[AGAFE] Rozdział 11

Potrzebowała jego spokojnego, przyjacielskiego głosu. Słuchała wyjaśnień, których nie potrzebowała. Trzymał ją za dłoń, na której były wyżłobione czerwone kreski. Patrząc na nią, uśmiechał się przyjaźnie. Gdy słońce z wolna spowijało ziemię i budziło całe życie, on prowadził ją przez puste ulice między kamienicami, które wymagały remontu.

Masz dobrą przyjaciółkę. Martwi się, czy nie za dużo na ciebie spada. Tobie to dobrze. Czuję, że ona bardzo cię kocha. – Spojrzał w jej niezwykłe, brązowe oczy. Błyszczały jakimś takim zagubieniem, może bardziej lekkim niedowierzaniem. A można w nich było odnaleźć niepokój i troskę. Przegląd uczuć. – Chciałbym, byśmy jak najszybciej rozpoczęli krucjacie przeciw Nyssie. Ale do tego jest nam potrzebna silna i sprawna Władczyni Smoków. Mogę zapalić cygara?

Kiwnęła głową. Silna i sprawna… ja nie jestem taka… jakie to dziwne… czuję, że ja tamten okres miałam dawno i nie jest on prawdą, jakby był snem… czuję, jakby to wszystko mi się wydarzyło na niby. Nie rozumiem.

Nudny Świat wydawał się przyjazny. Na tyle, że trudno było jej pojąć, iż przeżyła koszmar. Odczuwała jakieś dziwne wrażenie nierealizmu. Zmarszczyła brwi.

Dlatego chciałbym dziś popołudniu zacząć z tobą zajęcia. O, otworzyli już. Chcesz coś?

Stali przed piekarnią. Zapach świeżego, pieczonego chleba nęcił ich. Nie był słodki, choć jej się wydawało, że taki jest. A może po prostu dawno nie czuła tego specyficznego aromatu, który przywoływał ciepłe wspomnienia domowych posiłków, spotkań wieczornych z Likame, kiedy zajadały się zapiekanymi bułkami z różnymi dziwnymi dodatkami.

Ale nie była głodna.

Zagubiła się we wrażeniach, ale nie zdążyła powiedzieć słowa, bo jego już nie było. Splotła ręce, jakby z obawy i patrzyła w wejście z uchylonymi drzwiami. Przy ladzie stał uśmiechnięty, długowłosy szatyn. Ma w sobie tyle radości… czy… czy mu zależy tylko na tym, bym ją… ją pokonała? Czy tylko dlatego, że jest aniołem, troszczy się o mnie i mówi mi te ładne rzeczy? Jak George?

Coś ją ścisnęło w dołku. Zadrżała.

Proszę – powiedział, wręczając w jej dłoń bułkę z serem i pomidorem. – Jest bez mięsa, bo nie byłem pewien, czy go jesz.

Wgryzł się w swoją. Patrzyła, jak radośnie smakuje śniadanie. Zamiast zajadać się swoją porcją, znowu przylgnęła do jego błękitności, do kosmosu w którym zawsze chciała być. Miał w sobie jakąś tajemnicę i głębię, jakąś przestrzeń, z której trudno było się wydostać.

Coś nie tak?

Nnie. Ww pporząddkku. – Ugryzła kanapkę.

Poprowadził ją dalej. Chrobrego powoli się wypełniała.

Aaach! – Westchnął. – Mam ochotę na róże, co ty na to?

Rróż-że?

Stali przy kwiaciarni, to weszli do środka. A potem wręczył jej trzy czerwone róże.

Proszę.

Nie wiedziała, co robić. Zarumieniła się i została pokierowana pod bramę, za którą widać było duży staw, a wokół trawnik, który właściwie był różanym kolorem. Serce szybciej zabiło.

Macie bardzo ładny park, Park Róż się nazywa, ne? Chodź, usiądziemy i spoczniemy, i…

George… czy ty naprawdę przestałeś mnie kochać? Czy tylko chciałeś mnie jakoś chronić? George, czy naprawdę tam poszedłeś, czy może wydawało mi się? A może nigdy cię… może po prostu.

