[AGAFE] Rozdział 10

Jego czarne włosy lśniły. Twarz uśmiechała się smutno. W szarych oczach tkwił cień tęsknoty. Tęsknisz? Przecież stoję przy tobie. Wyciągnęła ku niemu rękę. Chciała pochwycić ukochaną dłoń, ale była za daleko. Przecież stoję przy tobie, spoglądała zdezorientowana na mężczyznę. No weź moją rękę, proszę, chcę być z tobą… George? George? Twoja ręka! Ręka ci się pali! George! Nni…

IE! – Krzyknęła, otwierając szeroko oczy na szpitalną ścianę sufitu. Oddech niespokojny, trochę urywany. Serce bębniło głośno i szybko. Dochodziło do niej odczucie zbolałego ciała. Rozejrzała się. Jasna sala z paroma łóżkami wypełniona była powietrzem pełnym lekarstw. Szpital? Jej miejsce tuż przy oknie, zza którego widać było ciemną szatę nieba z rożkiem księżyca i paroma świetlnymi punktami. Latarnie nieudolnie rozświetlały brudne i pobrużdżone chodniki okalające przystanek autobusowy. Niebo… ja… widzę Gorzów?… Może i by się roześmiała, gdyby miała na to siłę. Pewnie miałam jakiś wypadek i mi się to wszystko śniło. Wyjęła spod kołdry dłoń i w świetle przygaszonej żarówki dojrzała szramy na jej całej powierzchni. Przypomniała sobie ból od bolesnych kajdan. Przełknęła głośno ślinę. Nie. Nie. To nie może być prawda. Nie. Bezmyślnie wpatrzyła się w sufit. Biały. Jak tamto miejsce. Takie jakieś puste. Tam było nikogo. Nikogo… niczego… Tu też nie ma Likame. Ja chcę do Likame… gdzie jest moja Likame, nie zostawiaj mnie…

Skuliła się trochę w sobie i na zewnątrz. Nikt na nią nie czekał. Nie chcę być sama, proszę…

Zasnęła.

Ciemność odchodziła. Jakby spod ziemi wyłaniało się światło, które rozsiewało wokół różowe barwy. Do zatoki autobusowej podjechał nowoczesny solaris. Świeże, jeszcze pamiętające okruchy nocy, powietrze wlatywało do sali, głaszcząc delikatną skórę Agafe. Ta stęknęła i patrzyła się dalej.

O, nie śpi pani? – Usłyszała głos pielęgniarki. – To cudowna wiadomość. Jak się pani czuje?

Była młoda i bardzo gadatliwa.

Jak pani nie ma sił odpowiadać, to w porządku, rozumiem. Kurczę, musimy to jakoś uczcić. Nie nudzi panią widok zza okna?

Nnie-e. – Skrzywiła się. Nie chcę się jąkać… Dlaczego nie mogę normalnie mówić?

Znała odpowiedź.

* * *

W turkusowym pokoju czarne łóżko stało pod oknem, za meble służyła niewielka szafka i lustro. Likame stała przed nim. Ziewnęła.

Kochanie – rzucił od wejścia Astaroth. Wziął ją w ramiona. Pocałowała go. – Pomóc ci w czymś?

Mam ochotę. – Szepnęła. – Ale jestem strasznie śpiąca.

Parsknął śmiechem. Przejechał wierzchem dłoni po jej piersi. Mruknęła słodko.

Z łóżka dobiegł dźwięk. Pierwszy zareagował, pochwycił telefon, odebrał.

Po rozmowie odłożył komórkę na miejsce:

Musimy jechać do Agafe. – W oczach narzeczonej dostrzegł zmartwienie. – Na miejscu dowiemy się konkretów.

A… nie mógłbyś nas przenieść?

Mógłbym, ale jak się ubierzesz. – Podał jej majtki i czarną sukienkę w błękitne kółka. – Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Ma dobrą opiekę.

On coś knuje, przeleciało dziwne wrażenie przez nią. Po chwili miała na sobie strój i próbowała rozczesać lekko zaplątane, rude włosy.

