamierzam się nudzić i mam nadzieję, że czytelnicy nie będą się nudzić wraz ze mną.

Post Author: Kesomiel

Kesomiel - pozytywnie zakręcony poeta, pisarz i filozof urodzony 22 lipca 1978 roku w Tarnowskich Górach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.