Spojrzała w niebo. Błękit górował nad nimi, ze spokojnymi białymi smużkami. Wyciągnęła ku niemu dłoń. Ty tam jesteś?

Ktoś ją przytulił. I przywołał do rzeczywistości.

Nie wiem, co knujesz, ładnie wyglądasz patrząc na niebo. Też trochę za nim tęsknię, ale z drugiej strony Gabriel był wkurwiającym typem.

Usiedli na ławce z ozdobnymi poręczami. Stała naprzeciw dużego, beżowego budynku, w cieniu trzech wysokich drzew. Wspomnienia z pierwszego spotkania z ukochanym ją ogarnęły. Na twarz wystąpił smutek.

Nie martw się, wszystko będzie dobrze. – Nałożył nogę na nogę, w jego dłoni znalazło się żarzące się cygaro. – Tylko najpierw musimy się pozbyć twojego jąkania i, no wiesz, przyspieszyć trochę z Phobosem. Macie niemożliwą wręcz biurokrację, ale może nam się uda to jakoś pominąć. Mam nadzieję, że lubisz uczyć?

U-uczyćć. Nnie mmam s-skończ-czonnej ppeddaggogikki… – I pewnie nigdy jej nie skończę… nie pozwoliliby mi nawet zbliżyć się do dziecka… a zresztą, czy to ważne? I tak…

Skuliła się w sobie.

To nieważne, bo ty ich właściwie nie będziesz uczyć głupot, tylko opiekować się. Tu nie trzeba papierów, a miłości. Prawda? Ja myślę, że Kosashi

Zgarbiła się, zakryła głowę rękami. Jakby chciała się bronić.

Włożył dłoń w jej czarne włosy, pogłaskał po policzku. Wyczuwał łzy, wyczuwał strach. Przechylił głowę w bok.

Przepraszam. – Szepnął i pocałował ją w czoło.

Przysunęła się do niego, jakoś tak spadła w jego ciało. Głowę położyła na ramieniu.

Cz-czujję ś-się pprzy ttobbie ddob-brze.

Cieszę się. Szczerze, to miałem taką nadzieję, bo muszę cię wspierać, prawda? Wszyscy chyba już chcemy spokoju.

Cz-czy… – To głupie. Jestem głupia. Przecież prawie go nie znam. Jak mogę coś takiego do niego czuć? A George? George…

Zamknęła oczy. Chciała odsunąć od siebie tamtą chwile, tę napływającą falę rozpaczy. Pocałowałeś tylko w policzek… czy tylko z litości dałeś mi to wypić?

Słucham cię?

Nnicc… nniewważżnne.

Nie wyglądał na przekonanego. Wziął z jej dłoni kwiaty, sprawdził ilość kolców, wybił znalezione i włożył bukiet w jej włosy.

Wyglądasz pięknie. Trudno jest się tobie oprzeć.

Chwilę posiedzieli, popatrzyli na błyszczącą w słońcu wodę.

Chodźmy. Masz dużo roboty dziś.

* * *

Likame nie potrafiła się nie uśmiechać. W dużej, nowoczesnej galerii handlowej spacerowały powoli. Minęły sklep komputerowy, Agafe zatrzymała się przed księgarnią.

Chcesz coś?

Nnie wwiemm…

Książki. Tak dawno niczego nie czytałam… ale dobrze, przyszłyśmy tu po ubrania, nie będę jej wykorzystywać. Pokręciła głową i zrobiła dwa kroki do przodu.

Kochanie, jeśli masz na coś ochotę, to powiedz. Przecież nic się nie stanie. – I czemu nic nie mówisz? Dobrze, wiem. Chyba jest ci jeszcze ciężko i się jąkasz. Ale kiedyś byś mi tu paplała.