Zawsze mi się plączą – burknęła – a ledwo wczoraj…

Rzuciła szczotkę na łóżko.

Ech, czym ja się przejmuję.

Martwisz się, chodź już. – Wziął ją i wyprowadził na korytarz. – Jesteś zmęczona, prawda?

Po prostu chciałabym już z nią porozmawiać…

To chodź.

Co?

Przeniósł ich na szpitalny korytarz, otworzył wejście do sali i wepchnął do środka Likame.

Z boku łóżka, po stronie okna, ze stopami na zimnej podłodze siedziała średniego wzrostu kobieta z ciemnymi włosami do ramion. W za dużej szpitalnej piżamie wyglądała na małą, kruchą dziewczynkę. Poruszyła nerwowo dłonią, na której nadgarstku miała przypiętą kroplówkę. Patrzyła w okno.

Rudowłosa poczuła ściśnięcie w gardle. Wytarła nieproszoną łzę i podeszła do żywej, przytomnej przyjaciółki. Kucnęła, wzięła dłoń Agafe w swoją i spojrzała szklanymi, zielonymi oczyma w jej twarz. Likame zabrakło słów. Jakby mnie nie zauważyła, z taką myślą odważyła się powiedzieć:

Dziękuję.

Splotły palce. Brunetka zwróciła twarz ku przybyłej.

Likame zaparło dech w piersi. To nie był wzrok dwudziestodwuletniej dziewczyny studiującej pedagogikę. To był zupełnie inny obraz. Jakby spojrzała w piękny kryształ barwy ciemniejszego brązu. Było w nim jakieś takie przeżycie, nieuchwytne i niewidzialne, ale to ono sprawiało, że oczy były takie, jakie były. Malunkiem uczuć targających Agafe.

Likame. – Szepnęła delikatnie, tonem pełnym wzruszenia. Wykonała gwałtowny ruch, jakby chciała wstać. Rudowłosa podtrzymała partnerkę i usiadła obok niej.

Jesteś chyba bardzo osłabiona.

Pppopproś-siłamm, bby mmi ppommoggli uś-siąśćć. – Załamała ręce. – Pprzeprasz-szam, nnic nnie mmoggę nna tto pporradzićć… pprzesz-szkadz-dza ćci mmoccno?

Daj spokój, jest w porządku. – Przytuliła ją. – Tak się cieszę, że jesteś.

Łkała.

Pprzessttań… – Zmarszczyła brwi. Nie lubię, jak płaczesz przeze mnie. – Rrozzumiemm… tteż-sz ttęskkniłłam… aale nnie ppłacz-cz… – Bo się czuję, jakbym zrobiła ci coś złego.

Trzęsiesz się. – Dotknęła policzka przyjaciółki. – Nie będę już płakać. Po prostu strasznie tęskniłam.

Likame… cz-czy… – Może to jest zbyt głupie pytanie? – Cz-czy jjestt jjuż-sz ppo wszysttkimm?

Rudowłosa się zawahała.

Tak. Oni nie żyją.

Aa… a cz-czy… – Rozłożyła ręce. Coś mi umknęło. – Nnie ppammięttam.

Wszystko będzie w porządku. Nic ci nie grozi. Mamy czas… musisz dojść do siebie.

Ttakk. Mmasz-sz rraccję. – Tylko czemu mam jakieś dziwne przeczucie? Jakiś niepokój się w niej pojawił. – Bbojję ś-się.

Nie ma czego. – Pogłaskała ją po głowie. – Po prostu musisz się zrelaksować i wyzdrowieć. Naprawdę, jest już w porządku.

Dzień dobry. – W drzwiach stanął lekarz. – Przerywam pogaduszki, ale trzeba sprawdzić opatrunki. Hm… O, Grażyna, weź tę zasłonę rozsuń.

Pielęgniarka, młoda, ta rozgadana, rozłożyła kotarę. Podeszła do doktora, położyła na szafce opatrunki i zaczęła mielić ozorem:

Niech się pani nie stresuje, to tylko formalność. Już niedługo zdejmiemy bandaże, ale na razie jeszcze trochę trzeba posprawdzać. Panie doktorze, może niech pani Likame zostanie? Bo widzę, że trzymają się jak dwie papużki…

Grażyno, błagam – jęknął lekarz.

Agafe miała tylko w jednym miejscu bandaż. Spokojnie, nic ci nie zrobią. Próbowała się uspokoić. Mimo to drżała, była spięta. Pomogli jej się położyć. Serce biło tak, jakby chciało wyskoczyć. Zacisnęła palce na prześcieradle, odwróciła wzrok na bok.

Nie bój się. – Powiedziała czule Likame. – Jestem przy tobie. Spokojnie, za chwilę będzie po wszystkim.

Tak, wiem, pocieszała się brunetka. Tylko wraz z dotknięciem ud wróciło wspomnienie bardzo złego dotyku. Jęknęła. Cholera, oni robią to dla twojej higie

Wrzasnęła, ludziom w całym pomieszczeniu włosy stanęły dęba.

Chwilę później pielęgniarka wyrzucała zużyty opatrunek do śmieci.

Pprzepprasz-szamm… – Płakała. – Jjess… jjessttemm bbezznnadziejnna…

Nic nie szkodzi. – Odezwała się Grażyna. – Była pani dzielna.

I wyszła.

Właściwie, pani Likame, miałbym sprawę, ale… może zgadamy się przez telefon, bo chyba bardziej musi pani zostać przy kuzynce.

Rudowłosa uspokajającym ruchem głaskała włosy Agafe.

Milczały dłuższy czas.

* * *

Jęknęła głośno, a potem otworzyła oczy. Na szafce miała kubek z ciepłą herbatą. I fioletowo-żółty bukiet kwiatów, których nazw nie rozpoznała.

Ups. – Usłyszała piękny, delikatny męski głos. – Chyba się przeliczyłem.

Przy oknie siedział mężczyzna o długich, brązowych włosach. Miał na sobie biały t-shirt i czerwone dżinsy. Uśmiechał się figlarnie. Kim jesteś, chciała zapytać, ale natknęła się na jego wzrok.

I weszła w niebo.

Błękit tak czysty i lśniący, jakby obserwowała nie spojrzenie, a galaktykę. Zapatrzyła się w kosmos. Wciągał ją coraz bardziej.

Nie powinienem tu być. – Stwierdził i wstał. – Ale chciałem zobaczyć, jak się czujesz.

Nie zrobił żadnego kroku, a ona chwyciła go za dłoń.

Nnie idź-dź…

Likame będzie zła, nie lubi jak cię odwiedzam.

Jjesstteś ppiękny – wyrwało jej się. Co ja wygaduję? Ale te jego oczy…

Ty też. – Zobaczył zdziwienie w jego oczach. – Naprawdę, jakbyś się nie czuła, jesteś piękna. Ale jest środek nocy i może nie powinienem cię męczyć.

Nnie. Nnie mmęcz-czysz-sz. Ttylkko… zzost-tań zze mną…

Wrócił na miejsce. Czuję się bezpiecznie przy nim… co to jest? Nie rozumiem, pierwszy raz go widzę. Ale te jego oczy…

Zasnęła.

Gdy słońce padło na twarz, rozbudziła się. W palcach trzymała powietrze, a na siedzeniu nikogo nie było. Gdzie jesteś?, zapytała. Zamiast się zdenerwować, znów odpłynęła w objęcia Morfeusza.

* * *

Czy mi się śnił?, zastanawiała się patrząc na kwiaty. Nawet nie znam jego imienia… dziwne.

A prosiłam cię, żebyś dał jej spokój! – Usłyszała zdenerwowany głos przyjaciółki zza drzwi.

Przecież i tak by mnie poznała, jutro czy pojutrze. – Odparł znajomy, anielski głos. – Poza tym chyba jej się spodobałem.