Rudowłosa czuła niezaspokojoną tęsknotę. Mimo że chwil spędzanych z przyjaciółką było coraz więcej, miała wrażenie, że to ciągle za mało. Potrafiła cieszyć się samą jej obecnością. Czuła się szczęśliwa, że ona tu jest, że można ją dotykać, przytulać, całować i pocieszać.

Po tym wszystkim nie spodziewała się cudów.

Jąka się… nie jest to przyjemne, ale trzeba przez to jakoś przetrwać. To nie jej wina, tyle przeżyła. Ma prawo… może się jeszcze trochę boi. Mam nadzieję, że Sheez’owi można zaufać i szybko się uporamy z problemem.

Jąkanie nie było takie straszne, jak milczenie. Potrafiły być ze sobą w ciszy, ale czasem to nie była taka, gdzie słowa były zbędne. Zwłaszcza tu, w tym budynku, potrzebowała słyszeć szczebiotu przyjaciółki. O czymkolwiek. To za jej wesołością, to za jej słowami się wytęskniła.

Może trzeba jej pomóc, może jest zagubiona…

Dobrze spałaś?

Agafe zawahała się. Mimowolnie zadrżała.

Ttakk. – Odparła w końcu. Dobrze, że nie wie i niech tak zostanie. Nie ma potrzeby ją martwić.

Spałaś chyba u siebie?

Nnie. Wwysz-szłam po-ogląddaćć nniebbo.

Mimo nieporadnych słów, jakoś się otworzyła. Mówiła o przemiłym poranku.

Może się zakochałaś? – Mam nadzieję, że nie, bo nie do końca jestem do niego przekonana.

Nnie wwiemm. A-alle mma ppiękkne ocz-czy. Jjes-st ppiękknny.

Weszły do sklepu z odzieżą.

Wybieraj, na co masz ochotę i nie patrz na ceny.

Brunetka wyminęła koszulki w fiolecie. Stanęła przed swetrami w szarych odcieniach i jęła je przeglądać. Ten kolor ją pociągał. Wyjęła jeden, grubszy i dłuższy.

Ttenn…

Likame zamurowało. Ten?! Ten dla babć?! W takim brzydkim kolorze?! Nie chcę, żeby w tej brzydocie chodziła moja Agafe, ej. Potrząsnęła głową, delikatnie odłożyła propozycję na wieszak.

Kochanie… mamy ciepło, nie potrzebujesz swetrów dla babć. Ani tym bardziej takich ponurych kolorów. Może ja ci coś zaproponuję?

Pprzeprasz-szamm…

Nie, nie, w porządku. Wiem, że ci obiecałam, ale… chcę, by moja przyjaciółka ubierała się w coś ładniejszego, co?

Nic na to nie poradzę, pomyślała czarnowłosa, ten kolor po prostu mnie przyciągnął…

Znalazły się przy sukienkach.

Aha, nie jesteś gruba, więc możesz wybierać najlepsze kroje. – Wyjęła różową sukienkę z marszczonym materiałem i fioletowymi różami przy dekolcie. – Co myślisz o tej?

Ł-ładnna… Likame?

Tak?

Kkochamm ćcię.

* * *

Ciemniało, gdy weszły do błękitnego gabinetu. Przy biurku stał Sheez.

Chciałabym z tobą porozmawiać. – Rzuciła od progu rudowłosa. – Na osobności. To ważne.

Ze mną? – Zdziwił się. – Mam nadzieję, że niczego nie przeskrobałem.

Pstryknął palcami.

Chwila dezorientacji i znaleźli się w białej przestrzeni.

Kurwa, nie prosiłam o przeniesienie, tylko o rozmowę. – Burknęła.

Tak, tak. Ale pełna prywatność zachowana. – Uśmiechnął się łobuzersko. – Co chciałaś? Bo ja muszę ci powiedzieć, że od jutra chciałbym już się zająć Agafe na poważnie.

Właśnie o to chodzi. Nie wiem… nie ufam ci. – Spojrzała na niego ostro. – George też był na początku miły i przyjacielski, a potem ją zostawił na pastwę losu. Nie chcę, byś zrobił to samo. Nie chcę, byś ją wykorzystywał!

Aaa, George. – Mruknął. – Szkoda, że nie żyje. Ale powiem ci, że wcale jej skrzywdzić nie chcę. Jeśli będę musiał, to oddam za nią życie. Ona musi żyć i pokonać Nyssę. A ja… nie mam innego wyboru.

Ty ją kochasz czy obchodzi cię tylko to, by uratowała ci tyłek?

Hmm. – Mruknął znów. Zaczynał ją tym irytować. – Pozwól, że tę kwestię zostawię dla siebie. Ale niewątpliwie masz piękną przyjaciółkę i jestem w stanie zrozumieć, dlaczego oni wszyscy się w niej zakochali. Po prostu pięknu trudno jest się oprzeć, zwłaszcza takiemu.

Jeśli ją skrzywdzisz – warknęła – jeśli zrobisz jej cokolwiek złego, to gwarantuję ci, że będziesz miał u mnie przesrane.

Powodzenia. – Odparł obojętnie. – Ale nie mamy czasu na takie pierdoły. Nyssa nie będzie czekać, aż do niej zapukamy. Musisz przyśpieszyć uruchomienie Phobosa.

* * *

Srebrzało niebo nad miastem, z wolna roznosząc życiodajne światło. Spadało na coraz większą przestrzeń, rozbłyszczając okna wieżowców i gasząc uliczne latarnie. Stawało na obramowaniu dachu jednego z najwyższych budynków w Gorzowie. Niewinnie podchodziło do nagich stóp kobiety, która siedząc przytuliła do siebie nogi. Dygotała i szklistymi oczyma patrzyła gdzieś w bok. Czarne włosy błąkały się wokół jej twarz w nieładzie.

Śmierdziała potem strachu.

Ale on już minął. Teraz skraplała się na nią samotność. Nie mam komu o tym opowiedzieć… nie mam nikogo, przy kim mogłabym spokojnie spać… nie mam… nie mogę jej budzić, nie mogę jej przeszkadzać…

Przełknęła głośno ślinę.

Ach, tu jesteś. – Usłyszała znajomy głos, jakby melodię spokoju. Wziął pukiel czarnych włosów w dłoń i przejechał palcami. – Masz takie ładne włosy… ale chyba dawno ich nie czesałaś, prawda?

Nie odpowiedziała.

Dziś chciałbym zacząć pracować nad twoją wymową, dobrze? Im szybciej zaczniemy, tym lepiej. Hm. Spało ci się dobrze? Głupie zadania chyba zadaję, co?

Czemu… czemu przy nim czuję się tak… bezpiecznie?

Kucnął przed nią i pokazał jej długie, fioletowe rękawiczki. Palce w tym kolorze. Ozdobione były białymi różyczkami i kokardkami na na nadgarstkach. A potem wyszywany, złoty, chiński smok, który ciągnął się aż do łokci. Zakończono to białą koronką.

Proszę. – Uśmiechnął się. – Pomyślałem, że częściej będziesz myśleć dobrze o swoich dłoniach, jak będziesz miała coś ładnego na nich. – Pocałował jedną z nich. I spojrzał w jej oczy. Ale to ona znów wkroczyła w niebo. Dotknęła jego policzka, przyglądając się galaktyce, którą w sobie miał. Nie chciała, nie potrafiła oderwać się od jego pogodnego, godnego nieba. Było tak, jakby w błękicie przynosił ukojenie.

Ale jeśli ich nie chcesz, to nie obrażę się. Rozumiem, że tak pewnie lepiej się czujesz.

Wyrwał ją z nieboskłonu.

Nnie… ddź… d-dziękkujję.

Wzięła prezent, nałożyła na znienawidzone ręce, nie, na znienawidzony widok zniszczenia ich, i przyjrzała się efektowi. Materiał zakrywał czerwone paznokcie i krwiste pręgi. Kroił na skórze nowe piękno. Podniosła je w górę, a złoto w stworzeniu zabłyszczało w blasku słońca.