Pojawił się w progu, z czerwonymi różami. Włosy, rozpuszczone, spadały mu na ramiona.

Witaj, księżniczko. – Podszedł do czarnowłosej i położył bukiet obok poprzedniego. – Mało masz tych kwiatków. Nikt ich nie lubi czy co?

Obserwowała go. Powoli usiadła. Wpatrzyła się w to błękitne niebo, tą głęboką kombinację błękitu. Pytanie znów w niej utknęło.

Jestem Sheez Valceus, ostatni anioł.

Cco? – Zdziwiła się szczerze. Zamrugała oczami. – A…? Ttwoja mat-tka zgginnęła z rrąk wamp-pira?

Słucham? Nieee, Gabriel potrzebował kogoś do pomocy, to mnie zwerbował. A skąd ci to przyszło do głowy?

Ttakk mmiał nna immię boh-hatter… o kktórymm ppissałam w gimmnazzjumm.

Parsknął śmiechem.

Przepraszam, po prostu to słodkie. – Spoważniał. – Chciałem sprawdzić, jak się czujesz.

Ttęsk-kniłamm.

Dlaczego to powiedziałam? Zarumieniła się.

To doskonale, bo chciałbym jak najszybciej z tobą zacząć pracę. Ale może Likame miała rację, byśmy to jutro u niej omówili. Nie chcę cię denerwować.

Idzie za to wściekły ojciec Agafe – stwierdził Astaroth, przytulając do siebie narzeczoną. – Wygląda, jakby chciał kogoś zabić.

Czy ja bym mógł porozmawiać z moją córką? – Rzucił gniewnie, wchodząc do sali. – Na osobności.

Towarzystwo wyniosło się na korytarz.

Nawet nie powiedziałaś, że wyjeżdżasz! – Trzasnął ją otwartą dłonią w policzek. Padła na bok, zasłaniając twarz rękoma. Skuliła się. Nie wiedziała tylko, czy przed kolejnym ciosem czy koszmarem, który w nią uderzył. Cierpienie, którego doznała, przeszyło ją na wskroś w tej jednej właśnie chwili.

I czego beczysz?!

Ppprosz-szę… nnie kkrzywdź-dź… – Drżący, słaby głos.

I myślisz, że ja będę…!

Proszę wyjść. – Usłyszał przyjemny, męski głos. Zwrócił się w stronę Sheez’a. – Natychmiast. – Dodał lodowatym tonem.

Rodzic wyszedł.

Mężczyzna delikatnie podniósł ją na pozycję siedzącą. Nie mógł się opanować i przytulił ją. A potem, widząc jej rozmazany wzrok, czując mokre policzki, pocałował w czoło.

* * *

Kiedy tam była, w tamtej białej przestrzeni, nie myślała o ojcu. Może czasem coś przez nią przemknęło, ale było to tak ulotne, że nie potrafiła wziąć do siebie. Chciała być tylko ptzy Likame albo Georg’u.

O Likame myślała najwięcej.

Może przyjaciółka nie umiała za bardzo ją chronić. Ale nie zapominała pokazywać swojej miłości do niej. Czuła, że ktoś ją kocha.

A ojciec?… Opiekował się nią, ale w sposób, od którego chciała uciec. Uważała, że za dużo pije, uważała, że jest zbyt agresywny. I pokazywał jej to bez cienia refleksji.

Nie miała do czego wracać.

Dom?

I ona teraz ma wrócić do codziennych awantur, niezrozumienia międzypokoleniowego czy jakkolwiek to nazwać, do czegoś, gdzie nie czuła się dobrze? Całą sobą krzyczała, żeby tego nie robić. Zostać w szpitalu. Albo coś innego.

Czy mogę ją o to poprosić? Czy to nie będzie zbyt wiele?

Zakrywała ręką oczy. W tle wentylator i bicie zegara, na który starała się nie patrzeć.