Ddździękkuję.

Jesteś głodna?

Nnie.

W szpitalu niedojadała. Apetyt miała bardzo mizerny. O posiłkach zapominała i jeśli ktoś jej nie przypominał, to po prostu nic nie spożywała. Mimo to wychudzone ciało zaczęło się regenerować.

Czy kiedykolwiek dojdę do siebie, zastanawiała się czasem.

Najgorzej było patrzeć na dwa miejsca.

Dłonie. Czerwony kolor paznokci niepokoił lekarzy, ale nie umieli się go pozbyć. Najpierw myśleli, że był to efekt jakiegoś trwałego uszkodzenia serca czy naczyń krwionośnych. Co prawda miała uszkodzenia ciała, które mogłyby to wywołać, ale zaskakiwało ich to, że kolor sprawiał bardziej wrażenie eleganckiego lakieru, niż zakrwawienia paznokcia. W końcu po paru konsultacjach poddali się i stwierdzili, że zajmą się pilniejszymi sprawami.

Barwa pozostała, jak znamię. Przypominała, że Kram jest całkowicie rzeczywistą krainą. A ona przeżyła całkiem realistyczny horror. Wmawiała sobie, że po prostu kiedyś sobie pokolorowała paznokcie i przez przypadek tak już zostało. Na skutek jakiegoś wypadku. Czy magii. Magii, którą w jakiś sposób wyczuwała w sobie.

Bardziej jej przeszkadzała czerwona siatka na rękach. One jeszcze pamiętały tamten ból, tamto wżynanie się drutów w ciało. Nienawidzę, przemykało jej przez głowę i odwracała od widoku wzrok.

Czy Sheez mówi prawdę czy tylko próbuje pocieszać? One nie są ładne… moje dłonie… dlaczego takie brzydkie miałyby się komuś podobać… są czerwone… takie… takie jakieś byle jakie… Czy on mówi szczerze, czy tylko chce przyśpieszyć moje dojście… dojście do siebie? Czemu jak na niego patrzę, to mi się robi przyjemniej…

Drugie miejsce tkwiło w myszce. Wiedziała, co jej zrobiono, ale nie docierało do niej. Tak, jakby dotyczyło to innej osoby. Albo w ogóle się nie wydarzyło. Tyle tylko, że papier w szufladach czarnego biurka Likame potwierdzał rzeź. Ale nawet po przeczytaniu tych danych w głowie nie pozostawał żaden ślad, że jest świadoma swojej tragedii. Dotykała czasem tamtego miejsca, ale była tylko zdziwiona, że tak niewiele czuje i ma w dłoniach. Wiedziała, że czegoś brakuje, ale nie umiała sobie powiedzieć, czego. Czasem to miejsce ją pobolewało. Innym razem czuła się zaskoczona, że czuje, ale nie czuje łechtaczki.

Nie wiedziała, jak się z tym uporać. Czuła, że traciła orientację w tym temacie.

Być może dlatego, że w ogóle nie pamiętała przybycia Nyssy. Wszystko jej się urwało w pewnym momencie, gdy leżała na podłodze przyczepiona do niej kolczastymi kajdanami. Coś w niej mówiło, że to nie oni wycięli jej godność, ale ktoś zupełnie inny, jakaś inna istota. Zgadzała się, że to była postać, której w ogóle wcześniej nie znała, ale nigdy nie miała okazji jej zobaczyć.

Wszystkie pozostałe wydarzenia mieszały się ze sobą, jakby nie mogły się ułożyć w harmonijną całość.

Jestem głupia, rugała siebie czasem, gdy przyłapywała się na łzach. Przestań się nad sobą użalać i weź się w garść. Życie jest piękne.

Jakoś w to nie wierzyła.

Gula w sercu, nie, kamyk w nim, nadal w niej tkwił. Towarzyszył jej od dawna, od studiów, które wydawały się bajką, ale teraz przybrał na sile.

Ciężar odczuwała cały czas. I nie umiała się go pozbyć nawet magią. Coś w niej było, coś w niej tkwiło, jakby coś wstrzeliło się w niej i rozlało całe na nią. Jakaś strzała czy nabój.

Wiedziała, że jest to prawdopodobnie oznaka depresji. Tak jak wcześniej, przed tym całym zamieszaniem, konsekwentnie ignorowała ten sygnał. Jakby uważała, że jest on czymś codziennym, elementarnym w jej jestestwie.

Trochę unikała towarzystwa. A trochę lgnęła do niego. Jąkała się, więc czuła dyskomfort. Im bardziej walczyła z tym, tym bardziej nieporadnie mówiła. Nie znosiła, nienawidziła tego. Miała wrażenie, jakby przeszkadzała innym. Ale to jego nie denerwuje, jak tak mówię, naprawdę? Niemożliwe… Nie dawała wiary, że przypadłość jest bez znaczenia dla innych. Pewnie mnie nie chcecie stresować… jestem wam potrzebna, ale… Likame? Czy ty… jak ty możesz wytrzymywać moją mowę? Przecież ledwo rozumiesz, co mówię. Czasami się tak zająknę, że ja sama nie wiem, co właśnie powiedziałam. Nie chcę tego, ale nie umiem inaczej. Ja… ja po prostu to mam…

Sheez twierdził, że to jest tymczasowe.

I doskonale wiedział, że wynika to ze strachu. Cały czas w niej jest. Rozumiem… przeszła sporo, musi się przyzwyczaić do ciepła i miłości. Poradzimy sobie z tym.

Usiadł przy niej. Uśmiechał się łagodnie.

Bardzo cię lubię i pomyślałem sobie, że nie chce mi się czekać na łaskę i niełaskę jakiejś pani pedagog, która ma obóz dla jąkałów za dwa miesiące. Poćwiczmy więc sami, bez jej udziału, dobrze?

Cco? – Zdziwiła się. – Nnie rozzumiemm?

Masz… miałaś w sobie ogromny pokład strachu, masz go w sobie nadal, prawda? Dlatego mówisz, jak mówisz. W porządku, jesteś jaka jesteś, ale akurat tę przypadłość można zlikwidować prostymi ćwiczeniami logopedycznymi. To co, zaczynamy?

Zatkało ją. Ale jest generałem, to skąd on może znać ćwiczenia logopedyczne?

Mniejsza o wyjaśnienia. – Kontynuował radośnie. – Masz ochotę tu potrenować czy może gdzieś w innym miejscu? Aha, nie zostawię cię przynajmniej przez dwa tygodnie

Co robisz, chciał rzucić, gdy wpadła na jego pierś. Przytuliła, przykleiła się do niego tak, jakby nie chciała, by gdzieś poszedł.

Nnie oppusz-szcz-czajj… pprosz-szę…

W porządku. – Pogłaskał ją po głowie. – Zostanę przy tobie tak długo, jak zechcesz. Naprawdę.

* * *

To były beztroskie dni. Jakby ogarniała to, że żyje. Przyzwyczajała się do dziwnego uczucia, które budziło w niej sprzeczne emocje, a które ciągle przebywało w niej, odkąd się przebudziła w szpitalu. Nie miało nic wspólnego z ciemnymi stanami umysłu, w jakich się znajdowała.

Było czymś potężnym i nieujarzmionym.

Było magią. Nierozruszaną cząstką jej samą, którą – miała wrażenie – posiadła dużo wcześniej, niż wtedy, gdy drzewo ją zaatakowało.

Coś przez nią przepływało, a ona pozwalała sobie na poznawanie tej rzeki. Powolne, ale dokładne.

Mówiła coraz lepiej. I nigdy nie nudziła się widokiem szatyna, który zawsze się do niej przyjemnie uśmiechał i czasem opowiadał kawały.

A znasz ten? – Zagaił pod wieczór, kiedy stwierdził, że czas na odpoczynek. – Po czym poznać, że dziennikarz jest na urlopie? Po tym, że chodzi w sandałach do pracy.