Wiedziała, że w szpitalu znajduje się dłuższy czas. Tylko że… to nie było istotne. Trochę się obawiała, że przyjdzie taki moment, gdy dojdzie do niej, ile przebywała w tamtym strasznym miejscu. Ta wiedza budziła w niej jakiś wewnętrzny opór, jakby nie chciała przyznać, że cierpiała o tyle za długo, o ile się pierwszy raz znalazła u Taju.

Tego nie chciała. I nie chciała wrócić do domu, do swojego fioletowego pokoju z zegarkami. Już nie mogę wrócić do starego życia… nie…

Do sali wkroczyła Likame z reklamówką.

Masz siłę się ubrać czy ci pomóc?

Hchybba ddam rraddę.

Przebrała się w fioletową sukienkę z przyszywanymi, żółtymi koronkowymi kokardkami. Wstała niepewnie.

Denerwuję się, stwierdziła. Założyła klapki i wyszły.

Na zewnątrz.

Na twarzy Agafe wymalowało się silne wzruszenie. Powietrze mile łaskotało jej skórę, a ona mogła patrzeć w błękitny, bezchmurny nieboskłon albo zwyczajną, betonową przestrzeń przed sobą. Zatrzymały się przed taksówką. Wyciągnęła rękę w górę. Jakby pragnęła dotknąć tego błękitu tam, w górze.

Dokąd chcesz jechać?

To pytanie przywróciło do rzeczywistości. Dokąd? Do…

Likame, nnie wwiem… – Potrząsnęła głową, zmieszana. – Tto znnacz-czy…

Kochanie. – Wzięła ją w ramiona. – Przecież wiem, jaki jest twój tata. Jeśli nie chcesz u niego, to zamieszkasz u mnie. To nic nie szkodzi, to mi całkowicie nie przeszkadza.

Dź-dziękkuję.

* * *

W błękitnym gabinecie siedział przy biurku i palił cygaro. Nie miał na sobie koszuli. Za to był rozbawiony widokiem pięciu demonów, które nudziły się jak mops.

Masz jakiś problem? – Spytał jeden z czerwonowłosych irokezów, ubranych w kamizelkę i spodnie khaki.

Taaa – mruknął. – Brak większej zgrai.

Pierdolisz. – Miał coś powiedzieć, ale drzwi się otworzyły.

To był tylko Astaroth. Grupa westchnęła ciężko.

Zaraz będą. – Zmarszczył brwi przybyły. – Sheez, mógłbyś się zająć poważnie Agafe? Bo mało czasu spędzam ostatnio z narzeczoną.

Zobaczymy, jak się ułoży. Nic na siłę. – Spoważniał i wyszedł zza biurka. – Cholera, co zrobiliście z moim t-shirtem?

Łap! – Rzucił ukochany rudowłosej czarną szmatę. – Death metal, co nie?

Szatyn nie smęcił, nałożył na siebie podarunek. Nie kojarzył nazwy zespołu, ale było mu wszystko jedno.

W wejściu zjawiły się kobiety.

Pani! – Krzyknęła Fadwa, stając naprzeciw przybyłym. Miała na sobie elegancką, czarną abaję z zawieszoną przy uchu złotą, dużą gwiazdą z wiszącą linką. – Pani!

Ppani?

Pani, nie chciałam pani przeszkadzać w szpitalu! Ja… złożę ci przysięgę wierności! Pani, jestem na to gotowa!

Agafe nie musiała pytać, o co chodzi. Wiedza czy też świadomość tego same do niej napłynęły. Przełknęła głośno ślinę:

Tto okkruttne.

Pani, przepraszam, że nie mogłam ci jakoś pomóc. Ale to zaszczyt tobie służyć. – Uklękła na jedno kolano i wyrecytowała formułkę.

Pprzyjmuję.

Muzułmanka wstała i uśmiechnęła się.

Pani, czekam na twe rozkazy.

Jja… nnie mmuś-sisz mi mmówwić ppanni. I… nnie wwiemm. Nnie hchcę ćcię wykkorzysttywać.