Parsknął śmiechem. A ona odwzajemniła się tylko lekko radosnym obliczem na twarzy.

Bo tak naprawdę nie czuła się dobrze.

Czuła się fatalnie i przygniatało ją to tym bardziej, że nie miała komu się zwierzyć. A może miała? Tylko po co męczyć Likame… głupia, przecież to twoja przyjaciółka…

Którejś nocy, jak każdej innej, wdrapała się na dach. Spojrzała przelotnie w niebo. Usiadła i zaczęła pisać w zeszycie. Nie zorientowała się, że miała zroszone łzami policzki.

Zasnęła zmęczona twórczym wykorzystaniem czasu.

I wstała niezbyt wypoczęta przed świtem.

Spoglądając na kartkę z wierszem, uśmiechnęła się lekko. Nie, teraz nie będę się mazgaić, postanowiła i udała się do swego pokoju.

Pokój pokryty wciąż ulubioną barwą Likame, miał łóżko, szafkę i stoliczek z mahoniu. Szczerze, to niezbyt uważnie wybierała meble. Chciała, by były ładne, ale w końcu wzięła pierwsze lepsze, bo nie mogła się zdecydować. Ważne, że nie były białe.

Stanęła przed jedną z pustych ścian i zawiesiła utwór. Nawet nie używając taśmy klejącej. Zrobiła to odruchowo i bezmyślnie, stosując magię.

O, tu jesteś. – Wpadł Sheez. – A ja cię szukałem na górze. Uciekłaś przede mną?

Cofnęła się.

Wtedy zauważył obrazek ze słów.

Mogę?

Pokiwała lekko głową.

Przeczytał.

I stał jak skamieniały, z odciśniętym na twarzy wzruszeniem. W końcu niby to przetarł oczy i przytulił swoją towarzyszkę. Szepnął jej coś do ucha, a ona bardziej do niego przylgnęła.

Szkoda, że to najsmutniejszy wiersz na świecie, stwierdził.

* * *

Likame miała już dość biurokracji. Cholera jasna, po diabła tyle papierologii, irytowała się.

Tamtego dnia wyjrzała przez okno gabinetu. Miasto było szare i spieczone. Nad nim unosiło się stalowe niebo, jakby gotowe zrzucić deszcz.

Sheez… czy naprawdę można mu ufać? A jeśli ją skrzywdzi? Ale nie, daj spokój, to niemożliwe. Po prostu jest jakimś aniołem, który chce pomóc. Jasne? Jasne? Próbowała sobie to wbić do głowy, ale wspomnienia George’a były jeszcze zbyt świeże, by być całkowicie spokojną. A wspomnienia złych przeżyć odżywały za każdym razem, kiedy widziała, jak Agafe wtula się w ciało brązowowłosego mężczyzny.

W sumie bardziej powinnam obwiniać tego skurwysyna, Kosashiego… ale jakoś mi nie wychodzi. Zrobił wiele złego, ale gdyby nie George…

W końcu sama się przed sobą przyznała: winię go o wszystko, co jej się przydarzyło. Niedobrze.

Westchnęła ciężko.

Drzwi od strony korytarza się otworzyły. W progu zjawiła się czarnowłosa kobieta w różowej sukience ukwieconej sztucznymi, fioletowymi kwiatkami. Miała bufiaste rękawy do łokci.

Dzień dobry. – Powiedziała Agafe.

Rudowłosej zabrakło słów.

c.d.n.

Jeśli chcesz wesprzeć finansowo autorkę, by dalej mogła tworzyć, zapraszamy do prywatnego kontaktu z nią: https://www.facebook.com/aleksandra.jursza lub aleandrasn@gmail.com
Dzięki! <3

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Od pięciu lat stara się realizować swoje marzenie, by zarabiać na życie pisaniem. Prowadziła portal o kulturze Debiutext, później skupiła się na prowadzeniu bloga Wszystko od nowa. Współpracowała z wydawnictwem RW2010, obecnie szuka dofinansowania na swoje projekty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.