Tak czy inaczej – wtrącił Sheez – pora przejść do konkretów. Agafe… Chodź. – Wyciągnął do niej rękę, a ona złapała, znalazła się w jego ramionach i spojrzała w oczy. Jakby nieboskłon się przed nią rozwarł i wleciała w przestrzeń turkusowych barw.

Wyjaśnijmy sobie – kontynuował – że ja tu nie jestem dla zabawy. Moim zamiarem jest ciebie chronić i wspomagać, ale jest jeden warunek. A właściwie konieczność, byśmy wszyscy przetrwali.

Wyczuwała o czym mówił. Drżała. Chciała uniknąć kolejnych słów. Czuła w sobie pełzający strach, który jakoś opanowywała. Nie łamała się pod wpływem wiatru może dlatego, że ciągle miała przed sobą widok nieskończenie pięknego błękitu. Jego oczu.

Po prostu: musisz zabić Nyssę.

Przylgnęła do niego, jakby chciała się w nim schować.

A tty… mmńnie nnie oppuś-ścisz… – Skrzywiła się na dźwięk swoich nieporadnie wymawianych słów. Głupio brzmi…

Ale najpierw popracujemy nad twoim wyrażaniem się. Jąkanie można wyleczyć. – I pocałował ją w czoło.

* * *

Właścicielka Dragon Arch kolorowała swoje prywatne apartamenty na wszelkie możliwe odcienie błękitu. Uwielbiam ten kolor, więc to wykorzystam, myślała wtedy rozbawiona.

Teraz już jej do śmiechu nie było. Stały w małym, lazurowym pokoju z głównym wejściem od strony korytarza i bocznym, prowadzącym do łazienki. I to było wszystko.

Jeśli ci się nie podoba, to przemalujemy pomieszczenie.

Nnie. Jjesst w porz-rządku. Nnapprawddę. – Uśmiechnęła się słabo.

Jakoś jej nie wierzę, stwierdziła Likame.

Tylko musisz gdzieś spać… Przepraszam, nie pomyślałam o tym wcześniej.

Nnic nnie szkod-dzi. Nnie wwiedździałaśś. Jakkośś s-sobbie pporradzę.

Chyba, że się prześpisz w moim gabinecie, na kanapie. Będzie ci wygodniej.

Nnie, nnie trzebba. – Machnęła ręką.

Między wierszami zostało powiedziane i zrozumiane: nie trać czasu na mnie.

Dlaczego? – Zdziwiła się. – Chciałabym, by ci było jak najwygodniej. Dlaczego więc nie?

Jja… – Cofnęła się. – Pprzepprasz-szamm, nnie hchcę ćci s-sprawwiaćć kkłoppottów.

Agafe – miękki głos. – No nie mów tak. Jesteś moją przyjaciółką, więc nie wiem o jakich kłopotach mówisz. To ważne, żeby ci było wygodnie.

W ciszy rudowłosa spojrzała na okno. Zza szyb docierały ostatnie promienie słońca. Astaroth może się zacząć niecierpliwić.

Wiesz, kochanie… daję ci całkowitą swobodę wyboru. Jesteśmy zmęczone, odpocznijmy.

Ddob-brze. – Skrzywiła się. Odwróciła wzrok. Nie zostawiaj mnie, proszę… nie zostawiaj… nie chcę być sama.

Likame znalazła się u boku partnerki i przytuliła ją.

Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. – Szepnęła. – Ale… przepraszam cię, obiecałam Asowi, że spędzę z nim dzisiejszą noc. Przepraszam.

Nniee… – Urwała. Nic nie szkodzi? Nie zostawiaj mnie?

Nnic nnie sz-szkodzi. Wwiemm. – Walczyła ze sobą. Muszę dać jej czas tylko dla siebie. – Ddob-brze.

Została pocałowana. Rudowłosa opuściła pomieszczenie z życzeniami dobrej nocy.

W lazurowym pomieszczeniu była sama. Samotna.

Drżała. Przytuliła do siebie ręce i omiotła jeszcze raz pomieszczenie. Miało swój kolor. I okno zza którego widać było i niebo, i ziemię. I nawet wyjście, dokądkolwiek zechce.

Ale była sama. Oczy jej się zaszkliły, po policzku poleciała łza. Nie. Nie chcę tu być.

Stała tak przez chwilę, z bijącym jak dzwon sercem, wpatrzona w podłogę, a potem wyszła na korytarz.

Apartamentowce leżały na ostatnim, najwyższym piętrze trzydziestopiętrowca. Dlatego w głębi drogi, na jakiej się znalazła, w ciemniejszym kącie, znalazła proste schody w górę. Nie były piękne ani cementowe. Raczej drabina na dach. Drżąc ciągle, podeszła do niej i wspięła się. Odetchnęła z ulgą, gdy bez wysiłku udało się otworzyć klapę i znaleźć się na dachu.

Nocne powietrze owijało się wokół niej. Ciemna płachta nieba gościła srebrzysty księżyc w pełni i milion światełek. A pod tym wszystkim znajdowało się miasto. Niewielkie, zaniedbane, z setkami ulic i domów, szarymi budowlami, które kiedyś miały nadzieję ujrzeć kolejnych właścicieli. Władze przyznawały, że Gorzów stał się nieudaną kopią Doliny Krzemowej.

Ale mało ją to obchodziło.

Wyciągnęła ręce na boki, pozwoliła im chłonąć wiatr. Na chwilę zamknęła oczy, a potem znów pozwoliła na spojrzenie. Spojrzenie na świat, spojrzenie pełne tęsknoty za niewinnością kryjącą się w niebie.

Położyła się na podłodze.

Niebo, cieszę się, że nareszcie mogę cię oglądać bez przeszkód. Dzień dobry, Nudny Świecie. Tęskniłam za twoimi widokami.

Zamknęła oczy.

Najpierw się odprężyła, bo sen był spokojny jak fale oceanu, gdy nie są targane wiatrem. A potem coś zobaczyła i wrzasnęła.

Usiadła. Przysunęła do siebie nogi, oplotła je rękami. Próbowała zatrzymać to dygotanie, ale nie potrafiła. Nie potrafiła również zdusić szlochu.

Świtało.

Wszystko w porządku? – Zapytał Sheez, znajdując się przy klapie. Nie usłyszał odpowiedzi, stanął nad leżącą na boku kobietą, która patrzyła szklanym wzrokiem przed siebie w sposób, jakby na nic nie spoglądała.

I jeszcze te dłonie, przemknęło jej przez głowę, poruszając palcami.

Dłonie miała pełne czerwonych siatek. Wiedziała, że może wymazać szramy, ale gdy to robiła, one się tylko otwierały. I jeszcze te brzydkie dłonie.

Usiadł przy niej i wziął jej dłoń w swoje ręce.

Kochaj je. – Rzekł delikatnie, jakby w zamyśleniu. – Są naprawdę ładne. Szczerze? Kiedyś te szramy znikną. Ale póki co, kochaj te dłonie takie, jakie są. Może dla ciebie niedoskonałe, ale dla mnie są piękne. – Pocałował jej rękę.

A ona spojrzała mu w oczy. Zanurzyła się w błękitnej toni.

c.d.n.

Jeśli chcesz wesprzeć finansowo autorkę, by dalej mogła tworzyć, zapraszamy do prywatnego kontaktu z nią: https://www.facebook.com/aleksandra.jursza lub aleandrasn@gmail.com
Dzięki! <3

Post Author: Aleksandra Jursza

01.06.1988. Zamieszkała w Gorzowie Wielkopolskim, wykształcenie średnie. Uwielbia czytać, ma słabość do oper mydlanych pochodzenia koreańskiego oraz słodyczy. Od pięciu lat stara się realizować swoje marzenie, by zarabiać na życie pisaniem. Prowadziła portal o kulturze Debiutext, później skupiła się na prowadzeniu bloga Wszystko od nowa. Współpracowała z wydawnictwem RW2010, obecnie szuka dofinansowania na swoje projekty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.